1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Charlize Theron o swojej roli w filmie "Gorący temat"

Charlize Theron o swojej roli w filmie "Gorący temat"

Charlize Theron na tegorocznej Oscarowej imprezie Vanity Fair. (Fot. BEW PHOTO)
Charlize Theron na tegorocznej Oscarowej imprezie Vanity Fair. (Fot. BEW PHOTO)
Najpierw była seksafera, która wstrząsnęła całą Ameryką i sprawiła, że ruch #MeToo urósł w siłę. Teraz powstał o tym film. "Gorący temat" to dla Charlize Theron dużo więcej niż udana rola. To także nagroda za determinację. I symbol solidarności z innymi kobietami.

Prawie metr osiemdziesiąt, bez trzech centymetrów. Posągowa sylwetka, a do tego spojrzenie, które na długo pozostaje w pamięci. Tak jak jej życiorys. Charlize Theron to z jednej strony dziecko szczęścia, pierwsza w historii aktorka z RPA nagrodzona Oscarem. Z drugiej – dziewczyna, która bardzo wcześnie zetknęła się z mroczniejszą stroną życia. Dorastała w czasach apartheidu, kiedy to tablice z oznaczeniami „tylko dla białych” czy wydzielone miejsca dla kolorowych w środkach transportu były na porządku dziennym. W 1994 roku w RPA wreszcie oficjalnie ogłoszono koniec apartheidu, a Nelson Mandela został pierwszym czarnoskórym prezydentem. Tylko że 19-letnia wówczas Theron mieszkała już poza Afryką. I dopiero dekadę później, jako znana aktorka, przyznała, że wyjazd był ucieczką bardziej od dawnego życia niż z własnego kraju. Że jej ojciec nie zginął – jak mówiła wcześniej – w wypadku samochodowym, a został zastrzelony przez mamę Charlize. W obronie własnej. Do dziś gwiazda twierdzi, że tamto doświadczenie jej nie złamało, przeciwnie, uruchomiło w niej jakąś wewnętrzną siłę. Zdarzyło jej się mówić otwarcie o alkoholizmie ojca, przyczynie tamtej tragedii, ale i miłości, jakiej zaznała w domu ze strony obojga rodziców. Dzięki mamie miała szansę wyjechać, pracować jako tancerka baletowa, a później, kiedy dopadła ją ciężka kontuzja kolana, jako modelka. Zdaje się, że owa siła zadecydowała też o karierze aktorskiej. Jeśli tylko wierzyć legendzie, jak to jeden z agentów filmowych dostrzegł Theron w banku. Robiła akurat karczemną awanturę, wykazując przy tym taką charyzmę, że ów agent postanowił zaprosić ją na przesłuchanie.

Jest wyrazista i na ekranie, i w życiu. Dziennikarze, którzy mają okazję przeprowadzać wywiad z Theron, zgadzają się, że to jedna z najbardziej bezpośrednich w kontakcie hollywoodzkich gwiazd. Nie stroni od mocnych słów, nie stroi fochów, krążą legendy o jej pracowitości. Aktorka samotnie wychowuje dwójkę adoptowanych dzieci, znosząc dzielnie komentarze w sieci na temat tej decyzji i metod wychowawczych. Poglądy Theron na równouprawnienie (ostro walczy m.in. o równe zarobki dla kobiet w branży filmowej) są również wyraziste. Chyba najlepiej oddaje je jedna z jej dosadnych wypowiedzi:

„Jestem dumna, że jestem piep...ną feministką”
Stąd też decyzja, żeby wziąć udział w filmie „Gorący temat”. Który wyprodukowała i w którym zagrała Megyn Kelly, dziennikarkę kanału Fox News. To ona w lipcu 2016 roku razem z innymi pracownicami tej stacji doprowadziła do odejścia dyrektora Rogera Ailesa, którego wspólnie oskarżyły o molestowanie seksualne.

Tekst: Zofia Fabjanowska

Charlize Theron z Nicole Kidman i Margot Robbie, kadr z filmu 'Gorący temat'. (Fot. materiały prasowe Monolith Films) Charlize Theron z Nicole Kidman i Margot Robbie, kadr z filmu "Gorący temat". (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Charlize Theron w rozmowie z Arturem Zaborskim

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo można upodobnić się do granej bohaterki. Wiele razy przechodziłaś na ekranie transformację, ale to, jak zmieniłaś się na potrzeby najnowszej roli, przebija wszystko. Przez pierwsze 30 minut oglądania nie byłem w stanie rozpoznać cię na ekranie. Pamiętasz, jak grałam w filmie „Monster”? [To za tę rolę aktorka dostała w 2004 roku Oscara – przyp. red.]. Nosiłam wtedy charakteryzację, której wykonanie zajmowało za każdym razem kilka godzin. Recenzenci piali z zachwytu, po tamtej roli oczekiwania wobec mnie niewyobrażalnie urosły. A przecież w takich przypadkach to, jak wyglądam na ekranie, w najmniejszym stopniu nie zależy ode mnie. To praca sztabu ludzi – makijażystów, kostiumografów, techników. Kiedy zdecydowałam się, że zagram w „Gorącym temacie”, od razu wiedziałam, że muszę się otoczyć najlepszymi specjalistami na rynku. A nie ma wybitniejszego speca od Kazu Hiro [charakteryzatora m.in. z Oscarem i nagrodą BAFTA na koncie – przyp. red.]. Człowieka tak zajętego, że praktycznie nie bierze nowych zleceń. Musiałam go błagać. A kiedy w końcu się mną zajął, przypomniałam sobie, jakim koszmarem są takie przemiany [śmiech].

Kazu zaprojektował osiem protez, które musiałam nosić. Najgorsza była ta podtrzymująca łuki brwiowe, bo powodowała, że nie mogłam przymknąć oczu. Nieraz czułam nieznośne pieczenie spojówek i nic nie mogłam z tym zrobić. A to i tak nic w porównaniu z treningiem emisji głosu.

Podobno przypłaciłaś go zdrowiem.
Skoro moja bohaterka Megyn Kelly jest autentyczną osobą, żeby się do niej upodobnić, musiałam zapoznać się z jak najobszerniejszym materiałem dokumentalnym. Było tego naprawdę dużo – w końcu Megyn przez lata występowała na antenie Fox News, mogłam jej zachowania studiować do woli. Uczyłam się jej sposobu chodzenia, śmiechu, przejęłam jej tiki, zaczęłam reagować jak ona i mówić jak ona. To ostatnie kosztowało mnie szczególnie dużo wysiłku. Miałam fantastyczną trenerkę emisji głosu, która ostrzegała mnie, że mam być ostrożna przy pracy ze strunami głosowymi, ale nie potraktowałam tych zaleceń poważnie. Nie zdawałam sobie po prostu sprawy, że można uszkodzić struny głosowe. Przez lata grania w filmach akcji nie załatwiłam się tak jak tym razem. Nadwerężyłam struny do tego stopnia, że przez trzy tygodnie byłam niema. Nie przesadzam, nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Dużo mnie to doświadczenie nauczyło. Pierwszy raz straciłam kontrolę nad swoim ciałem, przestało reagować na komendy, które mu wydawałam. Teraz traktuję to wydarzenie symbolicznie.

Co miało symbolizować?
Wszystkie kobiety, które w wyniku molestowania pozbawiono głosu. Wierzę, że takie filmy jak „Gorący temat” im go przywracają, że działają jak remedium.

Nie miałaś obaw, że jeśli weźmiesz tę rolę, rozzłościsz swoich fanów? Ty, znana feministka, grasz dziennikarkę, która długo była twarzą prawicowej telewizji i bohaterką konserwatywnej Ameryki.
Zawsze się obawiam, kiedy mam grać kogoś, kto się ode mnie znacząco różni. Nie chodzi tylko o poglądy polityczne, ale też o podejście do natury, planety, zwierząt, drugiego człowieka. Tak było i tym razem. Zresztą tę samą zagwozdkę miała Nicole Kidman grającą Gretchen Carlson, pierwszą dziennikarkę Foxa, która oskarżyła Ailesa. Nicole była akurat na planie drugiego sezonu „Wielkich kłamstewek”, kiedy odebrała od nas telefon. Skonfundowana zapytała Meryl Streep, co powinna zrobić. Ta tylko zmrużyła wymownie oczy za okularami i tym swoim charakterystycznym mruknięciem, którym w serialu zawsze mówi bohaterom, co mają robić, wycedziła: „Cholera, jasne, że tak!” [śmiech].

Dlaczego w ogóle zajęłaś się tym tematem? Dlaczego postanowiłaś wyprodukować ten film i zagrać w nim jedną z głównych ról?
Bo takie postaci jak Megyn – które trudno jednoznacznie ocenić, wprawiające nas w zakłopotanie – to największe szczęście dla aktorów. Nigdy nie chciałam budować Megyn pomnika. Nawet kiedy teraz o niej myślę, towarzyszą mi mieszane uczucia. Nie mogę powiedzieć, że ją uwielbiam, choć może trochę tak jest. Nie powiem ci, że mi imponuje, choć skłamałabym, mówiąc, że nie robi na mnie wrażenia. Megyn zaprzedała się Fox News, stacji produkującej fake newsy i hołdującej wartościom, które mnie nie definiują. A jednocześnie to Megyn rozwaliła tę stację od środka, to między innymi dzięki niej rozkręcał się ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem na całym świecie. Kiedy molestujący kobiety szef stacji Roger Ailes został obalony, inne pracownice zdały sobie sprawę, że mają po swojej stronie przepisy i adwokatów gotowych je egzekwować. Zadziałał efekt domina i rewolucja ruszyła w świat. W ten oto sposób Megyn, kobieta, która wcześniej występowała przeciwko kobietom, stała się dla nich ogromnym wsparciem.

Wiesz doskonale, że nie wszystkim ruch #MeToo się podoba. Są głosy, i to także kobiece, że to próba przerzucenia winy na mężczyzn, którym ofiary nie miały przecież obowiązku ulegać.
Dlatego bardzo ważne dla mnie, i jako aktorki, i jako producentki, było to, żeby pokazać, jak kobiety różnią się między sobą. Nie można przypisywać płci cech moralnych. Nie wszystkie kobiety są dobre, nie każda z nas jest uczciwa, nie mamy wpisanego w genotyp etycznego postępowania. Nie twierdzę, że nie zdarzają się sytuacje, kiedy to kobiety z własnej inicjatywy próbują coś ugrać przez łóżko. Mam też świadomość, że #MeToo i Time’s Up, jak to się dzieje przy okazji wszystkich rewolucji, mogły skrzywdzić także niewinnych mężczyzn, udowodniono przecież kilka przypadków niesłusznie oskarżonych osób. My, kobiety, musimy więc walczyć zarówno z seksualną opresją ze strony facetów, jak i z niemoralnym wykorzystywaniem koniunktury przez inne kobiety. Natomiast wiem jedno: świat jeszcze nigdy na taką skalę nie sympatyzował z kobietami. Trzeba zrobić z tego właściwy użytek. Mężczyźni muszą wiedzieć, że to nie jest rewolucja wymierzona w nich jako płeć, tylko w praktyki, które stały się w pewnym momencie normą.

„Po co nam kolejny film o #MeToo?” – także takie komentarze towarzyszyły waszej premierze. Ludzie argumentowali, że jest ostatnio wysyp produkcji na ten temat.
Po co? Odpowiedź jest prosta: po to, żeby pokazywać nowy punkt widzenia. Po jednej z projekcji „Gorącego tematu” podszedł do mnie mężczyzna, który powiedział, że dzięki filmowi zrozumiał, że był świadkiem napastowania seksualnego swojej koleżanki z biura. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, nie poskładał skrawków informacji w całość. Zrozumiał dopiero wtedy, kiedy w naszym filmie zobaczył punkt widzenia ofiary. I właśnie o to nam chodziło. O te wszystkie szczegóły, które w prawdziwym życiu powinny nas zaniepokoić.

Na przykład?
Zasłanianie okien w biurach, kiedy w środku są tylko dwie osoby, zamykanie drzwi na klucz, zauważalne zmiany humoru naszych koleżanek, niepokój związany z odwiedzaniem szefa. Ofiary, z którymi rozmawiałam, wielokrotnie mówiły, że najbardziej bolesne było dla nich to, że nikt nie zauważał ich krzywdy.

A ty sama? Czujesz się dziś, w 2020 roku, bezpieczniejsza, niż kiedy zaczynałaś karierę?
W Hollywood pojawiły się jasne reguły, które określają, co wolno, a czego już nie. Dzięki temu w naszym środowisku coraz częściej słychać: „Nie podoba mi się to, co robisz”, i to zarówno z ust kobiet, jak i mężczyzn. Wreszcie walczymy o siebie, stawiamy granice i nie boimy się reagować, kiedy ktoś je narusza. Choć, oczywiście, bawi mnie, kiedy słyszę, że #MeToo rozwiązało wszystkie problemy i nie ma więcej tematu. Jesteśmy na samym początku nowej ery. Właściwie to trudno mi uwierzyć, jak powoli idą zmiany, które dotyczą pozycji i roli kobiety. Kiedy zastanawiam się, jak za kilka pokoleń ludzie będą myśleli o czasach, w których żyjemy, wyobrażam sobie, że będą mieli takie same skojarzenia, jakie ja mam z XIX wiekiem. Czyli niby postęp techniczny, niby rozwój cywilizacyjny, a obyczajowo nadal średniowiecze.

Co masz do powiedzenia mężczyznom, którzy twierdzą, że teraz boją się skomplementować kobietę, że jest seksowna?
Mnie samej kiedyś nie przeszkadzało zwracanie się do faceta: „Ale ciacho!”, „gorący towar”, „niezły tyłeczek”. A dzisiaj nie przeszłoby mi coś takiego przez gardło. Zrozumiałam, jaką takie słowa mają wagę, z czym się wiążą, jak uprzedmiotowiają osobę, o której mówimy.

Czyli zgadzasz się, że w czasach #MeToo komplementowanie stało się trudniejsze.
Ale nie niemożliwe. My, kobiety, chcemy być podrywane, słyszeć, że dobrze wyglądamy. Nie wyobrażam sobie, żeby reakcją na miłe słowa mogło być z mojej strony: „P..prz się, koleś!”. Ale też jeśli ktoś dwa razy zastanowi się nad znaczeniem słów i ich wagą, to co w tym złego? Co może być złego w tym, że nie powiesz mi, że jestem seksowna, bo uznasz, że to może naruszyć moje poczucie godności? Wolę nie usłyszeć komplementu niż zostać zraniona. Granica pomiędzy tym, co przystoi, a co nie, jest bardzo wyraźna. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Naprawdę nie tak trudno ocenić, które określenia są OK, a które nie.

Czy nie o to właśnie chodzi? O zmianę perspektywy. Żeby przestać mówić o zmianach i o rewolucji, tylko o normie, oczywistościach, które do tej pory traktowaliśmy jak puste deklaracje.
Jak to możliwe, że w 2019 roku wśród nominowanych do Oscara nie było ani jednej reżyserki? Albo że wśród 44 prezydentów USA nie ma ani jednej prezydentki? Ekscytujemy się każdym większym osiągnięciem kobiety w polityce czy w zarządach korporacji. Czy naprawdę mam się cieszyć, że polityczka zaszła daleko w wyborach – zwłaszcza że przegrała z człowiekiem, który neguje globalne ocieplenie? Serio, to jest powód do otwierania szampana? Nie w moim świecie. Dobrze, że sama nie jestem polityczką, bo brakuje mi cierpliwości w takich sytuacjach. Od razu skacze mi ciśnienie.

A kiedy tak ci skacze, jaką znajdujesz sobie odskocznię?
Coraz częściej gram w komediach. Jeśli film w tym gatunku jest dobry, autentycznie pozwala mi się uspokoić. Niedawno zagrałam z Sethem Rogenem w „Niedobranych”. W normalnych okolicznościach oburzam się, kiedy tylko temat dyskryminacji pojawi się na tapecie, a tym razem mieliśmy na planie ubaw z polityków, mizoginów, homofobów i rasistów. Było pięknie!

Praca jako odskocznia? Podejrzewam cię o pracoholizm. Kiedy przy okazji przygotowań do roli straciłaś głos, zrobiłaś sobie chociaż chwilę przerwy?
Martwiłam się tylko o film. Kombinowałam, jak możemy poprzestawiać sceny, żebym mogła w nich wystąpić, zamiast zastanawiać się, jak się wyleczyć. W końcu dotarło do mnie, że z moimi priorytetami jest coś nie tak. Dopiero to skłoniło mnie do myślenia: „Charlize, czy naprawdę to, w czym grasz, jest dla ciebie ważniejsze od twojego zdrowia?”. Niby odpuściłam, ale w myślach cały czas błagałam wszystkie dobre duchy i siły, żeby wreszcie pozwoliły mi przemówić przed kamerą. Jednocześnie przekonywałam samą siebie, że jeśli tak się nie stanie, to nie będzie moja wina.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Obwiniam system – o ofiarach przemocy domowej rozmawiamy z autorką książki "Śladów pobicia brak"

Sarah Everard nie miała krótkiej spódniczki, nie była pijana, szła główną ulicą, a nie boczną… Dostosowała się do „reguł gry”. I chyba właśnie dlatego jej przypadek wywołał taki odzew. Londyn, 13 marca 2021 roku. Transparent „Ona tylko szła do domu”, kwiaty i znicze w miejscu pamięci w Clapham Common. (Fot. Don Rutledge, HANNAH MCKAY/Reuters/Forum)
Sarah Everard nie miała krótkiej spódniczki, nie była pijana, szła główną ulicą, a nie boczną… Dostosowała się do „reguł gry”. I chyba właśnie dlatego jej przypadek wywołał taki odzew. Londyn, 13 marca 2021 roku. Transparent „Ona tylko szła do domu”, kwiaty i znicze w miejscu pamięci w Clapham Common. (Fot. Don Rutledge, HANNAH MCKAY/Reuters/Forum)
Pandemia to najgorsze, co mogło się przytrafić ofiarom przemocy domowej – mówiła przed Kongresem USA Rachel Louise Snyder, autorka książki „Śladów pobicia brak”. W rozmowie dla „Zwierciadła” zwraca uwagę na to, że jeśli chcemy pomóc ofiarom, musimy najpierw skupić się na edukowaniu i resocjalizacji potencjalnych sprawców.

Koordynatorki z polskiej Niebieskiej Linii dla ofiar przemocy donoszą, że na początku pandemii zalała ich fala mejli i telefonów z prośbami o wsparcie. W Stanach było podobnie?
Statystyki dotyczące zgłoszeń przemocy domowej idą w górę, choć nie wiemy, jak bardzo. Za to wiemy więcej na temat statystyk dotyczących wskaźników zabójstw, bo, jak wiadomo, w Stanach mamy fiksację na punkcie posiadania broni. I te dane w każdym większym i mniejszym mieście w Stanach idą drastycznie w górę.

Pandemia to najgorsze, co mogło się przytrafić ofiarom przemocy domowej – dokładnie te słowa wypowiedziałam przed Kongresem Stanów Zjednoczonych, gdzie niedawno występowałam jako główny mówca w temacie przemocy domowej. Mamy w Stanach przyzwoity system pomocy dla ofiar poważnych incydentów, ale nie jesteśmy zbyt dobrzy w zapobieganiu im. I to jest obszar, na którym powinniśmy się skupić.

Zwłaszcza teraz, podczas pandemii, gdy wiele organizacji pomocowych działa w sieci.
Wyobraź sobie, że jesteś ofiarą przemocy domowej i nagle wszystkie systemy wsparcia, na których mogłaś polegać, przestają działać. Podobnie gdy jesteś osobą stosującą przemoc – co możesz zrobić, gdy wszystkie grupy interwencyjne dla sprawców przeszły do online’u i przestały być obowiązkowe, bo nie ma jak tego odgórnie skontrolować? Ale warto odnotować, że te grupy, które postanowiły działać nadal, rejestrują 80-procentową obecność. To pokazuje, że nie robimy wystarczająco dużo dla sprawców, wolimy trzymać się stereotypu, że przemocowiec nigdy nie przestanie stosować przemocy. Ale jeśli chcemy pomóc ofiarom, musimy się skupić najpierw na nich.

Organizacja UN Women UK ogłosiła w marcu wyniki swojego sondażu: jedna na trzy kobiety w Wielkiej Brytanii doznała przemocy, a cztery z pięciu ankietowanych doświadczyły molestowania seksualnego w miejscu publicznym. Co roku 85 tysięcy kobiet w Anglii i Walii zostaje zgwałconych. Nic dziwnego, że morderstwo Sarah Everard, którą porwał i zabił policjant, gdy wracała do domu, wstrząsnęło opinią publiczną i wywołało falę protestów.
Zobacz, Sarah Everard zrobiła wszystko zgodnie z zasadami: nie miała krótkiej spódniczki, wracała wcześnie do domu, nie była pijana, szła główną ulicą, a nie boczną… Dostosowała się do „reguł gry”, jakie rządzą kulturą gwałtu. I chyba właśnie dlatego jej przypadek wywołał taki społeczny odzew. Już od siebie dodam, że to także kwestia rasy. Była biała, młoda i piękna. Nie słyszymy zbyt często o kobietach z Tanzanii czy Ugandy, które doświadczają przemocy. Krzywda białej dziewczyny nadal silniej przyciąga uwagę opinii publicznej. Wiele kobiet utożsamia się z Sarah, bo prowadzą podobny styl życia, dlatego to tak rezonuje.

W tyle głowy wciąż mi dzwoni, że policjant to ktoś, do kogo mogę zwrócić się o pomoc.
Statystyki dotyczące przemocy domowej, do której dochodzi w domach wojskowych i policjantów, są niemal dwukrotnie wyższe niż przeciętna w społeczeństwie. I dla mnie to jest prawdziwy kryzys. W Stanach spadek zaufania do policji widać od dawna, choćby w ruchach posługujących się sloganem „Defund the police” [„Zlikwidować policję”], które pokazują, że kulturowo i obyczajowo ten system wyrządza nam więcej szkody niż pożytku.

No tak, policja to część systemu, który ma nas chronić, tymczasem zarówno w Stanach, jak i w Polsce spada zaufanie społeczne do władz mundurowych.
Mam wrażenie, że w moim kraju stopniowo obciążaliśmy policję sprawami, za które w ogóle nie powinna być odpowiedzialna, bo nie jest odpowiednio szkolona, czy to w kwestii przemocy domowej, czy radzenia sobie z chorobami psychicznymi. Na szczęście coraz więcej słyszę o eksperymentalnych programach, w których uczestniczą mundurowi. W książce opisuję jeden z nich, w ramach którego policja uczy się negocjacji podczas interwencji, gdy ma do czynienia z uzbrojonym sprawcą. Niestety, „eksperymentalny” oznacza, że te programy wciąż nie są powszechne.

Pozostaje pytanie, jak zmienić system, żeby zaczął działać.
Pomysłów nie brak. Na przykład w Kalifornii działa gorąca linia pomocowa, w której telefony odbierają pracownicy socjalni – gdy dzwoniący nie potrzebuje policjanta, ale właśnie kogoś z pomocy społecznej, to ma do niego bezpośredni dostęp. W taką stronę powinniśmy zmierzać. System powinien uczyć cię rozróżniać, kiedy potrzebny jest ci pracownik socjalny z jego kompetencjami, a kiedy przyda się zaangażowanie ze strony policji.

Nocą po ulicach Waszyngtonu jeździ specjalny wóz, w którym aktywistki społeczne razem z policją odbierają zgłoszenia dotyczące przemocy domowej. W ten sposób obie strony uczą się swojej pracy i nawzajem wspierają. Potrzebujemy alternatywnych rozwiązań, także w więziennictwie. Dysponujemy programami interwencyjnymi dla sprawców przemocy, ale nie ma badań, które wskazywałyby nam, które z nich rzeczywiście pomagają.

W Wielkiej Brytanii sprawcy mogą zadzwonić na specjalną linię, żeby zgłosić przemoc albo chęć jej dokonania i otrzymać wsparcie. Od początku pandemii liczba dzwoniących wzrosła o 65 proc. Nasz system nie ma takim osobom nic do zaoferowania oprócz interwencji i odosobnienia.

Uważasz, że przemoc domowa powinna zostać zakwalifikowana jako przestępstwo z nienawiści?
Jestem wobec tego sceptyczna. Bo kto miałby o tym decydować, na przykład podczas interwencji? Wydaje mi się, że policja nie jest zbyt dobra w radzeniu sobie z nowymi, bardziej zniuansowanymi sytuacjami, które ktoś musi zinterpretować, zanim podejmie działania. Za każdym razem, gdy kładziesz odpowiedzialność na barkach stróżów prawa, nie wiadomo, czy otrzymasz właściwy rezultat. Zwłaszcza że mamy wszystkie potrzebne narzędzia prawne. Za to nie mamy systemu, który stawia na resocjalizację i trwałą zmianę zachowania. Co się wydarzy, gdy zakwalifikujesz czyn jako przestępstwo z nienawiści? W rezultacie sprawca dostanie poważniejsze zarzuty i trafi do więzienia na dłużej. Pojawi się problem masowych aresztowań i przepełnionych więzień. Trzeba inaczej.

Jak?
Nowy Jork ma ciekawe programy dla młodocianych przestępców, takich w wieku 14–22 lat, którzy mają na koncie pierwsze wykroczenie. Jeśli zostanie im postawiony zarzut, powiedzmy przestępstwa z użyciem broni, to zamiast stanąć w kolejce do więzienia, muszą nosić bransoletkę z GPS, pracować w ośrodku kultury i odbywać sesje terapeutyczne.

To trochę pytanie o to, jak wychowywać nasze dzieci. Czy lepiej karać, gdy zachowują się źle, czy chwalić, kiedy zachowują się dobrze? Ja obstaję za tym drugim rozwiązaniem. Wolę wzmacniać dobre zachowania, a nie karać za złe.

W Wielkiej Brytanii sprawcy mogą zadzwonić na specjalną linię, żeby zgłosić przemoc albo chęć jej dokonania i otrzymać wsparcie. Od początku pandemii liczba dzwoniących wzrosła o 65 proc. „Edukujcie swoich synów”. Tysiące ludzi uczestniczą w czuwaniach ku pamięci Sarah Everard. (Fot. Guy Smallman/Getty Images/GALLO IMAGES)W Wielkiej Brytanii sprawcy mogą zadzwonić na specjalną linię, żeby zgłosić przemoc albo chęć jej dokonania i otrzymać wsparcie. Od początku pandemii liczba dzwoniących wzrosła o 65 proc. „Edukujcie swoich synów”. Tysiące ludzi uczestniczą w czuwaniach ku pamięci Sarah Everard. (Fot. Guy Smallman/Getty Images/GALLO IMAGES)

No właśnie, zmiana zachowania powinna zacząć się wcześniej, w domu albo w szkole – w miejscu i momencie, gdy jeszcze wiele można zrobić.
To też jedna z rzeczy, na jakie zwróciłam uwagę podczas mojego wystąpienia przed Kongresem. Nie mamy pieniędzy na edukowanie sprawców przemocy, dlatego tak ważne są programy dla młodzieży, bo uzupełniają to, czego może nie dostali w domu.
Nasz kraj jest podzielony na 50 stanów, co oznacza 50 różnych pomysłów na edukację. W niektórych stanach w ogóle nie bierze się pod uwagę edukacji związanej z przemocą domową, podobnie jak nie ma tam edukacji seksualnej. No, chyba że nazwiemy nią abstynencję seksualną, bo to zalecają w Teksasie [śmiech].

Przed wystąpieniem przed Kongresem rozmawiałam z lekarką z oddziału ratunkowego, która powiedziała mi, że to nie COVID-19 zostanie jej w pamięci z ostatniego roku, ale przypadki przemocy wobec dzieci. Ta pandemia przygotowuje do życia kolejne pokolenie sprawców przemocy i ofiar. Dlatego dla mnie odpowiedź jest jasna: musimy edukować nasze dzieci.

Myślę, że jest i trzecia droga, czyli edukowanie świadków przemocy, by nie bali się reagować.
Nazwij mnie Pollyanną [bohaterka powieści Eleanor H. Potter], ale jestem przekonana, że każdy z nas może wpłynąć na zmniejszenie przemocy na świecie. Czasem wystarczy zapukać do sąsiadów z małymi dziećmi i zapytać: „Hej, może zabiorę twoje dzieci na godzinę na plac zabaw, a ty sobie odpoczniesz?”. To jest coś, co zagubiliśmy w naszej erze nowoczesności i indywidualizmu, czyli odpowiedzialność za wspólnotę i dbanie o siebie nawzajem.

Myślisz, że jesteśmy takimi egoistami, że wolimy się nie mieszać?
Myślę, że tkwi w nas ogromny strach przed tym, by za bardzo się nie zaangażować, ale też by nie wchodzić ludziom z butami w życie, zwłaszcza w Stanach, gdzie każdy ma broń. Dlatego trzeba szukać innych rozwiązań. Nie sądzę, że uda nam się całkowicie rozwiązać problem przemocy domowej, ale kiedy będziemy o tym mówić otwarcie, zarówno między sobą, jak i publicznie – to jest szansa na zmiany. Wierzę w moc ruchów #MeToo, Time’s Up czy brytyjskiego Reclaim the Streets, bo one mają w sobie potencjał wielkiej zmiany społecznej. Tylko potrzeba na to czasu. Jak mówił Mahatma Gandhi: „Nie robię tego, bo chcę zobaczyć zmianę w swoim życiu, tylko po to, żeby doświadczyło jej następne pokolenie”.

Tytuł twojej książki w oryginale brzmi: „To, czego nie wiemy o przemocy domowej, może nas zabić”. Czego ty nie wiedziałaś i czego się nauczyłaś?
Najpierw musiałam zrozumieć, jak niewiele wiem. To był moment prawdziwej pokory. Latem 2010 roku odwiedziłam znajomego, Andre Dubusa. Akurat stałam przed jego domem, kiedy na podjazd podjechała autem jego siostra Suzanne [Suzanne Dubus, córka amerykańskiego pisarza Andre Dubusa seniora, doświadczyła gwałtu, gdy była młodą dziewczyną – przyp. red.]. Rozmowa z nią naznaczyła kolejne lata mojego życia. Suzanne powiedziała mi wtedy, że jej praca polega na przewidywaniu zabójstw w wyniku przemocy domowej, jeszcze zanim do nich dojdzie. Nie wierzyłam, że jest tak źle, że takie badania są nam w ogóle potrzebne. Stałam na tym podjeździe, a Suzanne obalała kolejne stereotypy w mojej głowie. Na przykład taki, że schroniska dla kobiet są dobrym miejscem na ucieczkę od sprawcy albo że policyjne interwencje są właściwą odpowiedzią na przemoc domową. Ten temat mnie zafascynował, dziś nie wyobrażam sobie pisania o czymkolwiek innym.

Jest coś, co z perspektywy ofiary łączy przemoc domową z każdą inną przemocą. To niemożliwość decydowania o sobie. Dziwnym trafem dotyka ona głównie kobiet i dzieci.

W dodatku to kobiety i dzieci muszą przed nią uciekać.
Choćby do wspomnianych już schronisk. Nie myślałam nigdy, jak destrukcyjnym środowiskiem może być takie miejsce. Dlaczego zmuszamy ofiary do uciekania z własnych domów, z ich życia, do miejsc czasem oddalonych o kilkaset kilometrów od ich szkół i pracy? Jakby wraz ze zgłoszeniem przemocy domowej tracili prawo do bezpiecznego miejsca. Dlaczego to oni mają aż tyle poświęcić? Umieśćmy w tych schroniskach mężczyzn i stwórzmy im jakiś rodzaj programu naprawczego. Nie trafią do więzienia, ale nie będą mogli uciec od odpowiedzialności za swoje czyny. Mówię o mężczyznach, bo to oni w znakomitej, przytłaczającej większości są sprawcami przemocy, w tym przemocy domowej.

Piszesz, że rocznie w Stanach ginie około 1200 maltretowanych kobiet. A mimo to przemoc domowa to wciąż tabu.
Po ukazaniu się książki zadzwoniło do mnie kilka koleżanek po fachu, dziennikarek poczytnych gazet. Dopiera ta lektura sprawiła, że miały odwagę przyznać się przed drugą osobą, że ich również dotyczy ten problem.
Duże wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z mężczyznami, którzy przychodzą na zajęcia interwencyjne dla sprawców przemocy. Myślałam, że zobaczę bandę potworów. A zamiast psychopatów spotkałam zwykłych facetów, jakich wszyscy codziennie spotykamy. Pomyślałam nawet, że poszłabym z każdym z nich na piwo, wydawali się wręcz sympatyczni. A jednak w ich życiu wydarzyło się coś, co popchnęło ich do przemocy. Często sami mieli trudne dzieciństwo, też byli ofiarami przemocy domowej i potrzebowali pomocy, a system ich zawiódł.

Dlatego ty obwiniasz system?
Kiedy o nich myślę, przychodzi mi do głowy metafora lasu, z jego podziemnym systemem korzeni, za pomocą których drzewa się ze sobą komunikują. Widzimy pojedyncze drzewa, a zapominamy, że wszystkie są ze sobą połączone niewidzialną siecią, którą wysyłają sobie sygnały i wartości odżywcze. My, jako społeczeństwo, też jesteśmy ze sobą połączeni. Niestety, szybko zapominamy, że jesteśmy jednym ekosystemem i że gdy jedno z nas cierpi, to reszta także prędzej czy później będzie cierpieć.

Ty także doświadczyłaś przemocy domowej jako dziecko, ze strony swojego ojca.
Pewnie cię to zaskoczy, ale mam poczucie, że moje doświadczenia z dzieciństwa nie wpłynęły na mnie znacząco. Na pewno nie miały wpływu na to, że zajęłam się tym tematem. Może myślę tak dlatego, że jestem stara i to było dawno temu, a mój ojciec, który różnie mnie traktował, już nie żyje. Powiedziałabym też, że była to raczej przemoc sytuacyjna niż pasmo wydarzeń pasujących do schematu chronicznej przemocy domowej. W tym czasie byłam pełną złości i buntowniczo nastawioną do świata nastolatką, często uciekałam z domu. Gdy dziś wracam do tych wspomnień już jako dorosła kobieta i matka córki, to myślę: „O kurczę, co ja ze sobą wyprawiałam!” [śmiech]. Choć chyba jednak nie byłabym tak surowa wobec siebie jak mój ojciec. Ale z pewnością te doświadczenia sprawiły, że dużo zastanawiałam się nad tym, czym jest przemoc emocjonalna i czy byłabym ją w stanie zidentyfikować, rozpoznać w związku. Chciałam ją zrozumieć, by w przyszłości umieć wyznaczać granice, których nie powinno się przekraczać nawet w rozmowie.

Rozmawiałaś z tatą o tym już jako dorosła osoba?
Ojciec zmarł tuż przed pandemią, ale pogodziliśmy się dużo wcześniej. W końcu był jedynym dziadkiem mojej córki, łączyła ich silna więź i jego strata wciąż jest bolesna. Podczas ostatnich świąt, jakie z nim spędziłam, powiedział mi, że przeczytał moją książkę – a to pierwsza, jaką wziął do ręki, choć na koncie mam ich już kilka. Po lekturze przyznał, że zawsze wymagał ode mnie więcej niż od moich przyrodnich braci i sióstr, bo nie chciał być oskarżony o faworyzowanie. Dlatego był dla mnie bardziej surowy. Po tych słowach wiedziałam, że już więcej nie powie, to tyle i aż tyle z przeprosin, na jakie się zdobył. 

Rachel Louise Snyder amerykańska pisarka i dziennikarka, laureatka licznych nagród za reportaże. Publikowała w „New Yorkerze” i „Washington Post”. Jej książka „Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej” została uznana przez „New York Timesa” za jeden z najlepszych tytułów 2019 roku. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. (Fot. materiały prasowe)Rachel Louise Snyder amerykańska pisarka i dziennikarka, laureatka licznych nagród za reportaże. Publikowała w „New Yorkerze” i „Washington Post”. Jej książka „Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej” została uznana przez „New York Timesa” za jeden z najlepszych tytułów 2019 roku. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Tilda Swinton u Almodovara – historia jednego spotkania

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Takiego filmowego projektu nikt się ani po Pedrze Almodóvarze, ani po Tildzie Swinton nie spodziewał.

Nigdy wcześniej razem nie współpracowali. Almodóvar nigdy nie nakręcił anglojęzycznego filmu. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą niemal godziną seansu? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. W gabinecie u Pedra, wiadomo, feeria kolorów i spacerujący leniwie kot. U Tildy – minimalistyczne wnętrze ze ścianami w tym samym odcieniu co jej strój. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją rozmawiają online, każde od siebie. O inspiracjach, współpracy, różnicach językowych, przyjaźni. Taki oto zestaw: film plus spotkanie z jego twórcami, możemy oglądać w kinie. I to się sprawdza. Najpierw bardzo almodóvarowska opowieść, wściekłość zranionej kobiety, czysta furia idealnie równoważona powściągliwością Swinton. A po tym wszystkim dowiadujemy się od samych zainteresowanych, jak ten efekt wypracowali i co jeszcze dla nas razem szykują.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Tomasz Kot: "Wolę tango niż walkę na pięści"

Tomasz Kot: W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu (praca na planie filmu
Tomasz Kot: W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu (praca na planie filmu "Wróg doskonały", przyp.red) jestem teraz bardziej pewny siebie i gotowy na kolejne wyzwania. (Fot. materiały prasowe)
Już za chwilę do kin trafi nakręcony w Hiszpanii thriller „Wróg doskonały”, gdzie zagrał głównego bohatera. Ta intrygująca rola to dobry pretekst, żeby zapytać Tomasza Kota, co u niego słychać.

Ostatnio grasz regularnie za granicą. Duszno ci w Polsce?
Nie jest mi duszno. Im więcej pracuję za granicą, tym większą mam przyjemność, kiedy gram na polskim planie, a scenariusz czytam w naszym języku.

A pandemia? Co z wynikającymi z niej ograniczeniami? Bardzo ci doskwierają?
Radzę sobie. Nawet jeśli mnie dopada jej duchota, to w dalszym ciągu mam co analizować. Od trzech lat wydarzają się w moim życiu rzeczy, których jeszcze pięć lat temu kompletnie się nie spodziewałem, mówię to bez grama kokieterii. Dobitnie uświadomiłem to sobie na festiwalu w Cannes, na którym promowaliśmy „Zimną wojnę”. Nie jestem osobą, która żyje przeszłością, a tam musiałem dokonać podsumowania swojego życia zawodowego.

Dlaczego?
Bo zagraniczni dziennikarze wypytywali mnie, w ilu filmach zagrałem, jakie role były dla mnie najważniejsze. Prześledziłem swoją filmografię i jeszcze raz uświadomiłem sobie coś banalnego: że każde z doświadczeń na mojej drodze wpłynęło na to, kim teraz jestem, jak gram, na czym się skupiam, co jest dla mnie na planie istotne. Policzyłem wtedy wszystkie role i wyszło mi, że między „Skazanym na bluesa”, który pozwolił mi wypłynąć w kinie, a „Bogami”, gdzie mogłem pokazać szerokiej publiczności moje inne niż komediowe oblicze (a z nim właśnie mnie przecież widzowie najczęściej kojarzyli), minęło dziesięć lat. Film Łukasza Palkowskiego stał się przebojem frekwencyjnym i wszystko zmienił. To po nim posypały się propozycje obsadzania mnie w dramatach. Paweł Pawlikowski zdradził mi, że zaproponował mi rolę właśnie ze względu na „Bogów”, a reżyser „Wroga doskonałego” chciał mnie ze względu na „Zimną wojnę”. Wszystko ma swoją naturalną ciągłość.
Spodziewałem się, że kolejny tak ważny projekt w moim życiu jak „Bogowie” przyjdzie za kolejną dekadę. Tymczasem pojawiła się „Zimna wojna”, po czym nie minęła chwila i miałem szansę zagrać w międzynarodowej produkcji w Hiszpanii.

W Polsce masz status gwiazdy, wszyscy cię znają i wiedzą, na co cię stać. Za granicą musisz na nowo udowadniać, że masz nieograniczony wachlarz możliwości aktorskich. Nie przeszkadzało ci to?
Na szczęście nie mam dużych problemów z własnym ego – może być schowane, pobite, może leżeć w kieszeni. Najważniejsze jest dla mnie zaadaptowanie się do nowych warunków. W 2019 roku spędziłem trzy miesiące w Los Angeles, gdzie może nie byłem zupełnie nieznany, ale odnosiłem wrażenie, że na każdym spotkaniu lub castingu, w którym brałem udział, spodziewano się dziwnego gościa z czarno-białego filmu z Europy Wschodniej. Odkrywałem siebie i swoją pozycję na nowo. Pamiętam pierwszą imprezę, na którą poszedłem. To była ceremonia przyznania nagród, a ja siedziałem między Glenn Close a Michaelem Douglasem i nie mogłem uwierzyć w to, gdzie jestem i co się dzieje. Czułem się, jakbym wszedł na panteon moich własnych mistrzów. Krępowałem się nawet patrzeć w ich stronę. Ale kiedy zaczynaliśmy rozmawiać, okazywali się skromnymi, ciekawymi drugiego człowieka ludźmi. Jeśli można być pokorną gwiazdą w Hollywood, to tym bardziej można być pokornym aktorem z Polski w Hiszpanii. Choć akurat w tym kraju „Zimna wojna” jest niezwykle popularna. Byłem zatem facetem z „Zimnej wojny”, który nagle przyjechał na plan, co ustawiło poprzeczkę dość wysoko.

Czułeś presję?
Oczywiście, ale ja na stresie potrafię budować. Strach jest doskonałym paliwem, jeśli się go właściwie wykorzysta, potrafi nie tylko zasilić, ale też wyznaczyć odpowiednie granice. Każdy aktor inaczej radzi sobie z tremą, ale ważne jest, żeby uświadomić sobie, że ona pojawia się nie po to, żeby nas pokonać. My nie przychodzimy na plan się z nią bić. Często pracuję z dzieciakami, bardzo to lubię. Kiedy pytają mnie, jak sobie z nią radzić, odpowiadam, że najlepiej jest z nią po prostu zatańczyć. Jak trema jest duża, wtedy to będzie dynamiczne, trudne tango, a jak mała – to walczyk. Tańczymy razem po partnersku, nie naparzamy się.

Uściślijmy. We „Wrogu doskonałym”, nakręconym na motywach głośnej książki Amélie Nothomb „Kosmetyka wroga”, grasz architekta, który właśnie czeka na samolot. Te parę godzin z jego życia okaże się kluczowe – dzięki pewnemu spotkaniu. Reżyser Kike Maíllo („Eva”, „Toro”) zmienił książkowego francuskiego Jérôme’a na Polaka Jeremiasza, a z ponad 40-letniego Texela – mężczyzny, którego bohater spotyka na lotnisku – zrobił filmową Texel, młodą kobietę, którą zagrała południowoafrykańska aktorka Athena Strates. W obsadzie są też między innymi Francuz Dominique Pinon i Hiszpanka Marta Nieto. Zakładam, że praca w tak międzynarodowym gronie, komunikacja, wymiana doświadczeń mogą być wyzwaniem.
Przy wszystkich wcześniejszych produkcjach towarzyszyli mi Polacy. Międzynarodowe projekty, w których brałem udział, opierały się na przykład na współpracy polsko-brytyjskiej, jak „Bikini Blue”. „Warning” nawet kręciliśmy w Polsce, więc naturalne było, że członkowie ekipy byli Polakami. A w szalonym czasie, związanym z promowaniem „Zimnej wojny” za oceanem, miałem w pobliżu Asię Kulig. Została nam z pracy przy tym filmie niemal bratersko-siostrzana relacja. Troszczyliśmy się o siebie, podnosiliśmy na duchu, poprawialiśmy sobie nawzajem humor. Wiedziałem, że zawsze mam w niej wsparcie. W Hiszpanii natomiast byłem zupełnie sam i na początku przechodziłem z tego powodu przez serię kryzysów.
Próbowałem zdefiniować siebie na nowo na bardzo trudnym planie. Dookoła wszyscy porozumiewali się po hiszpańsku, a oprócz tego oczywiście po angielsku. Najciekawszym doświadczeniem z mojej perspektywy było to, że brakowało mi nawet koła ratunkowego w postaci „telefonu do przyjaciela”, ponieważ pracowałem od rana do wieczora jako główny bohater filmu. W końcu zadałem sobie pytanie, czego mi najbardziej brakuje i co mogę zrobić, żeby upodobnić sytuację pracy na obczyźnie do polskich warunków.

Znalazłeś odpowiedź?
Pomyślałem sobie, że zazwyczaj żartuję, dbam o dobrą atmosferę na planie. Zacząłem używać translatora w komórce, żeby przetłumaczyć swoje śmieszne myśli i skojarzenia na hiszpański, co oczywiście nie zawsze mi wychodziło. Ale jeśli się udawało, czułem się spokojniejszy, bardziej rozluźniony. Szybko się zintegrowaliśmy.
W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu jestem teraz bardziej pewny siebie i gotowy na kolejne wyzwania. Zresztą to nie jest tak, że ja w Polsce mam wszystko podane na tacy. Cały czas muszę udowadniać, że potrafię grać. Pamiętam, jak ogłoszono w mediach, że Kot zagra Religę. Pojawiło się wiele krytycznych głosów – mówiono, że to błąd, że nie pasuję, że się nie nadaję z moim komediowym emploi. Bolały mnie te słowa, ale zadziałały też stymulująco. „A ja wam pokażę, że Kot do roli Religi pasuje dobrze!”. Zagryzłem zęby i starałem się wykonywać swoją robotę najlepiej jak potrafię, choć presja była gigantyczna. W Hiszpanii podobnie: ciśnienie było duże, ale i ambicja, i chęć doskoczenia do poprzeczki też.

Przysłuchujesz się uważnie głosom krytyków?
Ktoś kiedyś powiedział: „Korzystaj z feedbacku, skoro za niego nie płacisz”. Spodobało mi się to powiedzenie. Nie jest to łatwe, ale polecam każdemu. Zawsze jestem ciekawy, co na temat mojej pracy mają do powiedzenia inni, ponieważ taka jest specyfika tej roboty, bez publiczności i jej opinii raczej ten zawód nie istnieje. Nie chodzi o to, że jak ktoś mnie zjedzie, bo coś mu się nie spodobało, to potem nie śpię po nocach, bo przeżywam czyjeś zdanie na swój temat. Znam własne ograniczenia, wiem, że nie zadowolę wszystkich. Natomiast ważne jest dla mnie, że dałem z siebie wszystko, żeby spróbować. Na początku zawodowej drogi przejmowałem się znacznie bardziej, bo zainteresowanie mediów było dla mnie czymś nowym. Z czasem nauczyłem się sobie z nim radzić znacznie lepiej.

Praca na planie filmu nierzadko wiąże się z dłuższą nieobecnością w domu. Jak reagujesz na rozłąkę?
Zawsze towarzyszy mi pewność, że mam dokąd wracać, poza tym za każdym razem dbam o to, żeby te przerwy nie były za długie. Wiem, gdzie znajduje się moja baza.
Pamiętam, jak podczas kręcenia „Zimnej wojny” bywało, że wychodziłem z domu rano, kiedy dzieci jeszcze spały, i wracałem wieczorem, kiedy już spały. Wypracowałem sobie wówczas pewien system. Zawsze po ukończeniu pracy nad filmem nadrabiam czas nieobecności – niezależnie od tego, jakie padają propozycje, biorę wolne. Chcę, żeby moja żona poczuła wtedy życiową swobodę, a ja sam spełniam się w dowożeniu dzieci do szkoły i całej reszcie domowej codzienności.

Potrafisz zrezygnować z ważnego projektu, żeby się tego układu trzymać?
Mam swoje nienaruszalne zasady, na których opieram życie. Jedną z nich jest partnerstwo. Jestem w relacji z moją żoną na równych prawach, a fundamentem tej relacji jest wsparcie, które umożliwia nam wzajemnie rozwijanie się. Ja wiem, że po każdym wyjeździe mam dokąd wracać, a moja żona – że wrócę i zajmę się domem, i wtedy ona może poświęcić się swoim projektom. Dzięki temu zakończyła niedawno zdjęcia do swojego debiutu reżyserskiego pod tytułem „Jeszcze jeden koniec świata”.

Długo się nie widzieliście, kiedy kręciłeś w Hiszpanii?
W czasie zdjęć miałem dwie dwuipółtygodniowe przerwy w zdjęciach – musiałem poczekać, aż urośnie mi broda. Leciałem wtedy do Polski, zdecydowałem się nie wyściubiać nosa poza dom, nie udzielałem się medialnie ani towarzysko. Czerpałem z energii domu, nadrabiałem okres rozdzielenia. Ta rozłąka uświadomiła mi zresztą, jak istotne z punktu widzenia aktora jest negocjowanie kontraktu tak, żeby rodzina mogła się pojawiać na planie. To nie jest fanaberia gwiazd, tylko autentyczna potrzeba. Kiedy widziałem, jak moje dzieci chłoną pobyt w Los Angeles – byliśmy tam razem – wiedziałem, że nie zatracę się w zabieganiu o spotkania z producentami i innymi ważnymi osobami ze świata filmu, tylko znajdę równowagę choćby w organizowaniu im wycieczek po okolicy. Obserwowanie, jak ich to rozwija, ile radości im daje, było bardziej satysfakcjonujące niż sukcesy na gruncie zawodowym. Nie chodzi mi o to, żeby pojeździć sobie po świecie, a potem opowiadać rodzinie, jak było, tylko by zabrać bliskich w podróż ze sobą.

Tomasz Kot z Atheną Strates na plakacie filmu „Wróg doskonały”. (Fot. materiały prasowe)Tomasz Kot z Atheną Strates na plakacie filmu „Wróg doskonały”. (Fot. materiały prasowe)

Podpatrzyłeś przy okazji, czym praca na planie w Hiszpanii różni się od polskich realiów?
Na pewno podobało mi się to, że tam wszystkich traktuje się tak samo – ja byłem tak samo ważny jak oświetleniowiec. Poza reżyserem na czele każdego pionu szefem była kobieta. Sprzęt wykorzystywany przez Hiszpanów jest nowocześniejszy, a większy budżet daje większe możliwości. Pracowaliśmy w trzech różnych krajach przez cztery miesiące. Najwięcej czasu, miesiąc, spędziliśmy na planie w Barcelonie, a dwa tygodnie w Reus, gdzie dosłownie stworzono dla nas centrum konferencyjne i lotnisko. No i hiszpański catering, on również mnie zaskoczył.

