1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Natalia Przybysz - "Śpiewam lżej"

Natalia Przybysz - "Śpiewam lżej"

(Fot. Silvia Pogoda)
(Fot. Silvia Pogoda)
Nowa płyta Natalii Przybysz uświadamia, że coś się zmieniło. Choćby głos. – Jestem kontraltem i nie silę się już na bycie sopranem – mówi Natalia Przybysz. I dodaje, że wreszcie czuje się silna i że to siła, która nie wymagała od niej poświęceń: – Jest tak jak wtedy, kiedy płyniesz łódką z pełnym wiatrem. Masz wrażenie, że ledwo płyniesz, a właśnie wtedy jesteś najszybsza.

W jednej z piosenek z nowego albumu śpiewasz „Kochamy się źle czy dobrze, coraz więcej czytamy o tym książek”. To o uczuciach czy seksie?
Śmieszne, że o to pytasz, bo właśnie wczoraj myślałam, czy to pytanie dzisiaj padnie, czy nie. I to było akurat podczas seksu – zgodnie z tym, co twierdzi Slavoj Žižek, że mężczyzna dąży do celu, a kobieta buduje w tym samym czasie narracje na przyszłość, jak będzie o swoim doświadczeniu opowiadać lub je wspominać.

Czyli jednak śpiewasz o tym drugim.
Zależy, jak niektóre fragmenty zinterpretujesz. Nie chcę niczego narzucać tym, którzy będą słuchać, ale na pewno chodzi o coś więcej niż tylko o miłość fizyczną. Inspiracją do napisania tej piosenki była ostatnia książka nieżyjącego już, niestety, Jespera Juula „Być razem. Książka dla par”. Juul pisał głównie o wychowaniu, ale ta jest przede wszystkim dla par, o tym, jak przetrwać w związku i jak związek ma się rozwijać w rodzinie, gdzie jest coraz więcej wszystkiego – dzieci, zabawek, spraw do załatwienia – i gdzie prawie nigdy nie możemy być sam na sam.

Ty mówisz o Juulu, a ja myślałam, że to jest o tym, że zamiast żyć, czytamy o życiu.
O tym trochę też. O tym, że sobie to życie przeintelektualizowujemy. Mamy takie czasy, że odwiedzasz kogoś i w łazience prawie na sto procent znajdziesz leżącą książkę o tym, jak żyć. Ja sama nie jestem jakoś szczególnie fanką poradników i też dlatego lubię Juula, bo jest raczej mini, jeśli chodzi o objętość. Cenię go też za to, że traktuje każdego członka rodziny jak autonomiczną osobę, z którą powinno się mieć partnerski kontakt.

Trudno o partnerski układ, kiedy wychodzisz z pozycji rodzica, który coś każe czy czegoś zakazuje.
Moje dzieci kompletnie nie współpracują, jeśli się wychodzi z takiej pozycji. Musiałam to ostatnio tłumaczyć mojej mamie. Mam z nią superkontakt, zawsze była bardzo liberalna, ale jako babcia musiała się zderzyć z tym, że wnuki nowej generacji to zupełnie inna bajka. I kiedy moja mama próbowała wprowadzić metodę komunikacji: „Będzie tak, bo ja tak mówię”, to dokładnie wszystkie cztery jej wnuczęta, czyli dwie córki mojej siostry oraz mój syn i córka, zbudowały front oporu i było jej z nimi na wakacjach ciężko. Zresztą im też, bo byłam tą osobą, której to potem opowiedzieli. Nie mogli uwierzyć, że ktoś ich tak traktuje [śmiech]. To są po prostu już inne dzieci.

Inne, bo inaczej wychowane.
Moja mama twierdzi, że Aniela z Jeremim jeszcze mi w przyszłości zaśpiewają „Dzieci malarzy”.

Jak to szło? „Jesteśmy dziećmi, dziećmi, co chcą na ręce, mamo, mamo, […] tato, tato, tęskniłam za wami latami”. Tak miałyby ci zaśpiewać?
Niewykluczone. Zdaję sobie sprawę, że to, że praktycznie co tydzień wyjeżdżam gdzieś grać, może się na mnie zemścić, że jeszcze się od nich nasłucham. Ale się staram. Przede wszystkim być z nimi w megabliskiej relacji, w takiej, w której dzieci mówią mi o swoich emocjach, także tych najtrudniejszych, i mam wrażenie, że pod tym względem mnie nie oszczędzają, że wiem o nich bardzo dużo. Że niczego w sobie nie tłamszą, i to już dobrze. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. Jesteśmy częścią pokolenia, które masowo świadomie wraca do swojego dzieciństwa, chociażby w czasie terapii. Próbując uniknąć wszystkich tych błędów, które popełniano w naszym przypadku, poprzez własne dzieci spełniamy mityczne marzenie o szczęśliwym dzieciństwie.

A ty wracasz do własnego dzieciństwa, kiedy na nowej płycie śpiewasz „Krakowski spleen”? To powrót do lat 80., kiedy wszędzie było słychać piosenki Maanamu, czy może jednak chodzi o hołd złożony Korze?
W przypadku całej tej płyty mam wrażenie, że wszystko działo się samo. I „Krakowski spleen” też się właściwie wydarzył sam. Miałam go zagrać na jednym koncercie, związanym – ponieważ tę piosenkę odczytywano w kontekście politycznym – z obchodami Solidarności. Przygotowałam się, weszłam w tekst, tylko że do tego występu w końcu nie doszło. I stała się ciekawa rzecz, graliśmy akurat chyba w Rybniku, ćwiczyłam rano jogę i ten utwór do mnie wrócił. Dotarło do mnie, że dla mnie to jest o tym, jak się budzę, o porannym wychodzeniu ze snu na matę: „Czekam na wiatr, co rozgoni/Ciemne skłębione zasłony/Stanę wtedy na raz/Ze słońcem twarzą w twarz”. Czyli o powitaniu słońca, od którego zaczyna się jogę. Uznałam, że to megajogowa piosenka. O żywiołach, przyrodzie, bliskości z samą sobą. Weszła we mnie miękko, naturalnie. Żałuję, że nie poznałam Kory, bo jest dla mnie wspaniałą postacią, a „Krakowski  spleen” to świetnie napisany utwór. Łatwo się go nauczyłam i, oczywiście, wiem, że jest znany, ale ja go wcześniej nie znałam. A już na pewno nie w latach 80.

Dlaczego?
Rodzice puszczali nam głównie winyle. Słuchaliśmy dużo amerykańskiej muzyki: Elli Fitzgerald, Mahalii Jackson, Billie Holiday, jazzu. Z kolei u dziadków, gdzie też spędzałyśmy dużo czasu, chyba w ogóle prawie nic nie leciało, przynajmniej ja tego nie pamiętam. Była jakaś kaseta, której my z Pauliną słuchałyśmy w pokoju na magnetofonie, dziadek nam przyniósł z pracy. To był „Bodyguard” Whitney Houston, miałyśmy też Annie Lennox. Ale poza tym praktycznie nie słuchałyśmy tego, czego się wtedy słuchało. No, jeszcze znałam Ordonkę, bo mama ją uwielbiała i zawsze śpiewała. Dlatego właśnie, kiedy teraz śpiewam z zespołem jakieś tribute, na przykład pamięci Grzegorza Ciechowskiego i Republiki, to naprawdę się muszę tych przebojów od podstaw uczyć, bo ich nie znałam.

Miałaś fajne dzieciństwo?
Najfajniejsze było, jak już mieszkaliśmy z rodzicami w Ząbkach, w naszym domu. Ja teraz w nim mieszkam, i to miejsce kojarzy mi się już tylko jednoznacznie pozytywnie. Czuję się w nim szczęśliwa. Ale przez jakiś czas wcale nie chciałam być dzieckiem, nie lubiłam swojego odbicia w lustrze, nie miałam przyjaciół.

