1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Irlandczyk” - najnowszy film Martina Scorsese

„Irlandczyk” - najnowszy film Martina Scorsese

Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Martin Scorsese właśnie skończył 77 lat. Obchodzone 17 listopada urodziny poprzedzają o kilka dni kinową premierę jego najnowszego genialnego filmu „Irlandczyk”. Krótko po tym produkcja trafia także do sieci – od 27 listopada można ją oglądać na portalu Netflix. 

Do tego, dlaczego twórca zdecydował się na taką kolej rzeczy, jeszcze wrócimy, tymczasem o „Irlandczyku” już teraz mówi się, że to jedno z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, dzieło w dorobku reżysera. Mocne słowa zważywszy na liczbę i jakość tytułów wyreżyserowanych przez Scorsese. Chodzi w końcu o twórcę mającego na koncie – nie licząc krótkiego metrażu, dokumentów i seriali – 26 pełnometrażowych filmów fabularnych, wśród których są tak znaczące tytuły jak „Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Chłopcy z ferajny”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Aviator” czy „Wilk z Wall Street”. Najnowszy „Irlandczyk” to zresztą nie tylko wybitne kino, ale też obraz mówiący wiele o autorze. Znajdziecie w nim wszystko to, za co widzowie na całym świecie kochają Martina Scorsese. A jeśli przyjrzeć się jeszcze uważniej – sporo bardzo osobistych tropów.

Piękny, młody, szalony

O czym jest „Irlandczyk”? To gangsterska saga, kilkadziesiąt lat z życia głównego bohatera, płatnego mordercy Franka Sheerana. A jednocześnie fikcja ocierająca się o prawdziwe wydarzenie: tajemnicze zaginięcie legendarnego przywódcy amerykańskich związków zawodowych Jimmy’ego Hoffy, jedną z największych zagadek kryminalnych w historii USA.

Włoscy gangsterzy u Scorsese nikogo nie powinni dziwić. To motyw, który przewija się w jego twórczości od samego początku. A znając biografię reżysera nietrudno domyślić się, skąd się wziął. Dzieciństwo i młodość upłynęła mu pod znakiem włoskiej mafii rządzącej w całej okolicy. Nowojorczyk sycylijskiego pochodzenia wychował się w Hell's Kitchen [Przedsionku Piekła], dzielnicy cieszącej się fatalną sławą. Niektóre wątki z jego filmów to historie żywcem wyjęte z opowieści bliskich. I tu ciekawostka, bo Martin miał też w zwyczaju obsadzać w drobnych rolach swoich, pamiętających lata świetności Ala Capone, rodziców.

W „Irlandczyku” filmowy Frank Sheeran brata się i z włoską mafią i ze wspomnianym Jimmym Hoffą, który część swego politycznego potencjału zawdzięczał nie do końca, delikatnie mówiąc, legalnym powiązaniom i interesom.

Franka gra tu Robert De Niro. I choć ta historia obejmuje kilka dekad, aktor (od Scorsese młodszy zaledwie o rok) gra także dużo młodszą wersję siebie. To nie pierwszy raz, kiedy użyto zaawansowanych technik komputerowych, żeby odjąć filmowym bohaterom kilkadziesiąt lat. A jednak, trzeba przyznać, Scorsese idzie tu na całość. Przez połowę filmu oglądamy De Niro z wyczyszczonymi zmarszczkami, a przede wszystkim odmłodzonym owalem twarzy. Efekt tych zabiegów nie zawsze jest idealny, ale widz szybko się przyzwyczaja i przestaje zwracać na niedoskonałości uwagę.

Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie 'Irlandczyk' (fot. materiały prasowe Netflix) Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie "Irlandczyk" (fot. materiały prasowe Netflix)

Dlaczego reżyser nie zdecydował się obsadzić kogoś z młodszych aktorskich roczników? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ten film to hołd złożony swoim aktorom. Swoim, bo występuje tu nie tylko De Niro, który grał u Scorsese najlepsze, nazywane dziś bez cienia przesady kultowymi, role. Ale partnerują mu też Al Pacino (filmowy Jimmy Hoffa) i Joe Pesci. Ten ostatni zasługuje na szczególną uwagę, bo choć wystąpił u Scorsese po raz enty, to w pewnym sensie debiutuje. Jest niemal tak ważną postacią jak tytułowy Irlandczyk Frank. A tym samym, wreszcie, w wieku 76 lat pozbywa się etykietki aktora drugoplanowego. Jest też szansa, że po tak rewelacyjnej i znaczącej roli, na jego widok ludzie wreszcie przestaną mówić: „Pesci? Ten niski wredny z „Kevina samego w domu”?”.

Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu 'Chłopcy z ferajny' z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO) Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu "Chłopcy z ferajny" z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO)

Przy okazji miłośnicy kina, uwiedzeni przez „Irlandczyka”, mogą sobie zrobić scorsesowską powtórkę z duetu: De Niro-Pesci. We „Wściekłym byku” czy „Chłopcach z ferajny” są piękni i młodzi bez efektów specjalnych. A także groźni. Tacy, jakimi chciał widzieć swoich bohaterów Scorsese. Sam, jako dzieciak i młodzieniec, był słaby i chorowity. Może i nawet fantazjował, żeby być gangsterem, ponoć rozważał przystąpienie do mafii, tyle że z powodu ciężkiego stadium astmy był w szkole zwolniony z wuefu i w ogóle z wysiłku fizycznego. Lekarz zabraniał mu właściwie wszystkiego. Wyjątkiem były – szczęśliwie – seanse w kinie.

Gdzie te kobiety?!

Peanom na temat nowego filmu towarzyszą kontrowersje. Nietrudne do przewidzenia w dobie ruchu #Metoo i masowej rewizji kina pod kątem równości płci. Na konferencji prasowej podczas festiwalu w Rzymie włoska dziennikarka wypomniała Scorsese znaczącą dysproporcję między mężczyznami i kobietami w jego filmach. Reżyser bez sukcesów próbował wybrnąć z tematu, pogrążając się jeszcze bardziej, aż głos zabrała producentka „Irlandczyka”, wykazując się, trzeba przyznać, niezłym refleksem. Przypomniała dziennikarzom zgromadzonym na konferencji, a przy okazji widzom na całym świecie, że Scorsese w 1974 roku wyreżyserował film „Alicja już tutaj nie mieszka”. Przejmującą opowieść o marzącej o karierze muzycznej Alice, za którą to rolę aktorka Ellen Burstyn dostała zresztą Oscara. To także nie kto inny tylko Scorsese nakręcił tak romantyczny jak to tylko możliwe „Wiek niewinności” z miłosnym trójkątem odegranym przez Michelle Pfeiffer, Winonę Ryder i Daniela Day-Lewisa. I wreszcie, to Martinowi Scorsese zawdzięcza jedną z najciekawszych w swoim dorobku aktorską kreację Sharon Stone. Kto widział ją w „Kasynie”, ten wie, o czym mówię.

Argument, że reżyser kręci tylko męskie kino jest takim samym nadużyciem jak ten, że kręci tylko filmy gangsterskie. Skoro tak, to co w jego dorobku robią wymienione właśnie filmy, ale też świetne muzyczne dokumenty, m.in. o Bobie Dylanie czy familijna produkcja „Hugo i jego wynalazek” nagrodzona 5 Oscarami?

Sharon Stone w filmie 'Kasyno' z 1995 roku (fot. BEW PHOTO) Sharon Stone w filmie "Kasyno" z 1995 roku (fot. BEW PHOTO)

Fakty pozostają jednak faktami. I jeśli chodzi o proporcje, to prawda, że Martin Scorsese, w życiu prywatnym otoczony kobietami (pięciokrotnie żonaty jest ojcem trzech córek), na ekranie woli męskie historie i męskich bohaterów. Ktoś przytomnie policzył, że w „Irlandczyku” najważniejsza postać kobieca, córka Franka – Peggy – wypowiada w sumie… sześć słów. A jednak, paradoksalnie, to postać kluczowa. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, podpowiem, że to właśnie ona, jako jedyna, ma odwagę sprzeciwić się złu, nawet jeśli jest to bierny opór. To właśnie ta młoda kobieta jest sumieniem wszystkich tych, którzy sumienia nie mają.

Jak nie zostałem księdzem

Wina i kara, sumienie, grzech. To zawsze były jego tematy. Sam planował zostać księdzem, poszedł nawet do seminarium, zanim uznał, że miłość do kina jest znacznie silniejsza niż duchowe powołanie. Ale nigdy nie przestał sobie zadawać ważnych, ostatecznych pytań. Stąd też inne filmy, które wymykają się „gangsterskiemu nurtowi”. „Ostatnie kuszenie Chrystusa” uznane swego czasu za film wybitnie antykościelny, a dziś rozpatrywany jako kino głęboko religijne. Stąd też „Kundun – Życie Dalajlamy” i wreszcie: najnowsze z tej trójki „Milczenie”. Ta ekranizacja powieści jednego z najważniejszych japońskich pisarzy Endō Shūsaku, opowieść o prześladowaniach jezuitów i zjawisku „ukrytych chrześcijan” w dawnej Japonii, zaprowadziła Scorsese do samego papieża. Film miał swoją prapremierę w Watykanie, a Scorsese miał u papieża Franciszka osobistą audiencję.

Willem Dafoe w filmie 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' z 1988 roku (fot. BEW PHOTO) Willem Dafoe w filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" z 1988 roku (fot. BEW PHOTO)

I jeszcze jeden wielki temat, który Scorsese porusza w „Irlandczyku”. Przemijanie. Chyba po raz pierwszy reżyser poświęca mu tyle uwagi. Widmo śmierci – tej typowej dla półświatka, czyli równie nagłej co drastycznej, ale też tej naturalnej, z choroby i starości – wisi nad bohaterami od pierwszego kadru. Aż do samego końca, bo gangsterska saga opowiadana jest z perspektywy pensjonariusza domu spokojnej starości. Który nie tylko wspomina i rozlicza się z własną przeszłością, ale i próbuje się dobrze przygotować do spraw najbardziej ostatecznych (genialna scena w domu pogrzebowym, gdzie Frank sam wybiera sobie trumnę). Scorsese pokazuje przemijanie i starość bez lukru i większej nostalgii. Oglądając te sceny trudno się nie zastanawiać, ile w nich obaw i lęków samego reżysera.

