1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Świąteczne filmy romantyczne - oto nasz ranking

Świąteczne filmy romantyczne - oto nasz ranking

Jude Law i Cameron Diaz w filmie
Jude Law i Cameron Diaz w filmie "Holiday", fot. BEW
Dlaczego tak bardzo lubimy oglądać świąteczne filmy? Odpowiedź jest prosta: dzięki nim przenosimy się w bajkową rzeczywistość, a otaczająca nas aura świąt wpływa na  chęć przeniesienia się choć na chwilę do odległego świata i naszej często niezaspokojonej tęsknoty za rodzinnym bezpieczeństwem, spokojem i pozytywnymi zakończeniami rodem z "Kevina samego w domu". I w tym roku oddamy się świątecznej terapii filmowej i sięgniemy po najlepsze świąteczne filmy romantyczne. Oto nasz ranking!

Dlaczego tak bardzo lubimy oglądać świąteczne filmy romantyczne? Odpowiedź jest prosta: dzięki nim przenosimy się w bajkową rzeczywistość, a otaczająca nas aura świąt wpływa na  chęć znalezienia się w odległym świecie i naszą często niezaspokojoną tęsknotę za rodzinnym bezpieczeństwem, spokojem i pozytywnymi zakończeniami rodem z "Kevina samego w domu". I w tym roku oddamy się świątecznej terapii filmowej i sięgniemy po najlepsze świąteczne filmy romantyczne. Oto nasz ranking!

1. "Holiday", reż. Nancy Meyers - to już klasyk jeśli chodzi o świąteczne filmy o miłości. Losy dwóch obcych sobie kobiet, które na czas świąt zamieniły się swoimi domami i de facto swoim życiem, to od kilku lat jeden z najgorętszych hitów świątecznych. Zwłaszcza historia Amandy, granej przez Cameron Diaz i jej ucieczka do bajkowego, wiejskiego domku Iris (w tej roli Kate Winslet) przywołuje nam najcieplejsze myśli związane z Bożym Narodzeniem.

2. "To wspaniałe życie", reż. Frank Capra - czarnobiały film z 1946 r., który pomimo pierwotnej klapy, okazał się sukcesem i od lat przypominany jest w okresie świątecznym przez stacje telewizyjne. Akcja filmu rozgrywa się krótko po II wojnie światowej, kiedy w Wigilię Bożego Narodzenia, główny bohater postanawia popełnić samobójstwo. Doprowadzić do tego nie pozwala mu jego anioł stróż, który poznaje historię życia George'a oraz wszystkich osób, które pojawiły się na jego ścieżce. To zdecydowanie klasyk, jeśli chodzi o filmy świąteczne romantyczne!

3. "To właśnie miłość", reż. Richard Curtis - brytyjska komedia romantyczna, która weszła do kanonu świątecznych filmów romantycznych. Kilka historii miłosnych rozgrywających się w bożonarodzeniowym klimacie. Mamy tu m.in.: Marka kochającego się od lat w żonie swojego najlepszego kumpla (w tej roli Keira Knightley), premiera (grany przez Hugh Granta) zakochującego się w asystentce, czy pisarza Jamiego, który przeżywając zdradę żony, zaczyna podkochiwać się w pomocy domowej. Pozycja obowiązkowa podczas świątecznego maratonu, jednak z perspektywy czasu oglądana ze sporym przymrużeniem oka.

4. "Ja cię kocham a ty śpisz", reż. Jon Turteltaub - Sandra Bullock i Bill Pullman są idealni do filmów świąteczych – w tej komedii romantycznej, opowiadającej historię samotnej dziewczyny pracującej jako bileterka na stacji metra, Bullock gra dziewczynę, która zakochuje się w tajemniczym nieznajomym. W czasie świąt Bożego Narodzenia, ów nieznajomy zostaje zaatakowany przez chuliganów na stacji, czego jedynym świadkiem jest zakochana w nim kobieta. Od chwili, gdy ratuje mu życie, rozpoczyna się cała seria typowych dla komedii romantycznych wydarzeń.

