1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Najlepsze kryminały na długie wieczory - polecamy książki na jesień

Najlepsze kryminały na długie wieczory - polecamy książki na jesień

Zaszyć się pod ciepłym kocem z kubkiem parującego napoju w dłoni i zagłębić we wciągającej lekturze – to dla wielu osób idealny scenariusz na chłodny, jesienny dzień. (Fot. iStock)
Zaszyć się pod ciepłym kocem z kubkiem parującego napoju w dłoni i zagłębić we wciągającej lekturze – to dla wielu osób idealny scenariusz na chłodny, jesienny dzień. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Badania dowodzą, że kryminałożercy są bardziej empatyczni i lepiej radzą sobie ze stresem. Ale to nie jedyna korzyść, jaką daje czytanie prozy detektywistycznej. Ekscytacja, ukojenie, oswajanie lęków, trening dla mózgu, rozrywka, wiedza o świecie i naturze ludzkiej… Jesienią dochodzi jeszcze jeden czynnik – ten najbardziej psychologiczny – poprawa nastroju.

Badania dowodzą, że osoby czytające książki kryminalne są bardziej empatyczne i lepiej radzą sobie ze stresem. Ale to nie jedyna korzyść, jaką daje czytanie prozy detektywistycznej. Ekscytacja, ukojenie, oswajanie lęków, trening dla mózgu, rozrywka, wiedza o świecie i naturze ludzkiej… Jesienią dochodzi jeszcze jeden czynnik – ten najbardziej psychologiczny – poprawa nastroju. A jakie najlepsze kryminały polecamy? Oto kilka dobrych pozycji.

Zaszyć się pod ciepłym kocem z kubkiem parującego napoju w dłoni i zagłębić we wciągającej lekturze – to dla wielu osób idealny scenariusz na chłodny, jesienny dzień. Jedyne, co mogłoby zwiększyć satysfakcję z doświadczania powyższego, to odpowiedni dobór lektury. Niewielu bowiem zdaje sobie sprawę z tego, że powieści detektywistyczne wręcz stworzono po to, by poprawiać nam nastrój.

Struktura klasycznego, dobrego kryminału jest prosta, by nie powiedzieć „sztampowa”: dochodzi do zbrodni, która zaburza ład i uderza w system wartości, dlatego stróże prawa robią wszystko, co w ich mocy, by sprawiedliwości stało się zadość. Czytelnik zaś przyjemność czerpie już od pierwszej strony, począwszy od opisu zbrodni (naturalna, mniejsza lub większa, potrzeba zgłębiania ciemnej strony życia), przez zaangażowanie w tropienie zbrodniarza (szare komórki pracują na całego), snucie własnych podejrzeń (kiedy trafnie wytypujemy mordercę, w naszym mózgu wyzwalają się endorfiny) po przynoszące ukojenie zakończenie, w którym dobro zwycięża a zło zostaje ukarane. Ale to nie wszystko. Dzisiaj najlepsze kryminały mają do zaoferowania o wiele więcej – bywają nie tylko świetną rozrywką, ale też i literaturą najwyższej próby. Dostarczają wiedzy o świecie, w dodatku podawanej „mimochodem”, ale też o mechanizmach psychologicznych kierujących naszym postępowaniem. Skłaniają też do rozważań natury etycznej – coraz częściej bowiem rzeczywistość pokazana w książkach kryminalnych nie jest wcale czarno-biała. Wreszcie, ponieważ rozwiązanie kryminalnej zagadki bywa równie trudne jak ułożenie kostki Rubika, sudoku czy puzzli z 3000 kawałków – kryminały pozytywnie wpływają na nasz mózg, ćwicząc pamięć i zapobiegając zmianom neurodegradacyjnym. Jeśli więc tak jak ja uwielbiacie kryminały, thrillery i wszelkiej maści powieści detektywistyczne – spokojnie, wszystko jest z wami w porządku, a nawet jeszcze lepiej.

