1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Joaquin Phoenix – charyzmatyczny i nieobliczalny

Joaquin Phoenix, uroczystość wręczenia nagród BAFTA 2020. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Joaquin Phoenix to aktor nietuzinkowy, zupełnie niepasujący do świata Hollywood. Otoczony aurą tajemniczości, magnetyzujący i nieobliczalny.

Wyróżnia się nie tylko wyglądem i charakterystyczną blizną nad górną wargą, ale również niesamowitą charyzmą, poczuciem humoru i przede wszystkim ogromnym talentem, dzięki któremu może tworzyć wybitne, skrajnie od siebie różne kreacje. A tych na koncie ma przeszło pięćdziesiąt. Wskazać najlepszą? To niemożliwe.

Pracę z nim chwalą liczni aktorzy i reżyserzy. „Nie ma drugiej takiej osoby, jak on. Jest w nim jakaś wrażliwość, ale też skupienie i uznanie dla tego, co robią inni. Jest w nim szacunek do aktorstwa, a przynajmniej tak to właśnie odbieram” – powiedział o Phoenixie reżyser Garth Davis.

Nie daje się zaszufladkować, ciężko przypisać go do jednego rodzaju ról. Odnajdzie się w każdym gatunku filmowym – typowy aktorski kameleon. Z powodzeniem wcieli się zarówno w zamyślonego samotnika, jak i psychopatycznego mordercę. Gwiazdę muzyki, ale też chorobliwe ambitnego cesarza.

Jest typem outsidera. Nie przepada za imprezami branżowymi, unika wywiadów i rzadko mówi o swoim życiu prywatnym. Gdy nie gra w filmach reżyseruje teledyski, produkuje dokumenty i angażuje się charytatywnie. To świadczy tylko o jego ogromnej wrażliwości i wielkim sercu. Od dziecka jest weganinem, dlatego aktywnie działa na rzecz organizacji PETA, której jest ambasadorem i rzecznikiem. Poza tym wiedzie całkiem normalne życie. Ale zacznijmy od początku...

Phoenix przyszedł na świat 28 października 1974 roku w Portoryko. Beztroskie dzieciństwo spędził jednak w Los Angeles i na Florydzie, gdzie wychowywał się wraz z piątką rodzeństwa: starszym bratem Riverem oraz siostrami: Rain, Liberty i Summer. Jego rodzice – Arlyn Dunetz i John Lee Bottom należeli do hippisowskiego ruchu dzieci kwiatów. Przez lata związani byli też z organizacją religijną Children of God, do której dołączyli podróżując po Ameryce Południowej na początku lat 70. To właśnie tam Joaquin spędził pierwsze lata swojego życia.

Jak Feniks z popiołów

Dzieci Boga wywoływały jednak spore kontrowersje. W obrębie wspólnoty panowała nie tylko skrajna swoboda obyczajowa, ale dochodziło też do nadużyć seksualnych. Z tego względu rodzina opuściła szeregi sekty i w 1978 roku wróciła do Stanów Zjednoczonych. Tam postanowili osiąść na stałe i rozpocząć zupełnie nowe życie. W ramach symbolicznego oczyszczenia i zerwania z przeszłością zmienili również nazwisko – z „Bottom” na „Phoenix” (od Feniksa - mitycznego ptaka, który odradza się z popiołów). W tym czasie Joaquin zmienił też tymczasowo swoje imię. Od tej pory kazał nazywać się „Leaf” (z ang. „liść”). Po latach przyznał, że tak jak rodzeństwo pragnął nosić imię związane z naturą. Do prawdziwego wrócił dopiero jako młody aktor, na początku lat 90.

Przygodę z aktorstwem zaczął wcześnie. Najpierw wraz z bratem i siostrami występował na ulicy, aby wesprzeć finansowo rodziców, później cała piątka zaczęła pojawiać się w reklamach telewizyjnych i programach, aż w końcu utalentowanym rodzeństwem zainteresowała się Iris Burton, hollywoodzka agentka poszukująca dziecięcych aktorów. Wtedy pojawiły się pierwsze poważne propozycje.

I tak z początkiem lat 80. Phoenix zaczął występować w swoich pierwszych produkcjach filmowych i telewizyjnych. Zagrał m.in. w serialu „Posterunek przy Hill Street” (1981), a także filmach „Kosmiczny obóz” (1986)” i „Ruscy na Florydzie” (1987). Szczególnie ciepło został przyjęty jego występ w komedii „Spokojnie, tatuśku” (1989). Tuż po jej premierze piętnastoletni aktor postanowił jednak zawiesić karierę na jakiś czas i wyruszyć w podróż po Ameryce ze swoim ojcem.

