1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Zawsze odwrotnie od oczekiwań - rozmowa z Isabelle Huppert

Zawsze odwrotnie od oczekiwań - rozmowa z Isabelle Huppert

Isabelle Huppert Festival de Cannes, Palais des Festivals, Cannes. Fot. Julie Edwards/Alamy Live News/ BEW
Isabelle Huppert Festival de Cannes, Palais des Festivals, Cannes. Fot. Julie Edwards/Alamy Live News/ BEW
Zobaczycie ją niebawem w filmie „Greta”, w którym wciela się w tytułową rolę przemiłej... morderczyni i socjopatki. W zasadzie mogło się to udać tylko Isabelle Huppert, specjalistce od nietuzinkowych i złożonych kobiecych postaci. Film otworzy tegoroczny FESTIWAL Nowe Horyzonty, tymczasem z aktorką spotykaliśmy się w Cannes, gdzie przede wszystkim stara się unikać blichtru i splendoru.

Zobaczycie ją niebawem w filmie „Greta”, w którym wciela się w tytułową rolę przemiłej... morderczyni i socjopatki. W zasadzie mogło się to udać tylko Isabelle Huppert, specjalistce od nietuzinkowych i złożonych kobiecych postaci. Film otworzył tegoroczny FESTIWAL Nowe Horyzonty, tymczasem z aktorką spotkaliśmy się w Cannes, gdzie przede wszystkim stara się unikać blichtru i splendoru.

Która to pani wizyta w Cannes? Kto by to zliczył? I po co? Niemal każdy festiwal wygląda tak samo. Niezależnie od filmów, z którymi tutaj przyjeżdżam – proszę mi wierzyć – różni się tylko skalą zamieszania. Mała rola równa się mniej kłopotów i mniejsze zaangażowanie z mojej strony: mogę spotkać się z przyjaciółmi, pójść do kina. To zdarza się rzadko, ale jest szalenie miłe – przynosi wspomnienie jakiegoś bardzo już zaprzeszłego życia: dziś naprawdę niewiele mam okazji, by poczuć się jak zwykły widz. Z kolei większa postać w filmie, który prezentowany jest na przykład w konkursie głównym, to zawsze większe zawracanie głowy z mojego punktu widzenia: dobranie odpowiedniej sukienki, makijażu, cała ta etykieta związana z podjazdem pod pałac festiwalowy, pozowanie fotoreporterom na czerwonym dywanie, wywiady. Czasami z premedytacją się nie stroję.

Z premedytacją? Taki żart z mojej strony. Figiel. Patrzę, ile kłopotu sprawiłam wszystkim wokół, i umieram ze śmiechu. Staję na wprost paparazzich robiących zdjęcia gwiazdom na festiwalu i momentalnie widzę ich zawód, gdy oceniają potencjalną wartość robionych mi zdjęć. Były lata, że niektórzy nawet nie podnosili aparatów do góry. Rozumiem to. Nie zmienia to jednak faktu, że wystawiona tak na czerwonym dywanie zawsze czuję się jak peklowana szynka za szybą. Albo piesek na wystawie, który nagle okazuje się nierasowym mieszańcem. Ale nie tylko o to chodzi. Po pierwsze, nie stroję się już, bo oszczędzam czas. W moim wieku nie można go już bezkarnie trwonić (Isabelle Huppert ma 66 lat – przyp. red.) Po drugie, kiedy zakładam nieatrakcyjną dla fotoreporterów sukienkę, wiem, że szybciej minie zainteresowanie moją osobą, więc cała ta sytuacja na czerwonym dywanie będzie trwać trzy minuty, a nie dziesięć. I wreszcie, pewnie, że lubię być elegancko ubrana: czasami i nie pod przymusem. Poza tym znam lepsze sposoby na to, by nakarmić własne ego. Nie łechcę próżności skalą zachwytów nad wieczorową kreacją. A to, że znów w Cannes wyglądam tak samo? Podobnie jak trzy, pięć, 12 lat temu? Trudno!

Rzeczywiście, czas płynie gdzieś obok pani. Dziękuję, kwestia genów. I pasji. Zaliczam się do tych szczęśliwych osób, które swoją pracę mogą nazwać pasją. To wspaniałe uczucie, odmładzające. Wciąż czuję, że wybrałam właściwą profesję. Albo ona wybrała mnie, nie kłóćmy się o detale. To wewnętrzne przekonanie jest niezwykle stymulujące. Powiem pani więcej, moja fascynacja zawodem nie mija. Po prawie 50 latach pracy mogę uczciwie przyznać, że poziom adrenaliny cały czas rośnie, gdy słyszę słowo „akcja”.