Jak dowodzą badania, to nieprawda, że po kryminały sięgają osoby spragnione sensacji i krwi, mało wrażliwe i pozbawione wyobraźni. Jest dokładnie odwrotnie, co udowodniły badania psycholog Sandry Rea. Według niej miłośników kryminałów cechuje zdecydowanie większa empatia, przy czym empatyzują zarówno z detektywem, ofiarą, jak i ze zbrodniarzem – są w stanie zrozumieć ich emocje oraz powody kierujące postępowaniem. A empatia jest niezbędna do tworzenia i utrzymywania udanych relacji z ludźmi.

Psycholog Miriam Henke posuwa się jeszcze dalej, twierdzi bowiem, że osoby z kryminalną przeszłością wręcz stronią od kryminałów. Cóż, jak widać wolą popełniać zbrodnie niż o nich czytać. I znów – odwrotnie niż miłośnicy książek kryminalnych. Według Henke po kryminały sięgamy głównie po to, by poznać to, co niepoznane, i to oswoić. Psycholożka uważa, że mimo – czasem bardzo wiernego – opisu otaczającego nas świata, fikcja przedstawiona w kryminałach czy thrillerach jest jednak daleka od tego, co nas na co dzień spotyka – i dlatego właśnie tak ekscytująca. Zwykle nie bierzemy przecież udziału w pościgach, nie tropimy seryjnych zabójców czy międzynarodowych szajek, nie umykamy o włos śmierci – stąd podczas czytania w naszym mózg uruchamiają się obszary odpowiedzialne za radzenie sobie w tych sytuacjach, wydziela się adrenalina, która wprawia nas w stan lekkiej euforii. No a przy okazji oswajamy lęki – skoro „na sucho” poradziliśmy sobie z włamywaczem, mordercą czy gwałcicielem – zyskujemy większą pewność, że w podobnej stresującej sytuacji też nam się uda. Dostajemy wskazówki, jak się zachować lub – co na to samo wychodzi – jak się nie zachowywać w obliczu niebezpieczeństwa.

>> Czytaj także: Książki o rozwoju osobistym, które warto przeczytać

Poza tym dzięki temu, że towarzyszymy osobistym zmaganiom głównego bohatera – detektywa, który ma talent, ma środki i ma moralne prawo, by ścigać zbrodnię, ale któremu chwilowo nie wiedzie się w życiu prywatnym (trauma przeszłości, problemy małżeńskie lub po prostu ma uciążliwe dla innych przywary) –  uczymy się, że to, co nam nie wychodzi, nie stanowi o tym, kim jesteśmy, a prawdziwi bohaterowie rzadko są idealni. To wszystko wzmacnia nasze poczucie sprawczości i zaufania we własne siły.

Tyle teorii, pora na praktykę. Oto najlepsze kryminały ostatnich tygodni, które polecam aplikować sobie zarówno, kiedy spada temperatura na zewnątrz, jak i samopoczucie:

  1. Jo Nesbo, „Nóż”, Wydawnictwo Dolnośląskie
Wielbicieli książek kryminalnych o bezkompromisowym policjancie Harrym Hole’u nie trzeba zachęcać do najnowszej odsłony jego przygód. Debiutantów w tym temacie warto uspokoić, że nie ma znaczenia, od której części zaczniecie. Szybko wciągniecie się w mroczny świat mroźnego (niezależnie od pogody) Oslo. Zwłaszcza, że „Nóż” naprawdę porywa i pozwala na kilka godzin zapomnieć o całym świecie. Harry Hole jest w kiepskim stanie, wszystkie ślady wskazują bowiem, że tym razem morderstwa dopuścił się sam Harry, w dodatku nie do końca świadomie, czytelnik więc razem z nim gorączkowo szuka dowodów na niewinność. Jeśli to się uda, to nie ma już chyba rzeczy niemożliwych.

(fot. materiały promocyjne) (fot. materiały promocyjne)
  1. Fulvio Ervas „Ekspedentki z Treviso”, wyd. Smak Słowa
Właśnie ukazała się pierwsza książka z serii o detektywie Stuckym, pracującym w małym włoskim miasteczku Treviso, które słynie głównie z tego, że jest ojczyzną prosecco. Stucky przeżywa śmierć swojego przyjaciela i jednocześnie rozpoczyna śledztwo w dość dziwnej sprawie. Otóż ktoś napada na okoliczne ekspedientki, kiedy zamykają sklepy, psując bożonarodzeniową atmosferę mieszkańcom i siejąc postrach wśród sklepikarzy. Stucky, jak przystało na włoskiego śledczego, sporo je i jeszcze więcej rozmawia. Nie spodziewajcie się tu raczej pościgów, ucieczek czy mrożących krew w żyłach scen – śledztwo płynie tu tak jak codzienność w małym miasteczku: powoli, ale urokliwie.

(mat. promocyjne) (mat. promocyjne)
  1. Jon Lier Horst, „Ukryty pokój”, wyd. Smak Słowa
Stieg Larsson i Henning Mankell od kilku lat mają godnego następcę – Jon Lier Horst to obecnie najgorętsze skandynawskie nazwisko w dziedzinie powieści kryminalnych. Co mnie bardzo cieszy, bo jego książki kryminalne są ideałem współczesnej detektywistycznej klasyki. Świetnie skonstruowane śledztwo, stopniowo narastające napięcie, bohaterowie, do których się przywiązujemy, wiarygodnie podana motywacja, ale bez zbędnych dygresji i pseudopsychologicznych wewnętrznych monologów,  do tego poznajemy tajniki policyjnej pracy. Nic dziwnego, Horst jest byłym policjantem, studiował też kryminologię, filozofię i psychologię. „Ukryty pokój” to najnowsza powieść z cyklu opowiadającego o komisarzu Wistingu – rzetelnym i spokojnym śledczym, dla którego życie szykuje sporo niespodzianek i zmian.

(Fot. materiały promocyjne) (Fot. materiały promocyjne)
  1. L. Longworth „Morderstwo w winnicy”, wyd. Smak Słowa
Choć książek Mary Lou Longworth nie można by nazwać klasycznymi kryminałami, o ich uroku świadczy to, co sprowadziło tę urodzoną w Toronto Kanadyjkę do Francji – zachwyt Prowansją. Longworth od 1997 roku mieszka w Aix-en-Provence, gdzie rozgrywa się też akcja jej serii  „Verlaque i Bonnet na tropie”, opowiadającej o sędzi śledczym i jego narzeczonej, wykładowczyni uniwersyteckiej, którzy wspólnie rozwiązują sprawy tajemniczych morderstw. „Morderstwo w winnicy” to trzecia cześć cyklu i jak na razie najlepsza. Na kolejnych kartach powieści czytelnik obserwuje nie tylko postępy w śledztwie (plus kilka całkiem pomysłowych zwrotów akcji), ale też mieszkańców prowansalskiego miasteczka, tutejsze zwyczaje i rytuały, no i perypetie miłosne Verlaque’a i Marine Bonnet. A że ten pierwszy jest wyjątkowym snobem, odbywa się to w oparach najlepszych cygar, w szczęku kieliszków wina oraz podczas podróży do nagradzanych gwiazdkami Michelina restauracji.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)
  1. Andrea Camilleri „Gra luster”, wyd. Noir Sur Blanc
Zmarły w lipcu tego roku Andrea Camilleri zdążył napisać jeszcze jeden dobry kryminał z serii o komisarzu Montalbano, która ukaże się po jego śmierci. Na razie dostaliśmy „Grę luster”, której polskie wydanie zbiegło się z odejściem tego wielkiego pisarza, we Włoszech wielbionego niczym gwiazda. Akcja cyklu rozgrywa się w fikcyjnym sycylijskim miasteczku, które pisarz wzorował na swoim rodzinnym mieście. Montalbano jest inteligentny, zabawny i wyluzowany, które to cechy – w połączeniu – pozwalają mu cieszyć się życiem i jedzeniem (ostrzegam, opisy dań jego gosposi naprawdę przyprawiają o bulgotanie w żołądku), mimo wszechobecnej mafii i porachunków gangsterów, z którymi musi się na co dzień mierzyć. Do tego jest wiecznie wiedziony na pokuszenia przez piękne kobiety, a odmówić im jest mu tym trudniej, że jego ukochana Livia mieszka w Genui i niezbyt często go odwiedza.

(Fot. materiały promocyjne) (Fot. materiały promocyjne)
  1. Fred Vargas „Dzikie hufiec”, wyd. Sonia Draga
Ulubiona autorka powieści kryminalnych redakcji SENS-u – Fred Vargas (Fred to skrót od Frederique) łączy w swoim pisaniu erudycję z poczuciem humoru, dzięki temu w każdym z tomów serii o inspektorze Adamsbergu dostajemy sporą dawkę smakowitych ludzkich portretów, pomysłowych rozwiązań oraz wiedzy na temat historii, w dodatku najczęściej średniowiecznej – Vargas z upodobaniem łączy przeszłość z przyszłością, udowadniając, że nawet ta zamierzchła wpływa na teraźniejszość. Weźmy choćby tytułowy hufiec z jej ostatnio wydanej książki – legendarny zwiastun śmierci, pojawiający się od stuleci na ścieżce w Ordebec, niewielkiej miejscowości w Normandii. Podobno pojawia się znowu. Adamsberg razem ze swoim wiernym Danglardem, kolegą  z wydziału, jedzie sprawdzić te doniesienia, bo zwykł szukać rozwiązań zagadek w bardzo różnych źródłach. Trudno opisać rozkosz, jaką daje czytanie książek kryminalnych Vargas. To coś więcej niż przyjemność płynąca ze świetnie prowadzonej intrygi, niebanalnych postaci i ujmującej atmosfery. Po prostu chce się, by to, o czym pisze, istniało naprawdę.

(Fot. materiały promocyjne) (Fot. materiały promocyjne)
  1. Jussi Adler-Olsen „Wisząca dziewczyna”, wyd. Sonia Draga
Jussi Adler-Olsen ma szczęście do ekranizacji swoich powieści. „Kobieta w klatce” czy „Polowanie na bażanty” są niemal tak dobre jak ich oryginały. Najnowsza książka z cyklu o Departamencie Q, zajmującym się dawnymi, nierozwiązanymi sprawami prowadzi nas na Bornholm, w sam środek kultu słońca. Członkowie Departamentu Q: Carl Morck, Assad, sekretarka Rose oraz nowy członek brygady – Gordon usiłują rozwikłać tajemnicę śmierci siedemnastolatki, którą znaleziono powieszoną na drzewie. Urok kryminałów Adlera-Olsena zasadza się na przeciwieństwie dwóch głównych bohaterów: lekko depresyjnego Morcka oraz dobrodusznego i spokojnego Assada. Znakomicie się uzupełniają i nieraz ratują sobie skórę. Ostrzegam, to kryminał, przy którym zagryza się palce z emocji.

(Fot. materiały promocyjne) (Fot. materiały promocyjne)
  1. Jorge Zapeda Patterson „Morderczy wyścig”, wyd. Sonia Draga
Nasze najlepsze kryminały wieńczy nieco nietuzinkowa pozycja, ale z pewnością warta uwagi. „Morderczy wyścig” to bowiem świetny przykład na to, jak napisać odświeżający współczesny kryminał. Akcja rozgrywa się bowiem w nietypowych realiach –podczas legendarnego wyścigu kolarskiego Tour de France. Okazuje się, że komuś ze startujących zależy na wyeliminowaniu z rozgrywki najlepszych kolarzy, i to dosłownym wyeliminowaniu. Śledząc dość prostą intrygę, mamy jednak niepowtarzalną szansę zerknąć do tak zamkniętego i niedostępnego środowiska, jakim jest zespół kolarski, dowiedzieć się, kim jest na przykład gregario i czy taki gregario (czyli pomocnik)  ma szansę pokonać lidera. Sporo dowiadujemy się też o samym wyścigu – zasadach, charakterystyce i wymogach kolejnych etapów oraz poznajemy takie smaczki jak ten, że między poszczególnymi wyścigami kolarze, aby oszczędzać energię, poruszają się bardzo powoli i tylko tyle, ile jest to konieczne. Ten dobry kryminał będzie idealny dla także dla fanów sportu!

(Fot. materiały promocyjne) (Fot. materiały promocyjne)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.