The Viper Room

Istotną rolę w życiu Joaquina odegrał starszy o cztery lata brat, River Phoenix, który najszybciej z całego rodzeństwa rozpoczął karierę aktorską i błyskawicznie zyskał status nastoletniego idola. Popularność zyskał dzięki roli w filmie „Stań przy mnie”, a za grę w „Straconych latach” nominowano go do Oscara. Obiecującą karierę młodego aktora przerwała jednak okropna tragedia. W nocy z 30 na 31 października 1993 roku, trzy dni po 19. urodzinach Joaquina, River przedawkował narkotyki. Wszystko działo się podczas imprezy w hollywoodzkim klubie The Viper Room należącym do Johnny’ego Deppa. Na pogotowie zadzwonił Joaquin, a dramatyczne nagranie rozmowy obiegło media w całym kraju. Karetka przyjechała za późno. 23-letni aktor zmarł na oczach młodszego brata. Joaquin długo nie mógł pogodzić się ze śmiercią bliskiego mu członka rodziny. Początkowo chciał całkowicie zawiesić karierę aktorską, jednak w końcu postanowił wrócić na plan filmowy.

Nowy start

Ważnym momentem w karierze Joaquina był występ w filmie „Za wszelką cenę” (1995) Gusa Van Santa, gdzie zagrał u boku Nicole Kidman i Matta Dillona. Był to pierwszy duży krok w stronę poważniejszej kariery, a także pierwsza produkcja, w której wziął udział po tragicznej śmierci brata.

Joaquin Phoenix jako Jimmy Emmett w filmie „Za wszelką cenę” (reż. Gus Van Sant, 1995). (Fot. BEW Photo)

Rola ponownie obudziła w nim radość z grania i zapewniła uznanie widzów oraz krytyki. Jedna z recenzentek New York Timesa określiła go wtedy jako „kogoś, kogo warto obserwować”. Kreacja niezbyt rozgarniętego licealisty o mętnym spojrzeniu, który wdaje się w romans z bezwzględną dziennikarką zaowocowała kolejnymi filmowymi propozycjami. Dwa lata później wystąpił u boku Jennifer Lopez i Seana Penna w „Drodze przez piekło” Olivera Stone’a oraz „Abbottach prawdziwych”, gdzie poznał Liv Tyler, z którą przez następne trzy lata tworzyli jedną z najgorętszych par końca lat dziewięćdziesiątych.

Phoenix zaczynał powoli coraz bardziej świadomie sterować swoją karierą. Wybierał skrajnie różne role, dzięki którym nabierał doświadczenia. Jego kreacje z tego okresu, choć drugoplanowe, zostawały w pamięci. W 1998 roku dwa razy zagrał u boku Vince’a Vaughna – w dramacie „Powrót do raju” oraz komedii kryminalnej „Martwe gołębie”. Rok 1999 przyniósł z kolei całkiem udany występ w filmie „8 mm”, gdzie wystąpił razem z Nicholasem Cagem.

Prawdziwym przełomem w aktorskiej karierze Joaquina Phoenixa okazał się rok 2000, kiedy to zagrał w trzech filmach i otrzymał swoje pierwsze nominacje do Oscara i Złotego Globu za drugoplanową rolę samolubnego cesarza Kommodusa w „Gladiatorze”, głośnej superprodukcji Ridley’a Scotta. Występ nie przyniósł deszczu nagród, jednak na długo pozostał w pamięci widzów. Był to pierwszy prawdziwie czarny charakter w jego wykonaniu – posępny, o przenikliwym spojrzeniu, zagrany przekonująco i dramatycznie. Phoenix w końcu udowodnił, że jest naprawdę utalentowanym i wszechstronnym aktorem, a także świetnie odnajduje się w mrocznych, niejednoznacznych moralnie kreacjach.

Joaquin Phoenix jako cesarz Kommodus w filmie „Gladiator” (reż. Ridley Scott, 2000), na zdjęciu z Rusellem Crowe. (Fot. BEW Photo)

W tym samym roku zagrał też w „Zatrutym piórze” Phillipa Kaufmana jako targany rozterkami ksiądz w zakładzie dla obłąkanych, gdzie przebywał markiz de Sade. Wypadł w nim niezwykle przekonująco, podobnie jak w filmie „Ślepy Tor”, gdzie wystąpił razem z Charlize Theron.

Po roku 2000 kariera Phoenixa ruszyła z kopyta. Propozycje, które otrzymywał były coraz ciekawsze. Na początku dekady zagrał m.in. w czarnej komedii „Buffalo Soldiers” (2001), thrillerze science fiction „Znaki” z Melem Gibsonem (2002) oraz dramacie katastroficznym „Wszystko dla miłości” (2003). W międzyczasie mogliśmy usłyszeć go w amerykańskiej wersji disnejowskiej animacji „Mój brat niedźwiedź”, gdzie użyczył swego głosu postaci Kenaia. Rok 2004 okazał się również owocny – Phoenix ponownie zrealizował trzy filmy: „Osadę”, „Hotel Rwanda” oraz „Płonącą pułapkę” z Johnem Travoltą. Oczywiście nie musiały być to główne kreacje, aby widzowie je zapamiętali.

Zawsze na sto procent

W 2005 roku przyszedł czas na kolejną wielką produkcję, tym razem biograficzny „Spacer po linie” w reżyserii Jamesa Mangolda, gdzie Phoenix wcielił się legendarnego piosenkarza Johnny’ego Casha. Przed nakręceniem biografii aktor spotkał się z muzykiem, który zafascynowany jego wcześniejszą rolą w „Gladiatorze” sam poprosił go o przyjęcie roli w filmie. Joaquin rozpoczął przygotowania: zapisał się na lekcje gry na gitarze i śpiewu. Efekt? Wszystkie piosenki w filmie zaśpiewał sam, bez podkładania dubbingu. Podobnie jak jego filmowa partnerka, Reese Witherspoon, która zagrała June Carter, miłość życia Casha. Dzięki temu „Spacer po linie” odniósł ogromny sukces i stał się kolejnym przełomem w karierze utalentowanego aktora. Phoenix otrzymał za niego Złoty Glob, jednak Oscar po raz kolejny powędrował do kogoś innego.

Tuż po premierze aktor zaczął mieć również poważne problemy z alkoholem, będące pokłosiem wymagającej roli, a także wyczerpującej psychicznie kampanii promującej film. „Źle wspominam okres, gdy „Spacer po linie” walczył o nagrody. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Nie chodzi o to, że jestem ponadto, ale nie chcę ponownie tego przeżywać” ­– mówił w jednym z wywiadów. Phoenix szybko jednak zgłosił się na odwyk, skończył z nałogiem i wrócił na plan filmowy, aby zachwycić publiczność nowymi wcieleniami w „Królach nocy” i „Kochankach” (oba filmy wyreżyserował James Grey, który uczynił z Phoenixa swojego aktora charakterystycznego).

Jestem, jaki jestem

W październiku 2008 roku na jednej z konferencji prasowych Phoenix niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z kariery aktorskiej i chce zostać raperem. Deklaracja ta zaskoczyła wszystkich, jednak był to dopiero początek serii dziwnych wydarzeń. Aktor zaczął koncertować po Stanach Zjednoczonych, a jego ekscentryczne zachowanie i nowy wizerunek rodziły wiele pytań, na które nikt nie potrafił znaleźć racjonalnej odpowiedzi. Rok później pojawił się również w popularnym talk show u Davida Lettermana. Media i fani jednogłośnie stwierdzili: oszalał albo przeżywa poważne załamanie nerwowe. Świadczyło o tym dosłownie wszystko: niechlujny wygląd (nadwaga, roztrzepana fryzura, gęsta broda i ciemne okulary), dziwne mamrotanie oraz brak zainteresowania pytaniami prowadzącego.

Kiedy całe Hollywood położyło już na nim krzyżyk, światło dzienne ujrzał mockument „I'm Still Here” (polski tytuł „Joaquin Phoenix. Jestem, jaki jestem”). Wszystko, co do tej pory wyprawiał aktor, okazało się jedną wielką mistyfikacją, prawdopodobnie największą w historii współczesnej kinematografii.

Całe zamieszanie było formą eksperymentu i skrupulatnie zaplanowanym projektem, który w tajemnicy przed mediami i środowiskiem filmowym Joaquin zrealizował wraz ze swoim wieloletnim przyjacielem i ówczesnym szwagrem (mężem Summer Phoenix), Casey Affleckiem. Aktor przez dwa lata udawał wariata, zmienił swój image, organizował fałszywe koncerty i szereg dziwacznych wystąpień publicznych. Zawsze towarzyszyła mu kamera. Odgrywał rolę, ryzykując przy tym swoją karierę, a wszystko po to, aby pokazać jak media manipulują ludźmi.

„Chcieliśmy zrobić film inaczej. Zainspirowały nas programy typu reality-show. Byłem zdziwiony, że ludzie w to wszystko wierzą i myślą, że nie ma w tym żadnego scenariusza. Coś ma realistyczną scenografię, uczestnicy używają swoich prawdziwych imion i odbiorcy są już przekonani, że mają do czynienia z prawdą. Nawet nie trzeba być w tym dobrym. Pomyślałem, że dam radę” – wyznał podczas swojej kolejnej wizyty u Lettermana w 2010 roku. Na numer nabrał się nawet występujący w filmie aktor Ben Stiller oraz raper P. Diddy. I choć twórcy przyznali się do oszustwa, niektórzy do dziś twierdzą, że aktor naprawdę stoczył się wtedy na dno. Fikcyjny dokument miał swoją premierę na festiwalu w Wenecji w sierpniu 2010 roku, później trafił też na ekrany kin.

Mistrz jest tylko jeden

Gdy wygłupy związane z projektem „I'm Still Here” zakończyły się, przyszedł czas na powrót do rzeczywistości, czyli do ról, w których Phoenix czuje się najlepiej – trudnych i nieoczywistych, na pograniczu mainstreamu i kina niezależnego. Od tego momentu występuje jedynie w produkcjach, które go naprawdę interesują. „Dobieram filmy ostrożnie i starannie. Chcę robić rzeczy, które wywołują u mnie silne emocje” – mówił w rozmowie z „The Independent”. Takim projektem okazał się „Mistrz” Paula Thomasa Andersona, gdzie aktor wcielił się w postać zmagającego się z przeszłością, własną agresją i niezaspokojonymi potrzebami seksualnymi weterana wojennego.

Joaquin Phoenix jako Freddie Quell w filmie „Mistrz” (reż. Paul Thomas Anderson, 2012). (Fot. materiały prasowe)

Niezwykle wiarygodna, wręcz hipnotyzująca kreacja zapewniła mu kolejne nominacje do prestiżowych nagród, w tym do Oscara. Wyróżnienie to skomentował następującymi słowami: „Mam to gdzieś. Myślę, że to bzdura i nie chcę być tego częścią. Nie wierzę w to. To marchewka, najgorsza jaką jadłem w całym swoim życiu. Nie chcę tej marchewki. To jest skrajnie subiektywne. Stawianie ludzi przeciwko sobie. To najgłupsza rzecz na całym świecie”. Dodatkowo nazwał Oscary słowem na literę „g”. Wielu twierdzi, że to właśnie dlatego nie przyznano mu wtedy nagrody dla najlepszego aktora. „Bycie dla wszystkich miłym, oczarowywanie ich i zbieranie komplementów jest obrzydliwe. To zawsze było przeciwko mojej naturze. Sztuka powinna bronić się sama i niepotrzebne jej nagrody”– dodał.

Rok później w kinach pojawił się futurystyczny melodramat Spike'a Jonze'a zatytułowany „Ona”. Joaquin Phoenix zagrał w nim kolejną główną rolę, tym razem samotnego i niezwykle wrażliwego pisarza, który zakochuje się w nowo zakupionym systemie operacyjnym.

Joaquin Phoenix jako Theodore Twombly w filmie „Ona” (reż. Spike Jonze, 2013). (Fot. BEW Photo)

Na planie filmu Jonze'a poznał swoją obecną partnerkę, aktorkę Rooney Marę. „Na początku wydawało mi się, że mnie nie lubi. Potem zrozumiałem, że jest po prostu nieśmiała” – mówił w rozmowie z „Vanity Fair”. „Zostaliśmy przyjaciółmi i pisaliśmy do siebie e-maile” – dodawał. Choć są razem od 2016 roku, po raz pierwszy pojawili się publicznie dopiero rok później, na Festiwalu Filmowym w Cannes. Od lipca ubiegłego roku są zaręczeni. Wspólnie zagrali jeszcze w „Marii Magdalenie” (2018), gdzie Phoenix wcielił się w rolę Jezusa Chrystusa, a także dramacie „Bez obaw, daleko nie zajdzie” (2018).

Opus magnum

W ubiegłym roku Joaquin Phoenix zachwycił wszystkich ponadprzeciętną kreacją w filmie „Joker” Todda Philipsa. Rola psychopatycznego mordercy z Gotham okazała się absolutnym majstersztykiem, a niektórzy twierdzą nawet, że to jego aktorskie opus magnum (choć zważywszy na wcześniejsze dokonania aktora na dużym ekranie, nie jest to takie oczywiste). Znany z poświęcenia dla roli Phoenix specjalnie na potrzeby filmu schudł 20 kg. Skutki odchudzania realnie wpłynęły na cały proces budowania skomplikowanej na wielu płaszczyznach postaci Arthura Flecka. Na planie często improwizował, a także wielokrotnie nagrywał poszczególne sceny, aby doprowadzić je do całkowitej perfekcji.

Nie dziwi więc, że tegoroczny sezon nagród filmowych należy do Joaquina Phoenixa. Dzięki roli Jokera otrzymał już Złoty Glob, BAFTA, Critics Choice Awards oraz SAG. Pozostał jedynie Oscar. Czy w końcu go otrzyma? Tego dowiemy się już niebawem.

Joaquin Phoenix jako tytułowy „Joker” (reż. Todd Phillips, 2019). (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze