1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Carlos Ruiz Zafón: Przede wszystkim piszę, reszta to tylko hałas

Carlos Ruiz Zafón: Przede wszystkim piszę, reszta to tylko hałas

Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. José Luis Cereijido/Forum)
Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. José Luis Cereijido/Forum)
- Znaczenie ma nie to, gdzie się urodziliśmy, ale kim jesteśmy i co robimy – mówił autor słynnego „Cienia wiatru”. Żegnamy jednego z najwybitniejszych współczesnych powieściopisarzy i przypominamy wywiad, którego nam udzielił. O wspomnieniach z dzieciństwa, byciu molem książkowym i o tym, ile w postaciach i wydarzeniach z jego książek jest autentycznych wspomnień.

Podobno pierwszą książkę napisał pan w wieku 13 lat. Miała jedyne 800 stron, ale z niejasnych powodów świat o niej nie usłyszał. Coś poszło nie tak?
Wręcz przeciwnie, ja byłem nią zachwycony. I choć nigdy nie miała zostać opublikowana, przyznam, że kilku wydawców kusiło mnie, żeby to zrobić. Tak naprawdę to był taki potworek, ćwiczenie literackie, niedorzecznie krwawa gotycka ekstrawagancja. Na szczęście nie ujrzała światła dziennego. W wieku 13 lat ma się już co prawda ambicje i odwagę, brakuje tylko zdrowego rozsądku.

Ale ziarno zostało zasiane, pozostał pan wierny zawodowi.
To prawda. Już wtedy wiedziałem, że chcę pisać. Potem zrozumiałem, że człowiek staje się pisarzem poprzez nieustanne rozwijanie swojego rzemiosła. I chociaż zawsze czułem, że to jest moje powołanie, musiałem przejść przez kolejne stadia nauki – szkice, wprawki, szlifowanie swojego talentu, po prostu codzienną pracę – przez które przechodzą pisarze, żeby znaleźć własną drogę. To była także część mojego dorastania, dojrzewania w ogóle.

Pisanie nie wzięło się znikąd, podobno zawsze był pan molem książkowym, a jedno z drugim często idzie w parze.
Tak, czytałem już jako kilkuletni brzdąc. Zawsze fascynowało mnie bajanie, opowiadanie historii. Zacząłem od zbieranych zewsząd książek dla dzieci. Potem zasmakowałem w powieściach z gatunku noir, jak kryminały Raymonda Chandlera czy Ross Macdonald, science fiction, fantasy... Właściwie to czytałem wszystko, bez umiaru. Ale miłości do książek nie wyniosłem z domu. Nikt mnie w tym nie prowadził, po prostu taki się urodziłem [śmiech].

Byłem trochę nietypowym uczniem, zawsze z książką i różnymi dziwnymi historiami w głowie. Lata szkolne przetrwałem w dużej mierze zamknięty w sobie, w swoim świecie. Nauka dobrze mi szła, ale czułem, że szkoła jest nudnym i niezbyt stymulującym miejscem. Mnóstwo rzeczy mnie w tym okresie interesowało, a ja chciałem wiedzieć więcej, o wiele więcej, niż oferował szkolny program. Wydaje mi się, że nadal mam w sobie tego głodnego wiedzy dzieciaka, chociaż czas zebrał swoje żniwo i dziś czuję się odrobinę zaśniedziały.

A gdyby w dorosłym życiu pisanie nie wypaliło? Miał pan plan B? Podobno pięknie gra pan na pianinie.
Niestety jestem samoukiem. Nie z wyboru, ale w wyniku życiowych okoliczności. Nie miałem dostępu do dobrej edukacji muzycznej, więc próbowałem sam uczyć się kompozycji, kontrapunktu czy instrumentacji. I chociaż gram na pianinie, zdecydowanie lepiej od gry wychodzi mi komponowanie. A kiedy nie gram, słucham Bacha, Mozarta, Haydna, ale także największego, w mojej opinii, żyjącego kompozytora, Johna Williamsa, którego miałem zresztą zaszczyt poznać. I faktycznie, jeśli pyta mnie pani, co by było, gdybym musiał pożegnać się z pisaniem, to dochodzę do wniosku, że chyba moim planem B byłaby muzyka. Choć może byłby to biznes filmowy? Jemu też w końcu poświęciłem kilka lat swojego życia [po przeprowadzce do Los Angeles pisarz przez pewien czas zarabiał pisaniem scenariuszy filmowych – przyp. red.].

Skoro o filmach mowa – podobno nie zobaczymy żadnej adaptacji pana książek na wielkim ekranie. A założę się, że młodzi ludzie chętnie by je obejrzeli.
Gdybym chciał, żeby tetralogia „Cmentarz Zapomnianych Książek” została sfilmowana, napisałbym ją zupełnie inaczej. Czuję, że przynależy ona do świata literatury, i tam powinna pozostać.

Ale przecież powiedział pan kiedyś, że młodzież jest tak bardzo przejęta kulturą obrazkową i nowinkami technicznymi, że pisarze muszą zwiększyć starania, żeby zmusić młodych czytelników do otworzenia książki.
Ta wypowiedź wymaga sprecyzowania: nie uważam, żeby młodych zajmowała tylko kultura obrazkowa. Wielu z nich sięga po książki i kocha literaturę. I nie uważa, że wszystko w życiu musi być filmem albo apką w smartfonie. Młodzi ludzie doskonale wiedzą, że życie jest przecież także gdzie indziej, poza technologicznymi wynalazkami, które tak w ogóle są w porządku. Uważam po prostu, że pisarze muszą myśleć i pracować nad tym, żeby zyskać czytelników, publikę, ich czas i uwagę.

Pamięta pan, co stało się inspiracją do napisania „Cienia wiatru”, historii o chłopcu zakochanym w książkach, tajemniczym autorze i całej plejadzie niezwykłych bohaterów?
Pomysł na „Cień...”, i jednocześnie na całą serię, przyszedł do mnie w momencie, kiedy akurat zmieniałem całe swoje życie. Po latach pisania scenariuszy filmowych i powieści dla młodzieży chciałem napisać coś, co mogło dotyczyć mnie bardziej osobiście, co byłoby też poniekąd nowym początkiem. Pamiętam, że sporo wówczas myślałem o pamięci, tożsamości, także o moich własnych wspomnieniach. Wszystko to razem złożyło się na pewien rodzaj nastroju, który przekułem w historię o labiryncie pełnym książek. Wiedziałem też, że to musi być cykl, że nie zamknę tej opowieści w pojedynczym tomie. Ale oczywiście pisanie tetralogii było procesem, który ewoluował, nie miałem przygotowanych wszystkich odpowiedzi.

Moja ulubiona bohaterka to Alicia Gris, która pojawia się w czwartym tomie pt. „Labirynt duchów”. To taki typ kobiety, który przyciąga uwagę czytelnika: inteligentna, ale bez skrupułów, piękna, choć z defektem, bo utyka.
Ha! Proszę sobie wyobrazić, że to także mój typ. Od dawna miałem ją w głowie, ale uznałem, że pojawi się dopiero w czwartym tomie. Może to zabrzmi dziwnie, ale ona jest częścią mnie, tak jak są nią Julián Carax i Fermín Romero de Torres. W pewnym sensie jestem wypadkową tej trójki.

Pana tetralogia dzieje się w Barcelonie, ale to nie na to miasto patrzył pan, gdy spoglądał przez okno. Czy lepiej się pisze o bliskich miejscach z dystansu?
Faktycznie urodziłem się w Barcelonie, ale przez ostatnie 25 lat mieszkałem poza Hiszpanią, głównie w Kalifornii. Świat jest duży i ma sporo do zaoferowania, czemu z tego nie skorzystać? Wszyscy musimy się gdzieś urodzić, nie mamy na to wpływu i tak naprawdę miejsce urodzin nie ma znaczenia. Moja „Barcelona” jest tworem czysto literackim. Można powiedzieć, że jest bardziej bohaterem powieści niż miejscem.

A realne miasto? Jakie żywi pan do niego uczucia?
Znam je na wylot, bo wszystkie moje dziecięce i młodzieńcze wspomnienia zaczynają się właśnie tu. I powiem pani, że lubię spacerować barcelońskimi ulicami, ale tak naprawdę to, co jest mi najbliższe i wiąże się z Barceloną, to moi przyjaciele i ludzie, których kocham. Bo to z nimi łączy mnie to miasto.

Życie w Kalifornii bardzo różni się od życia w Europie?
Pewnie, ale wydaje mi się, że życie w Kalifornii różni się także znacząco od życia w większości amerykańskich stanów. Uwielbiam różnorodność Los Angeles, energię tego miasta, buzującą w nim kreatywność, to podejście, że wszystko da się zrobić. Mam wrażenie, że to jest takie miejsce, gdzie przecinają się ścieżki różnych wspaniałych osób, które szukały czegoś lepszego, chciały rozwijać swoje pomysły i działać. Ale choć kocham Kalifornię, to jestem Europejczykiem – z urodzenia i wychowania. Europa to jest miejsce, skąd pochodzę, gdzie lubię spędzać czas, no i zawsze będzie istotną częścią mnie, nieważne, gdzie mieszkam.

Jeden z najlepszych pisarzy hiszpańskich, autor, który zmienił oblicze hiszpańskiej literatury, pisarz bestsellerów... Mogłabym tak długo. Jaki ma pan stosunek do takich pochwał, skoro sam pan przyznaje, że nie lubi etykietek?
Właściwie zupełnie o tym nie myślę. Robię to, co czuję, że chcę robić, staram się pisać najlepiej jak potrafię i ciężko pracuję, żeby stworzyć coś, w co wierzę. Szczerze, cała reszta jest dla mnie tylko hałasem. Jestem po prostu pracowitym pisarzem. Nadal interesują mnie rzeczy i tematy, które poruszały mnie jako dziecko. Bliskie są mi bajania, wymyślanie opowieści, muzyka, sztuka, nauka, piękno i wiedza, ale najbliższe jest mi samo życie. Chciałbym mądrze wykorzystać mój czas na Ziemi i spróbować wynagrodzić światu chociaż w części to, co zrobił i robi dla mnie.

Wspomniał pan kiedyś, że pisanie to bardzo samotnicze zajęcie. Lubi pan być przez większość czasu sobie tylko towarzyszem?
Tak, bardzo mi dobrze z taką samotnością. Kiedy tworzę, lubię zamykać się w sobie, nierozpraszany przez nikogo. Wszystko zależy od tego, na jakim etapie pracy właśnie jestem. Jak wspomniałem, staram się zaczynać naprawdę wcześnie i pracuję przez wiele godzin. Pisanie to po prostu rzemiosło i żeby być w tym dobrym, trzeba je cały czas szlifować. Ale samotność nie przeszkadza mi z jeszcze jednego powodu – wiem, że gdy tylko kończę pracę, natychmiast wracam ogrzać się w towarzystwie osób, które kocham.

Zauważyłam, że wiele ważnych scen w pana książkach wydarza się nocą. Panu też lepiej pracuje się wtedy niż za dnia?
Kiedyś, jeszcze jako młodzieniec, faktycznie zamieniałem się w sowę i pisałem do późna. Z wiekiem zmieniło się to o tyle, że nadal korzystam z dobrodziejstw nocy, tyle że wstaję bardzo wcześnie rano. Tak wcześnie, że jest jeszcze ciemno. Widzi pani, ten sam efekt można osiągnąć na dwa sposoby [śmiech].

A czy to prawda, że za każdym razem przepisuje pan swoją książkę do upadłego?
Piszemy dla siebie, ale przepisujemy dla innych. A ja przepisuję tyle razy, ile się da, tylko po to, by na koniec móc przepisać to wszystko jeszcze raz [śmiech].

W momencie kryzysu twórczego trzeba po prostu przyjąć, że to, co ma znaczenie, to efekt końcowy. A reszta to, jak kiedyś mówiono w starych filmach, moja sprawa.

Nadal jest pan molem książkowym? Tamtym chłopcem nieodrywającym się od lektury?
Takie krążą o mnie opowieści, ale to tylko plotki. Robię wiele rzeczy, kiedy nie piszę. Spędzam czas z przyjaciółmi, spaceruję, podróżuję, no i tak, czytam też. Pochłaniam literaturę faktu, historyczną i dobre powieści. Ostatnio naprawdę dobrze czytało mi się nową książkę Johna le Carrégo, który od lat ma u mnie status ulubionego autora wszech czasów.

Ma pan czytnik czy jest pan wierny papierowym książkom?
Kocham papierowe książki, bo to małe dzieła sztuki, i najlepiej mi się je czyta, ale muszę przyznać, że czytnik jest bardzo praktyczny, zwłaszcza w podróży albo gdy brakuje dobrego światła do czytania. Najważniejsza jest dla mnie jednak treść, nie to, w czym jest ona zamknięta.

Na koniec chciałabym zahaczyć o politykę. Trudno od niej uciec w dzisiejszych niespokojnych czasach. Jestem ciekawa, w co pan wierzy. Czy widzi pan jakieś lekarstwo na bolączki współczesnego świata?
Wierzę w jednostki. Ważne jest to, kim jesteśmy jako ludzie, co robimy. Za to na pewno nie wierzę we flagi czy w plemienne służby, które łatwo można zmanipulować, by broniły interesów nieuczciwych oligarchii i samozwańczych polityków. Na nasze nieszczęście żyjemy w epoce silnych nastrojów populistycznych. Czyli epoce dezinformacji i ogromnej manipulacji. Boję się, że za to wszystko przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę. I że im bardziej będziemy się oszukiwać, tym gorszy zbudujemy dla siebie świat.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.