No, ale też nie wciela się pani wciąż w podobne postaci, nie gra cioteczek, babć, wdów, sióstr, żon... Ale to mój wybór: agenci nie czytają za mnie scenariuszy. Świetna propozycja nie zawsze musi oznaczać głównej roli w hollywoodzkiej produkcji – mogę zagrać epizod w koreańskim filmie. Zresztą, kocham koreańską kinematografię! Gram tam sporo, co zabawne, wiele filmów w ogóle nie przedostaje się do europejskiego obiegu. Uwielbiam to moje koreańskie sekretne życie.

Może w ogóle warto byłoby zadać pytanie, ile sekretnych żyć ma Isabelle Huppert? Nie umiem precyzyjnie odpowiedzieć pani na to pytanie. Nie wszystkie role ze mną zostają, ale dzisiaj wiem, że prowadzę kilka alternatywnych życiorysów. W sercu czy w głowie – sama nie wiem – wiodę egzystencję niektórych zagranych przez siebie bohaterek. Takie wewnętrzne światy to wspaniała alternatywa dla rzeczywistości. To najlepsze kino.

Wracając na moment do koreańskich propozycji, sporo takich można znaleźć w repertuarze pani paryskiego kina. Aktualnie jestem właścicielką dwóch kin w Paryżu, mam zaufanych ludzi, którzy zajmują się repertuarem, ale też sama często podrzucam jakieś propozycje. Moi pracownicy wiedzą, jakie filmy cenię i jakie miejsca chciałam stworzyć, jeśli chodzi o program artystyczny – cały czas, mimo wielu przeciwności, próbujemy prowadzić kina w sposób odważny. Nie jest to łatwe. Nie jestem wyrachowaną bizneswoman, na szczęście jedno wciąż pozostaje niezmienne: nie interesują mnie populistyczne wybory, jeszcze nie muszę kierować się sprzedażą prażonej kukurydzy. Moim kompasem jest gust własny i wiedza bliskich ludzi. Dlatego tak lubię, będąc na festiwalu, iść na seans lub dwa, a później sprowadzić film do któregoś z moich kin. To satysfakcjonujące na innym poziomie niż aktorstwo. Jako pierwsi w Paryżu pokazaliśmy wiele filmów z Europy i z Azji. 

Przyjechała pani do Cannes w tym roku z filmem „Frankie” Iry Sachsa. Główna bohaterka zbiera bliskich w malowniczej portugalskiej miejscowości. Zbliża się kres jej życia, kobieta, zwołując mężów – obecnych i byłych – dzieci, wnuki i przyjaciół, próbuje spędzić ostatnie chwile na wspólnym byciu razem. Co okazuje się trudne nawet w obliczu śmierci. Ludzie nie przestają mnie zadziwiać. To nawet dobrze [śmiech]. 

Rozumie pani decyzje granej przez siebie bohaterki? Na pewno nie zwoływałabym byłych kochanków. Odchodząc od różnych mężczyzn w swoim życiu, żegnałam się z nimi raz na zawsze. Ale to moja dewiza. Wie pani, śmieszna sprawa z „Frankie”. To nie był canneński faworyt. Nie zebrał wysokich ocen w rankingach krytyków. A ja mimo to wciąż bardzo lubię tak swoją rolę, jak i sam obraz. Polecam każdemu aktorowi przeżyć takie doświadczenie – przyjechać na festiwal z projektem, który nie sprosta oczekiwaniom publiczności. A najlepiej rok wcześniej pojawić się z czymś, co otrzyma najwyższe noty, by w kolejnej edycji imprezy przybyć z obrazem, który zostanie skrytykowany. Bezcenne ćwiczenie.

Dlaczego? To jest dla mnie zawsze niezwykle cenne, kiedy mogę zastanowić się nad własnymi motywacjami i odczuciami. Bez podszeptów otoczenia. Oglądam film zwykle przed premierą, ale zdarza się i tak, że dopiero na pokazie festiwalowym. Często sama jestem zaskoczona tym, co zobaczę, po czym muszę mierzyć się jeszcze z opiniami innych: organizatorzy festiwalu zwykle gratulują, reżyser jest wzruszony, cała sala podczas premiery bije brawo przez sześć minut, a następnego dnia w prasie czytam, że film jest słaby [śmiech]. W tym zalewie informacji i komunikatów warto zatrzymać się choć na chwilę i przyjrzeć swoim emocjom: Co tak naprawdę czuję względem filmu, w którym zagrałam? Jak dziś przyjmuję swoją rolę? Co mi dał udział w danej produkcji? Czy potrafię uczciwe ocenić to, co zobaczyłam na ekranie? Czy będę w stanie stanąć w obronie filmu podczas konferencji prasowej? 

To nie jest wcale łatwe. Ale warto drążyć w ten sposób pewne kwestie, warto pytać siebie samego o to, co niewygodne. To są moje małe ćwiczenia z asertywności, z niezawisłości, z hartowania własnych upodobań. Lubię w ten sposób sama podroczyć się ze sobą. Tym bardziej że my, filmowcy, realizując jeden film, zwykle kręcimy trzy różne.

Aż trzy? Pierwszy obraz powstaje w głowie scenarzysty. Drugi realizuje reżyser. Trzeci film gra aktor. Często te trzy produkcje – choć opatrzone tym samym tytułem – nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Dlatego tak cenię i szanuję montażystów. By pogodzić nierzadko skrajnie odmienne wizje, trzeba nie lada talentu. 

Przeżywa pani jeszcze jakieś zaskoczenia w kinie? Cały czas. Inaczej bym tego nie robiła. Pamiętam, jak po projekcji „Pianistki” w Cannes w 2001 roku, a jeszcze przed finałowym wieczorem, zapytano mnie 26 razy o to, czy liczę na nagrodę dla najlepszej aktorki. No wie pani, trudno czemuś takiemu sprostać, wyjść z klasą... Tak, ten zawód jest pełen zaskoczeń. Bardziej i mniej miłych. Czasami nie wiadomo, jak zareagować.

Krążą legendy o pani technikach aktorskich. Jedna z reżyserek opowiada, jak to zagrała pani orgazm jednym mięśniem twarzy. A czym miałam go zagrać? Przecież to nie było porno [śmiech]! Ja wciąż śmiem twierdzić, że aktorstwo jest najprostszym zawodem świata. Tak uważam. Tylko trzeba to kochać. Nie chować się za role, nie traktować kina jak terapii. Już mówiłam na tegorocznym spotkaniu w Nowym Jorku – jestem jak skorpion, który nie może nie zaatakować ofiary. Nie zastanawia się nad tym, tylko to robi, instynktownie. Tak mam z aktorstwem. Po prostu w to idę z głębokim przekonaniem, że dopiero przed kamerą odzywa się we mnie prawdziwa natura.

W Nowym Jorku promowała pani film „Greta” w reżyserii Neila Jordana, który polscy widzowie będą mogli zobaczyć na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Pierwszy raz gram bohaterkę złą do szpiku kości.

Pierwszy raz? Nie, no chyba nie... To co by pani wymieniła?

W „Violette Nozière” u Claude’a- Chabrola uśmierciła pani całą ekranową rodzinę. To tylko jeden z kilku przykładów... Ale przyzna pani, że moja bohaterka miała powody, dla których zdecydowała się na określone działania. Niektórzy po prostu muszą zabić ojca – albo matkę – by przeżyć. Wiem, że to okrutne, co mówię, ale tak jest. Z kolei w filmie „Greta” grana przeze mnie postać po prostu jest zła. I nie da się tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Nie mogłabym zestawić ról w „Violette Nozière”, „Elle” czy „Pianistce” z taką „Gretą” – tamte postaci i ich zachowania warunkowane były przez mnóstwo czynników zewnętrznych: przez obyczaje, okoliczności, seksualność, rodzinę. Greta u Neila Jordana tęskni za córką, ale to nie jest wystarczający powód do tego, by zabijać innych. A Greta właśnie to robi – zwabia ich do domu, zaprzyjaźnia się z nimi, a potem bezceremonialnie uśmierca. Choć nie, śmierć jest swego rodzaju ceremonią. To święto dla Grety. Jednak gdybym miała określić, dlaczego Greta morduje, musiałabym powiedzieć, że lubi to robić. I już. To naprawdę ciekawe móc zagrać taką postać. 

Co w tym ciekawego? Nie musiałam racjonalizować i tłumaczyć paskudnych występków bohaterki. To wciąż nie jest takie oczywiste w przypadku kobiecych postaci, zwykle musimy szukać pretekstów i mocnych powodów dla nietypowych żeńskich postaw. „Greta” pod tym względem była odświeżającym i pociągającym projektem. Kobiety na co dzień rozlicza się ze wszystkiego – z dobrych i tym bardziej ze złych działań i decyzji. W „Grecie” tego nie ma, w moją rolę wpisana jest wolność od ocen i wartościowania. 

Śmieszy mnie nieco, że tyle się teraz mówi o tym, jakoby nastał czas kobiet. Zresztą, być może tak jest. Czytam wszędzie, że wreszcie kobiety mogą grać role wykraczające poza ich dotychczasowe emploi. Że przekraczają granice, wcielają się w końcu w bohaterki bezkompromisowe, odważne. Nie wiem w takim razie, co ja robiłam przez ostatnie 40 lat [śmiech]. Rozumiem, że jest obecnie coraz więcej ciekawych propozycji dla kobiet, że kobiety mogą liczyć na równość pod względem płac i praw, że sięgają po zawody do tej pory zarezerwowane dla mężczyzn. Doceniam akcję #MeToo, jestem dumna z koleżanek, które walczą o nasz status. Ale nie deprecjonujmy jednoznacznie przeszłości. Nie dokonujmy powierzchownych ocen. Nie używajmy łatwej opozycji typu męskie – żeńskie na to, by coś zanegować albo docenić. To, że grana przeze mnie postać niewiele mówi, jest powściągliwa w uczuciach i dominuje w łóżku, nie znaczy, że można ją zdefiniować terminem: męski typ. A tego rodzaju diagnozy widzę w co drugiej recenzji. To spłyca moją pracę, moje wysiłki.

Solidaryzuje się pani z kobietami kina, które walczą o lepszą przyszłość, o równość i niezależność? Zawsze mówiłam „stop” mobbingowi, byłam przeciwna przemocy, walczyłam z seksizmem, ageizmem, wszelkimi przejawami nietolerancji i mizoginii. Boli mnie jednak, gdy dyskusję o równouprawnieniu i wzajemnym szacunku sprowadza się do pytania: Dlaczego kobiety wciąż wcielają się głównie w ofiary na ekranie? Prawdę mówiąc, mnie dyskusja na ten temat mało interesuje. Tak naprawdę nie jest dla mnie ważne to, czy gram ofiarę, czy nie – istotne jest, jak to robię. 

Czyli? Zawsze dokładnie odwrotnie do oczekiwań.

Isabelle Huppert, rocznik 1953. Nagradzana na festiwalach w Cannes, Berlinie i Wenecji. Jest aktorką najczęściej nominowaną do Cezara, choć dostała go tyko raz – za rolę w „Ceremonii” Claude’a Chabrola (1995). Dwa lata temu dostała swoją pierwszą nominację do Oscara za „Elle” (reż. Paul Verhoeven).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

Polskie kino dokumentalne na 14. Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” w Moskwie

W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
Już 20 maja w Rosji rozpoczyna się święto polskiego kina. W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym – „Spojrzenie na świat” i „Spojrzenie na kobietę”.

Sekcja „Spojrzenie na świat”

Sekcja „Spojrzenie na świat” to produkcje polskich reżyserów, których historie, dziejących się w innych krajach. W jej ramach wybierzemy się m.in. na... Syberię. Maciej Cuske w filmie „Wieloryb z Lorino” dotarł do osady w tytułowym Lorino na Półwyspie Czukockim. Mieszkańcy, czyli Czukcze, Inuici i Rosjanie trudnią się polowaniem na wieloryby. Zbiorowy rytuał połowu dostarcza im pożywienia i pozwala przeżyć w trudnych warunkach, jest nadzieją na przetrwanie kolejnej zimy. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. Film kontempluje wpisaną w porządek natury codzienność Półwyspu Czukockiego i odsłania najbardziej brutalne strony życia w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Zdobywca Nagrody za Najlepszy Film Polski Millenium Docs Against Gravity 2020 i Nagrody Specjalnej KFF za najlepszy montaż na 14. Festiwalu Filmów Polskich „Wisła".

Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)

Jeśli macie ochotę na wyprawę, z nami nie trzeba daleko jechać! Ściana cieni” Elizy Kubarskiej to zapis wyprawy alpinistów (Polak Marcin Tomaszewski oraz Rosjanie Dmitrij Gołowczenko i Sergiej Nilow) na szczyt góry Kumbhakarny w nepalskich Himalajach, liczącej niemal osiem tysięcy metrów. Góra Kumbhakarna to jedna z ostatnich świętych gór Szerpów, nazwana na cześć mitycznego giganta. Dokument jest opowieścią o zderzeniu dwóch kultur. Zachodni alpiniści uznają szczyt za jeden z najtrudniejszych na świecie, a dla nepalskich Szerpów to miejsce zamieszkane przez bogów i ludzie nie mogą wchodzić na jej teren. Do zespołu dołącza miejscowy Nada, który łamie lokalne prawo, by zarobić na edukację swojego syna. Zdjęcia do filmu powstawały w warunkach himalajskiej zimy na wysokościach do 7400 metrów. Reżyser Eliza Kubarska oraz realizatorka dźwięku Zofia Moruś wraz z ekipą spędzili trzy tygodnie na lodowcu u podnóża góry, a Nepal odwiedzili trzykrotnie.

Któż piękniej nie opowiadał o zagranicznych przygodach niż Tony Halik? Podróżnik, dziennikarz, filmowiec jest bohaterem filmu Marcina Borchardta. Prywatny pilot Evity Peron, dziennikarz NBC, laureat Pulitzera. Mieszkaniec komunistycznej Polski, w której ludzie nie posiadali paszportów. „Tu byłem – Tony Halik” - każdy zna ten tekst, nawet jeśli nie pamięta jego programów w telewizji. Poza Polską praktycznie nieznany, w latach 60-80-tych w jakiś dziwny sposób pojawiał się wszędzie tam na świecie, gdzie działo się coś ważnego. Film zawiera niepublikowane filmowe materiały archiwalne, nakręcone przez Halika podczas niezliczonych podróży po całym świecie oraz wywiad z synem podróżnika.

Na Festiwalu przypomniana zostanie filmowa ballada „Happy Olo – pogodna ballada o Olku Dobie” w reżyserii Krzysztofa Pawła Bogocza i Marcina Macuka, utrzymaną w konwencji kina drogi o jednym z najwybitniejszych polskich podróżników - Aleksandrze Dobie, który zmarł 22 lutego tego roku na Kilimandżaro w Tanzanii. Film kręcony jest w trakcie podróży, której celem jest transport kajaka przez pełne uroku polskie krajobrazy, a tytułowy Olo w niebanalny i charakterystyczny dla siebie sposób opowiada swoje historie. Opowieściom tym towarzyszą szalone fragmenty filmów z jego wypraw transatlantyckich, a przygody ilustrują animacje przeplatane piosenkami.

Sekcja „Spojrzenie na kobietę”

W sekcji filmów dokumentalnych „Spojrzenie na kobietę” w centrum opowieści znajduje się płeć piękna. Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei pt. „Lekcja miłości” jest nieco ekscentryczna 70-letnia Jola (aktorka i śpiewaczka Jolanta Janus), matka sześciorga dzieci i żona porywczego mężczyzny. Przez całe życie robiła to, czego oczekiwali od niej inni i udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pewnego dnia coś w niej pękło. Uciekając od nieudanego małżeństwa, z Włoch przeprowadza się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. Marząc o pięknej miłości, której – jak uważa – nigdy nie doświadczyła, poznaje starszego od siebie Wojtka. Czy będzie miała odwagę otworzyć się na nowe uczucie?

Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)

Film Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej – położnej w byłym niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Leszczyńska – nazywana mamą – przyjęła w obozie ponad 3 tys. porodów. Podczas jej, często całodobowych, dyżurów nie umarła ani jedna rodząca kobieta oraz ani jedno dziecko, które przyszło na świat. Bohaterka ratowała życie nowonarodzonych dzieci pomimo rozkazu doktora Mengele, który brzmiał, by zabijać wszystkie noworodki. Narratorem opowieści jest Elżbieta Wiatrowska, wnuczka Stanisławy Leszczyńskiej. Dla reżyserki bohaterka filmu była cioteczną babcią. W filmie przedstawione zostały relacje ludzi, którzy przeżyli obóz koncentracyjny dzięki Leszczyńskiej oraz archiwalne materiały, ilustrowane muzyką Michała Lorenca.

Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)

Moskiewska edycja Festiwalu „Wisła” odbędzie się w trybie stacjonarnym od 20 do 30 maja w kinach: "5 gwiazd na Pawieleckiej", "Moskino Kosmos" i "Moskino Bieriozka". Następnie Festiwal wyruszy w podróż do 20 rosyjskich miast m.in. do Soczi i Kazania.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.

  1. Kultura

Melissa MacCarthy: "Bez moralizowania proszę!"

Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
„Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, usłyszała kiedyś od pewnego menedżera. I paradoksalnie właśnie dlatego doszła do momentu, w którym jest teraz. Trudno zapomnieć jej role, a według licznego grona fanów równie trudno Melissy McCarthy nie pokochać.

Jesteś uwielbiana za role w filmach „Złodziej tożsamości”, „Gorący towar”, „Ghostbusters. Pogromcy duchów” czy ostatnio „Królowe zbrodni”. Grasz w nich kobiety pozbawione kompleksów na punkcie własnej figury. Czujesz, że tym samym robisz w Hollywood rewolucję?
Jeśli już, to czuję się częścią większej zmiany. A ona bierze się z nowego podejścia scenarzystów do postaci kobiet. Nawet nie wiesz, jaka to ulga, kiedy czytasz kwestię swojej bohaterki i lektury nie przerywa ci irytująca myśl: „Że co?! Rany! Która babka by tak powiedziała?!”. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby zapełnić ekran kobietami. Ważne jest, żeby ekranowe bohaterki reprezentowały nas naprawdę. Mówiły tak jak my, były wiarygodne psychologicznie, podejmowały określone decyzje i ponosiły ich konsekwencje. Tak, jak robimy my w prawdziwym życiu. No i wreszcie – żeby wyglądały tak jak my.

Uważasz, że to, co dzieje się w branży filmowej, rzeczywiście można nazwać rewolucją czy może to za mocne słowo?
Prawda jest taka, że ja i moje koleżanki i moi koledzy z ekipy możemy wyczyniać nie wiadomo jaką gimnastykę na planie, ale to nie musi przekładać się na uznanie producentów. Głos krytyków też tego nie zmieni – dziennikarze mogą piać z zachwytu, ale dopóki siedzący w biurze wytwórni księgowi nie powiedzą, że film przyniósł zadowalające wpływy, dopóty nie będzie rozmowy o kolejnych takich projektach. Tutaj sędziami są wyłącznie widzowie. Albo nasz film przyjmą i polecą innym, albo odrzucą. Czekam na ich osąd w pokorze, nie panikuję. A musisz wiedzieć, że jestem dość emocjonalną osobą. Kiedy podczas promocji filmu spotkałam się z dziewczynami, z którymi robiłyśmy „Królowe zbrodni” – aktorkami Elisabeth Moss i Tiffany Haddish oraz reżyserką Andreą Berloff – popłakałam się.

Dlaczego?
Było coś wzruszającego w tym, że nad tym projektem pracowały niemal same kobiety. Ja bardzo łatwo się wzruszam, a wtedy spotkałam się z nimi pierwszy raz, odkąd zeszłyśmy z planu. Powróciły wspaniałe wspomnienia z pracy. Nie wiem jak dla nich, ale dla mnie plan filmowy to zawsze w pewien sposób są wakacje. Chociaż muszę uczyć się kwestii i wstawać codziennie bladym świtem, w zamian dostaję coś niezwykle cennego.

Co takiego?
Chociażby komfort korzystania z toalety w pojedynkę [śmiech]. Czegoś takiego nie zaznałam u siebie w domu od 13 lat, czyli odkąd urodziłam pierwsze dziecko i zaadoptowałam psa. Patrząc na dziewczyny, przypomniałam sobie, jak cudowne były miesiące naszej pracy, kiedy mogłyśmy w pełni zaangażować się w swoją robotę, a dodatkowo miałam prywatność, nie musiałam mieć oczu dookoła głowy i zastanawiać się, co zdemolowały moje córki, a co wziął do pyska mój pies.

Zaraz, zaraz… Przecież pracujesz nie tylko jako aktorka. Masz własną kolekcję ubrań, sama szyjesz dla siebie kreacje na gale wręczania nagród. Kiedy się tym zajmujesz?
W ciągu dnia nie mam na to szans. Panuje za duży rozgardiasz. Zazwyczaj szyję po nocach, kiedy dzieciaki i pies śpią, a ja nie muszę się uczyć tekstu. Wtedy siadam do maszyny, co działa na mnie niezwykle odprężająco.

Granie w komediach też cię odpręża? Pytam, bo wielu aktorów twierdzi, że wbrew pozorom właśnie rozśmieszanie widzów to najcięższa robota i że atmosfera na planie komedii potrafi być napięta.
Gatunek nie ma znaczenia, zawsze staram się wycisnąć z tego, co mam do zagrania, wszystko, co się da.

Masz swoje ulubione role? Postaci, które zapamiętasz na zawsze?
Wszystkie po równo obdarowałam swoim ciałem i uwagą. Więc tak jak ważni są dla mnie wszyscy ludzie, bez względu na rasę, płeć i seksualność, tak i wszystkie postaci traktuję tak samo. Co więcej, kocham te moje bohaterki, są dla mnie jak dzieci.

Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)

Liczyłem, że wskażesz jednak „Królowe zbrodni”, bo to film dobrze oddający ducha naszych czasów: trzy kobiety całkowicie podległe facetom mają dość i buntują się przeciwko patriarchalnym układom. Piękna metafora tego, co dzieje się poza ekranem.
Doceniłam scenariusz „Królowych…” za tę właśnie metaforę. Opowiadamy o kobietach zmęczonych układami. Niby przenosimy się do końcówki lat 70., ale tak naprawdę mówimy o mechanizmach, które obowiązują we współczesnych korporacjach, w ogóle w życiu społecznym. Nie wiem, jak to możliwe, by w XXI wieku na stanowiska menedżerów wciąż byli zatrudniani faceci, którzy krzykiem i presją próbują zarządzać zespołem! Przecież taki nieustannie ponaglany, zestresowany człowiek nie będzie potrafił dać z siebie tego, co ma najlepsze.
W „Królowych…” pokazaliśmy kobiety, które nie tyle buntują się przeciwko takiemu porządkowi, co po prostu znajdują dla niego alternatywę. Nie urządzają sobie polowania na mężczyzn, nie mszczą się na nich, tylko zaczynają działać po swojemu, wypracowują nowy model bez odnoszenia się do bzdurnych męskich reguł. Moja bohaterka nie jest kobietą działającą w gniewie, pragnącą dać każdemu napotkanemu facetowi w twarz. To nie tak. Kobiety u władzy muszą znaleźć własny sposób na zarządzanie, a nie kopiować modelu, który wypracowali mężczyźni. Nasz film opowiada także o tym.

Ty też musiałaś się buntować przeciwko władzy mężczyzn?
Jestem szczęściarą, bo urodziłam się w domu, w którym figura ojca nigdy nie kojarzyła się z siłą. Przez lata nie wyobrażałam sobie, że mama mogłaby bać się taty. Albo że jako dziewczynka miałabym czuć się gorsza od chłopca. Tworzyliśmy naprawdę fajną paczkę przyjaciół, w której każdy liczył się ze zdaniem drugiego, choć moi bliscy nie byli ani hipernowocześni, ani specjalnie wykształceni. Dorastałam w małej mieścinie na farmie, w bardzo katolickim domu. A kiedy mówiłam, że zostanę projektantką, słyszałam: „Świetny pomysł!”, „Dasz radę!”, „Idź za tą myślą!”. Kibicowano moim pomysłom.

McCarthy: 'Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom'.(Fot. Getty Images)McCarthy: "Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom".(Fot. Getty Images)

Dzięki temu wierzyłaś, że możesz wszystko?
Przez długi czas tak. Kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku, nie miałam grosza przy duszy, amimo to nie zniechęcałam się. Myślałam, że ciężką pracą i cierpliwością zdobędę to, o czym marzę. W pewnym momencie los postanowił dać mi prztyczka w nos.

Co się stało?
Byłam już dość rozpoznawalna jako standuperka, kiedy dowiedziałam się o pewnym castingu. Poszłam na niego i przeżyłam szok. Dookoła mnie czekały same szczupłe, śliczne dziewczyny, a pośród nich ja – która mogłam uchodzić za dwie osoby w przebraniu. Bardzo przytyłam, bo z braku kasy jadłam wyłącznie tanie, niezdrowe jedzenie: makarony, sosy z konserwantami, parówki. Czułam się na tamtym castingu jak bohaterka „Truman Show”, jakby świat przez całe moje życie mnie oszukiwał. Zaczęłam mieć paranoję, że zarówno moja rodzina, jak i przyjaciele po prostu bali się powiedzieć mi, że jestem nieatrakcyjna i że z takim wyglądem niczego w tej branży nie osiągnę. Po tamtej przygodzie stałam się chodzącym kompleksem. Apogeum nadeszło, kiedy spotkałam się z pewnym menedżerem, który powiedział mi, że nie rozumie, jak taka osoba jak ja – zabawna i bystra – może sobie pozwolić na taką figurę. „Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, rzucił mi prosto w twarz.

I…
I wtedy miarka się przebrała. Bunt wziął górę nad użalaniem się. Miałam już serdecznie dość pytania innych o to, co mi wolno i na co zasługuję. Doświadczyłam oświecenia [śmiech]. Uświadomiłam sobie, że o tym, czego pragnę i potrzebuję, próbuje decydować stojący przede mną facet, który nie ma pojęcia, co potrafię, widzi tylko moją tuszę. Dotarł do mnie absurd całej sytuacji i po prostu zaczęłam się śmiać. Nagle poczułam rosnącą pewność, że to nie on, ale ja sama rozstrzygnę, czy zrobię karierę w Hollywood, czy nie. Świat nie składa się przecież z samych szczupłych, długonogich piękności. I nie trzeba mieć doktoratu z socjologii, żeby to zauważyć.

Jak to doświadczenie przełożyło się na twoje granie?
Nauczyłam się jednego: nie mam prawa oceniać moich bohaterek.

McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)

Nawet kiedy grasz tak kontrowersyjne postaci jak Lee Israel? Oszustkę, która fałszowała listy sławnych pisarzy, a potem sprzedawała je antykwariatom, za co została aresztowana przez FBI w latach 90.? Za rolę w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” dostałaś nominacje do Oscara i Złotego Globu.
Przyczyn sukcesu tego projektu upatruję właśnie w niemożności wybronienia Lee. Takie niejednoznaczne, trudne postaci to moim zdaniem przyszłość amerykańskiego kina. Zauważ, że Hollywood niemal nie pokazuje negatywnych głównych bohaterek. One są najczęściej heroinami w opałach albo czekającymi na księcia z bajki nieszczęśliwymi kurami domowymi. Albo bohaterkami przez duże B. Widz ma zawsze z nimi sympatyzować. Mam tego dość, bo kobiety nie są dobre i fajne tylko dlatego, że są kobietami. Mamy różne historie i różne motywacje. Tak samo Kathy z „Królowych zbrodni”. Nie mogłam jej oceniać, bo ona jest w sytuacji, kiedy zostaje sama z małymi dziećmi. A co robić, kiedy wiesz, że twoim dzieciom grozi spanie na ulicy? Ja nie mam wątpliwości, do czego byłabym w takiej sytuacji zdolna.
Lubimy mówić: „Ja na jej miejscu zachowałabym się inaczej”, „Nie pozwoliłabym sobie na coś takiego”, „Na pewno dałoby się tę sytuację rozwiązać w inny sposób”. Niezwykle łatwo przychodzi nam pouczanie i mówienie innym, jak mają żyć.

McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).

I to mi się bardzo podoba – grasz w filmach, w których nie moralizowania ani litowania się nad kobietami. To daje moc. A czasem nawet supermoc, jak w najnowszym filmie „Thunder Force” – grasz w nim superbohaterkę w kostiumie plus size.
Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom. Pokazać, że nie mamy prawa oceniać innych, jeśli nie jesteśmy na ich miejscu. Sporo filmów z mojej filmografii pozwala spokojnie przyjrzeć się pokazywanym w nich bohaterkom. Przyjrzeć i łaskawie zamilknąć, darując sobie wszelkie niepochlebne komentarze. 

Melissa Ann McCarthy rocznik 1970. Aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. Karierę rozpoczynała jako standuperka. Studiowała na wydziale ubioru w Southern Illinois University, stworzyła linię ubrań dla kobiet plus size. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.

  1. Kultura

Komedie francuskie - najlepsze produkcje prosto z Francji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ostatnio na łamach naszego portalu pisaliśmy o francuskiej radości życia, która polega m.in. na celebrowaniu małych przyjemności. Trop ten szybko zaprowadził nas do... francuskich komedii. Z tego względu przyglądamy się dziś najlepszym filmom komediowym prosto z Francji. Wybraliśmy tytuły, które bez trudu znajdziecie w polskich serwisach VOD. 

"Jutro będziemy szczęśliwi"

Samuel (Omar Sy) wiedzie beztroskie życie opierające się na przygodnych romansach. Pewnego dnia jego była kochanka Kristin robi mu niespodziankę. „To twoja córka” – mówi i znika. Od tej chwili Samuel staje się pełnoetatowym tatą małej Glorii. O dzieciach nie ma pojęcia, lecz uczucie do dziewczynki dodaje mu sił, aby sprostać wyzwaniom ojcostwa. Sielanka kończy się, gdy Gloria ma 8 lat, a Kristin postanawia ją odzyskać. To świetny film o dojrzewaniu do odpowiedzialności i odkrywaniu, jakimi wartościami warto się kierować.

Film dostępny na player.pl i cineman.pl.

Kadr z filmu 'Jutro będziemy szczęśliwi'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jutro będziemy szczęśliwi". (Fot. materiały prasowe)

"Rodziny się nie wybiera"

Film "Rodziny się nie wybiera" to najlepszy dowód na to, że Francuzi mają gdzieś poprawność polityczną i uwielbiają żywiołowe komedie pełne kontrowersyjnego humoru. Valentin D. (Dany Boon) jest wychowanym w sierocińcu genialnym projektantem, który swoimi kolekcjami rzuca Paryż i światowy design na kolana. Wszystko zmienia się jednak, gdy o jego istnieniu przypomina sobie jego mieszkająca na północy Francji i posługująca się dziwnym dialektem szalona rodzina, która bez zapowiedzi przyjeżdża do stolicy.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Rodziny się nie wybiera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Rodziny się nie wybiera". (Fot. materiały prasowe)

"Za jakie grzechy, dobry Boże?"

"Za jakie grzechy dobry Boże" to urocza komedia o tym, co czują rodzice, gdy przyszły zięć jest zupełnie nie z ich bajki. I choć film wyreżyserowali Francuzi, to zawarte w niej problemy są bardzo bliskie wielu Polakom. Marie (Chantal Lauby) i Claude (Christian Clavier) to konserwatywni rodzice czterech córek, którzy pragną, aby ich latorośle poślubiły kulturalnych katolików z Francji. W życiu bohaterek pojawiają się jednak czterej zakochani mężczyźni: Żyd, Arab, Chińczyk i chłopak z Czarnej Afryki...

Film dostępny na vod.pl.

Kadr z filmu 'Za jakie grzechy, dobry Boże?'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)

"Nietykalni"

Tego tytułu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Mało kto jednak wie, że historia przedstawiona w filmie "Nietykalni" zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner (François Cluzet) zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia (Omar Sy). Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi! Pozycja obowiązkowa, jeśli chodzi o francuskie produkcje.

Film dostępny na cineman.pl.

Kadr z filmu 'Nietykalni'. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu "Nietykalni". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

"Czym chata bogata"

"Czym chata bogata" to wybuchowa komedia twórców "Za jakie grzechy, dobry Boże?". Jean-Etienne Fougerole (Christina Clavier), bogaty pisarz-celebryta podczas telewizyjnego programu, promując swoją nową książkę "Czym chata bogata", nieopatrznie zaprasza pod swój dach romską rodzinę. Gdy do jego wspaniałego domu wprowadzą się nowi lokatorzy, cały świat stanie na głowie. Dwie rodziny, dwa światy, różne obyczaje, czy wzajemne uprzedzenia mogą doprowadzić do... wielkiego cygańskiego wesela.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Czym chata bogata'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Czym chata bogata". (Fot. materiały prasowe)