Byłaś introwertyczna?
Raczej miałam skoki nastrojów, nie interesowałam się tym, co działo się na lekcji. Kompletnie. Do tego stopnia, że pamiętam, jak stoi nade mną nauczycielka i krzyczy: „Obudź się, dziecko!”. A ja sobie rysuję i udaję, że jej nie słyszę. Albo jak krzyczy: „Nie biegaj!”. A ja, oczywiście, biegnę po korytarzu, dopadam okna, rzucam się na firankę i ją zrywam. Potrafiłam codziennie dostawać nową uwagę. Chowałam potem swój dzienniczek pod dywan, żeby babcia go nie znalazła. Chociaż babcia i tak doskonale wiedziała, że wychowawczyni ma ze mną utrapienie, więc profilaktycznie omijała ją na ulicy, przechodziła na drugą stronę, żeby nie musieć wysłuchiwać, co o mnie mówi. Miałam performatywną naturę, która nadawała sens mojemu ówczesnemu istnieniu. Wygłupiałam się cały czas, robiłam głupie miny na lekcji, a wszyscy w klasie tak się śmiali, że uniemożliwiałam tym samym prowadzenie zajęć. Bez przerwy za karę stałam w kącie, gdzie zresztą dalej się wygłupiałam. Dziś prawdopodobnie takie dziecko byłoby po diagnozie i w terapii. Psychologowie, którzy to czytacie i wiecie, co mi dolegało, bardzo proszę, piszcie na adres „Zwierciadła”, zgłoszę się po sugestie [śmiech]. Teraz myślę, że to z braku kontaktu fizycznego z moimi rodzicami. Dążyłam do konfrontacji, przekraczania granic albo zapadałam się w siebie. O tym są właśnie wspomniane „Dzieci malarzy” – że tęskniłam za rodzicami. Nie miałam się z kim kolegować.

(Fot. Silvia Pogoda) (Fot. Silvia Pogoda)

A twoja siostra?
Była często gdzie indziej. W innej klasie, bo przecież była młodsza, u innej babci. Jak byłyśmy razem, było już o połowę lepiej.

Dzieciaki zwykle nie są zachwycone, jak rodzi im się rodzeństwo i przestają być jedynakami.
Ja pamiętam na pewno, kiedy moja siostra się urodziła. Pamiętam światło, jak mama karmiła Paulinę, i że byłam bardzo szczęśliwa z tego powodu. Rodzeństwo uczy, że żyjesz dla kogoś, posiadanie drugiej osoby jest super. Jeżeli były w dzieciństwie między nami konflikty, to szybko się kończyły.

Która częściej wyciągała rękę na zgodę?
Ja. I nie rękę, tylko się na Paulinie kładłam.

Co robiłaś?!
Bo ja jestem kinestetykiem. Ludzie mają różne kanały percepcji: są wzrokowcy, słuchowcy, jeszcze inni są analityczni, mają bardziej rozwinięty dialog wewnętrzny. I są też ludzie tacy jak ja, którzy odbierają świat poprzez dotykanie, macanie. I ja kinestetycznie godziłam się z moją siostrą [śmiech]. Ona chciała trzasnąć drzwiami, zamknąć się w sobie i krzyczała: „To jestem ja! Ja jestem moja i nie wolno mnie ruszać!”. A ja wtedy płakałam, przysłaniałam ją swoim ciałem i prosiłam, żebyśmy się pogodziły. Chciałam się jak najszybciej pogodzić między innymi dlatego, że chodziłam do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne i siostry nauczyły mnie, że jest piekło i czyściec. Wtedy, jako dziecko, bardzo się bałam, że będziemy z Pauliną pokłócone, że pójdę spać, umrę w tym śnie, więc nie zdążę się pogodzić i pójdę do czyśćca albo do piekła.

Mnie się teoria o piekle szczególnie nie uśmiecha, bo uważam, że piekło robimy sami tu, na ziemi i w naszych głowach, ale muszę przyznać, że poza pewną dozą traumy dzięki siostrom zakonnym codziennie myślę o śmierci i to jest bardzo w duchu buddyjskim – świadomość przemijania pozwala lepiej żyć i doceniać każdy dzień.

Układ między tobą a Pauliną dotrwał w niezmienionej formie do dorosłości? Role, jakie wtedy przyjęłyście, się nie zmieniły, nadal jesteś tą łagodzącą spory?
Długo było tak, że miałam poczucie, że mam siostrę, którą trzeba się opiekować. Ale Paulina pierwsza wydała swoją solową płytę i myślę, że to był ważny krok, żeby nie być młodszą siostrą. Uważam, że w dorosłym życiu trzeba coś puścić, przestać się martwić. Zwłaszcza że zamartwianie się i opiekowanie człowiekiem, który jest już dorosły, znaczy tyle, że patrzysz na tę drugą osobę z góry. A to już nie wynika z miłości.

Kiedy ty puściłaś?
Jak moja siostra urodziła pierwszą córkę. Pomyślałam: „Kurczę, ja to jestem jednak przy niej jakaś bardziej cielakowata”. Byłam przy porodzie Pauliny i nagle zobaczyłam jej dziką minę, minę dzikiej kobiety. Dostrzegłam tę jej siłę i uznałam, że to ona pierwsza ma dziecko, że ja jeszcze bym się na coś takiego nie zdobyła. Teraz, kiedy odwiedzamy się w naszych domach, to mam pełne poczucie, że to jest moja partnerkosiostra. Zupełnie już nie czuję, że Paulina jest młodsza.

Umiesz powiedzieć, w jakim stopniu jesteś produktem swojego domu rodzinnego?
Myślę, że mniej więcej umiem. Moi rodzice nauczyli mnie na przykład tego, że nie mam problemu, żeby pośrodku ulicy czy w tramwaju zaśpiewać pełnym głosem. Nie muszę się przełamywać, nie boję się. Jak byłam jeszcze dziewczynką i przychodzili do rodziców znajomi, to jak wychodzili w nocy, tata potrafił nas obudzić, grał jazzowe standardy, a my z Pauliną śpiewałyśmy w półśnie w koszulach nocnych [śmiech]. Z kolei mama nauczyła mnie patrzeć, dostrzegać. Uważności. Studiowała na poznańskiej ASP i organizowała nam z Pauliną plenery, ustawiała martwe natury w domu, zabierała na wystawy. Nauczyłam się też od niej dyscypliny, wręcz mnisiej. Nie tylko dlatego, że jeździłyśmy z nią jako dorastające dzieci do Falenicy, do ośrodka zen, ale też w domu każdy miał swoje obowiązki. Mój partner uważa, że trochę przesadzamy, że mamy z Pauliną obsesję na punkcie zdrowego jedzenia, ale to też zasługa mamy. Ona pierwsza stosowała głodówki, została wegetarianką, jak zaczęliśmy razem z rodzicami mieszkać, nigdy nie było mięsa w domu. Tata jadł coś czasem u babci, u swojej mamy, ale u nas w domu mięsa nie było.

Wzięłam ze sobą stary numer „Zwierciadła”. Pisałaś w nim: „Babcia Marysia mówi mojemu Wojtkowi, że jestem gospodarna. Że on drugiej takiej nie znajdzie, a ja puchnę z dumy i ciekawa jestem, czy taka pozostanę”. Pozostałaś? Odnajdujesz się dzisiaj w tym fragmencie swojego felietonu sprzed dziewięciu lat?
Od tamtej pory dużo się zmieniło, tamto to był mój czas domowy. Aniela była bardzo mała, karmiłam ją ponad półtora roku. Synka dla porównania tylko pół, nie miałam tyle mleka, dużo już śpiewałam, wtedy akurat Janis Joplin. Ale najważniejsze chyba jest to, że tak się u nas wyrównało, że też mój partner robi dużo rzeczy, które wtedy robiłam tylko ja. Jest opiekuńczym, ciepłym ojcem. Nastał inny układ sił, dużo bardziej harmonijny i mniej patriarchalny.

Efekt ewolucji czy rewolucji w związku?
Wystarczy się wsłuchać w moją płytę „Prąd”. Było burzliwie. Wracamy do Juula i do potrzeb i granic, o których pisał w „Być razem...”. Człowiek jednak z czasem coraz więcej się o sobie dowiaduje i to bardzo ciekawe, jak można być z kimś coraz bliżej i coraz bardziej się rozumieć. To nie był taki układ jak z Pauliną, że nie było drugiej osoby na świecie, z którą bym się tak świetnie rozumiała. Zakochujesz się jednak w obcej osobie. Jest tyle różnic, które trzeba najpierw rozpoznać, potem rozpracować i wymyślić, co z nimi zrobić.

Problem w tym, że po paru latach zauroczenia zainteresowanie drugą osobą jednak trochę słabnie.
Ja obserwuję coś zupełnie odwrotnego, mam wrażenie, że jest coraz lepiej. Każde z nas ma swoją ścieżkę rozwoju, nie tkwimy w rutynie.

Już słyszę te głosy: „Szczęściara, ale jej się trafiło!”.
To brzmi, jakbym wygrała w lotto, a mówimy o procesie, który nie jest ani szybki, ani łatwy, ani szczególnie przyjemny.

Przejmujesz się mijającym czasem, siwymi włosami, tym, że ciało się jednak zmienia?
Na pewno mam ze swoim ciałem znacznie lepszą relację, niż miałam kiedyś, na przykład w liceum, kiedy uważałam, że nic nie mam na swoim miejscu. Jak w piosence „Miód” [z nagranego w 2014 roku albumu „Prąd” – przyp. red.] śpiewam, że nie wiem, gdzie mam tył, a gdzie przód, to teraz już bardziej wiem [śmiech]. Pamiętam o swoich piersiach. Siwe włosy farbuję, czekam na moment, kiedy uznam, że nie chcę, nie muszę.

Głos też ci się zmienia?
Na nowej płycie śpiewam lżej.

Co to znaczy?
Jestem kontraltem i nie silę się na bycie sopranem. Jak śpiewałam Janis Joplin, to to były tonacje dla mnie tak wysiłkowe, nienaturalne, że czasem traciłam głos po koncertach. Jeszcze dwie poprzednie płyty były momentami na siłę. A „Jak malować ogień” cała nagrana jest z jogiczną zasadą ahimsy. Ahimsa, czyli niekrzywdzenie. Ta płyta nie wymagała ode mnie poświęceń, a paradoksalnie pokazuje moc głosu. To tak jak wtedy, kiedy płyniesz łódką z pełnym wiatrem, płyniesz wtedy najszybciej, a jest tak lekko, że masz wrażenie, że ledwo płyniesz.

Możesz powiedzieć, że jesteś z siebie zadowolona, dumna?
Dumna to chyba za dużo. Powiedzmy, że w miarę siebie lubię. Zresztą tak naprawdę to nie ma większego znaczenia, czy jestem fajna, czy nie. Ważniejsze, żebym była ze sobą blisko. Że przyglądam się sobie, słucham siebie.

A rzeczywistość wokół siebie lubisz? Może trochę trudno o tym mówić, kiedy na dworze coraz ciemniej i zimniej.
A ja zawsze czekam na jesień, mój syn też. Wstał dziś rano, wokół szaro, i powiedział: „Dziś jest taka pogoda, jak lubię”.

Co może być fajnego w szarych dniach?
Człowiek, który ma bardzo niskie ciśnienie, jak ja, w taki dzień ma szansę zaistnieć. Wystarczy, że się uśmiechnie, a już się odkleja od szarówki. Jak jest jasno i upalnie i ktoś krzyczy: „Hej, chodźmy nad rzekę, bawmy się!”, a ty z tym niskim ciśnieniem ledwo idziesz, wszyscy myślą, że jesteś kompletnie zdołowana. A jesienią wszyscy narzekają, że jest słabo, a ty: „Czy ja wiem? Jest całkiem nieźle!”. Można się wyziębić na dworze i wygrzać w domu. Po to on w końcu jest.

Natalia Przybysz, rocznik 1983; piosenkarka i autorka tekstów. Popularność przyniósł jej i jej siostrze Paulinie zespół Sistars, którego były współzałożycielkami i z którym grały do 2006 roku. Najnowszy album „Jak malować ogień”, który ukaże się na rynku 25 października, to szósta w jej dorobku solowa płyta.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.