1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Poezja łagodzi samotność - Jarosław Mikołajewski o poezjoterapii i Zuzannie Ginczance

Poezja łagodzi samotność - Jarosław Mikołajewski o poezjoterapii i Zuzannie Ginczance

Zuzanna Ginczanka (fot. East News)
Zuzanna Ginczanka (fot. East News)
Jarosław Mikołajewski mówi, że pisze się po to, żeby się dowiedzieć. By wczuć się w drugiego człowieka. Jego książka o poetce Zuzannie Ginczance jest właśnie próbą dotknięcia cudzego życia. O to, co daje nam fascynacja innymi twórcami oraz poezjoterapia - pyta go Julia Wollner. 

Opisując swoją relację z Ginczanką, zarówno ty sam, jak i krytycy twojej książki, używaliście różnorakiej terminologii: obsesja, zakochanie, nawet stalking historyczny...
Bardzo nie lubię krągłych, zamkniętych zdań, które cokolwiek rozstrzygają. Gdy się do czegoś zabieram, to musi stać za tym przejęcie. Tak jest również w tym przypadku i myślę, że to właśnie to słowo najtrafniej opisuje mój związek z Ginczanką. W 1974 roku, kiedy usłyszałem o niej po raz pierwszy, miałem 14 lat; szedłem właśnie do liceum. W życiu wielu młodych ludzi jest to szczególny moment otwarcia na lekturę. Dla mnie także okazał się przełomowy. Po 8 latach w szkole podstawowej, która była dla mnie jak długi tunel – niewiedzy, zagubienia, braku inspiracji – trafiłem do nowego miejsca właśnie z powodu literackiego zachwytu. Po lekturze wierszy włoskiego poety Cesarego Pavesego zdecydowałem się na naukę w klasie z językiem włoskim. Wtedy też po raz pierwszy zetknąłem się z poezją Ginczanki. Obie te postaci odcisnęły na mnie swoje piętno. Pavese, urodzony i wychowany na wsi, zmuszony do przeprowadzki do miasta, zupełnie stracił w nim swoją tożsamość – i jednocześnie szczęście. Popełnił samobójstwo. Ginczanka, którą przedstawiła mi prawdopodobnie moja licealna polonistka Hanna Zawiślak, była do niego w pewien sposób podobna. Pisała „Non omnis moriar”, a potem została zamordowana. Ta historia spowodowała we mnie jakiś rodzaj bolesnego pęknięcia.

W tym samym czasie zdarzyła się jeszcze jedna ważna dla mnie historia. Wraz z tatą odwiedzałem jego rodzinne miasto Płońsk, od XVI wieku zamieszkiwane przez Żydów, którzy stanowili od 50 do 80 proc. jego mieszkańców. Podczas spaceru spotkaliśmy dawnego kolegę taty ze szkoły, Elię. Kiedy się żegnali, pan Elia powiedział ojcu, że w Płońsku poza nim nie ma już ani jednego Żyda. Ten świat zaginął, a on sam żył w niepokoju, że kiedy umrze, nie będzie miał go kto pochować. „Może znasz jakiegoś młodego chłopaka, który zechciałby przyjechać do Płońska i nauczyć się żydowskiego pochówku?” – pytał. Ta rozmowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czasem myślę wręcz, że całe moje późniejsze życie było spłacaniem długu wobec tego, czego dowiedziałem się o świecie w 1974 roku: od Pavesego, od Ginczanki, od pana Elii. Byłem chłopakiem wychowującym się w szczęśliwej rodzinie, który nagle dowiedział się o tym, że istnieje inny wariant świata, w którym tego szczęścia nie ma.

Pisząc o tym, próbujesz uporać się z bezsensownością ich cierpienia i śmierci?
Szukam śladów tych ludzi i ich nieszczęścia. W Płońsku na miejscu dużego żydowskiego cmentarza, istniejącego 400 lat, wzniesiono niedawno galerię handlową. Po grobach nie ma już śladu. Za każdym razem, gdy tam jestem, staję i próbuję poczuć – jak w mieszkaniu Ginczanki czy hotelowym pokoju, w którym umarł Pavese. Poczuć co? Nie wiem. Dlatego piszę. To chyba Rysiek (Kapuściński – przyp. red.) powiedział mi kiedyś, że pisze się nie dlatego, że się wie; pisze się po to, żeby się dowiedzieć.

Podobnie jak ty, mam w życiu kilka fascynacji, i choć żadna z nich nie doprowadziła mnie do napisania książki, to z pewnością miały spory wpływ na wiele moich decyzji i poczynań. Kiedyś opowiedziałam o nich mojej terapeutce, niepokojąc się, że będzie mnie podejrzewać o jakiś rodzaj zwichnięcia. Zamiast tego usłyszałam, że artyści, o których tak intensywnie myślę, to po prostu... ja. Ile w tobie z Ginczanki? Czy nie uosabia ona twojej własnej kruchości?
Nie wydaje mi się. To nie jest tak, że ja przez Ginczankę dochodzę do prawdy o sobie. Natomiast rzeczywiście uważam, że my wszyscy, ludzie w ogóle, jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż nam się wydaje. Jeśli trafimy na mądrych przewodników, mądrych nauczycieli, usłyszymy, że powinniśmy być sobą, być indywidualistami. Ale nawet oni rzadko kiedy mówią nam inną prawdę, ważniejszą: że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami. Ja się Ginczanki czy Pavesego, czy tych Żydów, którzy zniknęli z Płońska, domyślam; czuję ich poprzez siebie.

I dlatego już na samym początku książki o Ginczance deklarujesz: "Nie mówię, że tak było. Jak było, tego się nie dowiemy, czuję jednak, że tak mogło być".
Tak. Moje podejście oznacza przy tym niezgodę na definiowanie tożsamości, na formułowanie jednoznacznych sądów, wydawanie opinii. Uwielbiamy określać ludzi jednym słowem – Ginczanka na przykład jest zawsze „piękna”. Mało kto mówi o jej poezji bez odwoływania się do fizycznej atrakcyjności autorki. A przecież jedno z drugim nie ma żadnego związku. Uznanie dla jej urody jest też jakimś spłaszczeniem, jakąś kapitulacją, jakimś banalizowaniem. Bo życie samo siebie nigdy nie nazywa. Nie nazywam więc, nie oceniam, nie określam, ale próbuję zrozumieć ich emocje, ich bycie w tym nieszczęśliwym świecie. Kilka lat temu, podczas targów książki Salone Internazionale del Libro w Turynie, udało mi się odwiedzić pokój w hotelu Roma, w którym Pavese popełnił samobójstwo. Zrobiłem tam dokładnie to samo, co w mieszkaniu Ginczanki we Lwowie. Poprosiłem, aby zostawiono mnie samego i zdjąłem buty. To taki odruch, który mam od lat, jakbym umiał patrzeć tylko stopami. To samo zrobiłem na Lampedusie, sycylijskiej wyspie, którą odwiedzałem, pisząc reportaż o tysiącach uchodźców przybywających nań przez Morze Śródziemne. Stopami szukam prawdy. Nie głową – poprzez wydawanie opinii, ważenie 
sądów – tylko nogami, przez czucie.

Nie uległeś mylnemu przekonaniu, wedle którego wielka fascynacja wymaga wiekopomnego dzieła, jakiegoś encyklopedycznego opracowania, biografii, pomnika. Swój hołd oddałeś Ginczance poprzez krótką, emocjonalną książkę, przez tekst o uczuciach i poezji.
Zrobiłem wszystko lub prawie wszystko, by zrozumieć. I podkreślam to w tekście: tylko próbować się liczy. Sięganie po sens jest dla autora najwyższą formą obcowania z nim. Wielu ludzi jednak bardzo się moją książką o Ginczance rozczaruje – uznają, że czegoś nie dookreśliłem, nie dopowiedziałem. Mieszają się gatunki, emocje, wnioski. A to jest właśnie książka o niedopowiedzeniu. O tym, że nie można nazywać.

Każda relacja, każde spotkanie w życiu jest po to, by czegoś nas nauczyć. Czego nauczyła cię relacja z Zuzanną Ginczanką? I czego nauczyła cię sama Ginczanka? Za co jesteś jej wdzięczny?
Odpowiem ci wspomnieniem kolejnej ważnej dla mnie postaci. Przed laty bardzo chciałem poznać księdza Kaczkowskiego; gdy się to udało, przez jakiś czas wielokrotnie odwiedzałem jego samego i chorych w jego hospicjum. Chciałem być obecny przy ostatnich namaszczeniach. Dlaczego? Dlatego, że wydawało mi się wtedy, że to jak włożyć dłoń między plisy wieczności. Ginczanka dała mi to samo. Przypomniała mi też, jak bardzo poważnie traktuję surrealistyczny manifest André Bretona – mówiący notabene, że egzystencję darowano nam na śmiesznych warunkach. Breton pisze, że zadaniem naszego poezjowania jest odnalezienie w rzeczywistości takich punktów, w których pojęcia postrzegane jako przeciwstawne przestaną takie być. Musimy szukać punktów, w których wszystko się łączy. Nie mam nadziei pogodzić niczego z nikim, ale straszliwie pociąga mnie samo szukanie. Cały czas szukam więc tych punktów, także dzięki Ginczance, i przez nią. I przypominam sobie, że tylko poezja jest w stanie nazywać życie – poprzez niedomówienie, niedopowiedzenie, tajemnicę, sugestię.

Wierzysz w terapeutyczną moc poezji?
Oczywiście, i to bardzo głęboko. Kilka miesięcy temu prowadziłem warsztaty poetyckie w więzieniu dla młodocianych przestępców w Acireale na Sycylii. Mój znajomy poeta Biagio Guerrera, SIAE  – włoski odpowiednik naszego ZAiKS-u oraz fundacja Treccani Cultura kierują tam Ustawiczną Szkołą Pisarstwa Autobiograficznego. Zostałem zaproszony do udziału w tym projekcie. Poznałem ludzi o dramatycznych życiorysach. Weźmy takiego Ibrahima. Urodził się w Libii, w Trypolisie. Na tyle naraził się miejscowym bandytom popieranym przez władzę, że do ucieczki z kraju namówił go sam ojciec. Pojechał na brzeg, wmieszał się w tłum uchodźców z Afryki subsaharyjskiej i Syryjczyków, zapłacił za transport, wsiadł do łodzi. Kiedy tylko wypłynęli z przystani, silnik zaczął kopcić. „Hej ty – powiedzieli. – Jesteś stąd: zadzwoń po pomoc”. Ibrahim zadzwonił, przemytnicy podpłynęli, ściągnęli łódź na brzeg, kazali przesiąść się do innego kutra. Kiedy dopłynęli na Sycylię, czekała już na nich policja: uznano, że skoro to Ibrahim dzwonił na brzeg po awarii silnika, był odpowiedzialny za transport. Został aresztowany, stanął przed sądem w Messynie. Dostał 12 lat. Dziś wraz z innymi więźniami uczy się spisywać swoje historie i myśli. Wypowiadać swój ból.

Charles Angoff pisał, że poezja jest reakcją najgłębszej cząstki naszej osobowości na uniesienia i cierpienia, na wielką zagadkę istnienia. Poetka i edukatorka Myra Cohn Livingston wielokrotnie podkreślała, że poezja uczłowiecza.
Poezja pomaga też złagodzić uczucie samotności, którego wszyscy doświadczamy. Na warsztatach poetyckich pracujemy w ok. 20 osób. Każdy pisze swój wiersz, później wychowawca, Girolamo, bierze je wszystkie i łączy w jeden długi poemat. Biografie mieszają się, trudno już rozpoznać autorów, zostają same emocje. Uczucia zostają wyrażone na bieżąco, co dla wielu uczestników jest nowością, czymś, czego muszą się uczyć od zera. Następuje moment oczyszczenia. Na warsztatach nierzadko leją się łzy...

Poezjoterapia stoi na pograniczu trzech dyscyplin naukowych: psychologii, pedagogiki i medycyny. Ty jesteś uznanym, wielokrotnie nagradzanym poetą. Czy jako mistrz słowa jesteś w stanie zdystansować się od niego na tyle, by nie zwracać uwagi na ułomność czyjejś twórczości, a jedynie doceniać i promować jej wartość terapeutyczną? Udaje ci się wcielić w postać doktora?
Zdarzają się wiersze różne, lepsze i gorsze; często jednak są bardzo, bardzo udane. Jeden z więźniów napisał na przykład: „Cztery są zakątki świata, jak cztery są ściany, które mam wokół, cztery jak ziemia, woda, ogień i wiatr. Cztery, jak cztery kolumny mojego życia, jak lata, które minęły od kiedy zaczęło się dla mnie to więzienie. Cztery imiona przychodzą mi bezwiednie do głowy: mama, Antonio, Erika i Giorgia. Tylko tą drogą odwiedza mnie Spokój – ten, który te cztery imiona potrafią mi ofiarować za każdym razem kiedy o nich pomyślę”…

Moja rola bywa trudna, ale też sprawia, że całość przedsięwzięcia jest terapią także dla mnie. Podam ci przykład. Na zajęciach wychowawca proponuje temat, użyteczny z reedukacyjnego lub po prostu edukacyjnego punktu widzenia. Czas mojej obecności na warsztatach został przeznaczony na hasło „pragnienie”. Początkowo przyjąłem go jako propozycję refleksji nad jego 
druzgocącą rolą – a więc nad pragnieniem destrukcyjnym. Tymczasem dla wychowawców była to okazja, by mówić o przechowaniu pragnień jako o sposobie na przetrwanie w więzieniu! Powiedziałem chłopcom o tej rozbieżności. O pragnieniu, które wiele razy zaprowadziło mnie nie tam, gdzie chciałem. Podobnie jak ich. Znowu okazało się, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Łączy nas wielka wspólnota losu. W książce o Ginczance napisałem, że mocno wierzę w siłę empatycznej wyobraźni. W to, że człowiek, który czegoś już w życiu doświadczył i coś pokochał, może, choćby tylko powierzchniowo, wejść w innego człowieka i w jego świat. I znajdzie jakieś wspólne włókienko odczuwania. Coś, co pozwoli mu dotknąć cudzego przeżycia i sytuacji, w której się znalazł, i poczuć powiew lub stojące powietrze po tamtej stronie. A najlepiej opisze to wszystko poezja.

Kim była Zuzanna?

Zuzanna Ginczanka, właściwie Zuzanna Gincburg, polska poetka żydowskiego pochodzenia, związana z kręgiem Skamandra. Urodziła się w 1917 roku w Kijowie w rodzinie zasymilowanych rosyjskich Żydów, a wychowała w Równem na Wołyniu. Swoje niezwykle współczesne, odważne, pełne pasji wiersze tworzyła w języku polskim. We wrześniu 1939 roku wyjechała z Równego do Lwowa. Zadenuncjowana przez Zofię Chominową – gospodynię kamienicy, w której wynajmowała pokój – uciekła do Krakowa. Aresztowana w mieszkaniu na Mikołajskiej 26, zginęła w wieku zaledwie 27 lat, rozstrzelana na terenie obozu koncentracyjnego w Płaszowie.

„Cień w cień”
Jarosława Mikołajewskiego to opowieść o poetce, a przede wszystkim o kimś, kto jej szuka. Książka wydana jako reportaż, jest tak naprawdę rodzajem notatnika, pełnego osobistych zapisków, skrawków korespondencji, wspomnień z podróży i fragmentów wierszy.

Jarosław Mikołajewski, 'Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki' (wyd. Dowody na Istnienie) Jarosław Mikołajewski, "Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki" (wyd. Dowody na Istnienie)

Jarosław Mikołajewski, poeta, italianista, reportażysta. Ostatnio opublikował esej „Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki” (Dowody na Istnienie), zbiór wierszy „Głupie łzy” (Wydawnictwo Literackie) i antologię współczesnych poetów włoskich „W szczelinie między czuwaniem a snem” (Austeria).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Wisława Szymborska – humor i mądrość

Wisława Szymborska tworzyła jedne z najsłynniejszych limeryków w polskiej literaturze. (Fot. Andrzej Rubis/Forum)
Wisława Szymborska tworzyła jedne z najsłynniejszych limeryków w polskiej literaturze. (Fot. Andrzej Rubis/Forum)
Tworzyła wiersze skłaniające do głębokich refleksji, filozoficzne felietony i błyskotliwe eseje, a także żartobliwe limeryki, lepieje, altruitki. „Żart jest najlepszą dla mnie rekomendacją powagi" - mawiała. Mistrzyni pisania o najmądrzejszych życiowych prawdach, przemycanych mimochodem, gdzieś pomiędzy wierszami, często frywolnie i humorystycznie.

Limeryki to krótkie, groteskowe wiersze o tematyce humorystycznej, często wręcz absurdalnej. Jest to najczęściej pięć wersów o ustalonej liczbie sylab akcentowanych. Charakteryzuje je także określony schemat - zwyczajowo pierwszy wers to prezentacja głównego bohatera i miejsca akcji, w drugim rozwija się akcja, trzeci i czwarty zawiązują nowy rym, a piąty przynosi zabawne rozwiązanie opisywanej sytuacji. Limeryk to niesforne ziółko z ogrodu literatury angielskiej. Jakoś dziwnie przyjęło się też w Polsce, grunt okazał się podatny - pisała o nich Wisława Szymborska.

Literackie zabawy Szymborskiej to jednak nie tylko tradycyjne limeryki, a także zapoczątkowane przez nią lepieje (w których porównuje się coś złego do jeszcze gorszego), odwódki (ostrzegające o skutkach picia alkoholu) i altruitki (które nawołują do określonego działania).

"Raz Mozarta bawiącego w Pradze obsypały z kominka sadze. Fakt, że potem, w ciągu pół godziny, wymorusał aż cztery hrabiny, jakoś uszedł biografów uwadze"

"Na przedmieściach żył Singapuru pewien słynny z przemówień guru. Lecz raz wyznał mi z płaczem: "Mam kłopoty z wołaczem i do szczura wciąż mówię: szczuru!"

"Twierdzą mieszkańcy wioski Jurgów, że się wywodzą od Habsburgów, a ściślej mówiąc od Rudolfa, który z ludnością grał tu w golfa. Cóż to za żer dla dramaturgów!"
"Od sherry nogi czterry. Od brandy swędzenie wszędy. Od martini potencja mini"
"Nie męcz aptek i lekarza, sam znajdź drogę do cmentarza"
(wszystkie wiersze pochodzą z tomiku "Rymowanki dla dużych dzieci" Wisławy Szymborskiej, Wydawnictwo a5, Kraków 2003)
  1. Kultura

"Z tęsknoty pisze się wiersze". Najpiękniejsze cytaty Haliny Poświatowskiej

Halina Poświatowska. (Fot. z prywatnego archiwum Heleny Morawskiej/Prószyński i S-ka)
Halina Poświatowska. (Fot. z prywatnego archiwum Heleny Morawskiej/Prószyński i S-ka)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Inteligentna, piękna, nadzwyczaj wrażliwa, a jednocześnie krucha. Żyła krótko, ale śmiertelna choroba nie przeszkodziła jej czerpać z życia garściami. Walcząc z chorobą serca, pisała wprost z niego. Halina Poświatowska, autorka najpiękniejszych liryków miłosnych, 9 maja obchodziłaby swoje 86. urodziny. 

Urodziła się w 1935 roku w Częstochowie jako Halina Myga. Cztery lata później wybuchła wojna, która zostawiła ślad na całe jej życie. Podczas ostatnich kilku dni przed wyzwoleniem jej rodzinnego miasta, mała Haśka z rodziną ukrywała się w piwnicy. Zimno i wilgoć sprawiły, że zachorowała na anginę, z czasem baterie paciorkowca zaatakowały cały organizm, spowodowały zapalenie stawów, a w konsekwencji nieodwracalną wadę serca. Nieuleczalna wówczas choroba spowodowała, że Halina większość życia spędziła w szpitalach i sanatoriach. Nie zrezygnowała jednak z edukacji, ukończyła gimnazjum "Nauka i Praca" i żeńskie Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego. Była ambitna, ciekawa świata i ludzi, dużo czytała i pisała - w najczulszy z możliwych sposobów opisywała swoją rzeczywistość.

czy świat umrze trochę kiedy ja umrę

patrzę patrzę ubrany w lisi kołnierz idzie świat

nigdy nie myślałam że jestem włosem w jego futrze

(fragment wiersza Haliny Poświatowskiej "*** (Czy świat umrze trochę...)" z tomiku "Wszystkie wiersze", Wydawnictwo Literackie)

Leżąc w szpitalu poznała malarza i studenta szkoły filmowej Adolfa Ryszarda Poświatowskiego, również ciężko chorego na serce. Wbrew zaleceniom lekarzy, para pobrała się w 1954 roku. Dwa lata później Halina została wdową, miała wtedy zaledwie 21 lat.

byłeś dla mnie tylko czworokątem papieru lecz moje serce ma właśnie taki kształt
(fragment wiersza Haliny Poświatowskiej "*** (Byłeś dla mnie tylko czworokątem papieru)" z tomiku "Wszystkie wiersze", Wydawnictwo Literackie)
W 1958 roku Poświatowska przeszła skomplikowaną operację serca w Stanach Zjednoczonych. Po niej, zamiast wrócić do Polski, postanowiła złożyć wniosek o stypendium w prestiżowym college'u Smiths College w Northampton. Języka uczyła się w szpitalnym łóżku i, choć nie opanowała go wystarczająco dobrze, stypendium zostało jej przyznane.

Halina Poświatowska, autorka najpiękniejszych liryków miłosnych, 9 maja obchodziłaby swoje 86. urodziny. (Fot. z prywatnego archiwum Heleny Morawskiej/Prószyński i S-ka)Halina Poświatowska, autorka najpiękniejszych liryków miłosnych, 9 maja obchodziłaby swoje 86. urodziny. (Fot. z prywatnego archiwum Heleny Morawskiej/Prószyński i S-ka)

Na czas studiów przypadł również rozkwit jej twórczości - w 1958 roku zadebiutowała tomikiem „Hymn bałwochwalczy", który zyskał pozytywne recenzje zarówno krytyków, jak i poetów. College ukończyła po trzech latach, o rok szybciej niż przewidywał to tamtejszy tok studiów. Stęskniona wróciła do Polski, zamieszkała w Domu Literatów w Krakowie i zapisała się na studia filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zły stan zdrowia nie gasił jej chęci pogłębiania wiedzy i nieustannego szkolenia literackiego warsztatu. Pisała, nie pozwalając chorobie zawładnąć jej rozumem i sercem.

Zawsze kiedy chcę żyć krzyczę gdy życie odchodzi ode mnie przywieram do niego mówię - życie nie odchodź jeszcze

jego ciepła ręka w mojej ręce moje usta przy jego uchu szepczę

życie - jak gdyby życie było kochankiem który chce odejść -

wieszam mu się na szyi krzyczę

umrę jeśli odejdziesz

(wiersz Haliny Poświatowskiej "*** (Zawsze kiedy chcę żyć krzyczę)" z tomiku "Wszystkie wiersze", Wydawnictwo Literackie)

Ireneusza Morawskiego poznała pod koniec 1956 roku. Ona – poetka chora na serce. On – niewidomy literat. Tak rozpoczął się jeden z najpiękniejszych romansów w polskiej literaturze XX wieku.

Ireneusz Morawski. (Fot. z prywatnego archiwum Heleny Morawskiej/Prószyński i S-ka)Ireneusz Morawski. (Fot. z prywatnego archiwum Heleny Morawskiej/Prószyński i S-ka)

Kiedy Haśka wyjechała na operację serca do Stanów Zjednoczonych, zostały im tylko listy, których wymienili między sobą setki. Łączyło ich niepowtarzalne porozumienie, bo niewidomy Morawski, inaczej niż wszyscy, rozumiał los Haliny. Jej uczucia do Morawskiego nie były jednak jednoznaczne - przyznała się bowiem do tego, że tak naprawdę nigdy nie widziała w nim mężczyzny. On z kolei w jednym z listów (w 2017 roku Wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało zbiór listów Morawskiego i Poświatowskiej "Tylko mnie pogłaszcz… Listy do Haliny Poświatowskiej") napisał: Nie zauważyłaś, jak nasze myśli cudownie się krzyżują. Napisałem dosłownie - kocham, a tu list, żebym nie mówił. Listy też się pięknie mijają, szkoda, że nie na krawężniku. Owocem tej znajomości jest powieść Poświatowskiej „Opowieść dla przyjaciela", autobiograficzna, utrzymana w konwencji pamiętnika, w której tytułowym przyjacielem jest właśnie Morawski.

Są takie noce, przyjacielu, kiedy świat się kończy. Świat odchodzi i zostawia nas z rozszerzonymi źrenicami i bezradnie opuszczonymi rękoma.
(fragment książki Haliny Poświatowskiej "Opowieść dla przyjaciela",  Wydawnictwo Literackie)

Jej twórczość została zebrana w jeszcze trzech tomikach: "Dzień dzisiejszy" (1963), "Oda do rąk" (1966) i "Jeszcze jedno wspomnienie" (1968, pośmiertnie). Poświatowska przede wszystkim pisała o miłości. Sentymentalna, delikatna, zmysłowa, dająca nadzieję, a jednocześnie rozpaczliwie wołająca o pomoc - taka była jej poezja. Zupełnie jak ona. Do końca igrała z losem, czerpała z życia garściami, pracowała, podróżowała, oddawała się swojej pasji, wymykała śmierci. Ta dopadła ją jesienią 1967 roku. Haśka zmarła, pozostawiając po sobie najczulszą poezję.

kiedy umrę kochanie gdy się ze słońcem rozstanę i będę długim przedmiotem raczej smutnym

czy mnie wtedy przygarniesz ramionami ogarniesz i naprawisz co popsuł los okrutny

często myślę o tobie często piszę do ciebie głupie listy - w nich miłość i uśmiech

potem w piecu je chowam płomień skacze po słowach nim spokojnie w popiele nie uśnie

patrząc w płomień kochanie myślę - co się też stanie z moim sercem miłości głodnym

a ty nie pozwól przecież żebym umarła w świecie który ciemny jest i kolor jest chłodny

(wiersz Haliny Poświatowskiej "*** (Kiedy umrę kochanie)" z tomiku "Wszystkie wiersze", Wydawnictwo Literackie)
Polecamy: Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan „Tylko mnie pogłaszcz... Listy do Haliny Poświatowskiej”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka.Polecamy: Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan „Tylko mnie pogłaszcz... Listy do Haliny Poświatowskiej”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

  1. Kultura

„Wiersze w mieście” - jak w dwa tygodnie cała Polska pokochała poezję

Celem akcji jest budowanie wspólnoty wrażliwych, to zachęta do czytania i pisania wierszy. (Fot. materiały prasowe)
Celem akcji jest budowanie wspólnoty wrażliwych, to zachęta do czytania i pisania wierszy. (Fot. materiały prasowe)
„Czytanie czy słuchanie poezji to jest potrzeba”– tak do udziału w akcji „Wiersze w mieście” zachęca Artur Barciś. 

Nie czytasz? nie idę z Tobą do łóżka!, Kultura w kwarantannie, Poezja Dzisiaj - to tylko przykłady organizacji społecznych zaangażowanych w akcję „Wiersze w mieście”. W budowanie społeczności wrażliwych włączyły się również biblioteki, teatry, fundacje i organizacje kulturalne z całej Polski oraz influencerzy, youtuberzy i grupy skupione wokół kultury. Organizatorem akcji jest EUNIC Warszawa.

Artur Barciś to tylko jedna z setek osób i profili, które dołączyły do tegorocznej odsłony akcji „Wiersze w mieście”.

Piąta edycja międzynarodowej akcji „Wiersze w mieście” poświęcona jest wspólnocie.  Niepewność, związana nie tylko z panującą pandemią, ale także z zawirowaniami geopolitycznymi oraz zmianami klimatycznymi, powoduje, że to we wspólnocie szukamy wytchnienia. I na szczęście je znajdujemy. Ostatni rok pełen jest pięknych inicjatyw pokazujących siłę wspólnoty. Całe to spektrum emocji znajdziemy w wierszach biorących udział w tej edycji akcji. 20 utworów z 20 krajów. W tym roku  będzie można przeczytać i usłyszeć poezję autorek i autorów z Austrii, Czech, Estonii, Flandrii, Francji, Hiszpanii, Irlandii, Litwy, Luksemburga, Malty, Mołdawii, Niemiec, Polski, Portugalii, Rumunii, Słowacji, Szwecji, Turcji, Ukrainy oraz Włoch.

Akcja taka jak "Wiersze w mieście" sprawia, że poezja nie tylko dociera do ogromnej grupy osób, ale staje się łatwiejsza w odbiorze, a każdy z zaangażowanych podmiotów spełnia rolę przewodnika po świecie liryki. O tym m.in. mówi jeden z popularnych kanałów książkowych na YouTube „Strefa Czytacza” w nagraniu, które jest odpowiedzią na Book TAG, przygotowany w ramach tegorocznej edycji.

A może to jest właśnie droga do czytania wierszy? Nie żebyśmy byli pozostawieni samym sobie, ale ze wsparciem drugiego człowieka. pytają w swoim filmie prowadzący kanał.

W ramach „Wierszy w mieście” wszyscy miłośnicy poezji zostali zaproszeni do wspólnego pisania wiersza, do którego każdy może dopisać swój wers. Można także wziąć udział w konkursie zorganizowanym we współpracy z grupą Kultura w kwarantannie na zilustrowanie dowolną techniką jednego z 20 tegorocznych wierszy. Przez cały czas trwania akcji wrażliwi na poezję mogą dzielić się swoimi ukochanymi utworami oraz chwalić własnymi kącikami do czytania wierszy.

Celem akcji jest budowanie wspólnoty wrażliwych, zachęcenie do czytania wierszy dostępnych w ramach inicjatywy na stronie www.wierszewmiescie.eu, ale również do obcowania z poezją regularnie. Akcja  trwa do 15 maja.

  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.