1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Marek Niedźwiecki i inne gwiazdy Trójki zakładają nowe radio

Marek Niedźwiecki i inne gwiazdy Trójki zakładają nowe radio

Marek Niedźwiecki (Fot. Maciej Biedrzycki/Forum)
Marek Niedźwiecki (Fot. Maciej Biedrzycki/Forum)
Wracają. Razem i na swoich warunkach. Byli dziennikarze radiowej Trójki zapowiadają powstanie kolejnej rozgłośni. Internetowe Radio 357 nawiązujące nazwą do słynnego adresu Myśliwiecka 3/5/7 ruszy w grudniu bieżącego roku, a na antenie usłyszymy m.in. Marka Niedźwieckiego, Piotra Stelmacha i Michała Olszańskiego. 

Było kiedyś takie radio... i już go nie ma. Ale radio to ludzie, a nie budynek czy częstotliwość. Gramy więc dalej! Dla Państwa i z Państwem. Wiedzą Państwo, jakie radio chcemy robić, bo robiliśmy je przez lata. A teraz wreszcie będzie brzmiało tak, jak powinno, a nie tak, jak musiało - zapowiadają start nowej stacji byli dziennikarze radiowej Trójki. Radio 357, bo tak nazywa się ich nowy projekt, nawiązuje nazwą do słynnego adresu Myśliwiecka 3/5/7 i będzie drugą internetową rozgłośnią założoną przez gwiazdy Programu III Polskiego Radia. Pieniądze potrzebne na start stacji zbierane są za pośrednictwem platformy Patronite.

Kogo usłyszymy na antenie Radia 357? Będzie poranek z Marcinem Łukawskim, będą audycje Marka Niedźwieckiego i muzyka Piotra StelmachaKatarzyna Borowiecka znowu opowie o filmach, a Piotr Kaczkowski przeliczy płyty. Po południu dowiedzą się Państwo, co przyniósł dzień, Tomek Michniewicz zabierze Państwa w świat, a Ola Budka zagra, jak tylko ona potrafi. W Święta zaśpiewamy piosenkę z dzwoneczkami, a w Nowy Rok wspólnie będziemy odliczać miejsca Topu Wszech Czasów - zapowiadają twórcy Radia 357. W dotychczas ogłoszonym składzie znaleźli się również inni dobrze znani i podziwiani dziennikarze Trójki: Michał Olszański, Kuba Strzyczkowski, Agnieszka Szydłowska, Piotr Kaczkowski, Roma Leszczyńska. 

Radio 357 będzie wolne od partyjnych układów i wpływu polityków, pełne szacunku dla ludzi o różnych poglądach i bez reklam. Jeśli tęsknią Państwo za naszym wspólnym radiem, zrobimy je. Razem - komentuje start nowej stacji Piotr Stelmach.

Na pytania związane z nową rozgłośnią odpowiada Tomasz Michniewicz.

Przypominamy, że pierwsza rozgłośnia byłych dziennikarzy Trójki, czyli internetowe radio Nowy Świat wystartowało 10 lipca 2020 roku. Dostępne jest bezpłatnie na platformach Open FM oraz WP Pilot, a także w aplikacji mobilnej na Android i iOS. W radiu Nowy Świat możemy usłyszeć m.in. Wojciecha Manna, Marcina Kydryńskiego czy Jana Chojnackiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Radio Nowy Świat wystartowało i bije rekordy popularności

Pierwszą audycję w radiu Nowy Świat poprowadził Wojciech Mann. (Fot. Tomasz Adamowicz/Forum)
Pierwszą audycję w radiu Nowy Świat poprowadził Wojciech Mann. (Fot. Tomasz Adamowicz/Forum)
Choć internetowe radio Nowy Świat wystartowało zaledwie kilka dni temu, już bije rekordy popularności. Pierwsza audycja prowadzona przez Wojciecha Manna zgromadziła przed odbiornikami aż 100 tysięcy słuchaczy. To nowe, mocne rozdanie na polskim rynku radiowym. 

Nieśmiertelnym klasykiem z repertuaru grupy The Beatles przywitała słuchaczy stacja Nowy Świat, której start był prawdopodobnie jednym z najbardziej wyczekiwanych medialnych wydarzeń bieżącego roku. Utwór "All You Need Is Love" zabrzmiał na antenie radia w piątek 10 czerwca o godzinie 6:00 rano. Pierwszą audycję, którą wysłuchało 100 tysięcy osób poprowadził Wojciech Mann. "To nie jest stara Trójka, to nie jest nowa Trójka, to jest po prostu Radio Nowy Świat" - powiedział gospodarz programu "Poranna Manna". Rekordowy wynik pierwszej audycji to dopiero początek. Z danych nadawcy wynika, że w dniu debiutu radio zgromadziło przed odbiornikami aż 450 tysięcy słuchaczy.

Radio Nowy Świat powstało z inicjatywy spółki „Ratujmy Trójkę” złożonej z byłych dziennikarzy, współpracowników oraz słuchaczy Programu III Polskiego Radia, a fundusze na projekt pozyskane zostały przez platformę crowfundingową Patronite. Na antenie usłyszymy m.in. Wojciecha Manna, Kubę Badacha, Bartosza i Wojciecha Waglewskich, Zbigniewa Zamachowskiego, Marcina Kydryńskiego i Elizę Michalik. W ramówce stacji obok programów muzycznych ("Mała Kawa", "Muzyka bardzo poważna", "Zamach na dzisiejszą muzę") znajdą się również audycje publicystyczne. Według zapowiedzi Magdy Jethon, redaktor naczelnej stacji, na antenie nie będzie ani polityki, ani reklam. "To próba odtworzenia tego, czym Trójka była przed laty" - skomentowała start stacji dziennikarka Ewa Wanat w rozmowie z portalem Wirtualne Media.

Radia Nowy Świat można słuchać na platformach Open FM i WP Pilot, przez przeglądarkę lub aplikację dostępną bezpłatnie w sklepach App Store i Google Play.

  1. Kultura

Radio Nowy Świat ogłasza datę rozpoczęcia nadawania

Zgodnie z zapowiedziami, internetowe radio Nowy Świat powstałe z inicjatywy byłych gwiazd Trójki, rozpocznie nadawanie w piątek 10 lipca. Na antenie usłyszymy m.in. Wojciecha Manna, Elizę Michalik i Jerzego Sosnowskiego.

Radio Nowy Świat powstało z inicjatywy spółki Ratujmy Trójkę. Internetowa stacja miała rozpocząć nadawanie w piątek 26 czerwca. W ubiegłym tygodniu poinformowano jednak, że start projektu byłych dziennikarzy Trójki ulegnie opóźnieniu z powodu wykrycia koronawirusa u jednej z osób współpracujących z radiem oraz kwarantanny jaką objęto pozostałych członków zespołu. O nowej dacie rozpoczęcia nadawania twórcy Radia Nowy Świat poinformowali za pośrednictwem mediów społecznościowych. Ostatecznie radio wystartuje 10 lipca.

Ramówka stacji obejmować będzie programy muzyczne i publicystyczne. Redaktor naczelna i była dyrektor Trójki, Magda Jethon zapowiedziała, że w radiu nie będą pojawiać się politycy, a na bieżące tematy wypowiadać się będą jedynie eksperci.

Autorskie audycje muzyczne poprowadzą Krzysztof "Grabaż" Grabowski ("Muzyka bardzo poważna"), Wojciech Mann („Mała kawa”), Jan Chojnacki ("Dzieci bluesa") oraz Zbigniew Zamachowski ("Zamach na dzisiejszą muzę"). Gospodarzem popołudniowego pasma od godziny 16:00 do 19:00 będzie Michał Porycki.

Swoje muzyczne programy w wieczornym paśmie będą mieć również Kuba Badach ("Badafonia"), Marek Napiórkowski ("Napiór w eterze") oraz Wojciech i Bartosz Waglewscy ("Wagle"). W wieczornym programie ("Punkt widzenia") między godziną 21:00 a 22:00 pojawiać się będą wymiennie Jerzy Sosnowski, Katarzyna Kasia i prawdopodobnie Marek Zając.

Do ekipy Nowego Świata dołączył również Tomasz Raczek (poprowadzi "Raczek Movie", audycję o tematyce filmowej) oraz Dorota Segda, która będzie gospodynią dwugodzinnej audycji w ramach cyklu "Mistrzowie grają w Nowym Świecie". Program należeć będzie do szerszego cyklu, prowadzonego przez różne osoby. Innym prowadzącym programu będzie np. Michał Rusinek. Do cyklu dołączył też Maciej Stuhr.

Rozgłośnia zaprosiła do współpracy również osoby, które dopiero stawiają pierwsze kroki w branży. Swoje audycje będą mieć zatem finaliści przesłuchań w ramach poszukiwania „młodych talentów”: Karol Berger, Maciej Jankowski, Krzysztof Sacha oraz Mateusz Andruszkiewicz. W stacji posłuchamy też Jakuba Jędrasa, Marcina Kydryńskiego, Michała Nogasia oraz Beaty Grabarczyk (dziennikarka poprowadzi audycję „Nowy Świt”, czyli poranne pasmo od godziny 6:00 oraz sobotni program "Deliberacja" będący podsumowaniem tygodnia). Serwisy informacyjne poprowadzą Tomasz Ławnicki i Agnieszka Drozd, natomiast gospodarzem poranków o bieżących tematach politycznych będzie Klaudiusz Slezak, były dziennikarz Polsat News.

  1. Kultura

Marek Niedźwiecki - głos, który zna cała Polska

Marek Niedźwiecki (fot. Rafał Masłow)
Marek Niedźwiecki (fot. Rafał Masłow)
Marek Niedźwiecki odchodzi z Programu Trzeciego Polskiego Radia. Przypominamy archiwalny wywiad, w którym opowiedział nam o stacji, w której spędził ponad trzy dekady i która sprawiła, że jego głos zna cała Polska.

Jak pachnie studio radiowe?
Stare radio pachniało kurzem. Kurz i rozgrzane magnetofony, na których kręciły się taśmy.

To właśnie ta magia?
Ktoś mnie kiedyś zapytał, czym się różni radio od telewizji, a ja, nie namyślając się wiele, odpowiedziałem, że jak w studiu radiowym zapala się czerwone światełko przy mikrofonie, to od tej chwili mogę zrobić ze słuchaczami wszystko. A w telewizji odwrotnie, kiedy w kamerze zapala się czerwone światełko, to ze mną można zrobić wszystko. Coś w tym jest. Oczywiście, nie wiem, na czym dokładnie polega magia radia, gdybym to wiedział, byłbym najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Ale wiem, że to coś dosięgło mnie już w dzieciństwie. Wychowałem się w małym miasteczku, w Szadku, w takich czasach, że na początku nie mieliśmy jeszcze telewizora. I to radio było łącznikiem dla całej rodziny, siadaliśmy w niedzielę i razem słuchaliśmy Teatru Polskiego Radia. Na Jedynce, bo Trójka nie docierała wtedy jeszcze do mniejszych miejscowości. Szybko stałem się samodzielnym, wymagającym, powiedziałbym, że trochę upierdliwym słuchaczem. Co tydzień wysyłałem kartki pocztowe, głosując na listę przebojów Radia Rytm. Myślałem, że jestem kompletnie anonimowy, a po latach okazało się, że te charakterystyczne żółte kartki ze znaczkiem po 40 groszy lądowały w redakcji na tablicy korkowej. Przywieszali je, bo przypominały małe dzieła sztuki, pracowicie powypisywane kolorowymi flamastrami.

Co by pan robił w życiu, gdyby nie został radiowcem?
Nie byłoby mnie. Pamiętam, jak koleżance z oddalonej od Szadka 12 kilometrów Zduńskiej Woli zwierzałem się w liście, że chciałbym pracować w radiu. Choć to prawda, że wtedy było to marzenie z tej samej kategorii co lot w kosmos.

Nigdy nie myślał pan, żeby pójść w ślady taty? Masarnia nie wchodziła w grę?
Nigdy w życiu. Nie jestem wegetarianinem, ale nie byłbym w stanie zabić zwierzęcia. Poza tym boję się widoku krwi. Nawet jak pobierają mi krew do badania, zwykle mdleję. Nie byłem fanem wizyt w masarni. Mama prosiła: „Idź, zawołaj tatę na obiad”. Pamiętam zwisające tusze krów, świń i tatę w fartuchu. Choć podobno jak byłem mniejszy, pracownicy stawiali mnie na stole, prosili, żebym powiedział wierszyk albo zaśpiewał piosenkę, a w zamian bardzo uradowany dostawałem kawałek kaszanki. Tak naprawdę w szkole średniej marzyłem o anglistyce, ale bałem się, że mnie nie przyjmą, a czasy były takie, że jak się nie dostałeś na studia, to automatycznie szedłeś do wojska. Wybrałem w końcu politechnikę. Wydział budownictwa, nie najtrudniejszy – mechanika czy chemia nie wchodziła w rachubę, nie dałbym rady. I rzeczywiście, z wykształcenia jestem magistrem inżynierem technologii organizacji budownictwa, mógłbym być szefem budowy. Chociaż na Politechnikę Łódzką poszedłem tylko przez radio.

Jak to?
Moja starsza siostra studiowała tam włókiennictwo i ja, jeszcze będąc w liceum, przywoziłem jej czasem z Szadka od rodziców wałówkę. I to ona mi powiedziała: „Widzisz to pudło? Tam, obok zegara? To studenckie Radio Żak”. I ja wtedy wymyśliłem sobie, że koniecznie muszę się do Żaka dostać. Udało się od razu po tym, jak rozpocząłem studia. Już w październiku był pierwszy nabór i ja się dałem nabrać. To był pierwszy raz, kiedy usiadłem, trudno powiedzieć, że w studiu, raczej w zwykłym pokoju wygłuszonym opakowaniami po jajkach, żeby głos nie odbijał się od ścian, jako że mikrofony były dość słabe. Ale magia już była. Byłem spikerem, prowadzącym, czytałem koncert życzeń. Nigdy nie miałem takiej myśli, że mógłbym robić co innego. Poważnie. Jeszcze w Szadku chodziłem po lesie i układałem całe audycje w głowie. Prowadziłem zeszyty – notowałem to, co mówili prezenterzy Radia Luxembourg czy American Forces Network, radiostacji dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Europie. Notowałem składy zespołów, tytuły, ciekawostki, robiłem swoją prywatną encyklopedię. Od zawsze chciałem być panem Markiem z radia, mimo że nigdy nie byłem przebojowy.

A jaki pan był?
Raczej nadwrażliwy, a na zewnątrz cichy, spokojny, nie wadziłem nikomu. Rumieniłem się przy byle okazji. Taki chłopak z prowincji.

Kiedy przestał pan tak o sobie myśleć?
Chyba nigdy nie przestałem. Jak idę na bazarek obok swojego domu, kupuję jabłka u pana Krzysia, a całą resztę u pani Alicji, to czuję się, jakbym był w małym mieście. Znamy się tyle lat. Dziś kupiłem pół kilo podgrzybków, chyba ostatnich w tym sezonie. Z domu do pracy mam kilkanaście minut jazdy, jestem w radiu kilka godzin, potem pochodzę po okolicy, zwykle po Łazienkach, bo tu ładnie, a staram się robić 10 tysięcy kroków dziennie.

Mnie rutyna, powtarzalność dni przeraża.
A ja ją lubię. Budzę się zawsze o szóstej, bez budzika, nawet po zmianie czasu. Zaczynam dzień od Trójki, śniadanie, pranie, potem idę na wspomniany bazarek. W drodze do pracy włączam radio i to jest jedyny moment, kiedy słucham konkurencji.

Jakich stacji?
Radia Pogoda, Chilli Zet, RMF Classic. Jak jadę w dłuższą trasę, to też przesłuchuję, co grają i mówią inni.

I jak? Podoba się panu?
Czasami mnie coś zaskoczy, czasami zdenerwuje. Nie chcę być upierdliwym gościem, który krytykuje kolegów, poza tym każdy pracuje na swoje nazwisko, ale jednak mówi się zespół „Jurytmiks” i jak ktoś mówi „Ełrytmiks”, to jednak trochę mnie to boli.

Zostawił pan kiedyś Trójkę. Na dwa lata.
Wtedy, w 2007 roku, czułem, że muszę tak postąpić. Ale była to decyzja z serii „na przekór mamie odmrożę sobie uszy”. Czekały tu na mnie rzeczy, mój kwiatek w doniczce był podlewany. Wróciłem do siebie.

Dyrekcja Polskiego Radia znowu może się zmienić. Znowu może pan stanąć przed trudną decyzją. Nie boi się pan tego?
Nie myślę o tym. Świat daje mi dostatecznie dużo powodów do zmartwień. Zamachy, spadające samoloty, teraz straszą, że wędliny powodują raka, a ja całe życie jem wędliny. Dzieci, które urodzą się w tym roku, zobaczą, co będzie za 50 lat, jak to się wszystko potoczy, a ja się cieszę, że nie zobaczę.

Jest pan wymagający wobec ludzi?
Absolutnie nie. Nawet z asertywnością bywa u mnie kiepsko, choć i tak jest dużo lepiej, niż było. To chyba przychodzi z wiekiem, jestem coraz mniej cierpliwy, nie mam już tyle siły, żeby poprowadzić dużą imprezę w hali sportowej. Kiedyś zupełnie nie potrafiłem odmówić, na pewno bym otworzył, kupił od sympatycznych dziewczyn kartki na rzecz jakiejś fundacji, odpowiedziałbym na ankietę sympatycznego pana. Dzisiaj po prostu nie otwieram, jeśli ktoś nie był umówiony. Choć nie zawsze ta moja asertywność działa.

Marek Niedźwiedzki, rocznik 1954, dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy. Pracował z początku dla Studenckiego Radia Żak Politechniki Łódzkiej, następnie wygrał konkurs na spikera w Radiu Łódź, podejmując także współpracę z Programem Pierwszym Polskiego Radia. Do radiowej Trójki trafił w roku 1982. Najbardziej znaną prowadzoną przez niego audycją była „Lista przebojów Programu Trzeciego”.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".