Uczyłem się od Polaków

Metryka to jedno, ale Martina Scorsese po prostu nie da się postrzegać w kategoriach seniora kina. Nie tylko nadal trzyma rękę na pulsie i potrafi wyczuć gusta publiczności, ale też nie boi się zmian, jakie nieuchronnie następują w światowej kinematografii. Już produkując i maczając palce w reżyserii świetnego, osadzonego w czasach prohibicji serialu HBO „Zakazanego imperium” udowodnił, że jest równie skuteczny na małym co dużym i ekranie. Teraz idzie o krok dalej. Trwającego 3 i pół godziny (które, choć może niektórym trudno w to uwierzyć, zupełnie się nie dłużą) „Irlandczyka” z jego zawrotnym budżetem ponad 150 mln dolarów finansowała platforma Netflix. Oznacza to, że film jest przeznaczony przede wszystkim do oglądania na tej platformie, w domu. To, że pojawia się 5 dni wcześniej w naszych kinach, jest podyktowane głównie tym, że, aby ubiegać się o Oscara, musi być na całym świecie, choćby przez chwilę, także w dystrybucji kinowej. Podobnie jest na przykład z inną wyczekiwaną produkcją Netflixa – „Historią małżeńską” ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem w rolach głównych. Jesteśmy oto świadkami dużej zmiany. Zmiany, która jeszcze dwa lata temu na festiwalu w Cannes wywołała tak gwałtowne emocje, że wydawało się, że między telewizją nowej generacji a kinem nastąpi nieodwracalny rozłam. Tymczasem „Irlandczyk” jest równie gorąco oczekiwany przez publiczność kinową (bilety na pokazy przedpremierowe rozeszły się błyskawicznie) co użytkowników Netflixa, raczej łącząc niż kogokolwiek dzieląc. Zobaczymy, czy ten trend się utrzyma, tak czy inaczej 77-letni Martin Scorsese jest siłą rzeczy twarzą rewolucji, jaka właśnie zachodzi w kinematografii.

Al Pacino i Robert DeNiro w filmie 'Irlandczyk', (fot. materiały prasowe Netflix) Al Pacino i Robert DeNiro w filmie "Irlandczyk", (fot. materiały prasowe Netflix)

I gdyby ktoś do tego momentu jeszcze go nie pokochał, przypomnę na koniec jego miłość do polskiego kina.

Bo to Scorsese z pełnym zaangażowaniem poleca za oceanem nasze rodzime filmy. Parę lat temu odebrał doktorat honoris causa w łódzkiej Filmówce, stworzył również specjalny cykl „Mistrzowie polskiego kina”, a o Wajdzie, Holland, Konwickim czy Kawalerowiczu mówi w imieniu swoim i kolegów po fachu, że „to kino, od którego wszyscy się uczyliśmy”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Kobieta w oknie" – A.J. Finn o chorobie, która stała się impulsem do napisania bestsellerowej powieści

Amy Adams jako Anna Fox w filmie
Amy Adams jako Anna Fox w filmie "Kobieta w oknie". Film dostępny na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe Netflix.
Szalony psychopata okazuje się zabójcą, a agentka z zaburzeniami afektywno dwubiegunowymi wpada na trop szpiega – kino i literatura coraz częściej sięgają po postaci z problemami psychicznymi. Moda czy może wierny opis naszych czasów? Pytamy pisarza A.J. Finna, który przyznaje, że jego własna choroba była impulsem do napisania bestsellerowej „Kobiety w oknie”. 

Czy fakt, że główna bohaterka twojej książki, Anna Fox, ma agorafobię, jak się potem okazuje, wynikającą z depresji, miał dać wsparcie osobom doświadczającym podobnych problemów? Czy może chciałeś przez to podkreślić, że rozmaite schorzenia psychiczne są tak popularne, że praktycznie wszystkich nas dotykają?
Cudownie, że o to pytasz, bo mam dużo do powiedzenia na ten temat (śmiech). Zacznijmy od genezy powstania tej książki i głównej bohaterki. W wieku 21 lat zdiagnozowano u mnie ciężką depresję kliniczną, z którą zmagałem się przez kolejne 15 lat. Przez ten czas byłem w stanie żyć względnie normalnie i na dość dobrym poziomie – udało mi się zrobić doktorat na Oxfordzie, odnosiłem sukcesy, robiłem całkiem obiecującą karierę w branży wydawniczej, tworzyłem satysfakcjonujące związki i utrzymywałem dobre relacje z rodziną i przyjaciółmi. A jednocześnie byłem głęboko nieszczęśliwy. Próbowałem wszystkiego, żeby sobie pomóc, od farmakoterapii po medytację, od hipnoterapii i terapii elektrowstrząsami po ketaminoterapię – ale nic nie zmieniało mojego stanu. Aż pewnego dnia, trzy lata temu, poszedłem na konsultację do nowego psychiatry, bo chciałem zmienić leki. Wysłuchał mojej opowieści o symptomach i dolegliwościach, która trwała około półtorej godziny i pod koniec powiedział: „Nie wydaje mi się, żeby miał pan depresję. Moim zdaniem cierpi pan na pewną odmianę zaburzeń afektywnych dwubiegunowych“. Byłem zaskoczony i początkowo nie zgodziłem się z  jego diagnozą. Powiedziałem, że oglądałem serial „Homeland” i nie widzę podobieństw między moim stanem a stanem Carrie, głównej bohaterki. Odparł, że są różne rodzaje zaburzeń dwubiegunowych i że według niego ja cierpię na odmianę drugą, w której epizody manii nie są tak euforyczne, za to epizody depresji są o wiele głębsze. Wystarczyło sześć tygodni terapii nowymi lekami, bym poczuł się nie tylko lepiej, ale wręcz doznał transformacji. Wtedy postanowiłem, że chciałbym przyjrzeć się moim doświadczeniom, jakoś je opisać.