5. "Dziennik Bridget Jones", reż. Sharon Maguire - kultowa postać Bridget Jones – dojrzałej, samotnej kobiety, która stara się znaleźć miłość swojego życia, otoczonej ekscentrycznymi rodzicami i specyficznymi przyjaciółmi, to majstersztyk jeśli chodzi o portret kobiety w filmie komediowym. Bridget zachwyca swoim poczuciem humoru, niezdarnością i… realizmem. To właśnie podczas Świąt Bożego Narodzenia, szalona Bridge wpada na pomysł, żeby raz na zawsze odmienić swoje życie i zakłada dziennik, w którym zaczyna zapisywać postępy w realizacji swoich świątecznych postanowień. To jeden z tych filmów świątecznych, które mają sporą domieszkę komedii romantycznej!

6. "Family man", reż. Brett Ratner - Jack to biznesman, który lata temu wybrał drogę kariery i sukcesu. W wigilię Bożego Narodzenia zasypia sam w swoim ekskluzywnym apartamencie po to, by obudzić się... jako mąż, ojciec dwójki dzieci i sprzedawca opon samochodowych. Świąteczna propozycja szczególnie dla tych, którzy wciąż zastanawiają się nad "mieć czy być".

7. "Czekając na cud", reż. Chazz Palminteri - plejada gwiazd z Susan Sarandon, Penelope Cruz i Paulem Walkerem na czele. Świąteczny film romantyczny ukazujący, podobnie jak w przypadku "To właśnie miłość" przeplatające się historie mieszkańców Nowego Jorku, którzy pomimo świątecznego nastroju muszą stawić czoła nieoczekiwanym problemom i sytuacjom. Wszyscy bohaterowie starają się zrozumieć, czym tak naprawdę są święta i odkryć ich znaczenie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

To właśnie miłość - 5 najpiękniejszych scen miłosnych

"Foodie Love", reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Rankingów, które opisują topowe sceny miłosne, nie brakuje. Niemal wszystkie bez wyjątku przypominają wielkie kinowe przeboje sprzed lat. Tymczasem i w najnowszych produkcjach znajdziecie prawdziwe perełki. Poleca szefowa działu kultury Zwierciadła, Zofia Fabjanowska-Micyk.

Kto nie lubi wracać do przeszłości? Powspominać, jak to w podstawówce oglądało się z VHS-u, z bijącym sercem, „Uwierz w ducha” i młodziutką Demi Moore za kołem garncarskim, którą coraz namiętniej obejmuje od tyłu Patrick Swayze z gołym torsem. Albo inaczej: powspominać, jak w podstawówce, z bijącym sercem, oglądało się na DVD pocałunek Kristen Stewart i Roberta Pattinsona w „Zmierzchu”. A gdyby tak zamiast powtórki z kina, przejrzeć premiery? Takie, które od niedawna możecie oglądać, nie ruszając się z domu, online. Oto wybór scen i wątków miłosnych z filmów i seriali. Nieoczywistych i intrygujących. Gdzie bardziej od samego seksu istotne jest to „coś”, co łączy ekranowych kochanków.

Apetyt na miłość

Hiszpański serial „Foodie love” [HBO GO] rozpala nie tylko głód miłości, ale i głód w ogóle. Tytuł wziął się od nazwy aplikacji randkowej dla miłośników dobrego jedzenia. Przez którą to aplikację poznają się ona i on (do końca nie poznamy ich imion, nawet jeśli ich samych poznamy bardzo dobrze). Z każdą ich randką odkrywamy nowe miejsce: hipsterską kawiarnię, jedną z najbardziej wykwintnych restauracji w Barcelonie, niepozorny bar serwujący genialny japoński ramen. Ta kameralna, oparta na błyskotliwych dialogach historia trochę przypomina filmową trylogię („Przed wschodem słońca”, „Przed zachodem słońca” i „Przed północą”) z kultowymi rolami Julie Delpy i Ethana Hawke’a. Tyle, że jest śmielsza obyczajowo. I długo trzyma nas w napięciu: nie możemy się już doczekać, kiedy ona i on skonsumują wreszcie nie tylko to, co na talerzu, ale też ich związek. A jednak wcale nie scena pierwszej wspólnie spędzonej nocy, choć bardzo zmysłowa, jest tu najpiękniejsza. Serial nakręciła słynna reżyserka Isabel Coixet (m.in. „Życie ukryte w słowach”), która nie byłaby sobą, gdyby nie dodała tu wątku brzemiennej w skutki tajemnicy. Nie chcę zdradzić za wiele, ale Coixet prowadzi nas przez rozmaite zawirowania do wzruszającego finału i po mistrzowsku puentuje. A my, widzowie, mało czego pragniemy w tamtej chwili równie mocno, jak tego, żeby tym dwojgu się udało.

'Foodie Love', reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO) "Foodie Love", reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)

Niedobrani, ale...

Skandal. Ona maturzystka, on (czyli tytułowy pan T.) dwa razy starszy udziela jej korepetycji z języka polskiego. Ich potajemny związek jest z gatunku tych, które marną mają szansę na przetrwanie, co nie odbiera mu urody, o czym za chwilę. Widują się w skromnym pokoiku w Domu Literata i w pojedynczym za wąskim dla nich łóżku częściej się kłócą niż kochają. Czasy zresztą także nie sprzyjają miłości. Są wczesne lata 50., stalinizm, a pan T. właśnie przeżywa kryzys twórczy. Nie to, że nie umie nic sensownego napisać, po prostu nie chcą go drukować. Przymiera więc głodem, ale nie traci fasonu: w golfie, płaszczu, z włosami pociągniętymi pomadą i w przyciemnianych okularach, na tle zniszczonej wojną Warszawy (Pałac Kultury dopiero się buduje) prezentuje się naprawdę stylowo. Podnoszoną przed oficjalną kinową premierą kwestię, ile w filmie „Pan T.” (player.pl i vod.pl) jest inspiracji życiorysem pisarza Leopolda Tyrmanda, pozostawmy reżyserowi Marcinowi Krzyształowiczowi. Tymczasem pewne jest, że to pierwsza taka rola dawno niewidzianego na dużym ekranie Pawła Wilczaka. I pierwsza taka młodziutkiej Marii Sobocińskiej, jego filmowej wybranki. Zresztą Sobocińska w tym czarno-białym obrazie też wygląda zjawiskowo. To para może pod pewnymi względami niedobrana, za to równie ładna co zakochani z takich klasyków polskiego kina jak „Do widzenia, do jutra” czy „Niewinni czarodzieje”.

'Pan T.', reż. Marcin Krzyształowicz, 2019. (Fot. materiały prasowe Kino Świat) "Pan T.", reż. Marcin Krzyształowicz, 2019. (Fot. materiały prasowe Kino Świat)

Jej portret

Nie brakuje głosów, że „Portret kobiety w ogniu” (vod.pl, cineman.pl oraz player.pl) to w ogóle jedna z najpiękniejszych miłosnych historii opowiedzianych w kinie. Odważna, a jednocześnie niebywale subtelna. Bretania, XVIII wiek. Marianne, młoda malarka, na zamówienie pewnej hrabiny ma namalować portret jej córki Heloise. To będzie część posagu, Heloise wyszła z klasztoru i szykowana jest do zamążpójścia. Nie zna życia na zewnątrz, od lat nie mogła nawet samodzielnie przyśpieszyć kroku, nie mówiąc o wypowiadaniu na głos, co myśli i czuje. Czas, kiedy powstaje obraz, staje się dla portrecistki i portretowanej czasem wyjątkowym, tylko dla nich. Hrabina wdowa musi wyjechać, w całym hrabiowskim zamku nie ma żadnego mężczyzny. To film o rodzącym się uczuciu. Tak bezkompromisowym, że chociaż spotkanie pary bohaterek trwa krótko, zostaje im na całe życie i też na całe życie je wzmacnia. Jest tu piękna scena ich ostatniej wspólnej nocy. Zaraz Marianne wyjedzie na zawsze. Czuwają więc wtulone w siebie do świtu. Dla nich miłość oznacza wolność, możliwość decydowania o sobie, nawet jeśli ograniczona jest tylko do tego co w sercu i głowie. Reżyserka Céline Sciamma, która jakiś czas temu udzielała wywiadu magazynowi Zwierciadło, powiedziała, że „czasami jedno słowo starcza za miliony słów”. To dobra recenzja tego filmu. Tu każde słowo, dotyk, spojrzenie jest na wagę złota.

'Portret kobiety w ogniu', reż. Céline Sciamma (2019). (Fot. materiały prasowe Gutek Film) "Portret kobiety w ogniu", reż. Céline Sciamma (2019). (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Szkoła uczuć

Serial „Sex education” (Netflix) to niby komedia z gatunku kid adults, czyli dla nastolatków, a jednak oglądają ją miliony dorosłych na świecie. Przygody młodocianego Otisa (syna cenionej seksuolożki) i jego pokątnego licealnego biznesu – porad z zakresu życia intymnego – to doskonała rozrywka. Nie mówiąc już o tym, że dla rodziców dorastających dzieciaków to studnia wiedzy o tym aspekcie życia ich pociech, o którym rodzic wie niewiele albo nic. Tutaj nie ma tematów tabu: ryzykowne eksperymenty, uzależnienie od masturbacji, homoseksualizm, fetysze. A jednak siłą tego serialu nie jest tylko dowcipnie podana porcja wiedzy. Geniusz tej produkcji polega na tym, że opowiada się po stronie fundamentalnych wartości. Słowo „godność” jest tu kluczem. Pierwsze doświadczenia serialowych nastolatków rozczulają, tu jeszcze jest miejsce na szczerość i spontaniczność, którą traci się z wiekiem. Ale jeśli chodzi o najlepsze wątki erotyczne, niżej podpisana należy do licznego grona miłośników matki serialowego Otisa, granej przez Gillian Anderson, zupełnie niepodobnej do sztywnej agentki Scully z serialu „Z Archiwum X” sprzed lat. W „Sex education”, w odróżnieniu od nad wiek poważnego Otisa, jego matka jest cudownie wyluzowana i zmysłowa. To pean na cześć życia po czterdzistce, kiedy to ty decydujesz o swoim życiu intymnym. I to z jaką, w wykonaniu Anderson, dezynwolturą!

'Sex Education', reż. Laurie Nunn, 2019. (Fot. materiały prasowe Netflix) "Sex Education", reż. Laurie Nunn, 2019. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Nowe życie

A jeśli już o życiu po czterdziestce mowa: poznajcie 45-letnią Eve Fletcher z serialu „Pani Fletcher” (HBO GO). Tę postać stworzył Tom Perrotta, specjalista w pisaniu bestsellerów i przerabianiu ich na świetne scenariusze (film „Małe dzieci” z Kate Winslet, serial „Pozostawieni”). Tytułową bohaterkę umieścił w wyjątkowym momencie życia. Fletcher zostaje sama. Rozwódką jest już od jakiegoś czasu, ale jej syn Brendan wyjeżdża do innego miasta na studia. Dom nagle wydaje się taki pusty! Fletcher, na co dzień kierowniczka ośrodka dla seniorów, pewnie zabijałaby czas czytaniem i pieczeniem ciasteczek, które wysyła na uczelnię Brendanowi, ale przez przypadek trafia w laptopie na stronę zdecydowanie tylko dla dorosłych. W pierwszym odruchu odskakuje przestraszona, ale to właśnie ten moment, kiedy w Eve coś się zmienia. Krok po kroku odkrywa własne ciało i potrzeby, ogląda strony pornograficzne, zaczyna sobie zadawać pytania, co jej sprawia przyjemność, odkrywa świat fantazji erotycznych. Paradoksalnie to ona, a nie jej syn – stuprocentowy samiec, były zawodnik szkolnej drużyny, który nie bardzo umie się odnaleźć w akademiku i na uczelni – zaczyna nowe, pełne przygód życie. Zaczyna umawiać się na randki, zapisuje na kurs kreatywnego pisania, gdzie poznaje wyraźnie nią zainteresowanego chłopaka w wieku Brendana, coraz bliższa staje jej się ciałopozytywna koleżanka z pracy. Powoli pani Fletcher dojrzewa do… tego nie mogę zdradzić, bo to mocna scena i świetna zachęta, aby czekać na drugi sezon.

'Pani Fletcher', reż. Tom Perrotta, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO) "Pani Fletcher", reż. Tom Perrotta, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)

Na koniec odsyłam do najnowszego magazynu Zwierciadło (na rynku od 21 kwietnia), gdzie w "Temacie numeru" przeczytacie o najlepszych stronach dojrzałości i budzeniu się świadomości własnych potrzeb.

 

 

 

 

 

  1. Kultura

14 najpiękniejszych filmów o miłości – najlepsze filmy miłosne

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pamiętnik", na zdjęciu: Rachel McAdams i Ryan Gosling. (Fot. BEW PHOTO)
Filmy o miłości wzruszają, uwrażliwiają, a czasem nawet wywracają nasz świat do góry nogami. Często zarzucamy im, że przedstawiają historie, które nie zdarzają się w realnym świecie, ale... niech podniesie rękę ten, kto choć raz w życiu nie miał nastroju na romantyczny film. Oto lista najpiękniejszych - naszym zdaniem - filmów o miłości. 

Niezwykłe filmy o miłości wzruszają, uwrażliwiają, a czasem nawet wywracają nasz świat do góry nogami. Często zarzucamy im, że przedstawiają historie, które nie zdarzają się w realnym świecie, ale... niech podniesie rękę ten, kto choć raz w życiu nie miał nastroju na romantyczny film. Oto lista najpiękniejszych - naszym zdaniem - a zarazem najlepszych filmów o miłości. 

"Notting Hill"

Można nie lubić komedii romantycznych z przełomu XX i XXI w., ale młodego Hugh Granta nie sposób nie kochać. Jedna z najlepszych ról odrobinę niezdarnego, ironicznego, ale niezwykle charyzmatycznego aktora, który stworzył z Julią Roberts duet idealny. Warto nie tylko dla fajnej, lekkiej i prześmiesznej historii (szczególnej uwadze polecamy scenę wywiadu, który główny bohater przeprowadza z filmową Anną Scott), ale też mocnych wątków w tle (tu przede wszystkim postać przyjaciela i współlokatora Granta).

"Co się wydarzyło w Madison County"

Clint Eastwood i Meryl Streep jako ludzie w średnim wieku, którzy na "przeżycie" miłości życia mieli jedynie... 4 dni. Ona - kobieta zajmująca się domem, z mężem i dwójką dzieci, która niczego już od życia nie oczekuje i on - samotnik, podróżnik, fotograf, lekkoduch, który za nic nie zdecydowałby się na stały związek. Do czasu. Wystarczyły 4 pełne miłości, czułości i namiętności dni, by oboje zdali sobie sprawę, że takie uczucie zdarza się tylko raz w życiu.

"Pamiętnik"

Nakręcony na podstawie książki Nicolasa Sparksa film romantyczny opowiadający historię głębokiej miłości dwójki młodych ludzi, którą słyszymy z ust starszego mężczyzny. Opowiada ją chorej na Alzheimera kobiecie, czytając pamiętnik, wspominający niewinną, piękną i romantyczną miłość dziewczyny z dobrego domu i ubogiego, prostego chłopaka. Warto, także ze względu na role głównych bohaterów - Ryana Goslinga i Rachel McAdams, między którymi czuć było "chemię". Wyciskacz łez, dumnie reprezentujący filmy miłosne na podstawie książek, który zostaje w pamięci na długo.

"Rzymskie wakacje"

Audrey Hepburn jako księżniczka znudzona dworskim życiem, która postanawia zwiedzić Wieczne Miasto na własną rękę. Bez świty i królewskiego orszaku. Główna bohaterka tego filmu romantycznego podczas jednego dnia wolności spędzonego z amerykańskim dziennikarzem (w tej roli Gregory Peck) po raz pierwszy tak naprawdę dowiaduje się, co to znaczy wolność i zauroczenie. Komedia sprzed ponad 50 lat, która absolutnie nie straciła swego uroku, często uważana za numer jeden w kategorii najpiękniejsze filmy o miłości.

"Słodki listopad"

Początek filmu przełamuje schemat: tutaj to ona (w rolę Sary wcieliła się Charlize Theron) zmienia chłopaków jak rękawiczki. A on (w rolę nowojorskiego biznesmena Nelsona wcielił się Keanu Reeves) szybko się w niej zakochuje. Postanawiają zawrzeć jednak układ, że nie będą angażować się zbytnio w związek i po wspólnym miesiącu, każde pójdzie w swoją stronę. Prawda, którą skrywa Sara wywraca jednak ich życie uczuciowe do góry nogami... Wyjątkowo wzruszające kreacje Theron i Reeves'a. Dla tych, którzy mają ochotę na smutne filmy romantyczne.

"Jeden dzień"

Miłość, która musiała dorosnąć, czyli wzruszająca opowieść o parze, która nawiązuje znajomość w bardzo młodym wieku i po prostu się zaprzyjaźnia. Umawiają się na to, że co roku będą spotykać się jednego konkretnego dnia, podczas którego opowiadają o swoich związkach, uczuciach, przeżyciach. Po jakimś czasie każde z nich zaczyna rozumieć, że prawdziwa miłość nie zawsze zdarza się "od pierwszego wejrzenia". Smutny film o miłości, która szczerze wzrusza.

"Tamte dni, tamte noce"

Młody chłopak, który spędza wakacje z rodzicami zakochuje się w mężczyźnie, który przyjechał pracować wspólnie z jego ojcem. To nieoczywiste uczucie rosło w nich od momentu, w którym się zobaczyli, ale w którym nie do końca chcieli jeszcze przyznać przed sobą, że istnieje. Plus za nostalgiczny klimat, gorącego lata we włoskim miasteczku... Uznany za najbardziej romantyczny film 2017 roku.

"Dla niej wszystko"

Russel Crowe jako oddany mąż, który decyduje się poświęcić absolutnie wszystko dla swojej ukochanej żony, która została skazana na karę więzienia. Ani przez chwile nie zadaje sobie pytania, czy jego ukochana jest winna, czy nie. Wie, że dla niej zrobi wszystko - łącznie ze złamaniem prawa.

"Zakochany kundel"

"Zakochany kundel" to przeurocza animacja o miłości i lojalności. Film wzruszy nie tylko najmłodszych, ale też dorosłych. Po wyjeździe swoich właścicieli piękna suczka rasy cocker spaniel, Lady, wyrusza w świat razem z bezpańskim kundlem, Trampem. Disnejowska produkcja z 1955 roku doczekała się również nowej, odświeżonej wersji, wzbogacając miłosne filmy o kolejną produkcję wartą uwagi.

"500 dni miłości"

Porzucony przez dziewczynę chłopak wraca pamięcią do 500 spędzonych wspólnie dni, by przeanalizować, co w ich relacji poszło nie tak i jakich błędów nie popełniać na przyszłość. Ciekawa opowieść o tym, jak często pochłonięci własną, wyimaginowaną wizją idealnej miłości nie widzimy tego, jak wygląda to w rzeczywistości...

"Titanic"

Choć wszystkim zapewne film o zakazanej miłości Jacka i Rose jest dobrze znany, nie moglibyśmy pominąć go w naszym zestawieniu. Kultowy wyciskacz łez z katastrofą historycznego statku w tle to jeden z największych wyciskaczy łez, jaki do tej pory powstał, zajmując czołową pozycję na liście smutnych filmów miłosnych. Nie da się ukryć, że do tej opowieści wracamy wyjątkowo często, niezależnie od tego, jak dobrze znamy jej zakończenie…

"List w butelce"

Kolejny film oparty na powieści Nicolasa Sparksa, czyli specjalisty od romansów. Dziennikarka znajduje na plaży list miłosny i postanawia odnaleźć jego twórcę. Autor okazuje się być niezwykle przystojnym, wrażliwym i inteligentnym mężczyzną (w tej roli Kevin Costner), który nie potrafił poradzić sobie ze śmiercią ukochanej żony. Okazuje się jednak, że życie jest o wiele bardziej niespodziewane i często zaskakuje nas w najmniej spodziewanym momencie.

"Uwierz w ducha"

Patrick Swayze, który powraca jako duch do swojej ukochanej po śmierci. Brzmi banalnie, ale film z udziałem Demi Moore i Paricka Swayze stał się kinowym hitem i jedną z najpiękniejszych opowieści o oddaniu, przywiązaniu i trosce o ukochaną osobę.

"Casablanca"

Absolutny klasyk, którego jednak nie mogło zabraknąć w naszym zestawieniu pięknych filmów miłosnych. Film z 1942 roku, który wciąż uznawany jest za historię miłosną wszech czasów. Podczas II wojny światowej spotykają się byli kochankowie, którzy znajdują się w zupełnie innym momencie życia. Mimo to dawne uczucia między nimi odżywają i zupełnie burzą ich dotychczasowe życie. Niezapomniane role Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.