1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Mężczyźni Agnieszki Osieckiej

Mężczyźni Agnieszki Osieckiej

Agnieszka Osiecka w Warszawie w 1984 roku. (Fot. Jerzy Łapinski/Fotonova/East News)
Agnieszka Osiecka w Warszawie w 1984 roku. (Fot. Jerzy Łapinski/Fotonova/East News)
Żyła dla miłości, choć nie umiała kochać. Piękna, niezależna, o krok wyprzedająca swoje czasy. Szalenie inteligentna i jeszcze bardziej uzdolniona poetka, do której mężczyźni wprost lgnęli, choć nie była klasycznym typem uwodzicielki. A może to ona lgnęła do nich? Permanentnie nieszczęśliwie zakochana, a przecież pisała najpiękniejsze teksty o miłości.

Ja nie chcę znów za dużo mieć, za mało - też. W małżeństwie mi wystarczysz ty, parasol - w deszcz, i modny strój, i dobry but, i jeszcze żeby stał się cud... Oddałabym sukienki te i pończoch sto, by z tobą hen, do nieba biec i znów na dno... Bo kiedy w nas przygaśnie blask, ty dla mnie skradniesz jedną z gwiazd...
(fragment „Kto tak ładnie kradnie?” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2016)
W swoim życiu miała wiele miłości, miłostek, zauroczeń i zakochań, a pośród nich były dwie najważniejsze - miłość do pisania i miłość do ludzi. Agnieszka Osiecka była bowiem duszą towarzystwa, uwielbiała dywagować, podnosić poważne tematy, ale też plotkować i powtarzać w kółko te same historie. Inspiracje do tekstów czerpała właśnie z kontaktów z ludźmi. Nieustannie wchodziła w przeróżne relacje – koleżeńskie, przyjacielskie i wreszcie miłosne, bez których z pewnością nie powstałyby jej najpiękniejsze teksty o miłości.

Bez przerwy goniła za miłością. Od najmłodszych lat otaczała się mężczyznami. Każdy z nich zupełnie się od siebie różnił. Rozkochiwała w sobie mężczyzn inteligentnych, kulturalnych, wybitnie utalentowanych, ale też chuliganów. Liczyło się olśnienie, zachwyt, coś nietypowego, czego w danym momencie życia potrzebowała.

Walka o szczęście

Jej pierwszą, prawdziwą miłością był Witold Dąbrowski, poeta, absolwent polonistyki i filozofii. Poznali się podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, pracowali razem w Studenckim Teatrze Satyryków i przez kolejne dwa lata byli niemal nierozłączni. Osiecka w "Testamencie" pisała o ich związku: "W wielkim jarmarku warszawskiego festiwalu spotkałam Witolda i odbyłam tę jedyną w swoim życiu walkę o szczęście: ten jeden jedyny raz nie prześladowało mnie poczucie winy, ten jeden jedyny raz nie ono decydowało, ten jeden jedyny raz kochałam naprawdę".

Dąbrowski imponował Agnieszce swoją wiedzą literacką, poetyckimi ambicjami, intrygował sposobem bycia, pisała o nim, że miał „najpiękniejszą ze wszystkich twarzy”. Mieli diametralnie różne poglądy, Osiecka nie podzielała jego fanatycznych manier i nastawienia, jak u młodego buntownika walczącego o socjalistyczną przyszłość. Mimo to silne uczucie pierwszej, poważnej miłości trwało przez kilka lat, przerywane rozłąkami, kłótniami, zazdrością i romansami. Rozstali się, bo uznali, że oboje muszą poszukać swojej własnej drogi.

Panna Czaczkes

Związek Agnieszki z Markiem Hłasko urósł już do rangi legendy. On – znany już wtedy w środowisku literackim, uważany za najważniejszy głos młodego pokolenia, ona – niespełna 20-letnia pisarka, zafascynowana STS-em, na początku swojej pisarskiej kariery. Nieoczywisty, przystojny, niebieskooki, z postawą „na chuligana” uwiódł ją i nazwał swoją „Panną Czaczkes”. Widziała w nim prawdziwego mężczyznę, takiego, który zawsze robi co chce, kokietuje ludzi, uwodzi ich i rzuca, a do tego ma romantyczną naturę i niezwykłą umiejętność pisania. W ich historii jest wiele niedomówień i znaków zapytania. Symbolem ich miłości stał się kożuch, w którym Agnieszka fotografowała Marka w Kazimierzu, by później dostać go od niego w paczce z Izraela z dopiskiem: "Noś mój kożuch, wyglądaj w nim ładnie".

Zaręczyli się w 1958 roku, tradycyjnie – Marek poprosił o rękę Agnieszki jej matkę. Niedługo po tym wyjechał z kraju i już nigdy do niego nie wrócił. "Gdybyś ty była, gdybym mógł od czasu do czasu  spojrzeć na Twoje zwężenie na móżdżek i rozszerzenie na móżdżek - wiele by się zmieniło, jestem tego pewien" - pisał do niej z Paryża. Po kilku latach ich związek okazał się fikcją. Agnieszka zrezygnowała z ciągłego czekania, a Hłasko stracił już resztki nadziei na powrót do Polski.

Coś Ty zrobił, Jeremi

O romansie Osieckiej z Jeremim Przyborą nie mówiło się głośno, wielu dowiedziało się o nim dopiero w 2010 roku, po wydaniu książki „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze” – jednej z najpiękniejszych miłosnych korespondencji w polskiej literaturze.
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Ich piosenki w latach 60. znała cała Polska, oboje byli już znani z radia, teatru, telewizji, kabaretu. Jeremi był wtedy żonaty, nic więc dziwnego, że postanowili trzymać swoją relację w tajemnicy, nawet przed najbliższymi przyjaciółmi. Ich związek, choć krótki i bogaty w rozstania i powroty związane z ich licznymi podróżami, był niezwykle intensywny. Gdy Przybora, jeszcze na początku ich związku, wyjechał na kilka tygodni do Paryża, Agnieszka z tęsknotą pisała do niego: "Coś ty zrobił, Jeremi. Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności". Pisali do siebie tysiące zdań, a ich miłosne wiersze i piosenki są równie piękne, co burzliwe, dramatyczne i wzruszające. Zupełnie tak, jak ich związek. To właśnie dla Jeremiego Przybory Osiecka napisała jedną ze swoich piękniejszych ballad - "Na całych jeziorach - ty".
Na całych jeziorach - ty, o wszystkich dnia porach - ty, w marchewce i w naci - ty, od Mazur do Francji - ty...

Na co dzień, od święta - ty, i w leśnych zwierzętach - ty, i w ziołach, i w grzybach, w nadziejach, że to chyba - ty...

We wróżbach i w kartach - ty, na serio i w żartach - ty, w sezonie i potem, przed ptaków odlotem na wielka tęsknotę - ty, zawsze ty...

(fragment „Na całych jeziorach - ty” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2016)

Nie mów do mnie jak do żony

Agnieszka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie nadaje się do stworzenia prawdziwego, tradycyjnego domu. Zwykła mówić, że nie widzi się w roli żony, a codzienność i domowa rutyna ją zwyczajnie nudzi. Mimo tego wydawało jej się, że związek z mężczyzną da jej upragnione szczęście. Dwukrotnie wychodziła za mąż. Jej pierwszym mężem był Wojciech Frykowski, człowiek-legenda, który w sierpniu 1969 roku, wraz z Sharon Tate, Jayem Sebringiel i Abigail Folger, został brutalnie zamordowany przez bandę Charlesa Mansona. Ślub Osieckiej i Frykowskiego odbył się w 1963 roku w Zakopanem. Był smoking, biała suknia, limuzyna i tylko panna młoda była jakby zupełnie w innej bajce. Agnieszka już wtedy wiedziała, że popełniła błąd. Ich małżeństwo trwało kilka miesięcy. Agnieszka przyznała później, że była to impulsywna decyzja, że ich związek to tak naprawdę nie była miłość, a jedynie niedojrzały flirt.