Nie jest to jednak książka o depresji.
Nie chciałem pisać książki o depresji, bo to by było zbyt dołujące. Nie mam zamiaru rozwodzić się zbyt długo nad gatunkiem, jakim jest thriller psychologiczny, ale w kryminałach czy powieściach detektywistycznych najbardziej pociąga mnie to, że można je odczytywać na dwu różnych poziomach. Pierwszy poziom, dość powierzchowny, to sama zagadka kryminalna. Jeśli jednak zajrzymy pod powierzchnię fabuły, to wejdziemy na drugi poziom i znajdziemy tam o wiele głębsze spostrzeżenia na tematy społeczne, kulturowe czy właśnie psychologiczne. Nie każda powieść kryminalna czy thriller są tak skonstruowane, ale jeśli taka sztuka uda się autorowi, to z pewnością  wywrze duży wpływ na czytelniku, a przynajmniej zawsze wywiera na mnie. Świetnym przykładem jest „Zaginiona dziewczyna“ Gillian Flynn. Z jednej strony to trzymający w napięciu thriller ze znakomitym zwrotem akcji, a z drugiej – dość przerażający portret socjopatki, czyli osoby, która ma ogromne problemy ze swoją kondycją psychiczną i nawiązywaniem relacji. Ta książka chodziła za mną jeszcze długo po tym, gdy skończyłem ją czytać. Zależało mi na napisaniu takiej właśnie powieści, która oferuje więcej zarówno na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym. Nie jest tylko samą rozrywką. Przy okazji mogłem zgłębić własne podejście do choroby i dać czytelnikom wgląd w świat wewnętrzny osób zmagających się z problemami psychicznymi.

Nie masz wrażenia, że tzw. zdrowe społeczeństwo trochę się ich obawia?
Jako społeczeństwo nie tylko często stygmatyzujemy takie osoby, ale też unikamy z nimi kontaktu. Po pierwsze dlatego, że zwykle nie wiemy, co im powiedzieć, a po drugie, bądźmy szczerzy – ludzie, którzy cierpią na depresję i inne zaburzenia psychiczne nie są zbyt wesołymi kompanami. Amerykańska psychiatra Kay Redfield Jamison, jedna z wiodących specjalistek w dziedzinie zaburzeń dwubiegunowych, na które też sama cierpi, zauważyła, że osoby w depresji są nudnym towarzystwem. Kiedy jesteś w depresji, tracisz umiejętność doprowadzania siebie i innych do śmiechu. Jamison powiedziała – i tu cytuję dosłownie, bo jej słowa wywarły na mnie duże wrażenie: „Kiedy masz depresję, odczuwasz całym sobą, co to znaczy być starym, słabym, brzydkim i nie mieć wiary w to, że w twoim życiu mogłoby się coś zmienić. Brakuje ci gracji, obycia, nawet koordynacji ruchów, czujesz się niezdarny, nieatrakcyjny, wstyd ci, że jesteś sobą”. Takich ludzi się unika i mówię to jako ktoś, kto cierpiał na depresję przez praktycznie całe dorosłe życie. Podsumowując, stworzyłem postać Anny Fox z wielu powodów. Po pierwsze, pragnąłem ukazać wewnętrzny obraz osoby cierpiącej na depresję, jego głębię i wielowymiarowość. Po drugie, chciałem zwrócić uwagę na to, że osoby cierpiące na depresję tak naprawdę nie chcą jej mieć i nawet jeśli Anna ma duże problemy sama ze sobą i widać, że nie radzi sobie z tym, jak wygląda jej życie, to nie znaczy, że nie robi nic, żeby to zmienić. I po trzecie, tak jak zauważyłaś, chciałem dać Annie jakąś sprawczość, przekonanie, że jest w stanie pomagać innym i mieć realny wpływ na świat wokół siebie. Ona próbuje przysłużyć się innym, być przydatna. Świadczy darmową pomoc psychologiczną w Internecie osobom zmagającym się z agorafobią, i stara się pomóc chłopcu z naprzeciwka, który jej zdaniem też ma problemy psychiczne. I choć nie zawsze trafnie lokuje w ludziach swoje zaufanie, to jednak się stara. Przedstawiając taką osobę w roli głównej bohaterki, chciałem wzbudzić u czytelników nie tylko współczucie, ale również zrozumienie i szacunek do niej. Gdybym miał wymienić jedną wartościową rzecz, jaką dała mi depresja, to byłaby to większa empatia. Myślę teraz o wiele więcej o innych ludziach i troszczę się o nich bardziej niż kiedyś. To mnie łączy z Anną.

Może te wszystkie powody, które wymieniłeś, są przyczyną tego, że we współczesnych serialach czy książkach postaci z psychiczną niedoskonałością pojawiają się coraz częściej.
Współczesna popkultura chętnie sięga po takie postaci, bo choć o zdrowiu społecznym nie mówi się jeszcze powszechnie, to jest to temat, który dotyka coraz większej liczby osób, więc staje się coraz bardziej widoczny. Już sam fakt, że dzięki mojej książce mogę zachęcić ludzi do rozmowy na ten temat, że na przykład teraz udzielam wywiadu pismu psychologicznemu, bardzo mnie cieszy. Z drugiej strony z powodu swojej aktualności temat ten jest często wykorzystywany przez popkulturę w sposób zbyt przedmiotowy. Choroba psychiczna staje się dziś atrakcyjnym dodatkiem do głównego bohatera książki czy filmu. Na przykład w  jednej bardzo popularnej książce, też thrillerze psychologicznym, opowiadającej o kobiecie nadużywającej alkoholu, temat alkoholizmu jest użyty jako wytrych fabularny, by uzasadnić, że może czegoś nie pamiętać. W mojej książce bohaterka też nadużywa alkoholu, ale ma bardzo uzasadniony powód, by to robić.

Sama jestem fanką kryminałów i uważam, że na przykład książki Agathy Christie sprawiły, że psychologia postaci i dociekanie, dlaczego człowiek jest w stanie popełnić zbrodnię, zaczęło nas wreszcie interesować.
Ciekawe, że przywołujesz Agathę Christie, bo jako dziecko zaczytywałem się w jej kryminałach, a potem, kiedy pracowałem w branży wydawniczej, nawet wydawałem jej książki. I choć uważam ją za absolutnego geniusza w kwestii budowania fabuły i tworzenia zagadki, to uważam, że była mniej przekonująca, jeśli chodzi o głębokie psychologiczne portrety postaci. Niedawno przeczytałem, jak konstruowała swoje kryminały. Budowała fabułę do przedostatniego rozdziału, po czym zastanawiała się, która z postaci jest najmniej prawdopodobnym mordercą, cofała się i wstawiała w różne fragmenty książki wskazówki, które uprawdopodobniały, że ta osoba jest mordercą… To tylko anegdota, więc nie musi być prawdziwa, przynajmniej mam taką nadzieję (śmiech). Ale trzeba przyznać, że Christie była bardzo zainteresowana problemami zdrowia psychicznego – w kryminale „A..B..C...” jedna z głównych postaci cierpi na coraz bardziej rozwijającą sie fobię społeczną, ale też ma kompleks Edypa. W innej powieści, mojej ulubionej, zabójcą jest młoda dziewczyna i to według mnie bardzo przekonujący opis socjopatki. Obsesyjna miłość, monomania, socjopatia – to były motywy zabójstw w jej książkach i doceniam sposób, w jaki starała się je jak najlepiej przedstawić i wytłumaczyć. Z kolei w jednej z najbardziej popularnych książek – „Morderstwo w Orient Expressie“ – motywem zbrodni stała się długo przeżywana żałoba, co jest błyskotliwą diagnozą psychiczną.

Nie sądzisz jednak, że niektóre współczesne kryminały oddają niedźwiedzią przysługę osobom z problemami psychicznymi? Irytuję się, kiedy oglądam bądź czytam thriller psychologiczny i na końcu odowiaduję się, że zabójcą jest szalony psychopata.
Absolutnie się zgadzam. We współczesnych powieściach zabójca jest psychopatą zwykle dlatego, że to najłatwiejsze rozwiązanie, a nie dlatego, że autor miał potrzebę stworzenia i opisania takiej postaci. To mi przypomina o sytuacji kryzysu AIDS w latach 70. i 80., kiedy bardzo wiele filmów przedstawiało osoby homoseksualne – zarówno kobiety, jak i mężczyzn – jako morderców, tych złych. Na przykład film „Zadanie specjalne” („Cruising“) z Alem Pacino lub „Nagi instynkt” z  Sharon Stone. Odmienność osób homoseksualnych była wykorzystywana jako łatwe wyjście fabularne i proste wytłumaczenie, dlaczego zabijali. Bo byli inni. Zwykle najbardziej się obawiamy osób, które są inne. Kryminały ukazują ten lęk właśnie poprzez obsadzenie takich osób w roli tych, którzy nam zagrażają. Sięgam po tę analogię po to, by ukazać, że osoby homoseksualne też zasługują na nasze zrozumienie i szacunek, dokładnie tak samo jak każda inna osoba w społeczeństwie, i dokładnie tak jak każda osoba cierpiąca na zaburzenia psychiczne. Gdybym miał jakoś wytłumaczyć autorów, którzy stosują takie rozwiązania fabularne, to powiedziałbym, że może bardziej przerażająca jest dla nas myśl, że ktoś miałby popełnić zbrodnię bez żadnego powodu, ale nie jest w porządku zakładanie, że ktoś rzuci się w wir mordowania tylko dlatego, że ma zaburzenia psychiczne. To,  że osoby, które cierpią na psychopatię, są bardzo często opisywane jako potencjalni zabójcy, jest bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe, ale też wypacza samą naturę tego zaburzenia. I nie mówię tego po to, by bronić psychopatów, tylko tych, którzy są w ich otoczeniu, którzy są przez nich w jakiś sposób atakowani. Sam pracowałem z kimś, kto potem został zdiagnozowany jako psychopata i ten człowiek nie musiał nikogo zabijać, by osiągnąć to, co chciał, potrafił znaleźć o wiele subtelniejsze i paskudniejsze metody, by zniszczyć komuś życie.

W twojej ksiażce bohaterka często ogląda filmy Alfreda Hitchcocka i kino noir, sam przyznajesz się do fascynacji tym gatunkiem. Co ciekawe, w tych filmach bohaterowie, głównie kobiety, często są „wrabiani“ przez inne osoby w chorobę psychiczną, by uczynić ich mało wiarygodnymi świadkami. I cała ich walka polega na tym, żeby udowodnić, że nie są szaleni, że można ufać temu, co widzą i co słyszą. Twoja bohaterka też o to walczy. Może wszystkie osoby mające problemy ze zdrowiem psychicznym walczą o to samo?
Podobno kiedy Alfred Hitchcock był młodym chłopcem, zdarzyło się, że ponieważ był niegrzeczny, rodzice za karę zabrali go na policję i poprosili policjanta, by zamknął go na parę godzin w celi. Hitchcock do końca życia upierał się, że nie zrobił rzeczy, za którą rodzice tak go ukarali, myślę, że dlatego był tak zafascynowany historiami, w których niewinni ludzie muszą tłumaczyć się z fałszywych oskarżeń. Widać to praktycznie w każdym jego filmie, od „Niewłaściwego człowieka” do „Szału”. Jednym z  powodów, dla których uwielbiam filmy Hitchcocka, kino noir i w ogóle stare filmy, jest to, że centralną rolę zajmowała w nich psychologia postaci. I rzeczywiście, często czarne charaktery wykorzystują problemy lub cechy psychologiczne głównych postaci – na przykład wrażliwość lub niską samoocenę – przeciwko nim samym. W konsekwencji bohaterowie wpadają w coś w rodzaj paranoi czy zaburzenia, co sprawia, że w oczach otoczenia są mniej wiarygodni. Oczywiście to też narzędzie fabularne, bo jeśli bohater od początku do końca filmu ma absolutną pewność, co widział i słyszał, nie jest to takie interesujące dla widza. W filmach „Okno na podwórze” Hitchcocka i „Gasnący płomień” George'a Cukora widzimy postaci, które coraz bardziej zapadają się w swoją paranoję i zaczynają wątpić  w to, czy są wiarygodne, a my razem z nimi. W mojej „Kobiecie w oknie” wykorzystuję to samo narzędzie fabularne, by zrobić suspens i popchnąć do przodu akcję. Nie mam zamiaru udowadniać, że choroba Anny nie ma wpływu na to, jak ona odbiera otaczający świat. Z drugiej strony masz rację, że osoby cierpiące na różne zaburzenia psychiczne są z automatu traktowane jako niewiarygodni świadkowie. To nie jest fair, nie można dyskredytować kogoś tylko dlatego, że cierpi na jakąś chorobę, która sprawia, że nie postrzega otoczenia w 100 procentach tak jak osoby zdrowe. Kolejną grupą, której się nie ufa, wręcz systemowo, i której się nie wierzy, są kobiety. Jak często słyszymy, że kobiety są „histeryczne“? A pamiętajmy, że histeria historycznie była klasyfikowana jako zaburzenie. Pisząc ksiażkę, zastanawiałem się, czy inni bohaterowie bardziej ufaliby i wierzyli Annie, gdyby była mężczyzną. I przykro mi to mówić, ale prawdopodobnie tak.

Czasem w redakcji powtarzamy sobie takie zdanie, że wszyscy jesteśmy wariatami, czyli każdy ma coś: manię, pasję, fobię, kompleks. Czy w naszym współczesnym świecie, w którym mamy tendencję do izolacji i zamykania się w sobie, nie jest to czymś, co nas łączy? Dzięki książkom, takim jak twoja, możemy poczuć się bardziej „połączeni“?
Jednym z  centralnych wątków mojej książki jest właśnie samotność oraz to, jak trudno jest tworzyć relacje z innymi i zostać przez otoczenie przyjętym i zaakceptowanym. Jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że czytanie jest aktem empatii. I choć zawsze uwielbiałem kryminały, to czytałem je z wyjątkową przyjemnością zwłaszcza kiedy zmagałem się z depresją. Dlatego że mogłem się zidentyfikować z postacią, która zmaga się z różnymi problemami życiowymi i wewnętrznymi, a na koniec wszystko się rozwiązuje w jakiś satysfakcjonujący dla niej sposób, co dawało mi nadzieję. Dlatego też, jak sądzę, ludzie, którzy nie mają w jakimś momencie życia szczęścia w miłości, lubią oglądać komedie romantyczne, bo nie tylko mogą się utożsamić z  główną postacią, ale też uwierzyć, że jest i dla nich nadzieja. Kiedy więc czytamy ksiażkę lub oglądamy film, w którym główna postać jest szalonym psychopatą, i czujemy, że to sztucznie wygenerowany wątek, to nic nam to nie daje. Ale kiedy tego typu problemy są pokazane z empatią i zrozumieniem, pomaga to nawiązać więź z drugim człowiekiem. Nigdy nie byłem w śpiączce, ale niedawno przeczytałem książkę o bohaterze, który jest w śpiączce, co pozwoliło mi nie tylko znaleźć empatię wobec osoby, która tego doświadcza, ale też zrozumieć, czym jest to doświadczenie. Natomiast w ciągu ostatniego roku zrozumiałem, że nie tylko czytanie jest aktem empatii, ale też pisanie.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.

