1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. #hot16challenge2 - szesnaście wersów na szczytny cel

#hot16challenge2 - szesnaście wersów na szczytny cel

Screen YouTube: Dawid Podsiadło #hot16challenge2
Screen YouTube: Dawid Podsiadło #hot16challenge2
O tym, że moc Internetu jest ogromna wiadomo nie od dziś. Przekonali się o tym również polscy artyści, którzy w ciągu ostatnich dni zebrali przeszło milion złotych na walkę z koronawirusem.

Wyzwanie #hot16challenge powstało w 2014 roku z inicjatywy znanego rapera, Karola Poziemskiego. Muzyk znany fanom rapu jako Solar postanowił zmierzyć się na wersy z kolegami z branży. Wyzwanie polegało na nagraniu 16-wersowej zwrotki na dowolny temat i do dowolnej muzyki oraz nominowaniu kolejnych artystów, którzy mają 72 godziny na zrealizowanie zadania i wyznaczenie kolejnych uczestników muzycznej zabawy.

Po kilku latach akcja wróciła, i to ze zdwojoną siłą. Poruszony obecną sytuacją związaną z pandemią Solar powołał do życia #hot16challenge2. Tym razem jednak przyjmujący wyzwanie nie tylko walczą na rymy, ale mierzą się również z koronawirusem. Akcji towarzyszy bowiem zbiórka na stronie siepomaga.pl, dzięki której można wpłacać pieniądze na pomoc dla służby zdrowia. Wysokość wpłaty jest oczywiście dowolna. Nominacja do wyzwania stała się więc nie tylko symbolicznym rzuceniem rękawicy na ringu artystycznym, ale też zachętą do realnego wsparcia lekarzy i szpitali walczących z pandemią. 

Do udziału w zbiórce chciałbym zachęcić nie tylko nominowanych, ale i wszystkich słuchaczy. Możesz wpłacić pieniądze na zbiórkę którą stworzyłem, ale jeśli wolisz wesprzeć inaczej – napisał pod swoim filmem Solar.

Charytatywna edycja wyzwania błyskawicznie stała się hitem sieci, wychodząc poza granice sceny hiphopowej. Oprócz znanych raperów takich jak O.S.T.R, Taco Hemingway, Quebonafide czy Pezet wyzwanie podjęli także przedstawiciele innych gatunków muzycznych. Swoją interpretację „szesnastki” (wraz z darowizną) zaprezentowali m.in. Dawid Podsiadło, Brodka, Nosowska, Krzysztof Zalewski, Daria Zawiałow, Margaret, Paulina Przybysz, Igor Herbut, Fisz i Artur Andrus.

Celem akcji było zebranie miliona złotych. Ku zaskoczeniu wszystkich udało się to osiągnąć w niecały tydzień. Dziś, po dwóch tygodniach od rozpoczęcia wyzwania przez Solara, na koncie fundacji siepomaga.pl widnieje kwota przeszło 1,5 miliona złotych. Ponadto z każdym kolejnym dniem licznik zwiększa się o kolejne setki tysięcy złotych, a do akcji wciąż włączają się kolejni artyści.

Zbiórka dostępna jest pod adresem siepomaga.pl/hot16challenge Akcję śledzić można na stronie hot16challenge.network

Artyści, którzy podjęli wyzwanie #hot16challenge2

Dawid Podsiadło, który otrzymał nominację od duetu Taconafide nagrał utwór w charakterystycznym dla siebie stylu. Swój podziw dla służby zdrowia wyraził słowami: "Chciałbym zaznaczyć, że podziwiam lekarzy, wszystkie medyczne siły, stojące na straży".

Brodka postawiła na zabawę słowem i skomentowała obecną sytuację w kraju. Choć artystka nie zajmuje się rapem na co dzień, internauci zgodnie przyznali, że poradziła sobie znakomicie.

Wyzwanie podjęła też Katarzyna Nosowska, która nagrała utwór ze znanym producentem muzycznym, Foxem. Artyści współpracowali ze sobą już wcześniej, chociażby przy ostatniej płycie wokalistki.