Catering?
U nas zasada jest prosta. Jedz szybko i zwolnij miejsce następnemu, masz tylko godzinę wolnego, a do końca dnia jeszcze daleko, więc warto w tej przerwie zmieścić chociaż kwadrans drzemki, co się często udaje. W Hiszpanii organizują wielką godzinną ucztę, podczas której wszyscy są razem do końca. Wrażenie jest takie, jakby jakaś restauracja rozstawiła gigantyczny ogródek, oferując przy tym bardzo duży wybór dań.

Co teraz? Ściągniesz hiszpańską ekipę na premierę do Polski?
Plany były imponujące. Huczne premiery miały się odbyć w Barcelonie, Paryżu, Berlinie i Warszawie, ale pandemia sprowadziła to wszystko do jednego pokazu na festiwalu w Sitges. W obecnej sytuacji zobaczyć swój film w kinie to wielka radość. Nie wiem, jaka będzie sytuacja, ale wyobrażenie o normalnej premierze jest chyba nierealne. 

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Tomasz Kot urodzony w 1977 roku w Legnicy. Był czas, kiedy marzył o karierze artysty malarza, jest absolwentem krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Na dużym ekranie zadebiutował główną rolą w filmie „Skazany na bluesa” (2005) Jana Kidawy-Błońskiego. Ma na koncie między innymi Złote Lwy i Orła za rolę Zbigniewa Religi w filmie „Bogowie” (2014) Łukasza Palkowskiego oraz nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej dla najlepszego aktora za rolę w „Zimnej wojnie” (2018) Pawła Pawlikowskiego.



  1. Kultura

"Niepamięć" – pandemia amnezji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Niepamięć" (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)
Utrata pamięci to temat często podejmowany przez kino. Greckiemu reżyserowi Christosowi Nikou udało się wrzucić do tego ogródka kilka nowych kamyczków. Pokazywana na festiwalu w Wenecji „Niepamięć” łączy w sobie bowiem absurdalny humor rodem z filmów Lanthimosa i melancholię znaną z dzieł Kaufmana.

„Niepamięć” to współczesna i jednocześnie umieszczona poza czasem opowieść, która przenosi nas do Aten, gdzie panuje nieprzewidywalna, błyskawicznie rozprzestrzeniająca się epidemia powodująca u ludzi nagłą amnezję. Pozbawia ona nie tylko wspomnień, ale też człowieczeństwa. Główny bohater – Aris, ma numer 14842 w szpitalnym oddziale dla osób z zaburzeniami pamięci. Pewnego dnia wyszedł z domu, wsiadł do autobusu i na pętli nie wiedział już, kim jest, gdzie mieszka i co przeżył. Po dłuższym czasie spędzonym w szpitalu okazuje się, że nikt go nie szuka i nie da się ustalić jego personaliów. Takim jak on daje się jednak szansę stworzyć sobie nową tożsamość i nowe wspomnienia. Mężczyzna zostaje objęty rządowym programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Otrzymuje on mieszkanie, listę codziennych zadań zapisanych na kasecie magnetofonowej i przykaz dokumentowania wszystkiego za pomocą polaroidu. Pytanie tylko, czy to początek nowego życia, czy może ucieczka od dawnego? Dodatkowo nikt nie wie też, że Aris skrywa w sobie wielką tajemnicę...

Kadr z filmu 'Niepamięć' (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Niepamięć" (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)

Kadr z filmu 'Niepamięć' (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Niepamięć" (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)

Pokazywana na festiwalu w Wenecji „Niepamięć” łączy w sobie absurdalny humor rodem z filmów Yorgosa Lanthimosa (”Zabicie świętego jelenia”, „Faworyta”) i melancholię znaną z dzieł Charliego Kaufmana (”Być jak John Malkovich”, „Anomalisa”). W tle natomiast pobrzmiewa głos z orwellowskiego Wielkiego Brata. „Niepamięć” Christosa Nikou w kinach od 25 czerwca.

Christos Nikou, rocznik 1984, grecki reżyser i scenarzysta. Pracował jako asystent reżysera m.in. przy filmie „Kieł” Yorgosa Lanthimosa i „Przed północą” Richarda Linklatera. W 2012 roku zrealizował krótkometrażowy km, a „Niepamięć”, która znalazła się w programie weneckiego konkursu Orizzonti, jest jego fabularnym debiutem.

  1. Kultura

Nicole Kidman – filmy, w których zagrała aktorka. Najlepsze i najnowsze produkcje

Nicole Kidman, kadr z filmu
Nicole Kidman, kadr z filmu "Gorący temat" (fot. materiały prasowe Monolith Films)
Z pewnością można ją zaliczyć do grona najbardziej znanych Australijczyków. Słynna aktorka urodziła się co prawda w Honolulu na Hawajach, jednak szybko wróciła z rodziną do Sydney, gdzie odebrała aktorskie wykształcenie i zaczęła też swoją karierę. Hollywood dość wcześnie stanęło przed nią otworem. Po filmach „Martwa cisza”, „Szybki jak błyskawica”, czy „Billy Bathgate” zagościła na dobre w hollywoodzkich produkcjach. Filmy z Nicole Kidman często odnoszą kasowy sukces. Serial, thriller, musical, film grozy – żaden gatunek nie jest jej obcy. Bogata filmografia Nicole Kidman i liczne nagrody oraz nominacje pokazują jej wszechstronne umiejętności aktorskie.

Najnowszy film z Nicole Kidman (a także z Willemem Dafoe i Björk) „The Northman” będzie miał premierę dopiero w kwietniu 2022 r. Akcja filmu rozgrywa się w X w. na Islandii.

Aktorkę możemy też coraz częściej oglądać z serialach. Jednym z nich jest „Od nowa” („The Undoing”), gdzie występuje u boku Hugh Granta i gra znaną terapeutkę, której życie zupełnie się rozsypuje. Serial z Nicole Kidman (warto zaznaczyć, że aktorka śpiewa w czołówce) zebrał wiele sprzecznych recenzji, był jednak jednym z najczęściej oglądanych na HBO GO.

Z kolei najnowszy serial z Nicole Kidman „Nine Perfect Strangers” będzie miał premierę pod koniec sierpnia. Aktorka gra w nim niekonwencjonalną uzdrowicielkę, która w odosobnionym centrum odnowy biologicznej przyjmuje na „leczenie” dziewięć zagubionych w życiu osób.

Poniżej 10 tytułów wytypowanych przez redakcję – najlepsze i najnowsze filmy z Nicole Kidman:

Wielkie Kłamstewka - serial z Nicole Kidman

Ta produkcja HBO odniosła wielki sukces. Serial, na podstawie powieści Liane Moriarty, opowiada o społeczności zamieszkującej kalifornijskie miasteczko Monterey. Główne bohaterki to bardzo zamożne, ale nieszczęśliwe i sfrustrowane kobiety. Wygraną pozycję w kapitalizmie już dawno osiągnęły, ale to nie pozwala im odetchnąć i cieszyć się życiem. One ciągle coś „muszą”. Ich codzienność nie do końca wygląda różowo. Celest np. (grana przez Nicole Kidman) doświadcza ze strony męża przemocy. Prawie każdy taki epizod kończy się ostrym seksem, ale Celeste twierdzi, że ją to pociąga… Doskonale zarysowane postaci od strony psychologicznej, ciekawe rozwiązania opowiadanych historii i estetyka podbiły serca widzów. Serial z Nicole Kidman zebrał same dobre recenzje. Doczekał się, choć to nie było w planach, drugiego sezonu. Oba dostępne są na HBO.

Filmy z Nicole Kidman

Gorący temat (2019 r.)

Seksistowskie podejście do kobiet, świat wielkich mediów i polityczne układy. Czy można w „takim” świecie oskarżyć szefa wielkiej stacji telewizyjnej o molestowanie? Okazuje się, że przy dostatecznym poziomie irytacji – jak najbardziej. Gretchen Carlson (grana przez Nicole Kidman) robi to po wielu latach pracy, gdy Fox News nie przedłuża jej kontraktu. I choć na początku nic na to nie wskazuje, z czasem dołączają do niej inne kobiety. Film powstał na faktach i dotyczył głośnej sprawy sprzed kilku lat, gdy Roger Ailes, szef stacji The Fox News został oskarżony o molestowanie seksualne dziennikarek. To zdarzenie wpłynęło na los milionów kobiet na świecie zapoczątkowując ruch #MeToo. Kobiety pracujące dla Fox News przez lata godziły się na przedmiotowe traktowanie, aż w końcu powiedziały „dość”. Choćby z tego względu film (z Nicole Kidman, Charlize Theron i Margot Robbie) warty jest obejrzenia.

Na pokuszenie (2017 r.)

Kostiumowa sceneria, w której Nicole Kidman świetnie się odnajduje. Szczególnie jeśli patronują jej tacy aktorzy jak Kirsten Dunst czy Collin Farrell (jedyny mężczyzna w filmie). Ranny żołnierz McBurney, który trafił do żeńskiej szkoły z internatem w czasie wojny secesyjnej mógł liczyć na czułą opiekę i wsparcie. Jednak zamiast docenić gest swoich wybawicielek, zaczął „pogrywać” na ich pragnieniach i uczuciach. Gdy mężczyzna pokazuje w końcu swoje prawdziwe oblicze, dyrektorka szkoły Marthy Fansworth (Nicole Kidman) zmuszona jest wziąć sprawy w swoje ręce… Sofia Coppola zrobiła film z iście kobiecej perspektywy i męski „urok” ma tutaj swoje granice. „Na pokuszenie” (The Beguiled) to jednocześnie adaptacja powieści "Malowany diabeł" Thomasa P. Cullinana, a także remake produkcji Dona Siegela z Clintem Eastwoodem w roli głównej z 1971 roku.

Droga do zapomnienia (2013 r.)

Film (oryginalny tytuł „The Railway”) powstał na podstawie prawdziwych, dramatycznych wydarzeń. Film jest ekranizacją wspomnień brytyjskiego oficera z czasów II wojny światowej. Głównym bohaterem jest Eric Lomax (Colin Firth), który ma za sobą wojenną traumę. Nie może sobie z nią jednak poradzić i wciąż ma napady stresu pourazowego. Prześladują go czasy wojny, gdy był młodym więźniem w obozie japońskim. Przemoc i tortury jakich doświadczył (szczególnie ze strony jednego oficera) nie pozwalają mu, nawet po latach, wieść normalnego życia. Zrujnowany psychicznie Eric dostaje jednak dar od losu – wspaniałą, kochającą żonę, która wspiera go w najtrudniejszych chwilach. Bez jej pomocy wyjście na prostą byłoby prawie niemożliwe. Miłość, którą Patti (Nicole Kidman) wnosi w życie męża pomaga mu wyzbyć się nienawiści i wybaczyć. Najpierw jednak Eric musi, po kilkudziesięciu latach, odnaleźć swojego oprawcę i stanąć z nim twarzą w twarz.

Między światami (2010 r.)

Kino niezależne. Chociaż nie jest to produkcja hollywoodzka Nicole Kidman dostała za główną rolę nominację do Oscara. Film opowiada historię małżeństwa, które traci jedyne dziecko w wypadku. Czteroletni chłopiec potrącony przez samochód ginie na miejscu. Rodzice muszą zmierzyć się z bólem i traumą po stracie dziecka. Każde z nich próbuje to zrobić na swój sposób. Becca Corbett, matka chłopca, nawiązuje przyjacielską relację z młodocianym sprawcą wypadku, licząc, że w jakimś stopniu zniweluje to jej rozpacz i tęsknotę. Jednak trudne pytania i uczucie pustki pozostają, mimo chwilowej ulgi. Poza tym Corbettowie, będący wcześniej bardzo dobrym małżeństwie, po tragedii coraz bardziej oddalają się od siebie… Kanwą dla tej historii była sztuka teatralna Davida Lindsay-Abbaire „Rabbit hole”, która zdobyła Nagrodę Pulitzera.

Dogville (2003 r.)

Psychologiczny thriller z Nicole Kidman jest filmowym eksperymentem Larsa von Triera. Imponujący i oryginalny. Reżyser serwuje widzom istne „pranie mózgu”. Główna bohaterka Grace, grana przez Nicole Kidman (Lars specjalnie dla niej napisał tę rolę), trafia do miasteczka Dogville uciekając przed gangsterami. Mieszkańcy zgadzają się ją ukryć w zamian za pracę. Okazuje się jednak, że moralność można rozumieć na różne sposoby… Atmosfera stopniowo się zagęszcza, a relacje i sytuacja, doznającej przemocy Grace, stają się coraz bardziej toksyczne i wypaczone. Rozgrywający się w małej „teatralnej” przestrzeni film, niezwykle oszczędny w środkach, budzi wiele silnych emocji. Powoli zmierza do kulminacyjnego „oczyszczenia”, pozostawiając widza z wieloma sprzecznymi odczuciami i wątpliwościami. Trzeba przyznać, że Lars von Trier i grający w filmie aktorzy wykazali się prawdziwym mistrzostwem. Film był głośnym wydarzeniem w Cannes.

Godziny (2002 r.)

Virginia Woolf to oscarowa rola Nicole Kidman. Filmografia aktorki wiele by straciła bez tej charakterystycznej postaci. Powieść Michaela Cunningham’a o tym samym tytule („Godziny”), na podstawie której powstał film, okrzyknięta została wydarzeniem literackim 1998 r. i otrzymała m.in. Nagrodę Pulitzera w kategorii Fiction. Ze względu na charakteryzację trudno jest w tym filmie rozpoznać Nicole Kidman. Doskonale jednak radzi sobie ona z rolą depresyjnej angielskiej pisarki i feministki, autorki „Pani Dalloway”. Książka popadającej w obłęd Virginii Woolf jest zresztą „spoiwem” całego filmu (a także powieści Cunningham’a) i łączy losy trzech różnych kobiet, które usiłują uporać się z trudnymi dla nich emocjami.

Moulin Rouge! (2001 r.)

Słynny musical z Nicole Kidman. Warto zaznaczyć, że prace nad nim trwały aż osiem lat. Film przyniósł aktorce nominację do Oscara. Widzom przypomniał z kolei, że Nicole Kidman jest nie tylko aktorką, ale też piosenkarką. Właśnie od tego filmu rozpoczęła na dobre swoją piosenkarską karierę, pracując wraz z Ewanem McGregorem nad utworem Come What May z soundtracku Moulin Rouge!. Piosenka dotarła do 27. miejsca na brytyjskiej liście przebojów. Dramat muzyczny jest opowieścią o silnej, nieszczęśliwej miłości pomiędzy Christianem, brytyjskim pisarzem (którego gra Ewan MsGregor), a Satine, artystką kabaretową, gwiazdą Moulin Rouge i kurtyzaną (Nicole Kidman). Cała historia rozgrywa się w czasach bohemy i rewolucji społecznej. Film otrzymał Oscara za najlepszą scenografię i dekorację wnętrz oraz za najlepsze kostiumy.

Inni (2001 r.)

Film w ciężkiej i przygnębiającej aurze. Nie jest to jednak typowy horror, który ogląda się ze „ściśniętym żołądkiem”. Cała historia przedstawiona jest z perspektywy głównych bohaterów (matki, granej przez Nicole Kidman, i dwójki jej dzieci), którzy mieszkają w ponurej posiadłości w czasach II wojny światowej i wydają się dość specyficznymi lokatorami. Co ciekawe, nie mieszkają w tej posiadłości zupełnie sami, są też „inni”… Rzeczywistość, w której żyją matka i dzieci, a także ich sposób patrzenia na świat są jak z mrocznego snu. Czy naprawdę jest to tylko koszmarny sen? – warto się przekonać. Atmosfera tajemniczości nie opuszcza widza przez cały czas trwania tego „kostiumowego horroru”, a zakończenie, gdy wreszcie poznajemy całą „prawdę” – jest z pewnością nieprzewidywalne. Nie bez przyczyny ten osobliwy film grozy z Nicole Kidman zdobył aż osiem nagród Goi.

Oczy szeroko zamknięte (1999 r.)

Ostatni film nakręcony przez Stanleya Kubricka, na podstawie powieści Arthura Schnitzlera. Ten erotyczny thriller z Nicole Kidman i Tomem Cruisem wpłynął na prywatne życie słynnej pary. Oboje grają małżeństwo w kryzysie, spragnione nowych fascynacji. Film jest pewnego rodzaju analizą psychologiczną. Szuka odpowiedzi na pytanie: czego tak naprawdę ludzie chcą w związku? Czy wszyscy, nawet jeśli układa im się dobrze, mają w podświadomości pragnienie, żeby nadal poszukiwać zmysłowych przygód? Dużo mówiło się o tym, że grane przez znaną parę postaci były bardzo zbliżone do ich realnego życia i, w związku z tym, thriller przyspieszył rozpad małżeństwa Toma Cruise’a i Nicole Kidman. Aktorzy rozstali się po kilkunastu latach związku.