  1. Kultura

„Lupin” wraca z nowym sezonem

Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu
Netflix poinformował, że kolejny sezon serialu "Lupin" będzie miał swoją premierę 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Francuska produkcja biła rekordy popularności na całym świecie. „Lupin”, czyli serial inspirowany przygodami najsłynniejszego dżentelmena-włamywacza z genialnym Omarem Sy w roli głównej, już wkrótce wraca z nowym sezonem.

Pierwsza część francuskiej produkcji liczyła jedynie pięć 45-minutowych odcinków, a jej finał wprost wskazywał na to, że historia nie została jeszcze opowiedziana do końca. Ku uciesze miłośników serialu, a było ich wielu, bo już w niecały miesiąc od premiery obejrzało go przeszło 70 milionów subskrybentów na całym świecie, Netflix właśnie zapowiedział jego kolejną część. Premiera drugiego sezonu serialu „Lupin” ma odbyć się 11 czerwca na platformie Netflix.

„Najbardziej poszukiwany człowiek we Francji” – tak w zwiastunie drugiego sezonu serialu „Lupin” został określony jego główny bohater, Assane Diop. Niezwykle przebiegły, a przy tym szarmancki i wzbudzający sympatię Assane, teraz jest zaślepiony żądzą zemsty na Hubercie Pellegrinim za rozbicie rodziny. Przyparty do muru, musi obmyślić nowy plan, nawet jeśli oznacza to narażenie się na niebezpieczeństwo.

„Lupin” został wyreżyserowany przez Louisa Leterriera ("Iluzja") i Marceli Said ("Narcos: Meksyk"). Nie jest to adaptacja kultowej książki Maurice'a Leblanca o słynnym dżentelmenie-złodzieju Arsenie Lupinie, a jej współczesna wersja. W pierwszym sezonie serialu Diop, w akcie zemsty na zamożnej rodzinie, postanawia przeprowadzić serię spektakularnych skoków inspirowanych dokonaniami swojego ulubionego bohatera literackiego. Mężczyzna pragnie w ten sposób pomścić swojego ojca, który 25 lat został oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, co doprowadziło go do samobójstwa.

W główną rolę serialu wciela się Omar Sy, znany przede wszystkim ze znakomitej roli w komediodramacie „Nietykalni”. Obok niego grają tam między innymi: Vincent Londez, Ludivine Sagnier, Nicole Garcia, Clotilde Hesme, Soufiane Guerrab, Antoine Gouy, Fargass Assandé i Shirine Boutella.

  1. Kultura

Komedie francuskie - najlepsze produkcje prosto z Francji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ostatnio na łamach naszego portalu pisaliśmy o francuskiej radości życia, która polega m.in. na celebrowaniu małych przyjemności. Trop ten szybko zaprowadził nas do... francuskich komedii. Z tego względu przyglądamy się dziś najlepszym filmom komediowym prosto z Francji. Wybraliśmy tytuły, które bez trudu znajdziecie w polskich serwisach VOD. 

"Jutro będziemy szczęśliwi"

Samuel (Omar Sy) wiedzie beztroskie życie opierające się na przygodnych romansach. Pewnego dnia jego była kochanka Kristin robi mu niespodziankę. „To twoja córka” – mówi i znika. Od tej chwili Samuel staje się pełnoetatowym tatą małej Glorii. O dzieciach nie ma pojęcia, lecz uczucie do dziewczynki dodaje mu sił, aby sprostać wyzwaniom ojcostwa. Sielanka kończy się, gdy Gloria ma 8 lat, a Kristin postanawia ją odzyskać. To świetny film o dojrzewaniu do odpowiedzialności i odkrywaniu, jakimi wartościami warto się kierować.

Film dostępny na player.pl i cineman.pl.

Kadr z filmu 'Jutro będziemy szczęśliwi'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jutro będziemy szczęśliwi". (Fot. materiały prasowe)

"Rodziny się nie wybiera"

Film "Rodziny się nie wybiera" to najlepszy dowód na to, że Francuzi mają gdzieś poprawność polityczną i uwielbiają żywiołowe komedie pełne kontrowersyjnego humoru. Valentin D. (Dany Boon) jest wychowanym w sierocińcu genialnym projektantem, który swoimi kolekcjami rzuca Paryż i światowy design na kolana. Wszystko zmienia się jednak, gdy o jego istnieniu przypomina sobie jego mieszkająca na północy Francji i posługująca się dziwnym dialektem szalona rodzina, która bez zapowiedzi przyjeżdża do stolicy.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Rodziny się nie wybiera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Rodziny się nie wybiera". (Fot. materiały prasowe)

"Za jakie grzechy, dobry Boże?"

"Za jakie grzechy dobry Boże" to urocza komedia o tym, co czują rodzice, gdy przyszły zięć jest zupełnie nie z ich bajki. I choć film wyreżyserowali Francuzi, to zawarte w niej problemy są bardzo bliskie wielu Polakom. Marie (Chantal Lauby) i Claude (Christian Clavier) to konserwatywni rodzice czterech córek, którzy pragną, aby ich latorośle poślubiły kulturalnych katolików z Francji. W życiu bohaterek pojawiają się jednak czterej zakochani mężczyźni: Żyd, Arab, Chińczyk i chłopak z Czarnej Afryki...

Film dostępny na vod.pl.

Kadr z filmu 'Za jakie grzechy, dobry Boże?'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)

"Nietykalni"

Tego tytułu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Mało kto jednak wie, że historia przedstawiona w filmie "Nietykalni" zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner (François Cluzet) zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia (Omar Sy). Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi! Pozycja obowiązkowa, jeśli chodzi o francuskie produkcje.

Film dostępny na cineman.pl.

Kadr z filmu 'Nietykalni'. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu "Nietykalni". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

"Czym chata bogata"

"Czym chata bogata" to wybuchowa komedia twórców "Za jakie grzechy, dobry Boże?". Jean-Etienne Fougerole (Christina Clavier), bogaty pisarz-celebryta podczas telewizyjnego programu, promując swoją nową książkę "Czym chata bogata", nieopatrznie zaprasza pod swój dach romską rodzinę. Gdy do jego wspaniałego domu wprowadzą się nowi lokatorzy, cały świat stanie na głowie. Dwie rodziny, dwa światy, różne obyczaje, czy wzajemne uprzedzenia mogą doprowadzić do... wielkiego cygańskiego wesela.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Czym chata bogata'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Czym chata bogata". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Powstaje nowy serial twórców "Dark". W obsadzie zobaczymy polskiego aktora

Kadr z serialu
Kadr z serialu "1899". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Ruszyły prace nad nowym serialem twórców wielokrotnie nagradzanej produkcji "Dark". Serial "1899" będzie międzynarodową, wielojęzyczną opowieścią, a w jego produkcji wykorzystano najnowocześniejsze technologie. 

Netflix oraz Dark Ways, nowo założona spółka producencka, na której czele stanęli Jantje Friese i Baran bo Odar (twórcy niemieckiego serialu "Dark"), ogłosili start prac na planie serialu „1899” – kolejnej produkcji własnej Netflixa. Serial ma być międzynarodową i wielojęzyczną opowieścią, w której nie zabraknie polskiego akcentu. Zagra w nim bowiem Maciej Musiał. Oprócz niego w "1899" zobaczymy: Emily Beecham, Aneurin Barnard, Andreas Pietschmann, Miguel Bernardeau, Lucas Lynggaard T0nnesen, Rosalie Craig, Clara Rosager, Maria Erwolter, Yann Gael, Mathilde Ollivier, Jose Pimentao, Isabella Wei, Gabby Wong, Jonas Bloquet, Fflyn Edwards, Alexandre Willaume i Anton Lesser.

– "1899" ma być serialem prawdziwie europejskim, a jego bohaterowie pochodzący z różnych krajów będą używać ojczystych języków. Jesteśmy dumni z tego, że udało nam się zaprosić do udziału w tym ekscytującym przedsięwzięciu utalentowane osoby z całego świata - mówi scenarzystka, producentka i showrunnerka nowej produkcji, Jantje Friese.

Serial ma być wyjątkowy również ze strony technologicznej. Będzie bowiem kręcony na wybudowanym specjalnie na jego potrzeby wirtualnym planie filmowym. Największy w Europie wirtualny plan filmowy wykorzystujący ekrany LED typu „Volume”  zapewnia twórcom filmowym ogromne możliwości i umożliwia opowiadanie historii w zupełnie nowy, innowacyjny sposób. – „1899’” stał się pionierską produkcją, zarówno w kontekście Niemiec, jak i całego regionu. Stworzona na potrzeby naszego serialu infrastruktura to niezwykle nowoczesna innowacja na niemieckim rynku produkcji filmowej, która może przynieść ogromne kreatywne korzyści filmowcom i innym twórcom na całym świecie - mówi reżyser i producent, Baran bo Odar.

O czym będzie opowiadał serial „1899”? To rozpisana na osiem odcinków historia tajemniczych losów statku z imigrantami, który płynie z Europy do Nowego Jorku. Pasażerowie reprezentują różne środowiska i narodowości, ale wszyscy mają te same marzenia i nadzieję na odmianę losu w nowym stuleciu oraz nowe życie za granicą. Gdy niespodziewanie na otwartym morzu napotykają drugi statek, który od miesięcy uważano za zaginiony, zdarzenia przybierają nieoczekiwany obrót. To, co znajdują na pokładzie drugiego statku, zamieni ich podróż do ziemi obiecanej w przypominającą koszmar łamigłówkę, w której skupiają się tajemnice przeszłości łączące wszystkich bohaterów. Data premiery "1899" na platformie Netflix nie jest jeszcze znana.