1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Boże Ciało" nominowane do Oscara! Bartosz Bielenia o swojej roli w filmie

"Boże Ciało" nominowane do Oscara! Bartosz Bielenia o swojej roli w filmie

(kadr z filmu
(kadr z filmu "Boże Ciało)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Boże Ciało” Jana Komasy został nominowany do Oscara 2020 w kategorii najlepszy film międzynarodowy. To opowieść o charyzmatycznym księdzu, a raczej o chłopaku z poprawczaka, który podszywa się pod księdza. I którego rewelacyjnie zagrał on, Bartosz Bielenia. Przypominamy wywiad, którego nam niedawno udzielił.

Twoja pierwsza główna rola w kinie. Czujesz falę wznoszącą?
Zupełnie nie.

Cisza przed burzą. „Boże Ciało” za chwilę wejdzie do kin (tekst ukazał się w miesięczniku Zwierciadło przed oficjalną premierą filmu, przyp. redakcji), a już jest o nim głośno. Do tego dochodzi jeszcze twoja niezwykła zdolność przykuwania uwagi. Nie zapomnę, jakie wzbudziłeś emocje, kiedy wystąpiłeś w filmie „Disco polo”. Zagrałeś zaledwie epizod, a posypały się wywiady, zapraszano cię do telewizji, pisano o tobie jako o nadziei polskiego kina. Śmiesznie się złożyło, bo „Disco polo” to miała być przede wszystkim zabawa. Kilka razy mignąłem na ekranie. I nagle z tej zabawy wyszło coś, co faktycznie ludzie zapamiętali. 

Skąd, twoim zdaniem, wzięło się tamto ogromne zainteresowanie?
Gdzieś wyczytałem, że jak oglądasz film, to pierwsze miejsce, w które się wpatrujesz, to sam środek ekranu, dopiero później twój wzrok zaczyna błądzić po twarzach głównych bohaterów. No więc wykombinowałem sobie, że skoro tak i skoro moje dni zdjęciowe polegają głównie na tym, że gdzieś stoję albo siedzę i uśmiecham się do kamery, będę stał albo siedział w samym centrum kadru. Na szczęście byłem zupełnie nieistotny i kiedy zaczynaliśmy kręcić jakąś scenę, w której byłem na przykład za plecami Tomasza Kota, nikt nie zwracał uwagi, że najpierw zerkam na ekran podglądu, a potem ustawiam się tak, żeby mnie było zza tych pleców widać. Wyznaczałem też sobie inne absurdalne zadania: że ani razu nie mrugnę na przykład. Od tamtego momentu bardzo polubiłem epizodyczne role, zawsze się na nie cieszę. Bo tło to obszar cienia, nikt nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań, więc można pozwolić sobie na naprawdę dużo.

Recenzenci i publiczność zapamiętali twój „chłodny wzrok psychopaty i anielski uśmiech”.
I wysokie płaskie czoło, i zęby jak płyty nagrobne. W podstawówce wołali do mnie ze względu na te zęby: „Bielenia, pokaż cmentarz”. Nigdy nie uważałem, że to coś złego. Przeciwnie, było mi miło, że ktoś widzi w tym coś wyjątkowego. Mam dziwną twarz i świetnie, że to się w moim zawodzie sprawdza.

(Fot. Michał 'Massa' Mąsior) (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

A ile razy usłyszałeś lub przeczytałeś, że jesteś efemeryczny, androgyniczny, na granicy płci?
W moim przypadku trudno od tego uciec. U Krzysztofa Garbaczewskiego grałem i Hamleta, i Ofelię, czy raczej Hamleta odgrywającego Ofelię. W „Płatonowie” [w reż. Konstantina Bogomołowa – przyp. red.], gdzie mężczyźni odtwarzali role kobiece, a kobiety męskie, jestem Saszą. A u Ani Smolar w „Kopciuszku” – Wróżką. W kombinezonie z cekinów, w butach z puszkiem i na koturnach, z długimi włosami. Ale to też płynna postać, bo mówię męskim głosem, mam męskie gesty. Kopciuszek pyta mnie w pewnym momencie: „A ty jesteś kobietą?”. I słyszy: „A to ma jakiekolwiek znaczenie?”.

Nigdy nie pomyślałeś, że to może być rodzaj pułapki? Że zostaniesz uwięziony w podobnych rolach?
Jeśli po czterdziestce nadal będę grał kobiety i nastolatków, zacznę się martwić [śmiech]. Zresztą widzę, że to już się zmienia.

Najlepszy dowód to rola w „Bożym Ciele”. Dresy, sportowe buty, podkoszulek, wystrzyżone krótko włosy. Grasz chłopaka, który opuszcza mury poprawczaka. Twój Daniel jedzie na drugi koniec Polski, w Bieszczady. Ma pracować w tartaku, ale zamiast tego trafia na miejscową plebanię i podszywa się pod księdza. Poznałeś osobiście pierwowzór tej postaci?
Film jest luźno inspirowany kilkoma historiami. Przypadków podszywania się pod księdza jest w naszym kraju kilkanaście rocznie. Najwięcej przy okazji chodzenia po kolędzie, ale zdarzają się też takie historie jak z „Bożego Ciała”, kiedy ktoś udaje dłużej. Scenariusz najczęściej jest podobny: człowiek znikąd podaje się za duchownego i zajmuje się posługą, po czym zostaje zdemaskowany. Prędzej czy później wychodzi na jaw, że księdzem nigdy nie był. Czy może jednak był, skoro działał, pełnił funkcję duszpasterza? No właśnie…

Przygotowując się do roli, zacząłeś się uważniej przyglądać chłopakom z blokowiska, wysiadującym na osiedlowych ławkach? Jak się ruszają, jak mówią?
Ja sam wychowałem się na osiedlu w Białymstoku, gdzie miałem duże pole do obserwacji, ale nie, nie patrzyłem, nie podglądałem. Raczej wzmacnialiśmy moje własne nawyki, ruchy. Jak przygryzam wargę, jak macham nogą, kiedy siedzę. Podkręciliśmy to wszystko, żeby nadać nerw mojej postaci. Przede wszystkim chciałem uniknąć wampirzenia, pasożytnictwa. Mieliśmy z Jankiem kilka wizyt w zamkniętych zakładach poprawczych i nie chodziło o to, żeby tam pójść, napatrzeć się, nachapać, ukraść czyjeś gesty, obejrzeć kogoś jak w zoo – dosłownie, bo przez kraty. Tego strasznie chcieliśmy uniknąć, postanowiłem nie łowić takich rzeczy.

Po co zatem były te wizyty w zakładach zamkniętych?
Chciałem spotkać się z drugim człowiekiem, porozmawiać, raczej zobaczyć budynek, wnętrza, poczuć, jak to na człowieka wpływa. Po drodze były pomysły, żebym się zamknął, ale nie chciałem, to nie jest moja metoda. To, z czym się na miejscu spotkałem, co było dla mnie w tym doświadczeniu najcenniejsze, najbardziej przejmujące, to ogromna potrzeba kontaktu, uwagi, miłości, czułości.

O czym według ciebie jest „Boże Ciało”?
Moim zdaniem to jest właśnie film o wielkiej potrzebie akceptacji i miłości. I o bohaterze, który rozumie nauczanie Jezusa na swój sposób. Dostał pewien przekaz od księdza Tomasza, duchownego z poprawczaka, zafascynowało go to i zbudowało na nowo, mógł skonstruować nowego siebie wokół przykazania: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

Bartosz Bielenia (Fot. Michał 'Massa' Mąsior) Bartosz Bielenia (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

Mówimy o chłopaku, który już w pierwszej scenie filmu bierze udział w bardzo brutalnym akcie przemocy. A zaraz potem pomaga księdzu Tomaszowi przy mszy i na jego twarzy dokonuje się niezwykła zmiana. Uważasz, że Daniel jest w gruncie rzeczy niewinny?
Jest bardzo winny. W filmie delikatnie sugerujemy, że trafił do zakładu poprawczego za nieumyślne spowodowanie śmierci, zabił człowieka. Daniel jako fałszywy ksiądz próbuje dotrzeć do wiernych. Różnie mu ta posługa wychodzi, ale się stara. Współczuje, nie ocenia. Jego perspektywa jest o tyle wyjątkowa, że on sam upadł naprawdę nisko.

Kto cię zaraził teatrem? Rodzice?
Ja sam od małego cisnąłem, żeby startować w konkursach recytatorskich, chodzić na kółka teatralne. Najpierw w teatrze Szóstka, potem w słynnym białostockim Klapsie, tam byłem parę lat. Rodzice nie są w żaden sposób związani z teatrem. To we mnie było coś takiego… Jest w domu zdjęcie – z balu przebierańców w młodzieżowym domu kultury, miałem trzy lata, nie dało się mnie zdjąć ze sceny. Nie przestawałem się kłaniać, mama to zawsze wspomina. Nie mam pojęcia, skąd to mi się wzięło. Natomiast bardzo ważnym momentem, nawet przełomowym, był ten, kiedy musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja faktycznie lubię teatr, czy może lubię siebie w teatrze.

Kto ci je zadał?
Zdzisław Dąbrowski. Sąsiad z bloku, z piętra wyżej. Reżyser Teatru Polskiego Radia, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie i Białymstoku. Szukałem kogoś, kto by mnie przygotowywał do egzaminów. Byłem dopiero w pierwszej klasie liceum, zwykle jednak młodzi ludzie zaczynają się przygotowywać do szkoły teatralnej później. Miałem duże szczęście. Przygotowywałem się do egzaminu, ale też oglądaliśmy albumy ze sztuką, słuchaliśmy jazzu, czytaliśmy Hessego. Byłem podatnym gruntem dla opowieści o Boyu-Żeleńskim i Zielonym Baloniku.

A co z przełomowym pytaniem? Jak na nie odpowiedziałeś?
Byłem przerażony. Oczywiście że uwielbiałem to, że chcę być aktorem. I grałem tylko i wyłącznie po to. Coś tam do mnie dotarło, przestawiłem zwrotnicę wyobraźni na inne tory, zacząłem jeździć na spektakle, czytać, szukać na własną rękę.

Jeszcze na studiach w Krakowie zostałeś najmłodszym aktorem w zespole Narodowego Starego Teatru.
Szukali młodego Gavestona do „Edwarda II”. Wspaniały czas. Zwłaszcza że dowiedziałem się, że reżyserka Ania Augustynowicz – która dostała nasze nagrania ze szkoły teatralnej – wybrała mnie, akurat kiedy byłem w Stambule. Wspaniale się po takiej wiadomości wracało do Polski.

Co robiłeś w Turcji?
Założyliśmy tam teatr. Praktycznie bez pieniędzy, znaleźliśmy scenę i graliśmy. Działaliśmy z grupą ludzi, których poznałem przy okazji warsztatów w Instytucie Grotowskiego. W naszej grupie byli ludzie z Libanu, Grecji, Turcji, Chile, Stanów. Polubiliśmy się i chcieliśmy razem pracować. Stambuł był gdzieś na przecięciu naszych tras, wychodziło, że wszystkim jest tam najbliżej, poza tym chcieliśmy robić projekt „Borders” [Granice], więc trudno sobie wyobrazić lepsze miasto niż Stambuł, położony na styku dwóch kontynentów. Próbowaliśmy po europejskiej stronie, graliśmy po azjatyckiej. Do teatru wchodziło się romantycznie – z nabrzeża, na którym był targ rybny. Potem było już trochę mniej romantycznie, bo najpierw przechodziło się do księgarni, sieciówki takiej jak nasz Empik, a potem wjeżdżało się na trzecie piętro windą. Mała offowa scena. Sala tak niska, że jak się podskoczyło, dotykało się sufitu. Ale się udało, widzowie byli przejęci. Grałem po grecku, angielsku i po polsku, jako jedyny Polak w ekipie.

A jak było z szybkim zastępstwem w „Procesie” Krystiana Lupy w Nowym Teatrze? Krążą o tym legendy.
Mieliśmy akurat próby do innego spektaklu, jadłem w teatrze obiad i usłyszałem, że jeden z aktorów z „Procesu” nie może przyjść. Odwoływać czy nie? Powiedziałem, że jakby co, ja mogę zagrać, widziałem ten spektakl dwa dni wcześniej. I reżyser się zgodził. Musiałem w 20 minut założyć kostium i wyjść na scenę. Całe szczęście ratował mnie mój serdeczny przyjaciel Radek Stępień, który był w tamtym czasie asystentem Lupy. Miałem oprócz podpiętego mikroportu, jak wszyscy, słuchawkę w uchu z nadajnikiem. Radek okazał się mistrzem suflerki, cierpliwie mówił do słuchawki: „Spokojnie, Bartek, za chwileczkę wydarzy się to i to. Czekaj, aż się zmieni światło. Nie, nie w te drzwi! Wchodzisz nie w te drzwi, w te drugie!” [śmiech].

Potworny stres.
Przeciwnie. To było jedno z moich najprzyjemniejszych doświadczeń na scenie. Ogromna wolność: nigdy wcześniej tego nie robiłeś, nie bardzo wiesz, co będzie za chwilę. Nagle możliwe stało się to, z czym aktor zawsze mierzy się w czasie prób – być zaciekawionym, po raz pierwszy słuchać partnera, wszystko było niezwykle świeże i intensywne. Największym problemem było to zagrać jeszcze raz, kiedy Krystian Lupa zaprosił mnie do obsady. To dopiero było wyzwanie! Powtórzyć tę otwartość, poczucie pełnej swobody. Wielki dar od losu, że zostałem w coś takiego wrzucony.

Lubisz ryzyko, adrenalinę?
Lubię zmiany, nie boję się podejmować radykalnych decyzji, ale też lubię mieć różne rzeczy porządnie przemyślane, jest więc w tym chyba jakaś równowaga.

Nie chciałeś zostać w Krakowie?
Uwielbiam Kraków, wszystkie moje wyobrażenia o tym mieście – zbudowane na podstawie jednej wycieczki szkolnej do Auschwitz, podczas której zatrzymaliśmy się w Krakowie, akurat na tyle, żeby zjeść w KFC na Floriańskiej – się urzeczywistniły [śmiech].

Wyobrażenie kogoś z drugiego końca Polski o mieście poetów, spowitym mgłą. Nawet jeśli w pierwszym wynajmowanym mieszkaniu w suterenie, z okratowanymi oknami, było tak zimno, że w chłodniejsze dni, kiedy brałem prysznic, okno zachodziło szronem. Zostać w Krakowie nie mogłem. Nie chciałem współpracować z narzuconym nam dyrektorem Starego Teatru. Teraz jestem w Warszawie, w zespole Nowego Teatru, i to dla mnie inspirujący czas. Stabilizacji, bo kalendarz mam zapełniony do połowy 2020 roku.

Czym żyjesz poza graniem?
Sam codzienny rytm pracy aktora teatralnego mocno ogranicza życie poza graniem. To, że masz próby od 10:00 do 14:00, a potem wracasz do teatru na 18:00 i zostajesz do 22:00. Po drodze masz czas najwyżej na to, żeby coś zjeść i ewentualnie szybko coś załatwić. Wracasz do domu i jest przed 23.00. Oczywiście, to mój wybór, nie zamierzam narzekać, myślę, że ciężej byłoby mi sprawdzić się w systemie ośmiu godzin dziennie, ale wyciągnąłem ostatnimi czasy pewną naukę. W te wakacje przez miesiąc nie było mnie dla nikogo. Spędziłem go z rodzicami, potem z moją dziewczyną, która akurat wróciła z Syberii.

Życiowe zobowiązania?
Mamy psa, ma na imię Kredyt.

Jak?!
Nazwaliśmy go Kredyt, właśnie od zobowiązania na lata [śmiech]. Znaleźliśmy go na Mazurach. Prawie go przejechaliśmy. Jechał na mnie z naprzeciwka samochód, na czołowe, śmierć w oczach, a okazało się, że tamto auto wymijało psa, przed którym ja w końcu ledwo wyhamowałem. Moja dziewczyna natychmiast wyskoczyła z auta. Krzyczę: „Nie wychodź, może być wściekły, przerażony, pogryzie cię”. Jeszcze słyszałem szczęk zerwanego łańcucha o asfalt. Kredyt jest mieszańcem, ale wygląda jak pitbull, można się przestraszyć. Ale jak nas tylko zobaczył, zaczął piszczeć, wić się, merdać ogonem. Zapchlony, śmierdzący wracał do Warszawy na przednim siedzeniu, na kolanach. Za chwilę mija rok, jak go mamy. A wracając do tego, czym żyję poza graniem. Sam często sobie zadaję to pytanie. O pozateatralne pasje. Dużo czytam, oglądam, gram na konsoli – tak się resetuję. Ale i tak wszystko to przerabiam i wykorzystuję jako aktor. Na razie teatr wygrywa.

Masz idoli?
Nie. Nigdy mnie nikt na scenie nie zafascynował do tego stopnia, żebym chciał się na nim wzorować. Ktoś mi kiedyś zarzucił w wywiadzie, że to niedobrze, bo to może brzmieć jak buta. Ale nie o to chodzi.

W takim razie o co?
O to, że to jednak życie jest polem, na którym szukam punktów odniesienia. Swoimi wielkimi autorytetami mógłbym nazwać przynajmniej kilku przyjaciół. Na przykład Mateusz, któremu niedawno urodziły się bliźniaki. Widzę, jak się rozwinął jako mężczyzna, jakim jest genialnym ojcem, partnerem w związku. Każda minuta spędzona z nimi, z jego rodziną, to dla mnie lekcja.

BARTOSZ BIELENIA , rocznik 1992; urodzony w Białymstoku, absolwent Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). W latach 2014–2017 występował w krakowskim Starym Teatrze, obecnie jest w zespole Nowego Teatru w Warszawie. W kinie można go było do tej pory oglądać m.in. w filmach: „Disco polo”, „Człowiek z magicznym pudełkiem”, „Kler”, a w większej, wyróżnianej na festiwalach roli – w thrillerze „Na granicy”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.