Po opublikowaniu utworu przez Darię Zawiałow zachwyceni nowym wcieleniem artystki fani poprosili ją o nagranie całej płyty w podobnym klimacie. W realizacji "szesnastki" pomógł wokalistce producent muzyczny Michał Kush.

Margaret oprócz tego, że świetnie śpiewa, jest również doskonałą raperką. Udowodniła to swoim ostatnim albumem zatytułowanym "Gaja Hornby". Swoją "szesnastkę" wzbogaciła refrenem piosenki Cher, "Bang Bang (My Baby Shot Me Down)".

Igor Herbut, wokalista zespołu LemON, otrzymał dominację od Pawła Domagały. Artysta sam napisał tekst i skomponował muzykę, a podczas nagrania towarzyszył mu kilkumiesięczny synek, Kai.

Wyzwaniu #hot16challenge2 stawili też czoła bracia Waglewscy, którzy nominację otrzymali od Taco Hemingwaya. Zwrotkę napisał Fisz, a muzykę do niej skomponował Emade.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Kultura

Hey wraca na scenę po dłuższej przerwie

Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Dobra wiadomość dla fanów Katarzyny Nosowskiej i grupy Hey. Po 3,5-letniej przerwie zespół zagra jedyny w tym roku koncert w ramach tegorocznej edycji Festiwalu Jarocin.

Jarocin Festiwal 2021 zamyka line-up. Poznaliśmy już wszystkich wykonawców, którzy pojawią się na tegorocznej imprezie. Wśród nich niespodziewanie pojawiła się grupa Hey, która w 2017 roku ogłosiła koniec działalności i pożegnała się z fanami trasą koncertową Fayrant Tour. Zespół wystąpi na festiwalowej scenie już 17 lipca i będzie to jedyny występ zespołu w tym roku.

My tu gadu, gadu, a Hey zagra po 3,5 rocznej drzemce, jedyny w tym roku koncert. Zapraszamy Was z całego serca do Jarocina! Spotkajmy się! Hey nie wie, co się działo na świecie przez ten czas – nie mówcie nam o tym, nie jesteśmy ciekawi… Chcemy, żeby przez kilkadziesiąt minut było jak dawniej – razem! - poinformował zespół w mediach społecznościowych.

Festiwal Jarocin odbędzie się w dniach 16-18 lipca 2021 roku. Oprócz zespołu Hey, na scenie pojawią się również m.in. Strachy na Lachy, Muchy, Luxtorpeda, Edyta Bartosiewicz, Sorry Boys, Krzysztof Zalewski, Daria Zawiałow i Kwiat Jabłoni. W programie zaplanowano również wyjątkowe jubileusze, w tym 40-lecie zespołu Dezerter, 20-lecie grupy Happysad, 40-lecie debiutu na Jarocin Festiwal formacji TSA oraz 30-lecie wydania albumu „Legenda” zespołu Armia.

  1. Kultura

Rock'n'roll nigdy nie umiera – włoski zespół Måneskin zwycięzcą Eurowizji 2021

Zwycięstwem na tegorocznej Eurowizji zespół Måneskin z Włoch udowodnił, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. (Fot. materiały prasowe Sony Music)
Zwycięstwem na tegorocznej Eurowizji zespół Måneskin z Włoch udowodnił, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. (Fot. materiały prasowe Sony Music)
Zaczynali grając na ulicy. Potem zajęli drugie miejsce we włoskiej edycji programu X Factor, wygrali festiwal w San Remo, a w ubiegłą sobotę również tegoroczną Eurowizję. Swoim energetycznym występem nie tylko zdobyli miano najlepszego zespołu całego konkursu, ale udowodnili też, że rockowa energia ciągle potrafi porwać ludzi. Nazywają się Måneskin – zapamiętajcie, bo będzie o nich głośno.

Są młodzi, piękni i diabelsko zdolni. Ich wyrazisty wizerunek nie pozostawia nikogo obojętnym, a elektryzująca muzyka przyprawia o ciarki na plecach. Włoski zespół Måneskin to idealny przykład tego, jak talentem i charyzmą można podbić świat. Ich brzmienie jest świeże, pełne pasji i wolności, jednak ciężko ich zaszufladkować, przypisać do konkretnego gatunku. Grają alternatywnego rocka z domieszką popu i funku, ale w ich utworach można usłyszeć też elementy punku i rapu. Nie ukrywają, że największą inspiracją są dla nich Arctic Monkeys i Harry Styles. W ubiegłą sobotę utworem „Zitti E Buoni” nie tylko zwyciężyli 65. Konkurs Piosenki Eurowizji, ale też pozdrowili środkowym palcem wszystkich hejterów.

Fot. materiały prasowe Sony MusicFot. materiały prasowe Sony Music

Måneskin w języku duńskim oznacza „światło księżyca”. Zespół powstał w 2016 roku, a jego członkowie znają się jeszcze z czasów szkolnych. Charyzmatyczny wokalista Damiano David, basistka Victoria De Angelis, gitarzysta Thomas Raggi i perkusista Ethan Torchio zaczynali od grania na ulicach w Rzymie, najczęściej na Via del Corso, zbierając pieniądze do futerału gitary. Szybko zostali jednak docenieni przez widownię i jurorów włoskiej edycji programu X Factor, w którym zajęli drugie miejsce. Na kolejny sukces nie musieli długo czekać. Zwycięstwo na kultowym festiwalu w San Remo zapewniło im udział w tegorocznym Konkursie Piosenki Eurowizji. Swój kraj reprezentowali dynamicznym utworem „Zitti E Buoni”, który opowiada o odkupieniu i chęci odwrócenia losów świata przez muzykę. Jego surowość doskonale pasuje do muzycznej filozofii Måneskin. – To rockowa piosenka o mocno gitarowym brzmieniu. Całość jest bardzo energetyczna. Tekst ma takie przesłanie: mówimy "zamknij się" do otaczających nas hejterów i robimy swoje – wyjaśnia wokalista zespołu.

Faworytami byli praktycznie od początku. W notowaniach bukmacherów ich utwór od marca utrzymywał się w pierwszej piątce, a w ostatnich dniach powędrował nawet na miejsce pierwsze. Na duże prawdopodobieństwo sukcesu piosenki wskazywał także Artur Orzech, wieloletni komentator konkursu. Popularność numeru potwierdzają również dane Spotify za okres od marca do maja bieżącego roku. Wykazały one bowiem, że „Zitti E Buoni” było najczęściej odtwarzanym eurowizyjnym utworem w serwisie. I to nie tylko we Włoszech, ale też w innych europejskich krajach. Finalnie Måneskin zwyciężył w sobotnim finale zdobywając łącznie 524 punkty w głosowaniu jurorów i telewidzów, a widowisko, które zaprezentowali porwało widzów nietuzinkową energią. W ten sposób grupa zapewniła swojemu krajowi trzecie w historii zwycięstwo (wcześniej Włosi triumfowali na Eurowizji w 1964 i 1990 roku, natomiast w poprzedniej edycji zajęli wysokie drugie miejsce miejsce).

- Rock’n’roll nigdy nie umiera – wykrzyczał ze sceny wokalista odbierając statuetkę dla zwycięzcy. Trzeba przyznać, że nieposkromieni Włosi rozpoczęli swoją karierę z przytupem. Jak podkreśla dziennik „La Repubblica”, dzięki wygranej na Eurowizji Måneskin stoi teraz „na dachu Europy”. Jednak mimo międzynarodowego rozgłosu, jaki już zdobyli, nie zamierzają spoczywać na laurach. Ich drugi studyjny krążek zatytułowany "Teatro d’ira – Vol. I" w sieci przesłuchano już ponad 100 milionów razy. W wersji fizycznej ukaże się on w najbliższy piątek, czyli 28 maja. Utrzymany w retro klimacie lat 70. album będzie pierwszą częścią większego projektu szykowanego przez grupę. Zespół ma na koncie również EP-kę „Chosen” i album „Il ballo della vita”, który osiągnął status trzykrotnej platynowej płyty. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość muzyki, to jesteśmy zdecydowanie na „tak”.

