1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Claes Bang - pozytywny perfekcjonista

Claes Bang - pozytywny perfekcjonista

Claes Bang (Fot. Getty Images)
Claes Bang (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Claes Bang przyznaje, że jest superambitny. Ta cecha łączy go z jego najsłynniejszymi rolami: Christiana z „The Square”, Jamesa z „Obrazu pożądania” (w kinach od 30 października) czy nawet hrabiego Drakuli z serialu Netflixa. Nam zdradza, czy lubi sztukę współczesną, co go najbardziej urzekło w Warszawie i jak pracowało mu się z Mickiem Jaggerem.

Ambicja to dar czy przekleństwo?
Mieć aspiracje i cele życiowe to piękna rzecz. To wspaniale być pozytywnym perfekcjonistą, nakierowanym na poprawianie świata. Niestety, wygórowane ambicje mogą nas zniszczyć, stać się źródłem uzależnień. Kiedy ambicja przestaje być motorem, a staje się hamulcem blokującym rozwój, to taki perfekcjonizm kojarzy mi się z zaburzeniem osobowości. Nie jest on zbudowany na wierze w siebie i możliwości realizacji ambitnych życiowych zamierzeń, tylko na kompleksach i strachu. Często dotyczy to osób, których kompleksy wynikają ze wstydu, lęku lub odrzucenia doświadczonego we wczesnym dzieciństwie. Być może właśnie owe wygórowane ambicje i nierealistyczne cele życiowe są przyczyną obserwowanego obecnie znacznego wzrostu zachorowań na depresję.

Zapytałam cię o ambicję, bo to ona jest motorem działania Jamesa, krytyka sztuki kradnącego cenny obraz, w którego wcielasz się w filmie "Obraz pożądania" w reżyserii Giuseppe Capotondiego (w kinach od 30 października). James nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swoje zamiary.
I to jest niestety przykład toksycznej ambicji. James jest bardzo silnie uzależniony od swojej próżności, chciwości i pragnienia, by coś znaczyć, by odzyskać utraconą pozycję. Dlatego jest gotów ranić i krzywdzić innych, a także zrujnować własne życie. Nawet kiedy wspaniała, piękna i zakochana w nim kobieta radzi mu, by się wycofał, on wybiera ciemną stronę mocy. Nie wydaje mi się jednak, żeby miał osobowość psychopatyczną. Wydarzenia popychają go tam, gdzie kończy, i myślę, że jest to o wiele bardziej interesujące... Bardzo się cieszę, że mogłem go zagrać.

Dlaczego?
Ponieważ musiałem odnaleźć w nim cechy, które mógłbym odnieść do siebie. W przypadku Jamesa to pewien rodzaj próżności i ambicji. Prywatnie też jestem superambitny.

No ale chyba nie do tego stopnia, by zabić?
Nie jestem aż tak zdeterminowany. Choć przyznaję, że aktor, podobnie jak krytyk sztuki, może zabijać słowami. James w otwierającej scenie, w której wygłasza wykład, kimś takim się właśnie okazuje, a jednocześnie to ktoś, kto prowokuje, drażni, manipuluje, jest cyniczny i zmienny. Ten film to satyra na świat ludzi zajmujących się zawodowo sztuką, podobnie jak „The Square”, gdzie zagrałem kuratora wystawy sztuki nowoczesnej.

No właśnie. Podobnie jak w "The Square" film "Obraz pożądania" zaczyna się od improwizowania, przygotowania się przed wygłoszeniem wykładu. To celowe nawiązanie?
Historia Jamesa w zamyśle reżysera miała być kontynuacją tego, co zdarzyło się Christianowi z „The Square”. On też stracił pracę w muzeum sztuki i przygotowywał się do gościnnego wykładu o sztuce. Christian opowiadał o wielkich ideach w sztuce, a w swoim własnym życiu im zaprzeczał. W Jamesie dodatkowo tkwi coś diabolicznego, jakieś ciemne skrywane moce. Myślę, że oba filmy celnie komentują naszą rzeczywistość. Oba mówią bowiem o nadużyciach władzy i prawdy.

'Obraz pożądania' w kinach od 30 października. (Fot. materiały prasowe) "Obraz pożądania" w kinach od 30 października. (Fot. materiały prasowe)

A ty sam lubisz sztukę nowoczesną?
Jest coś genialnego w prostej idei umieszczenia jakiegoś obrazu czy instalacji w przestrzeni, która nie służy niczemu innemu. Ten gest zmusza nas do zastanowienia się nad rzeczami, obok których często przechodzimy obojętnie. Kocham sztukę. Wiem, że po mojej roli w „The Square” takie wyznanie jest kontrowersyjne, ale nic na to nie poradzę. Chodzenie do muzeum nigdy nie kojarzyło mi się z przykrym obowiązkiem. Mam kilka swoich ulubionych adresów. Uwielbiam muzeum sztuki współczesnej Louisiana, które jest pół godziny jazdy samochodem od Kopenhagi. Ta placówka jest dziełem sztuki sama w sobie. Nie widziałem w niej jeszcze złej wystawy, każda była dopracowana w najmniejszym szczególe. Byłem też kiedyś w fantastycznym muzeum w Warszawie. Przyjechałem z żoną, która pracowała jako makijażystka na planie filmu kręconego w Warszawie. To miasto zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Młode, pełne energii. Gdy idę do muzeum, szeroko otwieram się na to, czego doświadczam. Podobnie w kinie. Uwielbiam na przykład „Dekalog” Kieślowskiego, ale także jego trylogię „Trzy kolory...” Kocham również czarno-białe filmy Pawła Pawlikowskiego: „Idę” i „Zimną wojnę”. Przepiękne obrazy.

A rozumiesz sztukę abstrakcyjną?
Jeśli czegoś nie rozumiem, to czytam i pytam. A jeśli przekaz jest bardzo hermetyczny, idę do kolejnej sali lub wychodzę. Nigdy nie chodzę do muzeów, żeby potem chwalić się tym w towarzystwie. W gruncie rzeczy taka wizyta to bardzo osobiste doświadczenie. Najbardziej przemawiają do mnie obrazy, instalacje, które odwołują się bardziej do zmysłów niż intelektu. W każdym razie w muzeach szukam przeżyć i doświadczeń, a nie materiału do lansu.

Masz ulubionego artystę?
Mam wielu ulubionych artystów. Jestem też dumnym posiadaczem małej kolekcji fotografii, w tym Wolfganga Tillmansa, która, mam nadzieję, będzie kiedyś warta miliony. (śmiech)

Kadr z filmu 'Obraz pożądania'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Obraz pożądania". (Fot. materiały prasowe)

A jak ci się współpracowało z legendami aktorstwa i muzyki na planie filmu "Obraz pożądania"?
Uwielbiam o tym mówić, ponieważ naprawdę nie myślałem, że scenariusz okaże się aż tak intrygujący. Byłem zachwycony, że mogę zagrać z Donaldem Sutherlandem, legendą mojej młodości. Fantastyczny aktor, naprawdę mi ogromnie pomógł. A Mick Jagger? No cóż... Od wspólnych znajomych wiedzieliśmy, że szuka ostatniego filmu, w którym chce zagrać. Wysłaliśmy mu scenariusz. Od razu mu się spodobał. Pojechałem więc do Londynu na wstępne rozmowy. Przed spotkaniem bardzo się denerwowałem, niesłusznie. Mick okazał się niesamowicie łagodną duszą. Natychmiast mnie uspokoił. Praca z nim była czystą przyjemnością.

Złota Palma w Cannes dla "The Square" i Nagroda EFA dla najlepszego europejskiego aktora otworzyła przed tobą wiele drzwi?
Bez dwóch zdań! Nigdy wcześniej nie otrzymałem tak wielu propozycji. Dzięki temu zagrałem na przykład Drakulę. Nie sądzę, by wcześniej ktoś o mnie pomyślał w kontekście tej postaci, gdyby nie te nagrody.

Podobno reżyser Ruben Östlund tak cię przeczołgał w "The Square", że serialowego Drakuli już się nie obawiałeś?
Z Rubenem faktyczne nie było żartów! Niektóre sceny z „The Square” powtarzaliśmy nawet sto razy. To jest autorska metoda Rubena. On doprowadza aktorów do stanu wycieńczenia, kiedy przestają grać i zaczynają być w sytuacji, która pod wpływem emocji staje się po prostu rzeczywista. Kontrowersyjna metoda, ale myślę, że w przypadku tej konkretnej historii i filmu sprawdziła się. Przy „Drakuli” nie było jednak łatwiej, choć inaczej – praca nad nim była chyba nawet jeszcze cięższa. Scenarzysta Mark Gatiss i reżyser Steven Moffat wykazywali podobne zaangażowanie co Ruben. Nakręciliśmy trzy odcinki i każdy ma długość filmu pełnometrażowego. Czułem się, jakbym występował w trzech filmach bez przerwy. To był prawdziwy maraton. Ale bardzo mi się to podobało.

Hrabia Drakula w twoim wykonaniu jest przebiegły, pewny siebie, zdeterminowany, głodny, brutalny, piekielnie zły i pociągający. Czym się inspirowałeś?
Przypomniałem sobie Klausa Kinskiego w „Nosferatu wampir” Wernera Herzoga. Uderzyła mnie samotność tej postaci. Wyobraź sobie, jak to jest: wtorek wieczorem 1718 r., w połowie listopada, od 200 lat w twoim zamku nie pojawiła się żywa dusza. Musiałem myśleć o nim jak o prawdziwej postaci, a nie o ikonie. Chciałem znaleźć w nim coś, do czego mógłbym się odnieść. Od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy, aby nasz Drakula był monolitem.

Kadr z serialu 'Drakula'. (Fot. materiały prasowe Netflix) Kadr z serialu "Drakula". (Fot. materiały prasowe Netflix)

Co różni tę postać i ten serial od poprzednich filmowych adaptacji?
Nie postrzegam siebie jako interpretatora Drakuli. Jestem raczej narzędziem w czyichś rękach, osobą wynajętą do wizualizacji Drakuli, częścią czyjejś wizji. Nasz Drakula jest bardzo krwawy, ale zarazem ma więcej poczucia humoru i dowcipu niż jego poprzednicy. Jest naprawdę przerażający. To nie jest kino familijne, które ogląda się do obiadu. „Drakula” to miniserial przygotowany przez BBC i przy współpracy z Netflixem. Moffat i Gatiss wzorują się na książce Brama Stokera „Drakula” z 1897 r. Jednak są to tylko główne założenia i inspiracje, oni cały czas bawią się z konwencją i mitem wampira, jednocześnie nie kpią z tych fantastycznych postaci, nadają im jeszcze więcej przerażających elementów i oddają szacunek książce. W serialu udało się zachować wspaniały, mroczny klimat. Genialnie dopełnia go muzyka, która działa na wyobraźnię. Są momenty, które przerażają, po ekranie rozlewa się dużo krwi, a także pojawia się wiele różnych części ciała. Czasem jest również zabawnie, szczególnie w dialogach, jednak nie mam tu na myśli typowych komediowych żartów, a inteligenckie przekomarzanie się.

Co robiłeś wcześniej, zanim zostałeś odkryty dla masowej widowni?
I tu wrócę do mojej ambicji, która napędzała mnie od czasów młodości. Zaczęło się od tego, że moja klasa przygotowywała musical. Sami szyliśmy kostiumy, robiliśmy dekoracje i ktoś zaproponował, bym wziął udział także w samym przedstawieniu. Zgodziłem się i ku mojemu zdziwieniu, spodobało mi się. Potem była szkoła dramatyczna w Kopenhadze, do której jednak bałem się zdawać. Ponieważ byłem ambitny, nie znosiłem porażek. Dlatego długo się wahałem, mijały lata, aż ktoś mi powiedział, że muszę się w końcu zdecydować, bo do tej szkoły przyjmują tylko do 25. roku życia. A ja miałem już 23 lata, no więc za pierwszym razem odpadłem, ale dostałem się za drugim. Prawie w ostatniej chwili.

I to jest ta zdrowa ambicja?
Moim zdaniem – tak. To ona cały czas popycha mnie do przyjmowania coraz nowych wyzwań artystycznych. Chcę być lepszym aktorem, grać w świetnych filmach, rozwijać swoje umiejętności, doskonalić je. Chcę dać z siebie jak najwięcej, by moja postać przekonała do siebie widzów. 75 proc. mojej dotychczasowej pracy pochłaniał teatr w Danii, a reszta to była telewizja, filmy, seriale. Jakieś trzy, cztery lata przed „The Square” pracowałem głównie w telewizji w Niemczech. Nie jestem już młody, a więc nie przewróciło mi się w głowie od nagłego sukcesu. Przez ten czas zdobyłem spore doświadczenie aktorskie, które mnie buduje.

A jakie masz marzenia?
Mam kilka aktorskich marzeń. Bardzo chciałbym zagrać w filmie Davida Lyncha.

Muszę cię zmartwić, ale Lynch zapowiedział, że nie nakręci już więcej filmu.
Serio? Cholera, spóźniłem się! Drugim reżyserem, z którym chciałbym pracować, jest Michael Haneke. Podobno jego „Happy End” jest gorzką diagnozą tego, co się dzieje teraz w Europie. Myślę, że „The Square” mówi o czymś podobnym. Nasza europejska kultura potrzebuje odmiany.

Próbowałeś reżyserii?
Nigdy nie chciałem tego robić. Sądzę, że chyba nie byłbym w tym dobry. Nie sprawdzam się jako szef czegokolwiek. Wkurzam się, kiedy ludzie nie robią tego, czego chcę. Obawiam się, że byłbym koszmarnym reżyserem! W tej chwili zdecydowanie wolę być aktorem, kocham grać.

Skandynawscy aktorzy są teraz bardzo popularni na całym świecie, żeby wymienić Noomi Rapace, Stellan Skarsgård czy Madsa Mikkelsena. Ty też zaliczasz się do tego grona. Czy jest coś szczególnego, co wyróżnia i definiuje skandynawskie techniki aktorskie?
Wiem, co masz na myśli, ale nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Pewnie łatwiej to ocenić komuś spoza Skandynawii. Nasze szkoły aktorskie opierają się prawdopodobnie na tym samym, co wasze w Polsce. Korzystamy z metody Stanisławskiego. Nie wiem, dlaczego jest takie zapotrzebowanie na aktorów skandynawskich, ale chętnie bym się tego dowiedział.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)