1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Tomasz Sekielski - wiecznie w trasie

Tomasz Sekielski - wiecznie w trasie

Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal
Tomasz Sekielski, ilustracja Arobal
Pracował w newsach, prowadził programy telewizyjne, jako reporter jeździł w najbardziej zapalne miejsca świata. Ciągle przypomina o niezależności mediów. Jego dokument „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w Kościele obejrzało ponad 22 miliony widzów. Spotykamy się w kawiarni i zanim zadam pierwsze pytanie, już podchodzi ktoś, aby podziękować za film. Sytuacja w czasie rozmowy się powtarza.

Często widzowie podchodzą, by porozmawiać? Tak, teraz bardzo często. Czuję się wobec nich zobowiązany, bo przecież to oni sfinansowali produkcję tego filmu. Cieszy mnie, że tyle osób chce o nim rozmawiać. Wróciłem z serii spotkań poza Warszawą – widzowie przychodzą licznie, nie są radykalni w tę czy inną stronę. Nie spotkała mnie też żadna nieprzyjemna historia. Żaden atak. 

Czy mógłbyś to wszystko tak opowiedzieć, gdyby ten film powstał w jakieś stacji telewizyjnej? Ponieważ sfinansowali go internauci, nie można mu było przypiąć żadnej etykiety. Nikt nie mógł powiedzieć: „Zrobiła to ta redakcja, wiadomo, co zobaczymy”. Miałem absolutną swobodę twórczą. Owszem, odbyłem kolaudację, ale sam ze sobą, z bratem i osobami, na których opinii mi zależało. Nikt nie mówił: „Tu zmieńmy, tu wytnijmy, bo reklamodawcy…”. Telewizje mają rozmaite interesy i mogły nie chcieć tak mocnego filmu. 

Przypomniałeś o niezależności dziennikarzy, powinności, jaką mają, ale też odpowiedzialności za bohaterów. Bałeś się o nich? Poczucie bezpieczeństwa u bohaterów było kluczowe od samego początku. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym im dostarczyć dodatkowej traumy. Oczywiście, nie byłem w stanie przewidzieć, jakie będą reakcje po filmie, czy nie spotka ich nic przykrego, ale bardzo dbałem, aby mieli maksymalne poczucie komfortu psychicznego. Ktoś, kto zdobywa się na taką szczerość, mówi coś po raz pierwszy, wracając do największej traumy swojego życia, zasługuje na to, aby mógł to zrobić w bezpiecznych warunkach. Tak, by poniósł jak najmniejszy koszt.

Jaki koszt sam poniosłeś? Musiałem się na tydzień wyłączyć ze świata. Zabrałem synowi PlayStation i zamknąłem się w pokoju. W ten sposób odreagowuję stres. Ale to żaden koszt. Oglądałem film już kilkanaście razy, przy różnych okazjach, i za każdym razem mnie boli. Założyłem, że ma boleć widzów, zmuszać do myślenia, kazać się zastanowić. I myślę, że taki film powstał. Mam poczucie dobrze wykonanej pracy.

Dużo wcześniej postawiłeś na niezależność. Odchodząc z TVN, słyszałeś, że marnujesz swój potencjał? Słyszałem od kolegów, że zwariowałem, choć mówili to w mniej cenzuralnej formie. Śmieję się, bo w ostatnich latach co jakiś czas ktoś ogłaszał moją zawodową śmierć, a jestem całkiem żywy. Kiedy odchodziłem z TVN, słyszałem, że to koniec. Do widzenia. Nie ma go już. Potem zrobiłem cykl 50 dużych reportaży, właściwie dokumentów z całego świata o kryzysie uchodźców, muzułmanach, kartelach narkotykowych w Meksyku, wojnie na wschodzie Ukrainy. Dostałem nagrody. Kiedy skończył mi się kontrakt, nie zamierzałem w ogóle dyskutować jego przedłużenia z TVP, bo przyszła „dobra zmiana”. Był rok 2016. Ponownie zapowiedziano mój koniec. Potem były różne epizody, w końcu zacząłem się pojawiać w Internecie, robić jakieś swoje rzeczy i znowu różne osoby ze światka medialnego mnie pogrzebały. Kiedy ogłosiłem, że chcę zrobić film o pedofilii w Kościele i zebrać na niego pieniądze w sieci, usłyszałem, że nic z tego nie wyjdzie, że to mrzonki, „no, co ty w ogóle wymyśliłeś?!”… 

Jak ktoś umiera trzy razy, to chyba długo pożyje… [Śmieje się]. Kot żyje siedem razy… Dzisiaj jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałem być. Mam satysfakcję, bo od początku dobrze wiedziałem, czego chcę. 

Dlaczego ktoś, kto ma doskonałą pozycję, uznanie, nagrody, raz po raz decyduje się na taką woltę, żeby nie powiedzieć ucieczkę? Było mi za dobrze. Miałem znakomite warunki w TVN. Zbyt wygodne. Miałem gabinet, a w nim kanapę, na której mogłem drzemać. Miałem trzydzieści parę lat i pomyślałem: „Hej, stary, za wcześnie na emeryturę”. Potrzebowałem wyzwań, stałego dopływu adrenaliny. Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie z ust faceta, który poprowadził kilka popularnych programów, ale studio telewizyjne nie jest moim naturalnym środowiskiem. Jestem reporterem i najlepiej czuję się w terenie. Muszę być blisko zdarzeń. Czuć je. Dotykać ich. 

Kiedy poczułeś to po raz pierwszy? Jako nastolatek chłonąłem książki Ryszarda Kapuścińskiego, one mnie olśniły, zapragnąłem zostać reporterem, opowiadać świat. Ta świadomość obudziła się dość wcześnie. 

I poczułeś to, biegając w Bydgoszczy do budki telefonicznej, aby zdać relację Michałowi Kamińskiemu, późniejszemu politykowi? Na pewno ma znaczenie, że zaczynałem jako reporter miejski. Współpracowałem z radiem, była awaria wodociągu, jednego z większych w Bydgoszczy. Michał wymyślił, że zrobimy relację na żywo, pojadę tam, aby opowiedzieć, co się dzieje. Nie było komórek. Chłonąłem obraz i biegłem do budki telefonicznej, łączyłem się ze studiem, relacjonowałem, jak duży jest korek, ile wozów strażackich... Akcja trwała cały dzień. Tak, masz rację, to był ten pierwszy moment. 

Uczyłeś się dziennikarstwa w praktyce. Masz ten zawód we krwi? Na pewno. Ale myślę, że tylko w ten sposób – na ulicy, w działaniu – można się nauczyć tego zawodu. Większość kolegów z mojego rocznika uczyło się go „w boju”. Kiedy zaczynaliśmy, był czas przełomu w kraju i w mediach. Zaczęły powstawać komercyjne rozgłośnie, potrzebowały ludzi na pokład. Obszedłem wszystkie rozgłośnie bydgoskie, a rękę podało mi katolickie Radio VOX. Parę lat później prowadziłem warsztaty dla reporterów radiowych i spotkałem tych, którzy mnie odesłali z kwitkiem. Dziwnie się zachowywali, przypomnieli sobie, że kiedyś składałem u nich papiery. „W ogóle się tym nie przejmujcie – mówię – wyszedłem na tym bardzo dobrze”.

Jak zapamiętałeś moment transformacji? Polska zmieniała się z dnia na dzień. Było wiele tematów dla reportera. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że wiele tematów uciekło, bo ich wtedy nie opisaliśmy. Media nie były w stanie wszystkiego przerobić. Zajęliśmy się gospodarką rynkową i zaczęliśmy tonąć w polityce. Pewnie już wtedy zaczął się podział. I dlatego dzisiaj polityka zdominowała przekaz medialny. Nie twierdzę, że nie jest ważna, ale mam wrażenie, że nie jest aż tak ważna. Brakuje reportażu w prasie codziennej. 

Pokolenie twoich rodziców zaczęło płacić koszty transformacji od razu. Twoi rodzice stracili pracę, bo zlikwidowano ich zakłady. Mama była chemikiem i pracowała w swoim zawodzie. Ojciec uczył rosyjskiego, a kiedy odszedł ze szkoły, zaczął uczyć w Ochotniczym Hufcu Pracy. Po jego likwidacji zrobiono w tym miejscu hotel robotniczy i ojciec został jego kierownikiem. Przełom 1989 był dla mojej rodziny bardzo trudny. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że coś ważnego się dzieje, moi rodzice, jak większość Polaków, oczekiwali na zmianę, ale nikt nie wiedział, jaka będzie cena. Kiedy stracili pracę, co tu mówić, było cienko. Dzisiaj oboje uważają, mimo ciężkich doświadczeń, że bardzo dobrze się stało, i są zadowoleni, że Polska się zmieniła. Kiedy dostałem propozycję pracy w Radiu WAWA, ojciec nie był zadowolony. Uważał, że wiązanie się z radiem to głupi pomysł, a dziennikarstwo to nie jest stabilny zawód. Zakładał, że wrócę z tej Warszawy po miesiącu. 

Dawał to odczuć? Powiedział wprost, że zwariowałem. Później rodzice nie kryli dumy, zadowolenia i bardzo mnie wspierali. Myślę, że dzięki dzieciństwu w blokowisku na bydgoskich Bartodziejach i temu, że nie byliśmy nigdy bogatą rodziną miałem większy impuls do działania. Od dziecka mam wpojone, że należy walczyć o swoje i pomagać słabszym. Przeniosłem to potem na życie dziennikarskie. Zawsze staram się stać po stronie słabszych. Nie mam problemu z wystąpieniem przeciwko władzy, bez względu na jej kolor. To prawda, że kształtuje nas dzieciństwo. Mnie ukształtowały Bartodzieje. Moje przeżycia rodzinne. 

Ten hotel robotniczy, którym zarządzał tato, podsycał ciekawość? Dla mnie jako dziecka to było ciekawe miejsce, teren do eksploracji. Daleko już były posunięte zniszczenia, jakich dokonali mieszkańcy. Hotel był przy kombinacie budowlanym, a że cały ten przemysł upadł, nikt już nawet nie myślał, żeby pomalować ściany. No bo po co?! Wiadomo, że tu już nic nie będzie. Kiedy likwidowano kombinat, ojciec powiedział: „Chodź, coś zobaczysz”. Weszliśmy do kompletnie opuszczonego biurowca, którego nic nie zabezpieczało, szliśmy długimi korytarzami, w biurach stały przedpotopowe komputery. Wszystko było opuszczone. Pozostawione sobie. Przy hotelu stały drewniane klatki, a w nich, za siatką, króliki. Pamiętam hodowlę nutrii i starą strzelnicę. Taka mroczna scenografia. Pamiętam wszechobecny alkohol. I faceta, który nazywał się Mieczysław Bitowt. Był sybirakiem. Opowiadał o transportach na Wschód, o tym, że dostawali do jedzenia solone śledzie, po których zjedzeniu umierali z pragnienia. Ale zapamiętałem go z innego powodu – był mistrzem taczania jajek na Wielkanoc. Wygrywał właściciel jajka, którego skorupka nie pękła. Był też mistrzem w jedzeniu pierogów. Potrafił zjeść 30 na raz. Przy tym dużo popijał. Ojciec zawsze mi tłumaczył, że on je na zapas, bo pamięta głód, tamtą wywózkę. Na pewno to kształtowało moją wrażliwość reporterską.

Zanim zająłeś się większymi formami, pracowałeś w „Faktach” stacji TVN. Wielu dokumentalistów doskonali warsztat w telewizji newsowej. To była dobra szkoła? Najlepsza, bo jeśli codziennie robi się materiał, w którym się nie odpuszcza, w dodatku robi się go pod presją czasu, to już się jest w przedsionku do dokumentu. Zdobywa się też dużą wiedzę o polityce, społeczeństwie, różnych mechanizmach. Moim głównym miejscem pracy początkowo był Sejm, pochłonęła mnie polityka. Przez lata byłem sprawozdawcą parlamentarnym, ale kiedy nadarzała się okazja, aby wyjechać w teren, jechałem. Poleciałem do Murmańska, gdy tonął okręt podwodny „Kursk”, byłem na Bałkanach w czasie wojny w Kosowie, poleciałem do Iraku, gdy trafiły tam polskie wojska, relacjonowałem papieskie pielgrzymki, ale i powodzie na południu kraju. Nie czułem żalu, że mam mniej pracy czysto reporterskiej. Kiedy zacząłem robić reportaże ze świata i co drugi tydzień dawałem program, właściwie przez dwa lata nie było mnie w domu. Dzisiaj, gdyby ktoś mi zaproponował podobny rytm, odmówiłbym. Tego już się nauczyłem. 

W czasie studiów trafiłem na staż do redakcji „Faktów” i, prawdę mówiąc, było to koszmarne doświadczenie. Nieprawdopodobne napięcie, żeby to lapidarnie ująć. Widziałem, że łatwo wam nie było. No tak. „Fakty” to nie była szkółka niedzielna. Testosteron buzował, była ostra konkurencja… Nie chcę tego krytykować, bo byłem z „Faktami” związany prawie dziesięć lat. Wiem też, że gdyby praca tam wyglądała inaczej, nie wybiłyby się. Potrzebowały ekipy wariatów – straceńców, którzy z jednej strony są młodzi i wierzą w nieśmiertelność, a z drugiej – że wszystko mogą. Ciężko zapieprzaliśmy i się udało. 

Pamiętam dużo krytyki i stale powtarzane hasło, że jutro ma być lepiej. Tomek Lis należał do szefów, którzy rzadko chwalą. Było wiele spięć. Ale to przynosiło efekty. Może to nie jest właściwie porównanie, ale byliśmy jak drużyna piłkarska. Nieważne, co trener mówi w szatni i ile padnie przekleństw. Ważne, że wychodziliśmy na boisko i wygrywaliśmy. Udało się znaleźć ludzi, którym to odpowiadało. Nikt nas nie zmuszał, żebyśmy w tym tkwili. Osobna książka musiałaby powstać o tych czasach. 

Z tych wszystkich ucieczek, o których mówiłeś, wzięły się twoje książki? Zawsze myślałem o pisaniu, o beletrystyce. Zacząłem pisać, kiedy odszedłem z TVN, bo miałem dziewięciomiesięczny zakaz konkurencji. Zacząłem jeździć na Podlasie, znalazłem fantastyczne miejsce, wieś Koterka, przy granicy – drewniana cerkiew, obok staw. Siadałem nad stawem i wyobrażałem sobie sytuację filmową – kamera frunie przez trawę, skierowana prostopadle do lustra wody. A tam pływa trup. Panorama. Widać piękną cerkiew w tym uroczysku. Genialny początek filmu. A później zacząłem wymyślać historię. Nagle wszystko zaczęło mi się układać w głowie. Moje pisarstwo jest mroczne pewnie ze względu na moje doświadczenia reporterskie. Bywałem w miejscach, w których ludzie się zabijali, coś w głowie zostało.

 

Założyłeś Wydawnictwo „Od Deski do Deski”, ale prowadzi je żona. Jest dla ciebie wymagającym wydawcą? Jestem cwaniakiem. Myślałem, że będę je sam prowadził, ale to okazało się niemożliwe. Poszedłem pokornie do żony i grzecznie zapytałem: „Aniu, czy nie uważasz, że lepiej byłoby, gdybyś to ty prowadziła wydawnictwo?”. Wszyscy mówią, że zrzuciłem na żonę ciężką, codzienną robotę. Pewnie coś w tym jest. Żona straszy mnie terminami. Przypomina, że już powinienem skończyć książkę. Tak sobie wygodnie wymyśliłem, bo przecież filmy produkuje mój brat. A ja jestem artystą – wizjonerem. 

Kłócicie się z bratem? No jasne. Bardzo. Bo ja na przykład chcę nagrać coś z jak największym rozmachem, a on pilnuje budżetu i mówi: „nie”. To sprzeczny interes. Więc dochodzi do spięć, a potem czasami ja mu przyznaję rację, czasami on mnie. Mimo tych kłótni wciąż ze sobą pracujemy. Zakładam, że obcy ludzie dawno by się rozeszli. Możemy nie odzywać się do siebie parę godzin, ale nie więcej. 

Wyprowadziłeś się z Warszawy na Podlasie. Jakie jest to twoje miejsce? Mój dziadek pochodzi z okolic Baranowicz. To dzisiejsza Białoruś. Moja mama mówi, że mam Wschód w genach. To miejsce to mój azyl. Ale nie zakładam, że jest ostateczne. Ciągle mnie nosi. Jestem z pokolenia, dla którego przeprowadzki i migracja nie są czymś wielkim. Lubię swój dom na Podlasiu, czuję się tam u siebie. Czasami słyszę: „Co wy tam, w Warszawie, możecie wiedzieć?”. Odpowiadam, że my w Warszawie to nie bardzo, ale ja mieszkam na wsi. Dobrze wiem, ile co kosztuje, jakie są problemy ludzi. 

Najlepiej czujesz się w ruchu? Nie wiem. Po prostu od lat nie próbowałem żyć w jednym miejscu. Może z lęku? Zatrzymam się i co dalej? Ale kiedyś muszę spróbować. Po filmie o SKOK-ach, nad którym teraz pracuję, może sobie powiem: „Dobra, to ostatnia wielka produkcja, jaką zrobiłeś. Od teraz stop”. Ale, kurde, mam dopiero 45 lat. Śmiejemy się z żoną, że nasze małżeństwo jest udane, że nie przeżyliśmy kryzysu, a jesteśmy ze sobą 22 lata, bo mnie często nie ma. Nasz związek jest tak mocny, bo za sobą tęsknimy. I może to jest recepta? Pojutrze ruszam w kolejną trasę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.