Drugi studyjny album zespołu Måneskin zatytułowany 'Teatro d’ira – Vol. I' trafi na sklepowe półki już 28 maja. (Fot. materiały prasowe)Drugi studyjny album zespołu Måneskin zatytułowany "Teatro d’ira – Vol. I" trafi na sklepowe półki już 28 maja. (Fot. materiały prasowe)
  1. Kultura

„Uważam się za poetę, dopiero potem za muzyka”. Bob Dylan kończy 80 lat

Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
W 1978 roku powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Obchodzący dziś 80. urodziny Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, ale przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 11/2016).

Kiedy Jean Paule Sartre odmówił odebrania literackiej nagrody Nobla w 1964 roku, był to manifest „artystycznej niezależności”. W roku 2016, Bob Dylan, ignorując przez dwa tygodnie sam fakt otrzymania Nobla, osiągnął więcej – sprawił, że cały świat mówił o nagrodzie i kwestionował jej znaczenie.

W 1978 roku Robert Zimmerman (tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Dylana) powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Kiedy ten 80-letni artysta odejdzie ze świata, za którym zresztą nie przepada, dołączy do szacownego grona poetów z nagrodą Nobla, takich jak Yeats, Eliot czy Miłosz. Mimo to Nobel dla Dylana to nie tylko nagroda dla współczesnego literackiego geniusza, lecz również dla uprawianej przez niego formy. Piosenka czy pieśń zajęła należne jej miejsce w panteonie obok wiersza, dramatu i powieści.

A właśnie: piosenka czy pieśń? W języku angielskim nie ma tego rozróżnienia. Jest „song” i tyle – przy ognisku i w filharmonii. W tym drugim wypadku anglojęzyczni melomani używają czasem niemieckiego słowa lied/lieder, chociaż to jawny snobizm. Najważniejsze jednak, że określenie „song” nie jest w żadnym wypadku wartościujące. Pieśń Schuberta nie jest lepsza od piosenki Dylana – określamy wyłączne formę, nie przynależność. Polski język prowokuje do lekceważenia piosenki, co smuci, zważywszy na wspaniałą tradycję tego gatunku w naszym języku: Osiecka, Przybora, Kofta. Skamandryci. I cała polska tradycja „śpiewania poezji” – Demarczyk, Grechuta, Turnau.

Ciągła zmiana twarzy

Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, jest przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki. W historii sztuki pojawiają się artyści, którzy sprawiają, że nic nie będzie takie, jak wcześniej. Takimi artystami byli Picasso czy Miles. Dylan też jest takim artystą. Mówiło się, że Elvis dał muzyce ciało, Beatlesi serce, a Dylan mózg. To tylko zgrabne uproszczenie. Dylan sprawił, że piosenka popularna nagle mogła być o wszystkim. I każdy, kto przyszedł po nim, zastawał otwarte drzwi. Co więcej, Dylan sprawił, że język piosenki odrzucił wszelkie granice – słownictwo i wizja stały się nieograniczone, surrealistyczne, nowe.

Jeden z dziennikarzy radiowej Trójki powiedział na antenie, że to jest nagroda dla całego rock’n’rolla. Nie zgadzam się z tym. Nie ma bardziej samotnej działalności, niż praca literata. A przecież ten Nobel jest za słowa – nie za głos i nie za gitarę. I jeszcze jedno: Dylan nikogo nie reprezentuje. Rzecz jasna poza samym sobą, a często wbrew samemu sobie. Kiedy tylko zaliczano go do jakiegoś ruchu, od razu się oddalał. Tak było z pieśniami protestu, kiedy okrzyczano go „prorokiem” protest-songu. Tak było z całą muzyką akustyczną, od której zaczynał – zaczynał bowiem od wspaniałej amerykańskiej tradycji pieśni ludowej. Bez początku i bez końca. Pieśni starej jak świat i wreszcie „nobilitowanej Noblem”.

