1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” - rozmowy o przyjaciółce poetce

„Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” - rozmowy o przyjaciółce poetce

(Fot.: Wlodzimierz Wasyluk/Gallo Images Poland)
(Fot.: Wlodzimierz Wasyluk/Gallo Images Poland)
- Agnieszka była bardzo, bardzo kobieca, delikatna, cicha. Myślę, że mężczyznom imponowała jej inteligencja… połączenie urody z inteligencją, wyobraźnią i piekielnym talentem - mówi Krystyna Janda. Publikujemy fragment książki Beaty Biały „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”. 

Agnieszka była zjawiskowo piękną kobietą. Czy wie pani, że rola Agnieszki w Człowieku z marmuru była napisana dla niej? Jako młoda dziewczyna miała to grać. Wszyscy byli nią zafascynowani wtedy, w szkole filmowej, której była studentką w tamtych latach, również Andrzej Wajda. Jednak scenariusz przeleżał się, cenzura puściła go dopiero po siedemnastu latach, i na moje szczęście wtedy to ja dostałam tę rolę. Wajda uznał, że jestem do młodej Agnieszki trochę podobna, a zresztą szukał w tym momencie już trochę innej dziewczyny, bardziej „zadziornej”, bardziej chłopca niż kobiety. A Agnieszka była bardzo, bardzo kobieca, delikatna, cicha. Myślę, że mężczyznom imponowała jej inteligencja… połączenie urody z inteligencją, wyobraźnią i piekielnym talentem. Była też podobno „kochliwa”. Ktoś kiedyś powiedział złośliwie o Agnieszce, że sypiała z pierwszym rzędem historii. Kochali się w niej najwięksi tego kraju. Chociaż… „kochali” to może za dużo powiedziane – przeżywali z nią fascynujące epizody. To ona była wiecznie zakochana, zwykle nieszczęśliwie. Pamiętam, kiedy już grałam Białą bluzkę, Jacek Kuroń zadzwonił do mnie: „Mów wszystkim, że to o mnie” – poprosił. „A to jest o tobie?” – zapytałam. „Nie, chyba nie, ale tak bym chciał, żeby było o mnie” – odpowiedział. Wszyscy się w niej kochaliśmy.

Białą bluzkę napisała dla pani?
Nie. Tekst dostałam od niej pod koniec lat siedemdziesiątych. „Może cię to zainteresuje” – powiedziała i poszła. Znałyśmy się już. Wydaje mi się, że poznałyśmy się na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, ale dokładnie nie pamiętam. Białej bluzki Agnieszka nie napisała specjalnie dla mnie. Dała ten tekst kilku aktorkom – wiem doskonale, bo je znałam. Potem nie dopytywała się, czy chciałyby to zagrać. I tak kilka lat leżała u mnie ta Biała bluzka, na parapecie w sypialni, między innymi tekstami, a ja wciąż nie przeczytałam lub przeczytałam, ale uznałam, że to nie dla mnie. Zresztą wtedy, pod koniec lat siedemdziesiątych, byłam jedynie aktorką, a to przecież dyrektorzy teatrów i reżyserzy decydowali o repertuarze. Często w tamtych latach odkładałam jakiś tekst, mówiąc sobie: „Po co miałabym się do czegoś przywiązywać, skoro nie mam wpływu na to, czy powstanie z tego spektakl czy nie?”.

Ale w końcu zajrzała pani do tekstu?
Był stan wojenny. Któregoś ranka obudziłam się i nie miałam co robić, bo z powodu bojkotu telewizji wszystkie plany artystyczne zostały zawieszone. Leżałam w domu, pod kocem, i piłam herbatę. I wtedy zauważyłam tę Białą bluzkę na parapecie. Już po pierwszych stronach byłam pewna, że to jest idealny moment na wystawienie tej historii. Że rymuje się z czasem jak mało co. Zadzwoniłam do Magdy Umer – wiedziałam, że przyjaźni się z Agnieszką. Byłam przekonana, że Magda mogłaby nie tylko zaadaptować tekst na scenę i wzbogacić go, dokładając piosenki, ale też spektakl wyreżyserować. I tak to się wtedy zaczęło. Traf chciał, że pan Andrzej Kuryło, kierownik literacki Estrady Dolnośląskiej, zapytał mnie, czy nie chciałabym czegoś zaśpiewać na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w marcu 1987 roku. Od razu powiedziałam mu o Białej bluzce i od słowa do słowa doszliśmy do tego, że Wrocław wyprodukuje spektakl. Magda wybrała piosenki, ale z niektórych ich fragmentów była niezadowolona, chciała, żeby Agnieszka je zmieniła. Pamiętam, że chodziło między innymi o zakończenie w piosence Widzisz mała. „Muszę pojechać do Agnieszki, żeby to zmieniła” – powiedziała. To mnie trochę dziwiło, żeby tak wielką autorkę prosić o zmiany. Gdy Agnieszka przyszła na próbę, bez słowa, na serwetce w bufecie teatralnym, od ręki, napisała zupełnie inną zwrotkę do tej piosenki. Prośba Magdy w ogóle nie stanowiła dla niej problemu. Wrocław wynajął salę Teatru Ateneum, którego byłam aktorką, na próby. Ale potem grać tego tam nam nie pozwolono. Przeniosłyśmy się ze spektaklem do Teatru Komedia, a potem na dłużej do Teatru Żydowskiego. To Wrocław cały czas wynajmował sale.

Agnieszka uczestniczyła w próbach?
Była na nich kilka razy. Zastanawiało mnie i bawiło to, że na próby Białej bluzki zawsze przychodziła w białej bluzce. Pamiętam, jak zobaczyłam ją na próbie… i pomyślałam, że jest w tym coś nadzwyczajnego, szacunek do swojego tekstu? do nas? do projektu? Ale do tego gumka w stokrotki we włosach – zgrzyt, to nie taka dziewczyna jest w tekście, pomyślałam także. Zresztą te gumki z różnymi kwiatami, różami, kokardkami dawała nam ciągle w prezencie. Zupełnie nie pamiętam samej premiery Białej bluzki w 1987 roku. Pamiętam tylko, że widzowie wchodzili po rynnach, żeby dostać się do Teatru Współczesnego we Wrocławiu. I jeszcze jedno – że potem z Agnieszką i Magdą tańczyłyśmy w nocy w jakimś klubie. Do rana. Był też chyba pan Zygmunt Konieczny. To była noc! Noc po sukcesie! Ale jeżeli chce pani wiedzieć, a raczej uprzedzając pytanie, nigdy nie widziałam Agnieszki pijanej. Nigdy w życiu. Zresztą Magda też nieczęsto ją w takim stanie widywała, a przecież bez przerwy się spotykały, razem chodziły na długie spacery. To, co później mówiło się o Agnieszce, było dla mnie wielką niespodzianką.

Znała pani kogoś zupełnie innego?
Kompletnie innego od postaci, która wyłaniała się z opisów po jej śmierci. Jeżeli to wszystko prawda, zastanawiam się, do jakiego stopnia ona była w stanie dzielić swoje życie na dwie tak krańcowo różne postaci.

Spotykałyście się na słynnych Lamentach – przecież to były spotkania przy winie!?
Ale… może kiedy Agnieszka czuła, że się upiła, to wychodziła? Myślę, że udało się jej pokazywać nam jedynie część siebie i swego życia. Kiedy była pijana, po prostu znikała.

Pani wie, dlaczego piła?
Podobno była chora przez ostatnie dziesięć lat życia, wiedziała, że umrze, wcześniej czy później; to był rak, ale udawała, że nic się nie dzieje. Nawet przed samą sobą. Wolała żyć niż chorować. O chorobie dowiedziałam się w dniu jej ostatnich urodzin. Zaprosiła nas do siebie. W łazience, na szczotce zobaczyłam cały kłąb jej włosów, to wyglądało tak, jakby wypadła jej połowa kosmyków. Kiedy zobaczyłam te włosy, nagle zrozumiałam, że bierze intensywnie chemię. Zrozumiałam, skąd ostatnio ten festiwal kapeluszy, których nie zdejmowała, żeby nikt nie zauważył, że zniknął jej słynny koński ogon. O tym, jak bardzo jest chora, dowiedziałam się jednak trochę później. Byłam zaprzyjaźniona ze szpitalem onkologicznym w Warszawie, Agnieszka tam się leczyła. Nawet nie pamiętam, kto mi to powiedział. Agnieszka miała tam stałe łóżko. Przychodziła, brała chemię, ubierała się, wychodziła, kiedy chciała. Żyła normalnie, bywała w kawiarniach, a nikt nie wiedział, że na noc wraca do szpitala albo że musi tam zostać na dłużej. Wielu pewnie myślało, że znowu „zniknęła”, pojechała na Mazury czy do Ameryki, a ona znikała… w szpitalu. Wtedy, na te słynne, ostatnie, jak się okazało, urodziny, kupiłam jej w prezencie kapelusz. Kolejny, nie wiedząc, dlaczego je nosi. Wręczyłam jej ten brązowy kapelusz, a ona spojrzała i zapytała: „O, a dlaczego nie czerwony?”. Czerwony byłby weselszy… Tak, to były ostatnie urodziny, oglądałyśmy zmontowany odcinek Rozmów o zmierzchu i świcie, jakie Magda Umer z nią zrobiła dla telewizji. Pamiętam, że mówiłam coś o montażu, mądrzyłam się i że ciągle dzwonił telefon z życzeniami. A to minister kultury i sztuki, a to ktoś inny ważny. „Mówcie, że mnie nie ma” – prosiła. Nie chciała rozmawiać. Więc kłamałam do słuchawki, że pani Osieckiej nie ma w domu. A tymczasem jacyś posłańcy przynosili kwiaty. Miała już wszystkiego dość. Czy wie pani, że ona po godzinie wyszła z tych urodzin? Powiedziała, że idzie po papierosy, i nie wróciła. Posiedziałyśmy jeszcze jakiś czas, ale w końcu Magda rzuciła: „Chodźmy, ona już nie wróci”. Pewnie poszła do jakiegoś baru na Saskiej Kępie.

Czy rozmawiałyście o jej chorobie?
Nigdy nie rozmawiałam z nią na tematy prywatne. Kiedyś przyjechała do mnie do Milanówka – byłam w zagrożonej ciąży i musiałam leżeć kilka miesięcy. Nie wolno mi było w ogóle wstawać, a w dodatku w domu trwał remont. Agnieszka zobaczyła taki zdemolowany wielki dom, mnie w tej ciąży, jedno małe dziecko, które już chodziło, moją mamę, gosposię, ogród i powiedziała: „Ty to sobie umiesz pożyć”. „Jak to ja umiem sobie pożyć? Leżę w zagrożonej ciąży, remont trwa w najlepsze, mamy robotników od rana, mąż pojechał zarabiać za granicę, jak to ja umiem sobie pożyć?” – wkurzyłam się. A ona: „Masz matkę przy sobie, masz ojca, masz gosposię – taka rodzina”. Przytulam się do tego domu. A lata śpiewam w jej piosence: „Ja w twoim chłodzie się wygrzewam”. Boże, jakie to pojemne zdanie. I ile takich napisała…

Agnieszce brakowało prawdziwej rodziny?
Pewnie nie. Miała rodzinę. Ale Agnieszka ciągle wychodziła, uciekała i żyła, jak chciała, ciekawa ludzi, ich historii, ich uczuć, opowieści, anegdot, płaczu, nieszczęść i szczęść. Obserwowała, żyła tym, a potem to rymowała w skrót, skojarzenia tak wielkie, jak życie. Przychodziła, wychodziła. Tak jak wychodziła ze swoich urodzin, tak wychodziła z ciepła, bo było za ciepłe, z małżeństwa, bo stabilizacja usypiała jej uczucia, z miłości, bo było zbyt słodko, z macierzyństwa, bo miała poczucie winy. Nie mogła wytrzymać i wychodziła. Miała, jak kot, swoje ścieżki i swoje kręgi ludzi. Wiele tych kręgów, niespotykających się. A wobec mnie żywiła wdzięczność, że grałam jej Białą bluzkę.

Śpiewa też pani Na zakręcie.
Na zakręcie zaśpiewałam właściwie w zastępstwie Ewy Błaszczyk. „Ewa się rozchorowała. Nagranie mamy pojutrze” – powiedział Przemek Gintrowski. Kiedy Agnieszka się o tym dowiedziała, powiedziała: „Wiesz, ta piosenka chyba nie dla ciebie, bo ty nigdy nie byłaś na zakręcie”.

A ona nieustannie?
„Dobrze się pan czuje? To świetnie, właśnie widzę – jasny wzrok, równy krok, jak w marszu. A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja – rozdarte drzewo”. Wspaniałe. Wszystko jasne, a tak mało słów.

Agnieszka umiała kochać?
Myślę, że bardzo, ale musiała chyba być nieszczęśliwa. To był jej stan. Ona lubiła kochać nieszczęśliwie. Tylko wtedy mogła pisać. Wydaje mi się zresztą, że wielu twórców pisze dlatego, że jest im źle. Jeżeli nie jest im źle, to szukają takich sytuacji. I Agnieszka, może podświadomie, szukała nieszczęścia, jakiejś inspirującej trudnej, wielkiej emocji. Wydaje mi się, że bardzo się ze sobą męczyła.

Na ile Agnieszka była poetką, a na ile kobietą?
Chyba przede wszystkim była artystką. Dopiero w drugiej kolejności realizowała się w codziennym życiu. Z różnym skutkiem, bo ono było dla niej za trudne. Pamiętam, jak kiedyś przyszła na Medeę z panem Michałem Kottem. „To było straszne” – powiedziała po spektaklu. Cóż, trochę zabolało, ale to było w jej stylu – prosto z mostu, bez ogródek. Wróciła wtedy z Ameryki i postanowiła mówić prawdę.

Wiele osób zazdrościło Agnieszce talentu, urody, sławy, powodzenia. Pani jej czegoś zazdrościła?
Nie, nigdy. Myślę, że nie chciałabym mieć takiego życia jak Agnieszka. Bałabym się go. Bo ja jestem konwencjonalna, a ona była niekonwencjonalna. Byłyśmy zupełnie inne. W życiu nie wyszłabym ze swoich urodzin. Tylko pogrzeb miała konwencjonalny, tradycyjny, piękny, śpiewany. Tłum ludzi, przyjaciół, chyba po raz pierwszy się wtedy wszyscy zobaczyliśmy. Po pogrzebie udałyśmy się – ja, Magda Umer, Zuzia Łapicka, Maryla Rodowicz – do pobliskiej restauracji i cały dzień, do późnego wieczora wspominałyśmy Agnieszkę. Poszłam po tej dziwnej długiej stypie na prywatną projekcję filmu, do pana Zanussiego. Pierwszy raz w życiu pojawiłam się publicznie kompletnie pijana. Film mnie tylko śmieszył, śmiałam się sama, nie à propos, wszyscy byli zgorszeni, ale byłam wtedy chyba najbliżej Agnieszki.

 

„Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, Beata Biały, Wydawnictwo W.A.B. „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, Beata Biały, Wydawnictwo W.A.B.

"Osiecka. Tego o mnie nie wiecie" to zbiór niepublikowanych dotąd rozmów z bliskimi i przyjaciółmi Agnieszki Osieckiej. Olga Lipińska, Hanna Bakuła, Krystyna Janda, Maryla Rodowicz, Stan Borys, Daniel Olbrychski, Urszula Dudziak, Manuela Gretkowska, Jerzy Satanowski – w szczerych rozmowach z Beatą Biały o jednej z najwybitniejszych i najbardziej fascynujących polskich artystek. Książka „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” jest dostępna w księgarniach od 25 marca.

Mówiła o sobie żartobliwie, że jest kundlem. Niejednoznaczna, tajemnicza, błyskotliwa, pełna twórczej pasji – i zawsze niezależna. Zamierzała zostać biologiem, ale zaczęła pisać wiersze. Choć na pozór niczego jej nie brakowało, w jednej z gazetowych ankiet na pytanie: „Czy uważa pani, że dobrze się w życiu ustawiła?”, odpowiedziała: „W życiu nie. W pracy – tak”. Niepasująca do obowiązującego modelu kobiety – córki, żony i matki, wyprzedziła swój czas o pokolenie, a za swoją miłość do wolności zapłaciła wysoką cenę.

Pomimo że wątki autobiograficznie obficie pojawiają się w jej twórczości, nie była skłonna do zwierzeń, pozostając do dziś postacią pełną tajemnic. Po latach znajomi i bliscy przyjaciele Osieckiej, w rozmowach o genialnej przyjaciółce, rzucają nowe światło na jedną z najbardziej charyzmatycznych polskich artystek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Eliza Rycembel o roli w serialu "Osiecka"

Serial „Osiecka” będzie miał premierę w 25 grudnia 2020 roku w TVP. W rolę młodej Agnieszki Osieckiej wcieli się Eliza Rycembel. (Fot. materiały prasowe TVP)
Serial „Osiecka” będzie miał premierę w 25 grudnia 2020 roku w TVP. W rolę młodej Agnieszki Osieckiej wcieli się Eliza Rycembel. (Fot. materiały prasowe TVP)
Wielka poetka, ale i kobieta z krwi i kości, z otwartym umysłem, superwrażliwa – tak o Agnieszce Osieckiej mówi Eliza Rycembel. Aktorka wcieli się w nią w serialu „Osiecka”. Jak to było znaleźć się w jej skórze?

Serial „Osiecka” będzie miał premierę w 25 grudnia 2020 roku w TVP; 13 odcinków wyreżyserowali Robert Gliński i Michał Rosa. W rolę Agnieszki Osieckiej wcielą się Eliza Rycembel oraz Magdalena Popławska. Oprócz nich pojawią się m.in. Grzegorz Małecki (w roli Jeremiego Przybory), Mikołaj Roznerski (w roli Wojtka Frykowskiego) czy Jędrzej Hycnar  (w roli Marka Hłaski).

Ile lat ma „twoja” Agnieszka?
Poznajemy ją jako 17-latkę. Ja wcielam się w nią do czasu, gdy skończy 28 lat, pożegna już Marka Hłaskę i weźmie ślub z Wojtkiem Frykowskim.

Czyli grasz i dziewczynkę, i kobietę?
Tak, dlatego to tak ciekawe aktorskie wyzwanie. Z odcinka na odcinek mogę pokazywać dojrzewanie mojej bohaterki, ale też pobawić się budowaniem jej fizyczności. Na początku jest dzierlatką, choć bardzo inteligentną – jej rodzice wkładali dużo energii i pieniędzy w to, żeby była dobrze wykształcona – aż w końcu staje się dojrzałą artystką, która lokuje się jak najdalej od polityki, skupiając na pisaniu. I na miłościach.

Jaka była Agnieszka dzierlatka?
Trochę mądrzejsza niż jej rówieśnicy, a jednocześnie – właśnie z tego powodu – bardziej samotna. Jej ojciec był wolny duchem, miał liczne grono kochanek, ale jednocześnie bardzo mu zależało na rozwoju córki – wysyłał ją na rozmaite zajęcia dodatkowe. Na przykład zaskoczyło mnie, że w młodości trenowała pływanie i była prawdziwą sportsmenką. Ponieważ jednak miała tyle zajęć, jej życie prywatno-towarzyskie cierpiało. Według mnie dopiero na studiach, i to tych na łódzkiej Filmówce, stała się świadomą siebie, młodą kobietą. Wreszcie wyrwała się z domu i zaczęła decydować o sobie.

To było wychowywanie pod kloszem, w oderwaniu od świata?
Powiedziałabym, że była raczej krótko trzymana, a to nie to samo. Większą część dzieciństwa spędziła, ucząc się, czytając i trenując, ale zwykle w otoczeniu dorosłych. Już wtedy dużo pisała i zawierała przyjaźnie, miała też swoje miłości i miłostki, tylko jej grafik był tak ciasno wypełniony, że praktycznie nie bardzo miała na to czas. No i wiecznie się gdzieś spóźniała (śmiech).

Przez moment widzimy Agnieszkę jako młodą socjalistkę.
W pierwszym odcinku jest rzeczywiście działaczką ZMP, ale to były takie czasy, że wszyscy młodzi należeli do grup czy związków. Pielęgnowali w nich różne wartości społeczne, ale też byli indoktrynowani. W drugim odcinku widzimy, jak Agnieszka idzie na pierwsze studia i zaczyna wątpić we wszystko, co do tej pory jej wpajano. To był moment, w którym odkleiła się od polityki i od określania, kim jest, na bardzo długi czas. Skupiła się tylko i wyłącznie na sztuce, która z jednej strony nie jest zaangażowana, a z drugiej bardzo istotne są w niej tematy społeczne. Na przykład jej „Kochankowie z ulicy Kamiennej“ to obserwacja prosto z łódzkiej ulicy. W jej tekstach zawsze jest drugie, ale i trzecie dno, społeczno-polityczne. Lubię to w niej.

Czyli kolejna odsłona: Agnieszka artystka. I Agnieszka… kochanka?
Po prostu Agnieszka – zakochana kobieta, wolna, w pewnym sensie niezależna, pragnąca przygody. Ona zawsze nade wszystko chciała doświadczać życia. To, że miała tak wielu kochanków i tak wiele różnych przygód, brało się z jej otwartego umysłu. Oczywiście nie była idealna. Całe szczęście, miała papier i długopis, więc wszystko mogła zapisać.

Moim zdaniem była świetną psycholożką. To niesamowite, jak bardzo można odnaleźć się w jej tekstach, nawet dzisiaj, kilkadziesiąt lat od ich powstania.
W każdym jej tekście widać jak na dłoni, co naprawdę przeżywała, oczywiście mówię tu o tekstach pisanych nie na zamówienie. One są nadal aktualne. I uniwersalne. Z drugiej strony widać w nich jej osobiste dojrzewanie. Chociażby do roli żony, matki. Praca przy tym serialu była dla mnie szansą na poznanie jej jako kobiety z krwi i kości, a nie poetki czy autorki tekstów do piosenek, którą ludzie z mojego pokolenia znają dość powierzchownie. Zobaczyłam w niej superwrażliwą osobę, reżyserkę, może nie najlepszą, ale jednak wykształconą w tym kierunku, do tego megainteligentną.

Była obecna w twoim życiu, zanim ty wkroczyłaś w jej?
Była bardzo obecna w piosenkach, zwłaszcza tych w wykonaniu Maryli Rodowicz, nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo. Oczywiście z racji zawodu czytałam wcześniej jej utwory, listy, które wymieniała z Jeremim Przyborą. Wiedziałam więc o niej sporo. W szkole teatralnej raz w roku zawsze był egzamin, na który musieliśmy uczyć się jakiegoś jej tekstu. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że mogę ją zagrać. Uważam, że powinniśmy robić filmy o wielkich ludziach w trudnych czasach, a zwłaszcza o wielkich kobietach, w czasach, które były dla nich niełatwe. Wtedy artystkom trudno było przebić się w męskim świecie, w dodatku aby tworzyć i być publikowanym, trzeba było omijać państwową cenzurę.

Swoją rolę budowałaś na jakichś konkretnych jej cechach? Zaletach? Wadach?
Mocno skupiłam się na fizyczności, konkretnej motoryce, o której rozmawiałam wcześniej z reżyserem i Magdą Popławską, która gra Agnieszkę Osiecką w późniejszych latach. Na przykład na jej geście przechylania głowy, kiedy z kimś rozmawiała i chciała go lepiej zrozumieć. Starałam się znaleźć w sobie ten rodzaj skupienia, zasłuchania i całkowitego zainteresowania drugą osobą. Ją najbardziej interesowali ludzie.

Pytasz o słabości. Nie sądzę, żebym na jakiejś się skupiała szczególnie, choć były dla mnie istotne. Na przykład zastanawiałam się, czy ona płakała, czy okazywała słabość przy ludziach. Doszłyśmy z Magdą do wniosku, że nie, nie pozwalała sobie na łzy przy innych, zwłaszcza przy mężczyznach, którzy ją krzywdzili albo których ona krzywdziła – to się zawsze wydarzało gdzieś na osobności. Ważne było dla mnie, by odnaleźć momenty, w których mogła się rozsypać, a potem wziąć w garść i ruszyć dalej. Zrozumiałam też, że ona wszystkich swoich mężczyzn naprawdę kochała. Niezależnie od tego, czy to trwało godzinę, rok czy dziesięć lat – jej uczucia zawsze były szczere. W scenach z moimi filmowymi partnerami chciałam oddać to jej zapatrzenie, tę czułość i dobroć i nie oceniać ich przez pryzmat mojej postaci.

Oni w dużej mierze też ją kształtowali.
I to bardzo, każdy jej coś dał. Marek Hłasko pewnie sprowadził ją na złe tory, a jednocześnie, jak przypuszczam, dał jej największą namiętność i umiłowanie dla wolności. Był prawdziwym artystą w jej życiu. Podobnie jak znacznie starszy Przybora. Powtarzał, że są bratnimi duszami, które powinny spotkać się w innym czasie. Myślę, że ona była tym typem kobiety, który przyjaźni się głównie z mężczyznami. Oczywiście były Ela Czyżewska, jej inne koleżanki, ale filary w jej życiu stanowili mężczyźni, niezależnie od tego, czy byli to jej kochankowie, ojciec, czy tak jak Wojciech Solarz – bardzo dobrzy i wierni przyjaciele.

Wśród nich wszystkich – najważniejsza była chyba figura ojca.
Ojciec rzeczywiście odcisnął duże piętno na jej życiu i charakterze. Kiedy rozmawialiśmy na próbach o jej młodości, często powoływaliśmy się na to, co pisała w dziennikach – że chciała uciec od losu matki, która całe życie czekała, aż mąż wróci do domu. Siedziała w oknie, z papierosem w dłoni i była nieszczęśliwa. To coś, co Agnieszce się bardzo nie podobało. Nie chciała być też jak ojciec, ale on – artysta, grający na fortepianie – imponował jej. Ostatecznie powieliła bardzo wiele schematów z jego życia.

Sądzisz, że była szczęśliwa? Zastanawiałaś się na nad tym?
Tak, kiedyś zadałam sobie to pytanie. I od razu pomyślałam: „Oczywiście, że była szczęśliwa, przecież miała tylu cudownych ludzi wkoło i robiła takie fantastyczne rzeczy”. Ale potem naszła mnie refleksja, że może było dokładnie na odwrót. Sądzę, że bywała szczęśliwa – w sytuacjach towarzyskich, wśród bliskich i kiedy tworzyła. W swojej samotni pewnie dużo cierpiała i przeżywała, a przynajmniej tak wynika z jej dzienników, kiedy zaś wychodziła do innych – odżywała. Ale nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.

Może to nasza współczesna obsesja – te pytania o szczęście. Kiedyś ludzie niewiele o tym myśleli, po prostu żyli.
Może. Pewnie takie pytania częściej pojawiają się pod koniec życia, a ja mówię o jej młodości. W późniejszych latach to nałóg stawał się jej motorem napędowym i to musiało ją rujnować. Alkoholizm kobiet to nadal temat tabu.

Z jednej strony była świętością narodową...
...a z drugiej ludzie widzieli ją pijaną pod stołem. Cała Saska Kępa żyła tym, że znowu ktoś ją odprowadzał wieczorem, bo nie dała rady utrzymać się na nogach.

Jak sądzisz, co może dać nam, dzisiejszym dziewczynom w twoim wieku i kobietom po 30., 40., pamięć o niej?
Mnie spotkanie z Agnieszką dało bardzo dużo siły, tolerancji, akceptacji i nadziei na to, że nawet jeśli jesteś w najgłębszym dole, to możesz z niego wyjść, bo zwątpienie to tylko chwila. Następna może być już szczęśliwa. Czas leczy rany – to wybrzmiewa w jej piosenkach. Zaszczepiła we mnie niezależność i przekonanie, że warto spełniać swoje marzenia, zakochiwać się w innych ludziach, pozwalać sobie na doświadczanie życia na wszelkie sposoby. Zamiast krygować się – wychodzić poza szablon, mówić, co się myśli. Najbardziej jednak będę pamiętała o tym, by najpierw myśleć, a potem mówić. Agnieszka nigdy nie mówiła bzdur. I zawsze patrzyła przed siebie, nie wstecz.

Eliza Rycembel, rocznik ’92, absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, aktorka filmowa i teatralna. Znana z takich filmów, jak „Obietnica”, „Carte blanche”, „Nina”, „Ciemno, prawie noc“ czy „Boże Ciało”. Za rolę w tym ostatnim dostała nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Występuje także na deskach warszawskiego Teatru Nowego i w grupie teatralnej Potem-o-tem.

  1. Kultura

Znamy datę premiery serialu "Osiecka"

Magdalena Popławska w roli Agnieszki Osieckiej. (Fot. materiały prasowe)
Magdalena Popławska w roli Agnieszki Osieckiej. (Fot. materiały prasowe)
Premiera serialu "Osiecka" produkcji TVP była już kilkukrotnie przekładana. Tym razem jednak ogłoszono oficjalną datę - serial będziemy mogli obejrzeć jeszcze w tym roku. 

Serial "Osiecka" TVP zapowiadało już od kilku miesięcy. Początkowo jego premiera miała odbyć się wiosną tego roku, jednak pandemia koronawirusa pokrzyżowała wszelkie produkcyjne plany. Po długich miesiącach oczekiwania telewizja TVP ustaliła ostateczny termin premiery. Pierwsze cztery odcinki serialu, opowiadającego o życiu legendy polskiej piosenki, będziemy mogli obejrzeć między 25 a 27 grudnia bieżącego roku.

Zdjęcia do serialu o Agnieszce Osieckiej rozpoczęły się w lipcu zeszłego roku. Wyreżyserował go duet - Robert Gliński i Michał Rosa. W rolę tytułowej bohaterki, na różnych etapach jej życia, wcieliły się Eliza Rycembel oraz Magdalena Popławska, która jest miłośniczką twórczości Agnieszki Osieckiej a także laureatką nagrody jej imienia na Festiwalu Piosenki Aktorskiej.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Jak informuje TVP, biografia artystki zostanie przedstawiona w trzynastu odcinkach, a jej tłem będą artystyczne, obyczajowe, oraz polityczne realia tamtych czasów, poczynając od edukacji w komunistycznej szkole przez studia w łódzkiej Szkole Filmowej, kolorowy świat studenckich teatrzyków – warszawskiego STS- u i gdańskiego Bim-Bomu, aż po spektakularne sukcesy oraz porażki Osieckiej, zarówno w walce z cenzurą, jak i wynikające z nietrafionych życiowych wyborów. Produkcja od kulis pokaże, nie stroniąc od obserwacji o charakterze komediowym, szeroką panoramę kulturalnego i towarzyskiego życia Warszawy i Polski na przestrzeni kilku dekad, a jego bohaterami – poza Osiecką – będą wybitne postacie znane ze świata kultury, takie jak Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Elżbieta Czyżewska, Jeremi Przybora, Marek Hłasko i wielu innych.

Scenariusz serialu napisali Maciej Karpiński i Maciej Wojtyszko, przy współpracy z Henryką Królikowską i reżyserem Robertem Glińskim, na podstawie dostępnych biografii Agnieszki Osieckiej oraz poświęconych artystce materiałów archiwalnych. Pomysłodawczynią serialu jest Joanna Ochnik. Obok Magdaleny Popławskiej i Elizy Rycembel, w serialu zobaczymy m.in.: Piotra Żurawskiego, Marię Pakulnis, Jana Frycza, Jędrzeja Hycnara, Mikołaja Roznerskiego, Grzegorza Małeckiego, Tomasza Włosoka, Aleksandrę Pisula.

  1. Kultura

Mężczyźni Agnieszki Osieckiej

Agnieszka Osiecka w Warszawie w 1984 roku. (Fot. Jerzy Łapinski/Fotonova/East News)
Agnieszka Osiecka w Warszawie w 1984 roku. (Fot. Jerzy Łapinski/Fotonova/East News)
Żyła dla miłości, choć nie umiała kochać. Piękna, niezależna, o krok wyprzedająca swoje czasy. Szalenie inteligentna i jeszcze bardziej uzdolniona poetka, do której mężczyźni wprost lgnęli, choć nie była klasycznym typem uwodzicielki. A może to ona lgnęła do nich? Permanentnie nieszczęśliwie zakochana, a przecież pisała najpiękniejsze teksty o miłości.

Ja nie chcę znów za dużo mieć, za mało - też. W małżeństwie mi wystarczysz ty, parasol - w deszcz, i modny strój, i dobry but, i jeszcze żeby stał się cud... Oddałabym sukienki te i pończoch sto, by z tobą hen, do nieba biec i znów na dno... Bo kiedy w nas przygaśnie blask, ty dla mnie skradniesz jedną z gwiazd...
(fragment „Kto tak ładnie kradnie?” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2016)
W swoim życiu miała wiele miłości, miłostek, zauroczeń i zakochań, a pośród nich były dwie najważniejsze - miłość do pisania i miłość do ludzi. Agnieszka Osiecka była bowiem duszą towarzystwa, uwielbiała dywagować, podnosić poważne tematy, ale też plotkować i powtarzać w kółko te same historie. Inspiracje do tekstów czerpała właśnie z kontaktów z ludźmi. Nieustannie wchodziła w przeróżne relacje – koleżeńskie, przyjacielskie i wreszcie miłosne, bez których z pewnością nie powstałyby jej najpiękniejsze teksty o miłości.

Bez przerwy goniła za miłością. Od najmłodszych lat otaczała się mężczyznami. Każdy z nich zupełnie się od siebie różnił. Rozkochiwała w sobie mężczyzn inteligentnych, kulturalnych, wybitnie utalentowanych, ale też chuliganów. Liczyło się olśnienie, zachwyt, coś nietypowego, czego w danym momencie życia potrzebowała.

Walka o szczęście

Jej pierwszą, prawdziwą miłością był Witold Dąbrowski, poeta, absolwent polonistyki i filozofii. Poznali się podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, pracowali razem w Studenckim Teatrze Satyryków i przez kolejne dwa lata byli niemal nierozłączni. Osiecka w "Testamencie" pisała o ich związku: "W wielkim jarmarku warszawskiego festiwalu spotkałam Witolda i odbyłam tę jedyną w swoim życiu walkę o szczęście: ten jeden jedyny raz nie prześladowało mnie poczucie winy, ten jeden jedyny raz nie ono decydowało, ten jeden jedyny raz kochałam naprawdę".

Dąbrowski imponował Agnieszce swoją wiedzą literacką, poetyckimi ambicjami, intrygował sposobem bycia, pisała o nim, że miał „najpiękniejszą ze wszystkich twarzy”. Mieli diametralnie różne poglądy, Osiecka nie podzielała jego fanatycznych manier i nastawienia, jak u młodego buntownika walczącego o socjalistyczną przyszłość. Mimo to silne uczucie pierwszej, poważnej miłości trwało przez kilka lat, przerywane rozłąkami, kłótniami, zazdrością i romansami. Rozstali się, bo uznali, że oboje muszą poszukać swojej własnej drogi.

Panna Czaczkes

Związek Agnieszki z Markiem Hłasko urósł już do rangi legendy. On – znany już wtedy w środowisku literackim, uważany za najważniejszy głos młodego pokolenia, ona – niespełna 20-letnia pisarka, zafascynowana STS-em, na początku swojej pisarskiej kariery. Nieoczywisty, przystojny, niebieskooki, z postawą „na chuligana” uwiódł ją i nazwał swoją „Panną Czaczkes”. Widziała w nim prawdziwego mężczyznę, takiego, który zawsze robi co chce, kokietuje ludzi, uwodzi ich i rzuca, a do tego ma romantyczną naturę i niezwykłą umiejętność pisania. W ich historii jest wiele niedomówień i znaków zapytania. Symbolem ich miłości stał się kożuch, w którym Agnieszka fotografowała Marka w Kazimierzu, by później dostać go od niego w paczce z Izraela z dopiskiem: "Noś mój kożuch, wyglądaj w nim ładnie".

Zaręczyli się w 1958 roku, tradycyjnie – Marek poprosił o rękę Agnieszki jej matkę. Niedługo po tym wyjechał z kraju i już nigdy do niego nie wrócił. "Gdybyś ty była, gdybym mógł od czasu do czasu  spojrzeć na Twoje zwężenie na móżdżek i rozszerzenie na móżdżek - wiele by się zmieniło, jestem tego pewien" - pisał do niej z Paryża. Po kilku latach ich związek okazał się fikcją. Agnieszka zrezygnowała z ciągłego czekania, a Hłasko stracił już resztki nadziei na powrót do Polski.

Coś Ty zrobił, Jeremi

O romansie Osieckiej z Jeremim Przyborą nie mówiło się głośno, wielu dowiedziało się o nim dopiero w 2010 roku, po wydaniu książki „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze” – jednej z najpiękniejszych miłosnych korespondencji w polskiej literaturze.
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Ich piosenki w latach 60. znała cała Polska, oboje byli już znani z radia, teatru, telewizji, kabaretu. Jeremi był wtedy żonaty, nic więc dziwnego, że postanowili trzymać swoją relację w tajemnicy, nawet przed najbliższymi przyjaciółmi. Ich związek, choć krótki i bogaty w rozstania i powroty związane z ich licznymi podróżami, był niezwykle intensywny. Gdy Przybora, jeszcze na początku ich związku, wyjechał na kilka tygodni do Paryża, Agnieszka z tęsknotą pisała do niego: "Coś ty zrobił, Jeremi. Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności". Pisali do siebie tysiące zdań, a ich miłosne wiersze i piosenki są równie piękne, co burzliwe, dramatyczne i wzruszające. Zupełnie tak, jak ich związek. To właśnie dla Jeremiego Przybory Osiecka napisała jedną ze swoich piękniejszych ballad - "Na całych jeziorach - ty".
Na całych jeziorach - ty, o wszystkich dnia porach - ty, w marchewce i w naci - ty, od Mazur do Francji - ty...

Na co dzień, od święta - ty, i w leśnych zwierzętach - ty, i w ziołach, i w grzybach, w nadziejach, że to chyba - ty...

We wróżbach i w kartach - ty, na serio i w żartach - ty, w sezonie i potem, przed ptaków odlotem na wielka tęsknotę - ty, zawsze ty...

(fragment „Na całych jeziorach - ty” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2016)

Nie mów do mnie jak do żony

Agnieszka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie nadaje się do stworzenia prawdziwego, tradycyjnego domu. Zwykła mówić, że nie widzi się w roli żony, a codzienność i domowa rutyna ją zwyczajnie nudzi. Mimo tego wydawało jej się, że związek z mężczyzną da jej upragnione szczęście. Dwukrotnie wychodziła za mąż. Jej pierwszym mężem był Wojciech Frykowski, człowiek-legenda, który w sierpniu 1969 roku, wraz z Sharon Tate, Jayem Sebringiel i Abigail Folger, został brutalnie zamordowany przez bandę Charlesa Mansona. Ślub Osieckiej i Frykowskiego odbył się w 1963 roku w Zakopanem. Był smoking, biała suknia, limuzyna i tylko panna młoda była jakby zupełnie w innej bajce. Agnieszka już wtedy wiedziała, że popełniła błąd. Ich małżeństwo trwało kilka miesięcy. Agnieszka przyznała później, że była to impulsywna decyzja, że ich związek to tak naprawdę nie była miłość, a jedynie niedojrzały flirt.

O jej drugim mężu, Wojciechu Jesionce, pisała niewiele. Poznali się w Piwnicy pod Baranami, Agnieszka chciała się nim zaopiekować, pomóc mu w karierze reżyserskiej, on jednak, z wykształcenia archeolog, nie wykorzystał tej szansy. Osiecka nie traktowała małżeństwa na poważnie, skutkiem czego po raz kolejny jej związek okazał się wielkim nieporozumieniem.

Jak dwa żywioły

Najtrwalszy, choć niezapieczętowany małżeństwem związek stworzyła dopiero z Danielem Passentem. Byli całkowitym przeciwieństwem. Daniel cenił spokój, harmonię i uporządkowane życie. Agnieszka żyła chwilą, niczego nie planowała, nie przejmowały jej dobra materialne. Mimo tego oczarowała go, zostawił dla niej żonę i zamieszkali razem na jej ukochanych Mazurach. Tam, przez chwilę, byli szczęśliwi. Daniel był jedynym mężczyzną, z którym próbowała stworzyć rodzinę, pragnęła mieć z nim dziecko.

Swoją jedyną córkę, Agatę Passent, urodziła w 1973 roku. Macierzyństwo ją przytłoczyło, niemal wszystkie obowiązki związane z córką przejął Passent. Agnieszka, choć tak bardzo chciała mieć dziecko, nie umiała udźwignąć roli matki. Zostawiła Daniela z ich kilkuletnią córką i uciekła do nowej miłości, Zbigniewa Mentzla. Kochała Agatę, w towarzystwie potrafiła opowiadać o niej godzinami, starała się utrzymywać z nią jak najlepszy kontakt, pokazywać jej swój światopogląd, chciała, żeby była ciągle obecna w jej życiu. W szkolnym wypracowaniu dziewięcioletnia Agata napisała „Moja matka ma oczy niebieskie, a włosy koloru ciemnego blondu. Z tyłu jest dość gruba, ale jest dosyć ładna. Nie umie prawie wcale gotować. […] Moja matka wcale na mnie nie krzyczy, tylko każe mi nosić skarpetki. […] Taka jest ona. Moja matka jest poetką, ale wolałabym, żeby była farmaceutką”.

Satyryk i współtwórca STS-u Andrzej Jarecki, redaktor paryskiej "Kultury", starszy od niej o 30 lat Jerzy Giedroyc, założyciel i dyrektor Teatru Atelier w Sopocie André Hübner-Ochodlo - z nimi również Agnieszka Osiecka próbowała pisać miłosne historie ze szczęśliwym zakończeniem. Bezskutecznie. Czy to właśnie przez nieustanną tęsknotę za prawdziwą miłością jej oczy przepełniał smutek?

Korzystałam z książek: "Zdradziecka Osiecka" Piotra Derlatki (Wydawnictwo Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego) i "Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką" Zofii Turowskiej (Wydawnictwo Prószyński i S-ka). 

  1. Kultura

Radek Rak laureatem Nagrody Literackiej Nike

Radek Rak został laureatem Nagrody Literackiej Nike 2020 za książkę
Radek Rak został laureatem Nagrody Literackiej Nike 2020 za książkę "Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli". (Fot. screen Instagram @radek_rak_/materiały prasowe)
Radek Rak został laureatem Nagrody Literackiej Nike 2020 za książkę "Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli". W poprzednich edycjach tę nagrodę dostali m.in.: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł.

- Ta książka to klechda. Jak każda klechda jest triumfem wyobraźni i dotyka twardej rzeczywistości, prawdziwego świata. Snuje historie nie z tej ziemi i jednocześnie opowiada coś, co drzemie w realnej historii. W naszej wspólnej podświadomości, w podglebiu języka, którym mówimy. W tym paśmie realności, z którym mierzy się "Baśń o wężowym sercu", jest coś poruszającego i okrutnego zarazem. Coś co powinno zostać opowiedziane - mówił podczas wręczania Nagrody Literackiej Nike przewodniczący jury profesor Paweł Próchniak.

„Baśń o wężowym sercu” to książka, która powstała wskutek inspiracji Radka Raka postacią Kóby Szeli, znaną ze "Słowa o Jakóbie Szeli" Brunona Jasieńskiego. Jak czytamy w opisie od wydawcy, „Baśń” jest próbą stworzenia na nowo mitologii Galicji. Nie jest powieścią historyczną, i choć napisana z dużym szacunkiem dla ówczesnych realiów społecznych, obyczajowych i politycznych, to zawieszona pozostaje między historią a mitem. Wyrasta z legend, w które obrosła postać chłopskiego przywódcy – tych prawdziwych i tych stworzonych przez Radka Raka. Śledzimy losy młodego Kóby Szeli, wzrusza nas miłość, jaką obdarzyła go Żydówka Chana, czujemy razy pańskiego bata, przeżywamy zauroczenie zmysłową Malwą, wędrujemy przez krainę baśni, żeby zamieszkać we dworze i poczuć zapach krwi rabacji 1846 roku. To powieść o dobru i złu, które czają się w każdym z nas, o nierównych szansach, o Galicji i o Polsce. Powieść pełną rozbuchanego erotyzmu, ironii i humoru, nakarmioną mrokiem ludzkich serc.

33-letni Radek Rak dzieli pracę pisarza i weterynarza. Jako autor debiutował w 2014 roku książką "Kocham cię, Lilith", która ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Później związał się z Wydawnictwem Powergraph, gdzie wydał dwa kolejne tytuły: "Puste niebo" (2016) i "Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli" (2019). Za "Puste niebo" został nagrodzony Złotym Wyróżnieniem w Nagrodzie Literackiej im. Jerzego Żuławskiego i nominowany do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Jego "Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli" była też nominowana m.in. do Nagrody Literackiej "Gdynia".

- Jestem zaskoczony, nie przygotowałem sobie niczego mądrego, co mógłbym powiedzieć, bo trochę lepiej piszę, niż mówię. Jestem zaszczycony i cieszę się bardzo - mówił Radek Rak, odbierając najważniejszą nagrodę literacką w Polsce.

Nagrodę Nike Czytelników dostała natomiast Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż "27 śmierci Toby'ego Obeda". Autorka spędziła w Kanadzie dwa lata, sprawdzając, co ukryto pod tamtejszą kulturową mozaiką, by opowiedzieć to w formie reportażu. Joanna Gierak-Onoszko kreśli obraz Kanady, który burzy nasze wyobrażenia o tym kraju. To opowieść o winie i pojednaniu, zbrodni bez kary i ludziach, którzy wymykają się przeznaczeniu.

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Zwycięzca wyłaniany jest w trzyetapowym konkursie. Pierwszy etap to przyznanie przez jury 20 nominacji, drugi to wybór siedmiu finalistów. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia, czyli podczas ostatniego etapu konkursu. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Fundatorami nagrody są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

Iwona Chmielewska - mapa szczęścia

Fot. Jan Chmielewski
Fot. Jan Chmielewski
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ilustratorka, twórczyni wydawanych na całym świecie autorskich picture booków, zgodziła się dla nas stworzyć portret Agnieszki Osieckiej, ale i opowiedzieć o sobie. I o tym, dlaczego z niektórych książek dla dzieci się nie wyrasta. 

Ilustratorka, twórczyni wydawanych na całym świecie autorskich picture booków, zgodziła się dla nas stworzyć portret Agnieszki Osieckiej, ale i opowiedzieć o sobie. I o tym, dlaczego z niektórych książek dla dzieci się nie wyrasta. 

Czemu na pani obrazie Osiecka patrzy w uchyloną walizeczkę z widokiem na jezioro? Agnieszka Osiecka zawsze kojarzy mi się z moją ukochaną piosenką „Na całych jeziorach ty” (a w konkluzji jednak „my”). Jeździmy z rodziną nad jeziora w Bory Tucholskie od chyba 20 lat, może też dlatego ta piosenka jest mi tak bliska. I jeszcze Kalina Jędrusik, która ją śpiewała i która urodziła się 5 lutego, tak jak ja.

Kiedy zapytaliśmy, czy nie zilustrowałaby pani tekstu o Osieckiej, powiedziała pani, że ją uwielbia. Jestem z pokolenia, które się na niej wychowało. Prawdopodobnie to na tekstach jej, Młynarskiego czy Kofty nauczyłam się kodowania, jak teraz powiedzielibyśmy w języku informatycznym. Kodowania poezji w życiu, w realnym świecie. Bo poezja Agnieszki Osieckiej dużo ma wspólnego z bardzo prostymi sprawami. U mnie surrealizm również wynika z połączenia wyobraźni ze zwyczajnym, codziennym światem. Światem kuchennego lufcika i marchewki, i naci.

Ale też zdałam sobie sprawę teraz, przygotowując się do jej portretu, że Agnieszka Osiecka chorowała na to, na co leczę się ja. Właściwie ciężko powiedzieć, jak z tymi onkologicznymi sprawami jest, dlatego nie mówię „choruję”, ale „leczę się”. I że żyła rok dłużej, niż ja mam teraz. Utożsamiam się z nią, kobietą 60-letnią, chociaż o innej biografii, doświadczeniach, osobowości.

Jest pani najbardziej znaną autorką picture booków w Polsce, jedną z najbardziej cenionych na świecie. Tylko że ten gatunek nadal jest u nas nie do końca oswojony. Może o tym świadczyć już fakt, że używamy angielskiej nazwy. Określenie „książka obrazkowa” nie do końca się przyjęło. Nie jestem naukowczynią ani badaczką, ale sama posługuję się słowem picture book, ponieważ nie godzę się na kategorię „obrazek”, która przypisana jest przede wszystkim do literatury dziecięcej. W ten sposób odbiera się dorosłym możliwość zainteresowania się taką książką i jej przeżycia nie tylko razem z dzieckiem, ale też samodzielnego. Większość picture booków, na których ja się uczyłam – wcześniej nie wiedziałam, że są takie książki – ci wszyscy wspaniali autorzy tworzą dla ludzi w każdym wieku. Tak żeby dorośli mogli odnajdywać dla siebie zupełnie nowe znaczenia, inne niż te, jakie odkrywa się na etapie dziecięcym. Chodzi o różne stopnie wtajemniczenia wynikające z życiowych doświadczeń. Picture booki to forma książki, w której i tekst, i obraz mogą właściwie funkcjonować osobno, ale dopiero, kiedy się je zestawi, następuje wybuch supernowej. W momencie spotkania nagle dzieje się coś fascynującego. Mówię tu także o spotkaniu z odbiorcą, bo to on jest najważniejszy. Dobre picture booki nie epatują popisem talentu autora, ale gościnnością, zaproszeniem do współtworzenia historii przez odbiorcę.

„Obie” z tekstem Justyny Bargielskiej.  O matkach i córkach. „Obie” z tekstem Justyny Bargielskiej.  O matkach i córkach.

Sukces odniosła pani najpierw w Korei Południowej. Zresztą do dzisiaj wychodzi tam więcej pani książek niż w Polsce i pozostałych krajach, działa też pani koreański fanklub. Nie wiem, być może jest tak, że świat oplatają tajemnicze nici, którymi jesteśmy związani, i te nici się łączą, zawiązują w supełki.

Zaczęło się od targów książki w Bolonii. Pojechałam tam po raz pierwszy i od razu spotkałam Jiwone Lee, historyczkę sztuki i tłumaczkę, Koreankę, która studiowała polonistykę w Seulu. Jiwone od studiów interesowała się polską ilustracją, pisała o niej doktorat. W Bolonii zobaczyła makiety moich książek, które tutaj, w Polsce, jakby to ładnie powiedzieć… nie znalazły zainteresowania. Pokazała je kilku wydawcom. Nie minął rok, a ja miałam w Korei już trzy wydane tytuły.

Zastanawiała się pani, dlaczego właśnie w tym kraju jest tak duże zapotrzebowanie na pani wrażliwość i wyobraźnię? Korea uświadomiła mi, że ludzie wszędzie są podobni. Mają rodziców, dzieci, troski i radości, zbliżone potrzeby materialne i duchowe. Ale prawdą jest również, że to bardzo osobny kraj. Koreańczycy są bardziej spontaniczni niż na przykład Japończycy, serdeczni; może w tym sensie jakoś podobni do Polaków? I w tym, że od wieków tkwią między dwiema potęgami – ta „koreańska krewetka” między Japonią a Chinami na mapie wydaje się taka niewielka. A do tego jeszcze wewnętrznie podzielona. Jest takie miejsce, Paju Book City – mieści się tam większość wydawnictw, z którymi ja też współpracuję – leżące bardzo blisko granicy. Z okien widać wzgórza, za nimi jest już Korea Północna.

Mogłybyśmy dużo rozmawiać o koreańskiej specyfice, ale mnie zachwyciło też, jak bardzo cenieni są tam autorzy, jaką wagę przykłada się do książek. Jest cała kultura spotkań z artystami. I kultura warsztatów. Nie tylko dla dzieci, młodzieży czy dla mam. Widziałam gdzieś w Internecie zajęcia dla biznesmenów – sami panowie w garniturach – z moją książką „Kłopot” [o tym, jak ślad wypalony żelazkiem na materiale może być dosłownie wszystkim, jeśli tylko chcesz w nim coś dostrzec – przyp. red.]. To było dla mnie bardzo pouczające, że taką prostą książkę można wykorzystać w ćwiczeniach na kreatywność potrzebną przecież we wszystkich branżach przemysłu.

Królestwo dziewczynki”, intymna opowieść  o  dojrzewaniu  i pierwszej miesiączce. Królestwo dziewczynki”, intymna opowieść  o  dojrzewaniu  i pierwszej miesiączce.

Korea coś w pani zmieniła? Bez niej nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Wszystkie otrzymane światowe nagrody przyznano mi za książki, w które najpierw uwierzyły wydawnictwa koreańskie, a nie polskie, i jest mi z tego powodu trochę smutno. Gdyby nie ta ich wiara, pewnie w końcu zniechęciłabym się próbami, jakie podejmowałam tutaj, bo nic z nich nie wychodziło, a w każdym razie wychodziło niewiele. Pewnie już dawno robiłabym co innego.

Myślę, że wszyscy potrzebujemy tego rodzaju ufności. Swoją drogą osiągnęła ona w pewnym momencie stopień dla mnie niewyobrażalny. Kilkanaście lat temu odważny wydawca zaproponował, żebym zwizualizowała alfabet koreański. Z tego co wiem, ten słownik nadal jest używany w szkołach i to jest trochę zabawne. Nie znam koreańskiego, a uczę alfabetu koreańskie dzieci.

„Mama zawsze wraca” to najnowsza książka z pani obrazami. I tekstem znanej pisarki Agaty Tuszyńskiej. To polska premiera, poruszające wspomnienie Zosi Zajczyk ocalałej z Zagłady. Mama ukrywała ją w getcie i stworzyła jej osobny, bajkowy niemal świat. Z opowieści, gałganków, kawałka węgielka, którym można było rysować po ścianach i podłodze kryjówki. Ta książka wygląda, jakby zrobiona była kilkadziesiąt lat temu. Skąd są te wszystkie skrawki, kawałeczki, pożółkłe kartki? Ze starych książek, okładek, zeszytów, które bardzo lubię zbierać. Jest tam też stary album, już bez zdjęć. Zetlałe papiery mają niesamowicie szlachetny wygląd. Przetarły się, kolory spłowiały, to wszystko zdarzyło się nie przypadkiem i tego się nie osiągnie sztucznie, w komputerze. Oczywiście, można polać papier herbatą i też będzie wyglądał na stary, ale mnie interesują rzeczy, które są już „przeżyte”, wiążą się z historią ludzi, którzy kiedyś z nich korzystali. To pomogło mi uwiarygodnić tę książkę.

„Mama zawsze wraca” z tekstem Agaty Tuszyńskiej. „Mama zawsze wraca” z tekstem Agaty Tuszyńskiej.

To nie pierwszy projekt, którego się pani podjęła, a który opowiada o Holokauście. Nie ucieka pani od bolesnych historii, mierzy się pani z nimi. Szuka ich pani, czy to one panią znajdują? Trudno mi o tym mówić, bo to się wiąże z moim poczuciem, że jest gdzieś palec wskazujący właśnie na mnie – nie wiem, czy z góry, z boku, czy z głębi mnie – coś, co każe mi to zrobić. Zresztą także Agata Tuszyńska mówi, że miała absolutną pewność, że tylko ja jestem w stanie tę historię z nią opowiedzieć.

Ten wskazujący palec – co on dla pani znaczy? Że nie traktuję tego jak pracy, że zrobiłabym to także wtedy, gdyby nikt mi za to nie zapłacił. W moim przypadku chodzi także o to, że nasiąkałam tym od dzieciństwa. Nikt mi tego nie podsuwał, sama z biblioteki wypożyczałam takie książki, zawsze mnie one pociągały, jeśli takie słowo jest tu w ogóle stosowne. I jakąś naturalną koleją rzeczy od tych tematów nie uciekam teraz. Tym bardziej że uważam się za wielką szczęściarę. Tyle rzeczy mi się w życiu udaje, mam się czym dzielić. Mogę wziąć na siebie coś cięższego, wyrównywać te poziomy dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, wierzę w równowagę między nimi. Inna sprawa, że podczas pracy zazwyczaj jestem wyczerpana, prawie nie śpię, jestem trochę po innej stronie. Nie to, że jest ze mną utrudniony kontakt, ale cała jestem tą historią. A potem książka idzie w świat i nie jest już moja. Pojawia się wielka ulga, ale i smutek, że się już skończyło. Wielka pustka.

Tym razem także pojawiła się wielka ulga, że jednak się udało. Zosia przeżyła dzięki miłości mamy, dzięki jej wszechmocy. Coś, co jest niby-niemożliwe, staje się możliwe.

Czy te książki nie mogłyby być weselsze, lżejsze, pogodniejsze? Nieraz słyszała pani takie pytanie. Jaka jest pani odpowiedź? Takie lekkostrawne książki wciąż powstają i jeśli ktoś chce się nimi otaczać, ma naprawdę duży wybór. Ja, nawet jakbym się bardzo starała, nie umiem ich robić. Naprawdę, czasem próbuję przekroczyć samą siebie i odpuścić, ale fizycznie nie potrafię. Nie ma w tym jakiejś wielkiej mojej zasługi, po prostu tak jest.

Usłyszałam kiedyś na spotkaniu bardzo mocne słowa. Pani oburzona książką „Pamiętnik Blumki” [tytułowa bohaterka jest wychowanką Domu Sierot doktora Korczaka – przyp. red.] powiedziała wręcz, że takie książki mogą powodować samobójstwa wśród młodzieży: „Bo czy nie można robić książek o dzieciństwie – tym pięknym, kolorowym dzieciństwie pełnym kwiatów i motyli?”. Powiedziałam, że nie sądzę, żeby tak wyglądało dzieciństwo. Że jeśli ktoś ma właśnie takie, gratuluję, ale ja nie wspominam tego czasu jako idylli. Czułam się kochana, nie doświadczyłam szeroko rozumianej patologii, ale byłam dzieckiem głęboko refleksyjnym i pamiętam, że odczuwałam przemoc dominacji, pomniejszania mnie, poniżania. Nie mówię, że to robili rodzice, po prostu cały świat wokół – szkoła, ulica – tak był urządzony. Że dziecko jest zawsze głupsze, nie ma prawa wyrażać swojej opinii, zadawać dziwnych pytań, musi się podporządkować, dostosować.

„Pamiętnik Blumki”. „Pamiętnik Blumki”.

Uważam, że jeśli się dostarcza dzieciom książek tylko pogodnych, to się je w pewnym sensie oszukuje i osłabia. Porównałabym to z zarazkami i z nabieraniem odporności. Dzieci, jeśli żyją w sztucznej rzeczywistości pozbawionej zagrożeń, nie nabierają odporności na ten świat. One zresztą czują, co jest nieprawdą. Są bardzo szczere i okrutne w swoich pytaniach, prędzej niż o to, dlaczego ten kwiat jest taki piękny, zapytają, dlaczego na chodniku po drodze do przedszkola czy do szkoły leżał martwy ptak. Są nastawione na pytania polaryzujące świat. Myślę, że potrzebują takiej refleksji, jaką znajdą w książkach z trudnymi tematami, że potrzebują o tym rozmawiać z dorosłymi. I niekoniecznie dlatego, że uczą się od dorosłych, bo mogą się uczyć od samych siebie, pobudzone jakąś swoją refleksją.

Osobną kwestią jest to, że w ogóle mamy problem z odbiorem i interpretowaniem sztuki – również sztuki współczesnej, ja sama mam nierzadko z tym kłopot – bo do tego potrzebna jest praca, wysiłek, a my mamy w życiu już tyle wysiłków, trosk, tyle różnych napięć, że nie chcemy sobie dokładać jeszcze kolejnych zadań, i to mając do czynienia ze zwykłą książką dla dzieci.

Tylko że dziecko jest wciąż na etapie rozwoju, więc ta poprzeczka powinna być mu stawiana raczej troszkę wyżej. A może nie wyżej, ale jakoś inaczej, może ukośnie? W picture bookach o to chodzi. O zabawę formą, żeby nie traktować książki jak pewnika, dzieła skończonego. A co, jeśli ją obejrzymy do góry nogami? Co, jeśli zajrzymy do kieszonki na rewersie kartki? Niech to będzie zabawa, zabawa formą, ale i treścią.

Wspominała pani o różnych stopniach wtajemniczenia. Już widzę tych dorosłych, którzy oglądają książkę do góry nogami, zaglądają do kieszonki, bawią się kartkami. Robią to, tylko gdzieś w ukryciu, potajemnie, bo się wstydzą. Po sobie widzę, że to wyzwalające się nie wstydzić, ale większość ludzi uważa, że z tego się wyrasta. Rodzice czasem z dumą mówią: „Moje dziecko już wyrosło z książek z obrazkami, czyta już tylko tekstowe”. No trudno.

Pamiętam, jak kiedyś na festiwalu w Białymstoku poprosiłam organizatorów, żebym mogła mieć zajęcia z dorosłymi. I na te zajęcia zapisało się dużo ludzi, byli tak wdzięczni, tak szczęśliwi, że mogą wziąć do ręki nożyczki, kolorowe papiery, coś naklejać, rysować. Cieszyli się, nie powiem jak dzieci, tylko właśnie jak dorośli. Uważam nawet, że jest to rodzaj terapii. Zresztą od kilku lat – akurat teraz przez pandemię mamy przerwę – prowadzimy z terapeutką psychoanalityczną Jolantą Liczkowską-Czakyrową takie comiesięczne spotkania w toruńskim CSW, które mają przybliżać picture book jako formę rozmowy z samym sobą i innymi.

Muszę o to zapytać. Kiedy dzwoniłam, żeby umówić się na ten wywiad, nagle poczułam się tak, jakbym trafiła do jednego z pani obrazów. Zdaje sobie pani sprawę, że w pani głosie jest ten sam kojący spokój? Śmieszne, bo ja swojego głosu nie lubię. W ogóle jestem niemedialną osobą, mówię dosyć cicho. Raczej zawsze się tego wstydziłam, na studiach, pamiętam, nie uczestniczyłam w żadnych dyskusjach, siedziałam i słuchałam. Zawsze byłam trochę wsobna, ale też myślę, że przez lata mój głos działał przeciwko mnie, powielał stereotyp drobnej nieśmiałej blondynki.

Bardzo późno nauczyłam się z niego korzystać, już po stworzeniu kilku książek. Przekonałam się, że coś umiem, i nagle okazało się, że już nie ściska mnie w gardle, że jestem w stanie publicznie formułować myśli, nawet skomplikowane.

Usłyszałam też, że to, że tak cicho mówię, wymaga większego skupienia. I może coś w tym jest, bo czasami mam spotkania z bardzo rozbrykaną grupą dzieci. Panie, które je przyprowadzają, martwią się: „Jak pani sobie z nimi poradzi!”. Zaczynam mówić, a one przychodzą, po kolei siadają i zaczynają słuchać.

Spotykamy się online. Zastałam panią nie w mieszkaniu w Toruniu, ale w Borach Tucholskich. Mieszkamy tu z mężem i najmłodszym synem od ponad trzech miesięcy. Ponieważ jestem w tak zwanej grupie ryzyka, zdecydowaliśmy, że wyjeżdżamy. To dla nas wymarzone miejsce. No i jeszcze to jest piękne, że wcześniej uważałam, że nie potrafię pracować nigdzie poza moim biurkiem w Toruniu. Mam dostęp do niewielkiej części swoich zbiorów, papierów, faktur, skrawków i to jest moje odkrycie, z tych kilku materiałów tu przywiezionych też mogę zrobić książkę. Niewiarygodne szczęście. Tylko że… Mogę opowiedzieć coś bardzo osobistego?

Oczywiście. Miałyśmy razem z Agatą Tuszyńską spotkanie autorskie online. To było 20 kwietnia i kiedy my rozmawiałyśmy o książce „Mama zawsze wraca”, moja mama miała udar w Pabianicach. I właśnie dzięki temu spotkaniu i w jego trakcie mój brat zadzwonił do mamy. Żeby je sobie obejrzała. Ale nie odebrała telefonu raz, drugi, trzeci i tylko dlatego do mamy pojechał i ją znalazł, inaczej zadzwoniłby dopiero nazajutrz. Mama nie odzyskała do końca świadomości, zmarła po czterech tygodniach. Nie mogłam do niej jechać i jej zobaczyć, nie było wizyt w szpitalu. Więc to chodzenie tu po lasach, z psem, słuchanie ptaków i patrzenie w dal miało dla mnie jeszcze inny wymiar: bezradności, smutku i czekania. To jest moja opowieść o tym czasie. Minął ponad miesiąc od pogrzebu, jest już we mnie większy spokój, jakoś oswoiłam tę sytuację, ale wcześniej myślałam, że mama wróci, tak jak w książce. Wiem, jak to brzmi, gdyby tę historię wymyślił jakiś scenarzysta, uchodziłaby za naciąganą. Tymczasem życie pisze takie scenariusze. Mama wróciła, tylko może gdzieś indziej. Do swoich rodziców, których nie znała, do mojego taty.

Mówiła pani o tym, że jest wielką szczęściarą, że wierzy pani w równowagę między dobrymi a złymi doświadczeniami. To jeszcze opowiem co innego. Po swojej onkologicznej operacji w szpitalu oglądałam ogłoszenia, zdjęcia psów do adopcji. Coś mnie przyciągnęło do Luki, suczki ze schroniska pod Włocławkiem. Moje dzieci też się zachwyciły i pojechały tam, jeszcze kiedy byłam w szpitalu, żeby ją zabrać. Luka nie miała jeszcze roku, a już była po ciąży i karmieniu. Jej szczeniaki poszły do adopcji, cała szóstka, a jej nikt nie chciał. Takiej przepięknej suni! Kiedy ją zobaczyłam, od razu się w niej zakochałam. Potem poszło już szybko, musiała być jeszcze wysterylizowana w schronisku. Ja przyjechałam ze swoimi ranami, ona ze swoimi. Takie kobiece sprawy, które nas wiązały.

Nie wiedziałam, że można tak pokochać psa. Luka jest moją terapeutką, moją powiernicą, jest taka, jaką sobie wymarzyłam. To są te połączenia, splot różnych wydarzeń. Oczywiście, także wielu bardzo bolesnych, ale tak sobie myślę, że wszystko razem nadal tworzy mapę szczęścia.

Iwona Chmielewska, rocznik 1960. Ma w dorobku liczne nagrody, jest m.in. trzykrotną laureatką prestiżowej BolognaRagazzi Award – w tym roku w kategorii New Horizons za wydaną na razie tylko w Korei „Kołysankę dla babci”.