1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Iwona Chmielewska - mapa szczęścia

Iwona Chmielewska - mapa szczęścia

Fot. Jan Chmielewski
Fot. Jan Chmielewski
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ilustratorka, twórczyni wydawanych na całym świecie autorskich picture booków, zgodziła się dla nas stworzyć portret Agnieszki Osieckiej, ale i opowiedzieć o sobie. I o tym, dlaczego z niektórych książek dla dzieci się nie wyrasta. 

Ilustratorka, twórczyni wydawanych na całym świecie autorskich picture booków, zgodziła się dla nas stworzyć portret Agnieszki Osieckiej, ale i opowiedzieć o sobie. I o tym, dlaczego z niektórych książek dla dzieci się nie wyrasta. 

Czemu na pani obrazie Osiecka patrzy w uchyloną walizeczkę z widokiem na jezioro? Agnieszka Osiecka zawsze kojarzy mi się z moją ukochaną piosenką „Na całych jeziorach ty” (a w konkluzji jednak „my”). Jeździmy z rodziną nad jeziora w Bory Tucholskie od chyba 20 lat, może też dlatego ta piosenka jest mi tak bliska. I jeszcze Kalina Jędrusik, która ją śpiewała i która urodziła się 5 lutego, tak jak ja.

Kiedy zapytaliśmy, czy nie zilustrowałaby pani tekstu o Osieckiej, powiedziała pani, że ją uwielbia. Jestem z pokolenia, które się na niej wychowało. Prawdopodobnie to na tekstach jej, Młynarskiego czy Kofty nauczyłam się kodowania, jak teraz powiedzielibyśmy w języku informatycznym. Kodowania poezji w życiu, w realnym świecie. Bo poezja Agnieszki Osieckiej dużo ma wspólnego z bardzo prostymi sprawami. U mnie surrealizm również wynika z połączenia wyobraźni ze zwyczajnym, codziennym światem. Światem kuchennego lufcika i marchewki, i naci.

Ale też zdałam sobie sprawę teraz, przygotowując się do jej portretu, że Agnieszka Osiecka chorowała na to, na co leczę się ja. Właściwie ciężko powiedzieć, jak z tymi onkologicznymi sprawami jest, dlatego nie mówię „choruję”, ale „leczę się”. I że żyła rok dłużej, niż ja mam teraz. Utożsamiam się z nią, kobietą 60-letnią, chociaż o innej biografii, doświadczeniach, osobowości.

Jest pani najbardziej znaną autorką picture booków w Polsce, jedną z najbardziej cenionych na świecie. Tylko że ten gatunek nadal jest u nas nie do końca oswojony. Może o tym świadczyć już fakt, że używamy angielskiej nazwy. Określenie „książka obrazkowa” nie do końca się przyjęło. Nie jestem naukowczynią ani badaczką, ale sama posługuję się słowem picture book, ponieważ nie godzę się na kategorię „obrazek”, która przypisana jest przede wszystkim do literatury dziecięcej. W ten sposób odbiera się dorosłym możliwość zainteresowania się taką książką i jej przeżycia nie tylko razem z dzieckiem, ale też samodzielnego. Większość picture booków, na których ja się uczyłam – wcześniej nie wiedziałam, że są takie książki – ci wszyscy wspaniali autorzy tworzą dla ludzi w każdym wieku. Tak żeby dorośli mogli odnajdywać dla siebie zupełnie nowe znaczenia, inne niż te, jakie odkrywa się na etapie dziecięcym. Chodzi o różne stopnie wtajemniczenia wynikające z życiowych doświadczeń. Picture booki to forma książki, w której i tekst, i obraz mogą właściwie funkcjonować osobno, ale dopiero, kiedy się je zestawi, następuje wybuch supernowej. W momencie spotkania nagle dzieje się coś fascynującego. Mówię tu także o spotkaniu z odbiorcą, bo to on jest najważniejszy. Dobre picture booki nie epatują popisem talentu autora, ale gościnnością, zaproszeniem do współtworzenia historii przez odbiorcę.

„Obie” z tekstem Justyny Bargielskiej.  O matkach i córkach. „Obie” z tekstem Justyny Bargielskiej.  O matkach i córkach.

Sukces odniosła pani najpierw w Korei Południowej. Zresztą do dzisiaj wychodzi tam więcej pani książek niż w Polsce i pozostałych krajach, działa też pani koreański fanklub. Nie wiem, być może jest tak, że świat oplatają tajemnicze nici, którymi jesteśmy związani, i te nici się łączą, zawiązują w supełki.

Zaczęło się od targów książki w Bolonii. Pojechałam tam po raz pierwszy i od razu spotkałam Jiwone Lee, historyczkę sztuki i tłumaczkę, Koreankę, która studiowała polonistykę w Seulu. Jiwone od studiów interesowała się polską ilustracją, pisała o niej doktorat. W Bolonii zobaczyła makiety moich książek, które tutaj, w Polsce, jakby to ładnie powiedzieć… nie znalazły zainteresowania. Pokazała je kilku wydawcom. Nie minął rok, a ja miałam w Korei już trzy wydane tytuły.

Zastanawiała się pani, dlaczego właśnie w tym kraju jest tak duże zapotrzebowanie na pani wrażliwość i wyobraźnię? Korea uświadomiła mi, że ludzie wszędzie są podobni. Mają rodziców, dzieci, troski i radości, zbliżone potrzeby materialne i duchowe. Ale prawdą jest również, że to bardzo osobny kraj. Koreańczycy są bardziej spontaniczni niż na przykład Japończycy, serdeczni; może w tym sensie jakoś podobni do Polaków? I w tym, że od wieków tkwią między dwiema potęgami – ta „koreańska krewetka” między Japonią a Chinami na mapie wydaje się taka niewielka. A do tego jeszcze wewnętrznie podzielona. Jest takie miejsce, Paju Book City – mieści się tam większość wydawnictw, z którymi ja też współpracuję – leżące bardzo blisko granicy. Z okien widać wzgórza, za nimi jest już Korea Północna.

Mogłybyśmy dużo rozmawiać o koreańskiej specyfice, ale mnie zachwyciło też, jak bardzo cenieni są tam autorzy, jaką wagę przykłada się do książek. Jest cała kultura spotkań z artystami. I kultura warsztatów. Nie tylko dla dzieci, młodzieży czy dla mam. Widziałam gdzieś w Internecie zajęcia dla biznesmenów – sami panowie w garniturach – z moją książką „Kłopot” [o tym, jak ślad wypalony żelazkiem na materiale może być dosłownie wszystkim, jeśli tylko chcesz w nim coś dostrzec – przyp. red.]. To było dla mnie bardzo pouczające, że taką prostą książkę można wykorzystać w ćwiczeniach na kreatywność potrzebną przecież we wszystkich branżach przemysłu.

Królestwo dziewczynki”, intymna opowieść  o  dojrzewaniu  i pierwszej miesiączce. Królestwo dziewczynki”, intymna opowieść  o  dojrzewaniu  i pierwszej miesiączce.

Korea coś w pani zmieniła? Bez niej nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Wszystkie otrzymane światowe nagrody przyznano mi za książki, w które najpierw uwierzyły wydawnictwa koreańskie, a nie polskie, i jest mi z tego powodu trochę smutno. Gdyby nie ta ich wiara, pewnie w końcu zniechęciłabym się próbami, jakie podejmowałam tutaj, bo nic z nich nie wychodziło, a w każdym razie wychodziło niewiele. Pewnie już dawno robiłabym co innego.

Myślę, że wszyscy potrzebujemy tego rodzaju ufności. Swoją drogą osiągnęła ona w pewnym momencie stopień dla mnie niewyobrażalny. Kilkanaście lat temu odważny wydawca zaproponował, żebym zwizualizowała alfabet koreański. Z tego co wiem, ten słownik nadal jest używany w szkołach i to jest trochę zabawne. Nie znam koreańskiego, a uczę alfabetu koreańskie dzieci.

„Mama zawsze wraca” to najnowsza książka z pani obrazami. I tekstem znanej pisarki Agaty Tuszyńskiej. To polska premiera, poruszające wspomnienie Zosi Zajczyk ocalałej z Zagłady. Mama ukrywała ją w getcie i stworzyła jej osobny, bajkowy niemal świat. Z opowieści, gałganków, kawałka węgielka, którym można było rysować po ścianach i podłodze kryjówki. Ta książka wygląda, jakby zrobiona była kilkadziesiąt lat temu. Skąd są te wszystkie skrawki, kawałeczki, pożółkłe kartki? Ze starych książek, okładek, zeszytów, które bardzo lubię zbierać. Jest tam też stary album, już bez zdjęć. Zetlałe papiery mają niesamowicie szlachetny wygląd. Przetarły się, kolory spłowiały, to wszystko zdarzyło się nie przypadkiem i tego się nie osiągnie sztucznie, w komputerze. Oczywiście, można polać papier herbatą i też będzie wyglądał na stary, ale mnie interesują rzeczy, które są już „przeżyte”, wiążą się z historią ludzi, którzy kiedyś z nich korzystali. To pomogło mi uwiarygodnić tę książkę.

„Mama zawsze wraca” z tekstem Agaty Tuszyńskiej. „Mama zawsze wraca” z tekstem Agaty Tuszyńskiej.

To nie pierwszy projekt, którego się pani podjęła, a który opowiada o Holokauście. Nie ucieka pani od bolesnych historii, mierzy się pani z nimi. Szuka ich pani, czy to one panią znajdują? Trudno mi o tym mówić, bo to się wiąże z moim poczuciem, że jest gdzieś palec wskazujący właśnie na mnie – nie wiem, czy z góry, z boku, czy z głębi mnie – coś, co każe mi to zrobić. Zresztą także Agata Tuszyńska mówi, że miała absolutną pewność, że tylko ja jestem w stanie tę historię z nią opowiedzieć.

Ten wskazujący palec – co on dla pani znaczy? Że nie traktuję tego jak pracy, że zrobiłabym to także wtedy, gdyby nikt mi za to nie zapłacił. W moim przypadku chodzi także o to, że nasiąkałam tym od dzieciństwa. Nikt mi tego nie podsuwał, sama z biblioteki wypożyczałam takie książki, zawsze mnie one pociągały, jeśli takie słowo jest tu w ogóle stosowne. I jakąś naturalną koleją rzeczy od tych tematów nie uciekam teraz. Tym bardziej że uważam się za wielką szczęściarę. Tyle rzeczy mi się w życiu udaje, mam się czym dzielić. Mogę wziąć na siebie coś cięższego, wyrównywać te poziomy dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, wierzę w równowagę między nimi. Inna sprawa, że podczas pracy zazwyczaj jestem wyczerpana, prawie nie śpię, jestem trochę po innej stronie. Nie to, że jest ze mną utrudniony kontakt, ale cała jestem tą historią. A potem książka idzie w świat i nie jest już moja. Pojawia się wielka ulga, ale i smutek, że się już skończyło. Wielka pustka.

Tym razem także pojawiła się wielka ulga, że jednak się udało. Zosia przeżyła dzięki miłości mamy, dzięki jej wszechmocy. Coś, co jest niby-niemożliwe, staje się możliwe.

Czy te książki nie mogłyby być weselsze, lżejsze, pogodniejsze? Nieraz słyszała pani takie pytanie. Jaka jest pani odpowiedź? Takie lekkostrawne książki wciąż powstają i jeśli ktoś chce się nimi otaczać, ma naprawdę duży wybór. Ja, nawet jakbym się bardzo starała, nie umiem ich robić. Naprawdę, czasem próbuję przekroczyć samą siebie i odpuścić, ale fizycznie nie potrafię. Nie ma w tym jakiejś wielkiej mojej zasługi, po prostu tak jest.

Usłyszałam kiedyś na spotkaniu bardzo mocne słowa. Pani oburzona książką „Pamiętnik Blumki” [tytułowa bohaterka jest wychowanką Domu Sierot doktora Korczaka – przyp. red.] powiedziała wręcz, że takie książki mogą powodować samobójstwa wśród młodzieży: „Bo czy nie można robić książek o dzieciństwie – tym pięknym, kolorowym dzieciństwie pełnym kwiatów i motyli?”. Powiedziałam, że nie sądzę, żeby tak wyglądało dzieciństwo. Że jeśli ktoś ma właśnie takie, gratuluję, ale ja nie wspominam tego czasu jako idylli. Czułam się kochana, nie doświadczyłam szeroko rozumianej patologii, ale byłam dzieckiem głęboko refleksyjnym i pamiętam, że odczuwałam przemoc dominacji, pomniejszania mnie, poniżania. Nie mówię, że to robili rodzice, po prostu cały świat wokół – szkoła, ulica – tak był urządzony. Że dziecko jest zawsze głupsze, nie ma prawa wyrażać swojej opinii, zadawać dziwnych pytań, musi się podporządkować, dostosować.

„Pamiętnik Blumki”. „Pamiętnik Blumki”.

Uważam, że jeśli się dostarcza dzieciom książek tylko pogodnych, to się je w pewnym sensie oszukuje i osłabia. Porównałabym to z zarazkami i z nabieraniem odporności. Dzieci, jeśli żyją w sztucznej rzeczywistości pozbawionej zagrożeń, nie nabierają odporności na ten świat. One zresztą czują, co jest nieprawdą. Są bardzo szczere i okrutne w swoich pytaniach, prędzej niż o to, dlaczego ten kwiat jest taki piękny, zapytają, dlaczego na chodniku po drodze do przedszkola czy do szkoły leżał martwy ptak. Są nastawione na pytania polaryzujące świat. Myślę, że potrzebują takiej refleksji, jaką znajdą w książkach z trudnymi tematami, że potrzebują o tym rozmawiać z dorosłymi. I niekoniecznie dlatego, że uczą się od dorosłych, bo mogą się uczyć od samych siebie, pobudzone jakąś swoją refleksją.

Osobną kwestią jest to, że w ogóle mamy problem z odbiorem i interpretowaniem sztuki – również sztuki współczesnej, ja sama mam nierzadko z tym kłopot – bo do tego potrzebna jest praca, wysiłek, a my mamy w życiu już tyle wysiłków, trosk, tyle różnych napięć, że nie chcemy sobie dokładać jeszcze kolejnych zadań, i to mając do czynienia ze zwykłą książką dla dzieci.

Tylko że dziecko jest wciąż na etapie rozwoju, więc ta poprzeczka powinna być mu stawiana raczej troszkę wyżej. A może nie wyżej, ale jakoś inaczej, może ukośnie? W picture bookach o to chodzi. O zabawę formą, żeby nie traktować książki jak pewnika, dzieła skończonego. A co, jeśli ją obejrzymy do góry nogami? Co, jeśli zajrzymy do kieszonki na rewersie kartki? Niech to będzie zabawa, zabawa formą, ale i treścią.

Wspominała pani o różnych stopniach wtajemniczenia. Już widzę tych dorosłych, którzy oglądają książkę do góry nogami, zaglądają do kieszonki, bawią się kartkami. Robią to, tylko gdzieś w ukryciu, potajemnie, bo się wstydzą. Po sobie widzę, że to wyzwalające się nie wstydzić, ale większość ludzi uważa, że z tego się wyrasta. Rodzice czasem z dumą mówią: „Moje dziecko już wyrosło z książek z obrazkami, czyta już tylko tekstowe”. No trudno.

Pamiętam, jak kiedyś na festiwalu w Białymstoku poprosiłam organizatorów, żebym mogła mieć zajęcia z dorosłymi. I na te zajęcia zapisało się dużo ludzi, byli tak wdzięczni, tak szczęśliwi, że mogą wziąć do ręki nożyczki, kolorowe papiery, coś naklejać, rysować. Cieszyli się, nie powiem jak dzieci, tylko właśnie jak dorośli. Uważam nawet, że jest to rodzaj terapii. Zresztą od kilku lat – akurat teraz przez pandemię mamy przerwę – prowadzimy z terapeutką psychoanalityczną Jolantą Liczkowską-Czakyrową takie comiesięczne spotkania w toruńskim CSW, które mają przybliżać picture book jako formę rozmowy z samym sobą i innymi.

Muszę o to zapytać. Kiedy dzwoniłam, żeby umówić się na ten wywiad, nagle poczułam się tak, jakbym trafiła do jednego z pani obrazów. Zdaje sobie pani sprawę, że w pani głosie jest ten sam kojący spokój? Śmieszne, bo ja swojego głosu nie lubię. W ogóle jestem niemedialną osobą, mówię dosyć cicho. Raczej zawsze się tego wstydziłam, na studiach, pamiętam, nie uczestniczyłam w żadnych dyskusjach, siedziałam i słuchałam. Zawsze byłam trochę wsobna, ale też myślę, że przez lata mój głos działał przeciwko mnie, powielał stereotyp drobnej nieśmiałej blondynki.

Bardzo późno nauczyłam się z niego korzystać, już po stworzeniu kilku książek. Przekonałam się, że coś umiem, i nagle okazało się, że już nie ściska mnie w gardle, że jestem w stanie publicznie formułować myśli, nawet skomplikowane.

Usłyszałam też, że to, że tak cicho mówię, wymaga większego skupienia. I może coś w tym jest, bo czasami mam spotkania z bardzo rozbrykaną grupą dzieci. Panie, które je przyprowadzają, martwią się: „Jak pani sobie z nimi poradzi!”. Zaczynam mówić, a one przychodzą, po kolei siadają i zaczynają słuchać.

Spotykamy się online. Zastałam panią nie w mieszkaniu w Toruniu, ale w Borach Tucholskich. Mieszkamy tu z mężem i najmłodszym synem od ponad trzech miesięcy. Ponieważ jestem w tak zwanej grupie ryzyka, zdecydowaliśmy, że wyjeżdżamy. To dla nas wymarzone miejsce. No i jeszcze to jest piękne, że wcześniej uważałam, że nie potrafię pracować nigdzie poza moim biurkiem w Toruniu. Mam dostęp do niewielkiej części swoich zbiorów, papierów, faktur, skrawków i to jest moje odkrycie, z tych kilku materiałów tu przywiezionych też mogę zrobić książkę. Niewiarygodne szczęście. Tylko że… Mogę opowiedzieć coś bardzo osobistego?

Oczywiście. Miałyśmy razem z Agatą Tuszyńską spotkanie autorskie online. To było 20 kwietnia i kiedy my rozmawiałyśmy o książce „Mama zawsze wraca”, moja mama miała udar w Pabianicach. I właśnie dzięki temu spotkaniu i w jego trakcie mój brat zadzwonił do mamy. Żeby je sobie obejrzała. Ale nie odebrała telefonu raz, drugi, trzeci i tylko dlatego do mamy pojechał i ją znalazł, inaczej zadzwoniłby dopiero nazajutrz. Mama nie odzyskała do końca świadomości, zmarła po czterech tygodniach. Nie mogłam do niej jechać i jej zobaczyć, nie było wizyt w szpitalu. Więc to chodzenie tu po lasach, z psem, słuchanie ptaków i patrzenie w dal miało dla mnie jeszcze inny wymiar: bezradności, smutku i czekania. To jest moja opowieść o tym czasie. Minął ponad miesiąc od pogrzebu, jest już we mnie większy spokój, jakoś oswoiłam tę sytuację, ale wcześniej myślałam, że mama wróci, tak jak w książce. Wiem, jak to brzmi, gdyby tę historię wymyślił jakiś scenarzysta, uchodziłaby za naciąganą. Tymczasem życie pisze takie scenariusze. Mama wróciła, tylko może gdzieś indziej. Do swoich rodziców, których nie znała, do mojego taty.

Mówiła pani o tym, że jest wielką szczęściarą, że wierzy pani w równowagę między dobrymi a złymi doświadczeniami. To jeszcze opowiem co innego. Po swojej onkologicznej operacji w szpitalu oglądałam ogłoszenia, zdjęcia psów do adopcji. Coś mnie przyciągnęło do Luki, suczki ze schroniska pod Włocławkiem. Moje dzieci też się zachwyciły i pojechały tam, jeszcze kiedy byłam w szpitalu, żeby ją zabrać. Luka nie miała jeszcze roku, a już była po ciąży i karmieniu. Jej szczeniaki poszły do adopcji, cała szóstka, a jej nikt nie chciał. Takiej przepięknej suni! Kiedy ją zobaczyłam, od razu się w niej zakochałam. Potem poszło już szybko, musiała być jeszcze wysterylizowana w schronisku. Ja przyjechałam ze swoimi ranami, ona ze swoimi. Takie kobiece sprawy, które nas wiązały.

Nie wiedziałam, że można tak pokochać psa. Luka jest moją terapeutką, moją powiernicą, jest taka, jaką sobie wymarzyłam. To są te połączenia, splot różnych wydarzeń. Oczywiście, także wielu bardzo bolesnych, ale tak sobie myślę, że wszystko razem nadal tworzy mapę szczęścia.

Iwona Chmielewska, rocznik 1960. Ma w dorobku liczne nagrody, jest m.in. trzykrotną laureatką prestiżowej BolognaRagazzi Award – w tym roku w kategorii New Horizons za wydaną na razie tylko w Korei „Kołysankę dla babci”. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy.
 (Fot. materiały prasowe)
Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. materiały prasowe)
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.

  1. Kultura

O kobiecej duszy i poszukiwaniu nowego sensu – nowa książka Grażyny Jagielskiej

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kameralna, do bólu prawdziwa, pełna ironii i subtelnego humoru opowieść o poszukiwaniu wolności i sensu, która rozbiera na czynniki pierwsze kobiecą duszę. „Wszystkie moje domy” Grażyny Jagielskiej to świetnie napisana historia o budowaniu życia na nowo.

„Odchodząc z domu, zabrał, ile zdołał: świadectwo maturalne, płyty ojca i cały sok pomarańczowy z lodówki. Gitara już teraz obijała mu się̨ o nogi. Pomyślałam: od- prowadzam wzrokiem tego, który zwraca mi wolność́” — rozpoczyna swoją powieść Grażyna Jagielska. Koniec przychodzi często niepostrzeżenie i w mgnieniu oka kruszy fundamenty, na których oparliśmy naszą rzeczywistość. Tak też się dzieje w życiu głównej bohaterki „Wszystkich moich domów”, której dwójka synów opuszcza gniazdo rodzinne, a mąż przechodzi na emeryturę. W obliczu nadchodzących zmian ona sama postanawia sprzedać dom i pozbyć się większości starych przedmiotów. Zostawia dla siebie maszynę do pisania i mocne postanowienie, że znajdzie własny pokój, w którym będzie mogła wreszcie robić to, o czym zawsze marzyła: pisać.

Kolejne przeprowadzki i próby odnalezienia spokojnej przystani dla niej i dla męża spełzają na niczym, a pragnienie zalepienia pustki po starym życiu duchowością i kontaktem z naturą kończą się sromotną porażką. Jednakże ta podróż przez wszystkie nowe przestrzenie i domy staje się też formą terapii: możliwością skonfrontowania się z tym, co wyparte, przyjrzenia się sobie i relacji z mężem (opartej na tradycyjnym podziale ról, w której to ona poświęciła kiedyś wszystko dla swojej rodziny). Kiedy drzwi do przeszłości zostają zamknięte z hukiem, otwierają się nowe, które po wielu latach ciemności, oświetlają w końcu niewypowiedziane wcześniej pretensje, żale i tęsknoty. Lekarstwem staje się zakotwiczenie w codzienności, a także udomowienie nowej rzeczywistości za pomocą ciepła, czułości i poczucia humoru.

Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera) Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera)

Grażyna Jagielska, świetna pisarka, tłumaczka i autorka doskonale przyjętych przez krytyków i czytelników bestsellerów, w swojej nowej powieści eksploruje mikrokosmos kobiecych emocji, tęsknot i wspomnień. „Wszystkie moje domy” to z pozoru spokojna i pozbawiona fajerwerków powieść, która w subtelnościach i niedopowiedzeniach skrywa kobiecy wszechświat: gęsty, wielowarstwowy, pełen ciemności i blasku, co zbliża ją do niektórych książek włoskiej pisarki Eleny Ferrante. To opowieść o stracie, która jest wyzwoleniem i o domu, który każdy z nas nosi w sobie. „Wszystkie moje domy” jest pozycją obowiązkową dla każdej kobiety, zostawiającej za sobą trudną przeszłość i otwierającej się na nowe.

 

  1. Kultura

Książki, które warto przeczytać. Nowości

Książki
Książki
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Oto kilka propozycji, które mogą wzbogacić waszą bibliotekę. Miłej lektury.

Zwyczajne szaleństwo

Koniec świata? Skądże, Normalny atak paniki. Poza tym wszystko w porządku. Agnieszka Jelonek, autorka opowiadań, scenariuszy, powieści i bloga, przyznaje, że ma „czarny pas w walce z nerwicą lękową”. Bohaterka jej książki jest dziennikarką (niespełnioną), mężatką (czy szczęśliwą?), dużo podróżuje. Pozornie wszystko jest w porządku. Jak sama stwierdza, przyglądając się swojej przeszłości: „Wszystko układało się we współczesną historię Polski, z traumą wojny u dziadków i Peerelu u rodziców, bez spektakularnych urazów psychicznych u mnie w okresie przemian ustrojowych”. A jednak lęk stale Alicji towarzyszy. Gdy dopada ją atak paniki, świat się kurczy i nawet e-maile przychodzą za głośno. Jelonek znakomicie tłumaczy, czym grozi hodowany w sobie wieloletni smutek. I robi to z humorem – bo Alicji nawet joga nie wychodzi. Fascynująca odyseja przez umysł, którym rządzi lęk.

Agnieszka Jelonek „Koniec świata, umyj okna”, Cyranka, s. 104. Agnieszka Jelonek „Koniec świata, umyj okna”, Cyranka, s. 104.

To skomplikowane

Norweżka Marie Aubert – w Polsce ukazała się wcześniej jej powieść „Dorośli” – zawdzięcza „Zabierz mnie do domu” rozgłos i pierwsze literackie nagrody. To zbiór opowiadań o oczekiwaniach, rozczarowaniach i pragnieniach, do których wstyd się przyznać. Jedna z bohaterek pozwala partnerowi ciągnąć się za włosy i nie wie, czy jej się to podoba. Para szuka dziecka do adopcji, ale ma wątpliwości. Maja po rozwodzie u taty jest tylko gościem,a on sobie z tym nie radzi i w końcu traci nad sobą panowanie. Przejmująca książka o balansowaniu na granicy.

Marie Aubert, „Zabierz mnie do domu”, Pauza, s. 128. Marie Aubert, „Zabierz mnie do domu”, Pauza, s. 128.

My, czyli kto?

Zmarła siedem lat temu Janina Katz była Polką żydowskiego pochodzenia, mieszkała w Danii. Tak jak bohaterowie tej powieści (pisanej oryginalnie po duńsku). Anna i Joachim uciekli z Polski na fali zdarzeń Marca 1968 roku. Tyle że Anna z racji wieku znacznie mniej pamięta. Nie znając swoich dziejów, czuje się nikim. Żydówką, która „mało wie o żydostwie”. Joachim wolałby z kolei zapomnieć i po prostu stać się Duńczykiem. Czy to w ogóle możliwe? Czy trzeba znać swoją przeszłość, żeby zaznać spokoju? Katz podsuwa odpowiedzi.

Janina Katz „Chłopiec z tamtych lat”, Driada, s. 271. Janina Katz „Chłopiec z tamtych lat”, Driada, s. 271.

Cofnąć czas

Wybierając w życiu jakąś drogę, trzeba zrezygnować z innych opcji. Nowa książka Picoult, amerykańskiej autorki bestsellerów, opowiada o tym, jak trudno się z tym pogodzić. Dawn studiowała egiptologię, chce być archeolożką. Ale musi rzucić wykopaliska (oraz swoją miłość) i wrócić do Bostonu. Tam pracuje jako „doula od umierania”, towarzyszy pacjentom w ich ostatniej drodze. Dobrze postąpiła? A może los wybrał za nią? Czy w Egipcie byłaby szczęśliwsza? Powieść dla każdego, komu się marzy wehikuł czasu.

Jodi Picoult „Księga dwóch dróg”, Prószyński i S-ka, s. 520. Jodi Picoult „Księga dwóch dróg”, Prószyński i S-ka, s. 520.

  1. Kultura

Książki z sensem, które warto przeczytać w kwietniu

W tym miesiącu polecamy waszej uwadze cztery fascynujące lektury. (Fot. iStock)
W tym miesiącu polecamy waszej uwadze cztery fascynujące lektury. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Oto nowości wydawnicze, które polecamy waszej uwadze w tym miesiącu. Książki rekomenduje Monika Stachura. Życzymy miłej lektury! 

„Stroiciel”, Daniel Mason

Zapowiedź książki nasunęła mi na myśl dokument pt. „Stroiciel Himalajów” opowiadający o transporcie stuletniego pianina do osady położonej ponad 4 tys. m n.p.m. (można go obejrzeć w serwisach VOD). I choć jest to zupełnie inna opowieść, to wspomnienie tamtego filmu towarzyszyło mi podczas lektury. Pewnie dlatego, że w obu przypadkach głównymi postaciami są renomowani stroiciele fortepianów z Londynu, otrzymujący zlecenie wymagające podróży na Daleki Wschód. W powieści Daniela Masona celem jest Birma, pod koniec XIX wieku należąca do Imperium Brytyjskiego. Jej bohater, Edgar Drake, nie ma wielkiego pola manewru, bo owiane tajemnicą zlecenie trafia do niego z Ministerstwa Wojny, gdzie przedstawiane jest jako misja wielkiej wagi państwowej. Drake niechętnie rozstaje się na kilka miesięcy z żoną, ale wraz z każdym dniem spędzonym w położonej w głuszy fortecy jego zainteresowanie obcym miejscem i obcą kulturą rośnie. Zwłaszcza że poznaje tam fascynującą kobietę. I tu nasuwa się nam kolejne skojarzenie, a mianowicie opera „Madame Butterfly”. Jak się kończy tamta opowieść, wiemy, ale wcześniej Puccini dostarcza nam silnych wzruszeń. Nie chcę zdradzać zakończenia „Stroiciela”, ale towarzyszące bohaterom poczucie niepewności jest podobne...

„Stroiciel”, Daniel Mason, wyd. Rebis „Stroiciel”, Daniel Mason, wyd. Rebis

"Co mówią kości", Sue Black

Wydawałoby się, że w dobie DNA antropolodzy sądowi nie mają wielkiego pola do popisu. Żeby zidentyfikować ofiarę, wystarczy przecież porównać jej materiał genetyczny z próbą pobraną od krewnych. To prawda, tyle że nie zawsze jest skąd wziąć materiał porównawczy. I wtedy pozostaje prześledzenie historii życia danej osoby, zapisanej w kościach. Jak to zrobić, opowiada antropolożka i biegła sądowa Sue Black. Zdumiewające, ile można wyczytać z jednego zęba!

'Co mówią kości', Sue Black, wyd. Feeria "Co mówią kości", Sue Black, wyd. Feeria

"Baletnice. Prawie idealna", Elizabeth Barféty

Maya, Zoya i Constance... No i jeszcze Sofia, Colin i Bruno. Szóstka przyjaciół jest na pierwszym roku szkoły baletowej w Paryżu i wokół tego toczy się ich życie. A teraz dokładniej wokół prestiżowego pokazu uczniów, który co roku odbywa się w Operze Paryskiej. Nic dziwnego, że presja jest bardzo wielka, dla niektórych wprost paraliżująca. Ale przecież jeśli ktoś kocha tańczyć, można to robić także poza wielkimi scenami. Do takiego wniosku dochodzi jedna z bohaterek. I to piękne przesłanie tej opowieści.

'Baletnice. Prawie idealna', Elizabeth Barféty, Ilust. Magalie Foutrier, wyd. Znak Emotikon "Baletnice. Prawie idealna", Elizabeth Barféty, Ilust. Magalie Foutrier, wyd. Znak Emotikon

"Broń się. Jak dbać o swoją odporność", Margit Kossobudzka, Katarzyna Staszak

Margit Kossobudzka i Katarzyna Staszak – to dziennikarki i redaktorki od dawna piszące o zdrowiu. Dziś, gdy lęk o zdrowie zajmuje wiele miejsca w naszym życiu, do nich jako do specjalistek trafia bardzo wiele pytań, powtarza się zwłaszcza: „skoro antidotum na COVID-19 może być odporność, to w jaki sposób ją wzmocnić?”. W poszukiwaniu odpowiedzi autorki zwróciły się do ponad 30 specjalistów: lekarzy, dietetyków, trenerów. To praktyczna wiedza, której nie sposób zignorować – a przede wszystkim warto ją wcielić w życie!

'Broń się. Jak dbać o swoją odporność', Margit Kossobudzka, Katarzyna Staszak, wyd. Agora "Broń się. Jak dbać o swoją odporność", Margit Kossobudzka, Katarzyna Staszak, wyd. Agora

  1. Kultura

Znamy zwycięzców Plebiscytu Książka Roku 2020

Prezentujemy wyniki Plebiscytu Książka Roku 2020. (Fot. materiały prasowe)
Prezentujemy wyniki Plebiscytu Książka Roku 2020. (Fot. materiały prasowe)
Ponad 200 tysięcy głosów oddanych przez czytelników w Plebiscycie Książka Roku 2020 lubimyczytać.pl i Allegro zadecydowało o wygranych w 14 kategoriach. O tytuł walczyło aż 245 pozycji z 65 wydawnictw. Na liście zwycięzców znalazły się zarówno książki polskich twórców, takie jak „Powrót z Bambuko” Katarzyny Nosowskiej czy „Cud Miód Malina” Anety Jadowskiej, jak i zagraniczne tytuły - „Normalni ludzie” Sally Rooney i „Gambit królowej” Waltera Tevisa. Poznajcie pełną listę laureatów, zobaczcie, jak rozłożyły się wszystkie głosy i sprawdźcie najpopularniejsze kategorie.

Lubimy czytać kryminały, literaturę piękną i obyczajową

W VI edycji plebiscytu organizowanego przez Lubimyczytać.pl i Allegro zostało oddanych 200 757 głosów. Najpopularniejszymi kategoriami wśród czytelników okazały się: kryminał, sensacja, thriller (22 405 głosów), literatura piękna (20 985 głosów) i literatura obyczajowa, romans (19 230 głosów).

Które z nominowanych książek zyskały najwięcej sympatii wśród czytelników, zbierając największą ilość głosów? Pierwsze miejsce przypadło książce „Gambit Królowej” (5259 głosów), a dwa kolejne „Powrót z Bambuko” (3920 głosów) i „Cud miód malina” (2895 głosów). Warto podkreślić, że wysoki wynik (aż 4815 głosów) osiągnęła również Fundacja "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom" w kategorii specjalnej Fundacja/Stowarzyszenie Roku 2020.

Każdej edycji plebiscytu towarzyszą emocje czytelników. Dyskusje o nominowanych książkach rozgrzewają do czerwoności nasze serwery. Głosując w plebiscycie na wybrane książki, internauci dziękują swoim ulubionym pisarzom i pisarkom. To wielkie święto książki i doskonała zabawa, w której z przyjemnością uczestniczą również wydawcy oraz cała książkowa branża zachęcając do głosowania. To także intensywna praca zespołu, który wkłada wiele pasji i zaangażowania w rozwój całego przedsięwzięcia. Dziękuję wszystkim tworzącym plebiscyt, głosującym oraz gratuluję Zwycięzcom za imponujące liczby zebranych głosów - mówi Izabela Sadowska, prezes lubimyczytać.pl.

Najlepsi z najlepszych

W Plebiscycie Książka Roku o wygranej decydują czytelnicy, którzy biorąc udział w głosowaniu niepodważalnie stają się członkami jednego z największych składów jurorskich w Polsce. Które książki zostały docenione przez nich w tym roku? Oto pełna lista zwycięzców:

Literatura piękna: „Gambit królowej” Waltera Tevisa Powieść historyczna: „Położna z Auschwitz” Magdy Knedler Kryminał, sensacja, thriller: „Ekstradycja” Remigiusza Mroza Literatura obyczajowa, romans: „Normalni ludzie” Sally Rooney Literatura faktu, publicystyka: „Powrót z Bambuko” Katarzyny Nosowskiej Autobiografia, biografia, wspomnienia: „Dziewczyny ocalałe. Prawdziwe historie” Anny Herbich-Zychowicz Fantasy: „Cud Miód Malina” Anety Jadowskiej Science fiction: „Echo z otchłani” Remigiusza Mroza Horror:  „Jest krew…” Stephena Kinga Literatura młodzieżowa: „Red, White & Royal Blue” Casey McQuiston Fantastyka młodzieżowa: „Ballada ptaków i węży” Suzanne Collins Literatura dziecięca: „Małe Licho i lato z diabłem” Marty Kisiel

W tym roku w ramach towarzyszącej plebiscytowi kampanii do głosowania zachęcali również ambasadorzy: Robert Makłowicz, Anna Dereszowska, Wojtek Mazolewski, Wujaszek Liestyle, Kamila Kalińczak oraz Tomek Ciachorowski, którzy opowiadali o tym, co dają im w życiu książki, w jakich okolicznościach najchętniej oddają się lekturze, a także z jakimi wspomnieniami i przyzwyczajeniami wiąże się dla nich czytanie.

Ze względu na trwającą pandemię ogłoszenie wyników, poprowadzone przez Mateusza Damięckiego i Paulinę Mikułę, odbyło się online na łamach serwisu lubimyczytać.pl.

https://www.youtube.com/watch?v=zqfIJpUYR0A

Nowe kategorie i ich laureaci

Plebiscyt zyskał również dwie nowe kategorie specjalne, wspierane przez Allegro: charytatywną - Fundacja/Stowarzyszenie Roku oraz Bestseller.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nominowane w kategorii Fundacja/Stowarzyszenie Roku były podmioty, które aktywnie i efektywnie wspierały środowisko literackie oraz branżę książki w czasie pandemii COVID-19. Pierwsze miejsce i nagrodę pieniężną w wysokości 70 000 złotych zdobyła Fundacja "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom", która od 20 lat uświadamia, że czytanie zapewnia rozwój językowy, umysłowy i moralny dzieci. Wygrane fundusze zostaną przeznaczone na jubileuszowy XX Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom pod hasłem "Lubimy czytać polskich autorów" i promocję wartościowych książek. Allegro przekazało dla nominowanych w tej kategorii podmiotów pulę nagród pieniężnych o wartości ćwierć miliona złotych. W głosowaniu brały udział: Fundacja Wisławy Szymborskiej, Fundacja “ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom”, Fundacja Powszechnego Czytania, Stowarzyszenie Unia Literacka oraz Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich.

Bestsellerem natomiast okazała się kultowa już „Jadłonomia po polsku” Marty Dymek, która pomogła odkryć czytelnikom wegańską odsłonę tradycyjnych potraw.

Bestseller to zupełnie nowa kategoria w Plebiscycie Książka Roku 2020 - jest to tak naprawdę wybór użytkowników Allegro, ponieważ nagrodę otrzymuje książka, która pobiła rekord sprzedażowy w ostatnim roku. Dodatkowo szósta edycja plebiscytu była dla nas naprawdę wyjątkowym wydarzeniem ze względu na charytatywny aspekt - wybrane fundacje i stowarzyszenia otrzymają od Allegro w sumie 250 tysięcy złotych. Cieszymy się, że w ten sposób możemy okazać wsparcie środowisku literackiemu, które odczuwa skutki pandemii  - mówi Jacek Weichert, dyrektor segmentu Kultura i Rozrywka, Kolekcje i Sztuka w Allegro.

Plebiscyt Książka Roku 2020 lubimyczytać.pl, Allegro okazał się dużym sukcesem i pokazał, jak ważne jest czytelnictwo - szczególnie w ciężkim czasie pandemii. Literatura pomaga znaleźć balans i wyciszenie, spełniając rolę upragnionej odskoczni. Jest to wartość, której obecnie wszyscy potrzebujemy.