Dylan jeszcze wiele razy uciekał, właściwie do tej pory nie przestał tego robić. Z gitary akustycznej przesiadł się na elektryczną, czemu towarzyszyło niesłabnące wycie zawiedzionej publiczności. Z życia gwiazdy rock’n’rolla uciekł do wiejskiej sielanki Woodstock. Później z rocka uciekł do country. Nikt nie nadążał za jego nieustającymi zmianami. Gdy wydał album zatytułowany „Autoportret” (1970), krytyk magazynu Rolling Stone napisał: Co to za gówno? Gdy przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo było jeszcze gorzej – odwróciło się od niego wielu fanów. Zawsze wolny od poddawania się wpływom czy ocenom, kontynuował swą misję i „nauczał” ze sceny, opowiadając o zbawieniu niczym nawiedzony kaznodzieja. Nagrywał płyty o Jezusie, chociaż nikt nie chciał ich kupować. Gdy wrócił do judaizmu, związał się z radykalną sektą chasydzką… Zawsze pod prąd, zawsze zamknięty, nieosiągalny, bez kontaktu z otaczającym światem. Nie spotyka się ze słuchaczami, nie podpisuje płyt. Najnowsza ucieczka Dylana to piosenki z Wielkiego Amerykańskiego Śpiewnika. Największy autor piosenek wykonuje utwory z repertuaru Franka Sinatry, chociaż nikt nie brzmiał w nich gorzej od niego. Wielokrotnie mówiło się, że „Dylan zmienia maski”. A może on po prostu zmienia twarze?

Co z tym Noblem

Ten Nobel zaskoczył cały świat. A przede wszystkim literaturoznawców, ponieważ po raz pierwszy przyznano nagrodę twórcy, którego dzieł nie znają. Podobnie jest zresztą ze światem muzyki. Byłoby naiwnością mniemać, że słuchacze Dylana czytają Adonisa. Ale Murakamiego już tak. A przynajmniej Philipa Rotha. To jest nagroda za tradycję homerycką, ponieważ pieśń pojawiła się przed wierszem i przed dramatem. Była pierwszą formą przekazu. Ewoluowała z mowy, potem wzbogaciła ją muzyka. Komitet Noblowski przyznał nagrodę literacką za „tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni". Tradycji – dodajmy – starej jak sam człowiek.

Niejasne było zachowanie Dylana po ogłoszeniu decyzji Komitetu. Jest nieprzewidywalny, to prawda, ale do tej pory odbierał grzecznie wszystkie zaszczyty. A warto pamiętać, że ma na koncie najwyższe trofea, jakie może zdobyć współczesny artysta. Ma je wszystkie. Jest wśród nich Oscar – za piosenkę „Things Have Changed”, najbardziej pesymistyczny utwór uhonorowany nagrodą Akademii (film „Wonder Boys”, 2000). Jest Złoty Glob – za tę samą piosenkę. Ma Dylan w dorobku aż trzynaście nagród Grammy, ma także dwa doktoraty honoris causa za muzykę (w tym Uniwersytetu Princeton). Jest laureatem Polar Music Prize (2000), nazywanej czasem „muzycznym Noblem”. Ma też Pulitzera – za „głęboki wpływ na muzykę popularną i amerykańską kulturę, ze szczególnym uwzględnieniem kompozycji o wyjątkowej sile poetyckiej”. Otrzymał prestiżową hiszpańską Nagrodę Księcia Asturii (2007), oraz dwa najwyższe odznaczenia francuskie: Ordre des Arts et des Lettres (Order Sztuki i Literatury, 1990) i Legię Honorową (2013). Prezydent Barack Obama odznaczył Boba Dylana najwyższym odznaczeniem cywilnym w Stanach Zjednoczonych, Medalem Wolności (2012).

Jest w amerykańskim show-businessie elitarny klub, określany skrótem EGOT. Liczy tylko kilkunastu członków, a są to laureaci nagrody Emmy, Grammy, Oscara i Tony (nagroda teatralna). Znajdziemy wśród nich takich artystów, jak Audrey Hepburn, Richard Rodgers i Mel Brooks. Dylan – jak zwykle – nie przystaje. Nie ma szans na Tony’ego, jego twórczość omijała Broadway (nie licząc nieudanego epizodu z musicalem „The Times They Are a-Changin’”, z którym on sam nie miał nic wspólnego).

Jest jeszcze ciekawostka, przeoczona przez komentatorów. Bob Dylan to drugi autor w historii, który otrzymał zarówno literackiego Nobla, jak i Oscara. Pierwszym był… George Bernard Shaw. Wybitny dramaturg i prozaik irlandzki został laureatem literackiego Nobla już w 1925 roku, natomiast w roku 1938 zdobył Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany ekranizacji swojego dramatu „Pigmalion” (i powiedział, że Nagroda Akademii to obelga, bo w Hollywood najpewniej nikt o nim nie słyszał). To zupełnie nowy „klub”, ciekawe, kto zostanie jego trzecim członkiem. I kiedy, bo raczej nieprędko.

Jego Bobość

Bob Dylan nie ma życiorysu. Nuda. Przynajmniej na tle innych gwiazd jego pokolenia. Pił? Pił. Bił? Bił. Ale co to jest jeden brzydki rozwód dla gwiazdy rocka? Co to znaczy „nieślubne dzieci”, skoro nikt nie wie dokładnie, ile ich jest. Ich matki to bezimienne Afroamerykanki, podobno artysta płaci alimenty i kupuje w ten sposób ich dyskrecję. Zważywszy na skalę jego talentu światu nie grozi raczej wysyp „młodych Dylanów”. Syn artysty, Jacob, ma własną karierę muzyczną. Podobnie jak syn Leonarda Cohena, Adam. John Lennon też miał muzykalnych synów. To przekleństwo być synem giganta.

Robert Zimmerman z Minnesoty pojawił się znikąd i przewrócił wszystko do góry nogami. Najpierw w klubach Greenwich Village, potem na scenach całego świata. Wystąpił nawet przed polskim papieżem, zaśpiewał m.in. „Blowin’ in the Wind” (Bolonia, 1997). Papież podchwycił słowa ballady. Dawno temu śpiewała ją Maryla Rodowicz: „Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat, odpowie ci, bracie, tylko wiatr”. Smutne, że nasza percepcja Dylana zaczęła się pół wieku temu przy ognisku i razem z nim wygasła.

Polscy literaturoznawcy okazali bezradni. Większość z nich skorzystała z przywileju nie opowiadania głupstw. Bo co właściwie mieli powiedzieć o utworach nieznanego i w zasadzie nietłumaczonego na polski autora, którego poetycka wyobraźnia karmi się – tworzoną od nowa – mitologią delty Missisipi, w której ożywają nie duchy dawnych bluesmanów nawet, ale cienie ich duchów, echa ich słów. Słów, które Dylan nieustannie przywołuje. Cytuje i przetwarza. Słów, które stały się tematem nieznanego w kulturze popularnej wysypu uczonych analiz. Liczba prac poświęconych twórczości Boba Dylana nie ma równych. Piszą o nim profesorowie z Cambridge, piszą fanatycy. Jeden z krytyków nazwał go „Joycem rocka”, inny „Picassem piosenki”. Wielbiciele mówią o nim z czułością „Jego Bobość” (His Bobness).

Jest Bob Dylan człowiekiem wielu talentów. Jego autobiografia „Kroniki cz. 1” (2004) to świetna proza, autor operuje dynamiczną narracją, wciąga czytelnika w świat obrazów i dźwięków, łamie chronologię, zaprasza ciekawych do swojego życia, by po chwili zgubić ich w labiryncie wspomnień, by obudzili się w zupełnie innym miejscu, jak w krainie czarów. Dylan to chaos. Powiedział kiedyś: „Akceptuję chaos, ciekawe czy chaos akceptuje mnie”. Ale jego życie to nie tylko nieustanna zmienność i nowe maski, są w nim także elementy stałe, ale stałe niepokojąco, niezmienne depresyjnie. Od kiedy ruszył na trasę koncertową pod koniec lat 80. praktycznie nie zrobił przerwy do dziś. To tournée doczekało się miana „Never Ending Tour”, być może jeszcze w tym roku przypadnie trzytysięczny koncert. Bob Dylan jest bogaty, jego majątek ocenia się na 200 milionów dolarów, ale nie potrafi inaczej żyć. Nie potrafi nie występować, zostać na dłużej w domu. A skoro nie gra żeby żyć, może po prostu żyje, żeby grać?

Człowiek wielu talentów, od wczesnych lat artysta ilustrował swoje książki. Zaczynało się niewinnie, chociaż już pierwsze wydania jego tekstów zawierały rysunki świadczące o talencie i oryginalności. Nic jednak nie wskazywało na eksplozję talentu, jaka nastąpiła w późniejszych latach. Bob Dylan jest dziś uznanym artystą malarzem, a jego prace – głównie w technice akrylu na płótnie – osiągają bajońskie ceny. Gdzieś pomiędzy Matissem a Chagallem jest Dylan kolorystą, ekspresjonistą i… „rewizjonistą” (jedna z ostatnich wystaw artysty nosi nazwę „Revisionist Art”). Bardziej jednak od techniki porusza tematyka jego prac. Obrazy Dylana to studium samotności. Świat oglądany przez okna autobusów i moteli. Wydrążeni ludzie. Bardzo martwa natura. I nagie Murzynki – najczęściej od tyłu i najczęściej bez głowy, która nie mieści się w ramach obrazu. Brązowe pupy. Obsesja mężczyzny, który pisał o miłości. I chyba doszedł do wniosku, że za bardzo się odsłonił. Jego najnowsze prace to rzeźby w metalu, furtki i drzwiczki, które artysta samodzielnie spawa z łańcuchów i części samochodowych.

Ale przecież nie za to ten Nobel. Najmniej wątpliwości co do zasadności nagrody mieli konkurenci, koledzy i akolici. Inni śpiewający autorzy. W opublikowanej na tydzień przed przyznaniem nagrody autobiografii „Born to Run” Bruce Springsteen przywołuje rozmowę z Bobem Dylanem, dla którego śpiewał podczas honorowej gali w Centrum Kennedy’ego. Kiedy artyści spotkali się przypadkowo na schodach Dylan podziękował Springsteenowi za udział i dodał: „Gdybym mógł coś dla ciebie zrobić…” Springsteen pomyślał: Żartujesz? I powiedział: „Wszystko już zrobiłeś”. Ale artysta zwany „Szefem” nie jest w Polsce autorytetem. Podobnie jak Dylan bardzo amerykański i szerzej nieznany, pozostaje poza zasięgiem naszych zainteresowań literaturą współczesną. Już prędzej Tom Waits – tłumaczony, rozpoznawany i szanowany. Tom powiedział: „Nie ma ważniejszego głosu”. Natomiast ulubiony bard Polaków, drugi w kolejce do Nobla (teraz już bez szans) Leonard Cohen, pokusił się o następującą metaforę: „Przyznane literackiej nagrody Nobla Bobowi Dylanowi, jest jak udekorowanie Mount Everest medalem za to, że jest najwyższą górą”. Innymi słowy zaszczyt dla medalu.

Bob Dylan, pieśniarz (słowa, muzyka, wykonanie). Urodzony w 1941 roku w Minenesocie jako Robert Zimmerman. Na początku lat 60. zrewolucjonizował nowojorską scenę folkową jako czołowy autor i wykonawca protest songów, sięgnął po rock and roll i spopularyzował folk-rock. Czerpał z bluesa. Wydał ponad 40 płyt, od lat udostępnia także serię archiwaliów. Zagrał w kilkunastu filmach, m.in. „Pat Garrett & Billy the Kid”. Laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku.