1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Penélope Cruz - ikona zwykłych ludzi

Penélope Cruz - ikona zwykłych ludzi

"Miałam proste marzenie: mieć pracę, którą będę kochać" - mówiła w wywiadzie dla "El Pais" Penélope Cruz. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kobieta niezwykle atrakcyjna i szalenie utalentowana - o takich mówi się, że wygrały los na loterii. Jednak Penélope Cruz ciężko napracowała się, by wieść życie, którego zawsze pragnęła. Od zawsze wierna wartościom i pochodzeniu. Kocha i szanuje innych ludzi, ale przede wszystkim siebie.

 

Jak powiedziała inna świetna aktorka Marion Cotillard, wręczając jej Cezara za życiowe osiągnięcia, Penélope Cruz jest ikoną zwykłych ludzi, cytując dokładnie: "międzynarodową gwiazdą, która zawsze pozostanie córką rzemieślnika, mocno zakorzenioną w prawdziwym życiu". Pedro Almodóvar, reżyser i także przyjaciel, z którym zrobiła wspólnie już sześć filmów, użył wobec niej określenia "przedstawicielka klasy pracującej". I rzeczywiście, choć Penélope zachwyca na czerwonych dywanach i kochają ją wielkie domy mody, to najbardziej wiarygodna jest w rolach pracujących matek, urobionych po łokcie i gotowych wydrapać oczy tym, którzy atakują jej dzieci. Jest w niej siła i urok dawnych włoskich aktorek jak Sophia Loren czy Anna Magnani. Zresztą, podobnie jak Loren, nagrodzona Oscarem za rolę w filmie "Matka i córka", większość tych świetnych kreacji zagrała, sama nie będąc jeszcze matką.

Taka była chociażby w filmie "Volver", za który dostała nominację do Oscara. Czy we "Wszystko o mojej matce", gdzie grała spodziewającą się dziecka zakonnicę, w dodatku chorą na AIDS. Podobno kiedy przeczytała opis swojej roli, powiedziała do Almodóvara, reżysera i autora scenariusza: "Jak mam sprawić, by ludzie w to uwierzyli?!", odpowiedział: "Zaufaj mi". I miał rację. Niezależnie od tego, czy na ekranie jest pełnokrwistą, szaloną artystką w komedii "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena, czy steraną życiem matką głównego bohatera w "Ból i blask" Almodóvara - wierzymy jej bohaterkom. Od razu kupujemy ich emocje, przeżywamy z nimi każdą scenę i odnajdujemy w nich skrawek siebie.

Może rację ma Asghar Farhadi, irański reżyser, w którego dramacie "Wszyscy wiedzą" zagrała na początku tego roku: "Penélope jest osobą, która kocha ludzi, w najprawdziwszym znaczeniu tych słów. Kocha i szanuje, niezależnie od ich pochodzenia, pracy, klasy społecznej czy kultury, w jakiej się wychowali". Sama utożsamia się jednak z Hiszpanią. - Jestem bardzo hiszpańska - przyznała w magazynie "Esquire". - Kocham moje miasto i ten kraj, tutejsza kuchnię i kulturę. Tu mieszkają moja mama i siostra. Jestem bardzo rodzinna. My, Hiszpanie, lubimy familijną atmosferę. Kiedy spotykamy się i spędzamy razem czas, zaczynamy mówić wszyscy naraz. Uwielbiam to!

A Hiszpanie uwielbiają ją. Odkąd wyszła za mąż za Javiera Bardema, jednego z najlepszych i najpopularniejszych obecnie aktorów, mają w swojej ojczyźnie status - no, może nie rodziny królewskiej, bo taką Hiszpania ma, ale z pewnością dobra narodowego. Lubiani, a przy tym normalni, mili i mocno chroniący życie prywatne. Nigdy nie opowiadają o sobie w wywiadach, wiadomo tylko, że są małżeństwem od 2010 roku, kiedy to przyrzekli sobie miłość podczas kameralnej uroczystości na Bahamach, i że mają dwoje dzieci: 8-letniego synka Leo i 6-letnią córeczkę Lunę. No i że się znają od 26 lat (pierwszy raz spotkali się na planie filmu "Szynka, szynka"). Cóż, Penélope Cruz silnie i na długo przywiązuje się do ludzi. I jest to jedna ze składowych jej życiowego sukcesu.

Penélope Cruz na Festiwalu Filmowym w San Sebastian. (fot. BEW) Penélope Cruz na Festiwalu Filmowym w San Sebastian. (fot. BEW)

Po pierwsze, praca, którą kochasz

Nikt w jej rodzinie nigdy nie parał się artystycznym rzemiosłem, wszyscy zarabiali na życie pracą własnych rąk. W przeciwieństwie chociażby do jej męża, który pochodzi z aktorskiego rodu. Mimo to podkreśla, że zarabia równie ciężko na chleb jak jej przodkowie. A pracuje, odkąd skończyła 16 lat - najpierw były to niewielkie rólki w produkcjach telewizyjnych i współprowadzenie programu "La Quinta Marcha" na kanale Telecinco. Debiutowała jako 17-latka w komedii erotycznej "Szynka, szynka" w reżyserii Bigasa Luny, gdzie zagrała prowincjuszkę przyjeżdżającą do wielkiego miasta. Nie przypuszczała, że ten niskobudżetowy film będzie dla niej przepustką do sławy. Kiedy w 2009 roku, jako pierwsza w historii Hiszpanka odbierała Oscara za rolę w "Vicky Cristina Barcelona", powiedziała, że takie historie nie przytrafiają się dziewczynom z Alcobendas.

Przyszła na świat w 1974 roku w tym liczącym około 100 tys. mieszkańców robotniczym miasteczku niedaleko Madrytu jako najstarsza z trojga dzieci Eduarda i Encarny, sprzedawcy w sklepie z narzędziami i fryzjerki. - Miałam proste marzenie: mieć pracę, którą będę kochać. Nieważne, czy byłabym tancerką, czy aktorką. Chciałam z tego żyć, tego pragnęłam. Wizja zdobycia Oscara była dla mnie nierealna, równie dobrze ktoś mógłby mnie przekonywać, że któregoś dnia postawię stopę na Księżycu - mówiła w wywiadzie dla "Esquire".

Gdy była nastolatką, jej ojciec kupił magnetowid Betamax - jeden z pierwszych w sąsiedztwie. Młoda Penélope zwariowała na punkcie filmów. - Ta maszyna zmieniła moje życie - opowiadała w tym samym wywiadzie. Zamiast chodzić do parku, czy bawić się z przyjaciółmi, wypożyczała kasety - dwie lub trzy naraz. - W naszej okolicy nie było sali kinowej, nie mieliśmy też samochodu, ale w domu poznawałam historię kina. Dzięki temu dowiedziałam się, kim są Billy Wilder, Marilyn Monroe, Sophia Loren, Pier Paolo Pasolini... Każde odkrycie aktorskie było dla mnie niczym wstrząs. Film "Najpiękniejsza" z Anną Magnani, oglądałam średnio trzy razy w tygodniu - mówiła.

Jednak dopiero kiedy zobaczyła "Zwiąż mnie", kultowy film Pedro Almodóvara, postanowiła zostać aktorką. - Po zakończeniu seansu zrobiłam sobie spacer i doszłam do wniosku, że muszę mieć agenta. Chciałam poznać Pedra i podziękować mu za ten film. A także pracować z nim - wyznała "Esquire". Agentkę znalazła, gdy miała 15 lat. - Skłamałam, powiedziałam jej, że mam 17. Odesłała mnie do domu, ale wróciłam. Potem znowu mnie odesłała, ale nie ustępowałam - wspomina. W końcu Katrina Bayonas dała za wygraną. Do dzisiaj pracują razem.

"Zanim mogłam zacząć wybierać dobre filmy, los sam mi je oferował" - mówiła w wywiadzie dla "El Pais". Szczęście rzeczywiście jej sprzyjało. Jej kolejny film, hiszpańsko-portugalsko-francuska produkcja Fernanda Trueby "Belle époque ", został uhonorowany Oscarem dla najlepszego tytułu nieanglojęzycznego. Wtedy postanowiła wyruszyć na studia do Nowego Jorku. Mieszkała w dzielnicy Greenwich Village, z grupą przyjaciół z Hiszpanii. Wydawało się, że stamtąd już tak niedaleko do Hollywood. Aktorka wyznaje jednak, że bardzo sparzyła się podczas pierwszego kontaktu z Fabryką Snów. - Gdy miałam 20 lat, producent, który ściągnął mnie do Stanów Zjednoczonych z Hiszpanii, oszukał mnie. Zamiast uzgodnionego kontraktu dał mi do podpisania inny, na znacznie gorszych warunkach. Wynikało z niego, że miałam też robić rzeczy, których nie chciałam. Powiedziałam mu, żeby się pie..., i wsiadłam do samolotu powrotnego do domu. Czułam się wtedy fantastycznie! To był jeden z najlepszych dni w moim życiu. Nie obawiałam się, że wszystkie studia dowiedzą się o tej sytuacji i nikt nie będzie chciał mnie zatrudnić. Przeciwnie, byłam pełna siły - mówiła w wywiadzie dla "Zwierciadła".

Kadr z filmu 'Wszyscy wiedzą' w reżyserii Asghar Farhadi. (fot. BEW) Kadr z filmu "Wszyscy wiedzą" w reżyserii Asghar Farhadi. (fot. BEW)

Wróciła do Hiszpanii, gdzie nakręciła świetnie przyjęty film "Otwórz oczy" z Alejandrem Amenabarem, po czym dostała kolejne oferty pracy w USA - m.in. od Stephensa Freasa w "Krainie Hi-Lo" czy Billy'ego Boba Thorntona w "Rączych koniach". - Kolejny raz do Stanów leciałam ze spokojem. Na miejscu okazało się, że nie trafiłam na żadną czarną listę studiów produkcyjnych. Dzięki ciężkiej pracy, wytrwałości i uporowi udało mi się w końcu otworzyć drzwi do kariery - podsumowała tamto wydarzenie.

Wreszcie stało się: zadzwonił do niej Pedro Almodóvar. Odebrał ktoś z rodziny. Penélope myślała, że robią sobie z niej żarty. - Wszyscy wiedzieli, że miałam obsesję na punkcie Pedra. Usłyszałam w słuchawce: "Dzwonię, by pogratulować ci ról". Mogłam jedynie wydusić z siebie: "Nie. To niemożliwe!". Moje największe marzenie stało się rzeczywistością - mówiła w "Esquire". Reżyser chciał z nią pracować, ale aby wcielić się w jedną z tak charakterystycznych dla jego kina kobiet po przejściach, była zbyt młoda. Obiecał wtedy: "Napiszę film, który będzie skrojony pod ciebie". Gdy cztery lata później stawiła się na castingu do głównej roli w "Drżącym ciele", ponownie szukał bardziej dojrzałej aktorki. Zaproponował jej małą rolę, licząc się z tym, że może odmówić. Penélope propozycję przyjęła. Jest na ekranie 8 pierwszych minut, gra prostytutkę, która rodzi dziecko w autobusie - i jak pisali krytycy - kradnie cały film.

Po drugie, odpowiednie osoby w odpowiednim czasie

On mówi, że jest jedyną kobietą, do której czuł pociąg fizyczny (a jest zdeklarowanym gejem), ona, że pod koniec życia okaże się, że był jedną z niewielu osób, które najbardziej kochała. Ich relacja jest miłosno-przyjacielsko-ojcowska. Sami mówią, że są jak wpatrzona w siebie para, która nie uprawia ze sobą seksu. I że bardzo wiele ich łączy, mimo 25 lat różnicy: spojrzenie na kino, na świat, na kobiety. Pedro Almodóvar, bo o nim mowa, również pochodzi z rodziny, która nie miała nic wspólnego z przemysłem filmowym. Wychował się w La Manchy w biednej, prostej rodzinie - jego ojciec nie potrafił czytać ani pisać. Sam utorował sobie drogę do sławy. Brytyjski "The Guardian" w okolicach premiery filmu "Przerwane objęcia", który jest hołdem reżysera złożonym aktorce, pisał, że obok ojca był dla młodej Penélope jednym z najważniejszych mężczyzn w jej życiu. Sama ujmuje to tak: - Nawet jako mała dziewczynka identyfikowałam się z nim. Zastanawiałam się, skąd tyle wie o kobietach i dlaczego patrzy na nie tak intymnie. Wtedy w Hiszpanii wszyscy bali się jakichkolwiek zmian, a on był zmianą - mówiła w "The Guardian".

Amodóvar nie kryje zachwytu aktorką. Twierdzi, że chciał z nią pracować, od kiedy zobaczył ją w filmowym debiucie, ale musieli spotkać się w odpowiednim czasie. W rozmowach dla portalu Dazed mówił o niej tak: - Jako aktorka jest bardzo utalentowana, ale w śródziemnomorskim stylu, który jest bardzo odmienną szkołą grania niż amerykańska - odwołuje się bezpośrednio do emocji, przeżyć i wspomnień. Dlatego jest tak idealna do grania w moich filmach. Do tego jest świetną matką.

W ich porozumieniu na planie jest coś magicznego. - To jest jak taniec. Wszystko przychodzi tak naturalnie, tak płynnie, tak niewymuszenie - mówi aktorka. Jednocześnie dodaje, że nigdy nie chciała go zawieść. Reżyser dość paternalistycznie przyznał, że cierpiał, kiedy widział ją w hollywoodzkich produkcjach, które "nie były tak dobre, jak być powinny". Żeby wymienić "Kapitana Corellego", "Vanilla Sky", "Saharę"... - Wszyscy chcieli z nią pracować. A ponieważ była piękna, nie obchodziło ich, czy potrafi grać, dawali jej same oczywistości - mówił w "The Guardian". Kiedy Penélope stała się bardziej znana z powodu swoich związków (m.in. z Tomem Cruisem, Mattem Damonem czy Matther McConaughey) niż dokonań, postanowił uratować ją od przekleństwa Hollywood. To specjalnie dla niej napisał jeden z najlepszych ich wspólnych filmów - "Volver".

- Kiedy patrzę na tamte początki, widzę, że moje dzisiejsze życie bardzo różni się od tego, jakie wtedy wiodłam, ale takiego życia zawsze pragnęłam - zdradziła niedawno dziennikarce "Marie Claire". - Chciałam mieć dzieci, odkąd tylko pamiętam. Ale zostałam matką dopiero wtedy, gdy przyszedł na to odpowiedni czas i gdy znalazłam odpowiednią osobę.

Po trzecie, postawić rodzinę na pierwszym miejscu

Twierdzi, że zawsze wiedziała, że jej znajomość z Javierem Bardemem nie skończy się na filmie "Szynka, szynka". Grali tam kochanków, by zostać nimi naprawdę. - Oboje jesteśmy bardzo wdzięczni Woody'emu Allenowi, który w filmie "Vicky Cristina Barcelona" znów obsadził nas razem - mówiła w wywiadzie dla "Zwierciadła". - To był 2008 rok. Od tamtej pory takie oferty napływają do nas regularnie. Wspólnie zagrali jeszcze w "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" i "Wszyscy wiedzą".

71 Festiwal Filmowy w Cannes, Penelope Cruz i Javier Bardem. (fot. BEW) 71 Festiwal Filmowy w Cannes, Penelope Cruz i Javier Bardem. (fot. BEW)

Ich uczucie odżyło na planie, ale po raz pierwszy pojawili się jako para dopiero na rozdaniu hiszpańskich Nagród Goi. Cruz towarzyszyła Bardemowi także w Cannes, gdzie podczas odbierania nagrody za rolę w filmie "Biutiful" wygłosił wzruszające podziękowania: "Dzielę tę radość z moją przyjaciółką, towarzyszką, moją miłością - Penélope. Tak wiele ci zawdzięczam i tak bardzo cię kocham". To było pierwsze i jak na razie ostatnie tak publiczne wyznanie ich miłości. Od tamtej chwili postanowiła robić nie więcej niż jeden film rocznie (i starać się, by zdjęcia do niego odbywały się podczas wakacji), nigdy nie pracować w weekendy i zawsze jeść śniadania w rodzinnym gronie. W jednym z wywiadów wyznała, że najdłużej nie widziała dzieci półtora dnia i że zdarzyło się to do tej pory tylko dwa razy. - Nie mówię tego po to, by podkreślać, jak bardzo się poświęcam dla dzieci, ale moja rodzina jest dla mnie teraz priorytetem - zaznaczyła w jednym z wywiadów. Czasem uda się ją namówić na komentarz na temat macierzyństwa i tego, jak bardzo ją zmieniło. - To jak wewnętrzna rewolucja, w dodatku bardzo biologiczna, wręcz zwierzęca - mówiła w wywiadzie dla "Marie Claire". - Od tego momentu nigdy najpierw nie pomyślisz o sobie, to jak instynkt.

Już na długo przed pierwszą ciążą aktorka czuła się zmęczona intensywnym życiem zawodowym. Gubiła to, co dla niej najważniejsze w tym zawodzie, czyli przygotowywanie do roli, praca z trenerem, wczuwanie się powoli w postać. - Był taki moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że daję mnóstwo energii moim bohaterkom, a zapominam o sobie - mówiła w "Marie Claire". Dlatego teraz bardziej niż kiedyś dba o to, co je (zwłaszcza, że podczas obu ciąż istniało ryzyko cukrzycy), medytuje i uprawia jogę. Ma za sobą terapię, namiętnie czyta książki dr Habiba Sadeghiego, popularnego w Los Angeles lekarza medycyny integralnej. W rozmowie z aktorką i przyjaciółką Gwyneth Paltrow dla "Interview Magazine" wyznała: - Kiedyś bałam się, co ludzie o mnie pomyślą, czy mnie zaakceptują, czy pokochają. Bardzo dużo energii poświęcałam temu, by być jak najlepiej postrzegana przez innych. Odkąd zostałam matką, nie przejmuję się połową rzeczy, którą kiedyś się przejmowałam.

Na przykład starzeniem się. Aktorka regularnie podpisuje kontrakty reklamowe z dużymi markami, a jej zdjęcia przynoszą ze sobą klientki gabinetów chirurgii plastycznej w Los Angeles. Mimo to dziennikarzy od zawsze interesowało jedno. - Przez większość kariery zmuszona byłam dodawać sobie lat, tymczasem oni już od samego początku pytali: Nie boisz się starzenia? co za głupie pytanie dla 22-latki, a co dopiero dla czterdziestoparolatki! Dziś odpalam prosto z mostu: "Co to, do cholery, ma być?! Nie poświęcę odpowiedzi na twoje pytanie nawet dwóch minut. Nie zasługuje na to!" - mówiła do Gwyneth Paltrow.

Nie przejmuje się też recenzjami. Twierdzi, że każdy film jej czegoś nauczył, nawet ten, który miał fatalne oceny, jak i ten, który był frekwencyjną porażką. Najbardziej dumna jest z roli w filmie "Mama", w którym zagrała chorą na raka piersi matkę, a o którym prawie nikt nie słyszał. - W tym zawodzie najbardziej pociąga mnie możliwość obserwowania ludzkich zachowań - wyznała w "Esquire". - I nie ma znaczenia, że pewnego dnia okaże się, że mam na koncie 100 filmów, nadal będę chciała to robić. Kiedy zaczynam przygotowywać się do roli, czuję się jakbym dopiero co zaczynała. To sprawia, że czuję się młoda.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.