O jej drugim mężu, Wojciechu Jesionce, pisała niewiele. Poznali się w Piwnicy pod Baranami, Agnieszka chciała się nim zaopiekować, pomóc mu w karierze reżyserskiej, on jednak, z wykształcenia archeolog, nie wykorzystał tej szansy. Osiecka nie traktowała małżeństwa na poważnie, skutkiem czego po raz kolejny jej związek okazał się wielkim nieporozumieniem.

Jak dwa żywioły

Najtrwalszy, choć niezapieczętowany małżeństwem związek stworzyła dopiero z Danielem Passentem. Byli całkowitym przeciwieństwem. Daniel cenił spokój, harmonię i uporządkowane życie. Agnieszka żyła chwilą, niczego nie planowała, nie przejmowały jej dobra materialne. Mimo tego oczarowała go, zostawił dla niej żonę i zamieszkali razem na jej ukochanych Mazurach. Tam, przez chwilę, byli szczęśliwi. Daniel był jedynym mężczyzną, z którym próbowała stworzyć rodzinę, pragnęła mieć z nim dziecko.

Swoją jedyną córkę, Agatę Passent, urodziła w 1973 roku. Macierzyństwo ją przytłoczyło, niemal wszystkie obowiązki związane z córką przejął Passent. Agnieszka, choć tak bardzo chciała mieć dziecko, nie umiała udźwignąć roli matki. Zostawiła Daniela z ich kilkuletnią córką i uciekła do nowej miłości, Zbigniewa Mentzla. Kochała Agatę, w towarzystwie potrafiła opowiadać o niej godzinami, starała się utrzymywać z nią jak najlepszy kontakt, pokazywać jej swój światopogląd, chciała, żeby była ciągle obecna w jej życiu. W szkolnym wypracowaniu dziewięcioletnia Agata napisała „Moja matka ma oczy niebieskie, a włosy koloru ciemnego blondu. Z tyłu jest dość gruba, ale jest dosyć ładna. Nie umie prawie wcale gotować. […] Moja matka wcale na mnie nie krzyczy, tylko każe mi nosić skarpetki. […] Taka jest ona. Moja matka jest poetką, ale wolałabym, żeby była farmaceutką”.

Satyryk i współtwórca STS-u Andrzej Jarecki, redaktor paryskiej "Kultury", starszy od niej o 30 lat Jerzy Giedroyc, założyciel i dyrektor Teatru Atelier w Sopocie André Hübner-Ochodlo - z nimi również Agnieszka Osiecka próbowała pisać miłosne historie ze szczęśliwym zakończeniem. Bezskutecznie. Czy to właśnie przez nieustanną tęsknotę za prawdziwą miłością jej oczy przepełniał smutek?

Korzystałam z książek: "Zdradziecka Osiecka" Piotra Derlatki (Wydawnictwo Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego) i "Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką" Zofii Turowskiej (Wydawnictwo Prószyński i S-ka). 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Moje dziecko czyta „bzdury” – jak reagować na młodzieńcze upodobania?

Większość rodziców, którzy negatywnie wypowiadają się o lekturach dzieci, nie czytała tych książek. Dlaczego zatem chcemy odgonić od nich nasze dzieci? (fot. iStock)
Większość rodziców, którzy negatywnie wypowiadają się o lekturach dzieci, nie czytała tych książek. Dlaczego zatem chcemy odgonić od nich nasze dzieci? (fot. iStock)
Nie zawsze potrafimy zaakceptować gust swojego dziecka. Mogą nas niepokoić jego wybory filmowe lub książkowe. Jak zamiast krytyki rozwinąć w sobie akceptację?

Mam trzynastoletnią córkę, z którą od jakiegoś czasu zupełnie nie umiem nawiązać kontaktu. Ostatnio była chora. Chciałam jakoś ją zabawić. Ponieważ źle się czuła, bo miała wysoką gorączkę, powiedziałam, że jej poczytam. Ku mojemu przerażeniu jedyne książki, które ją interesowały, to jakieś bzdury o wampirach. W ogóle nie chciała wziąć do ręki tego, co ja jej proponowałam i czym ja się zaczytywałam, gdy byłam w jej wieku. Nakrzyczała na mnie, że jak mogę mówić, że mi się nie podobają jej lektury, skoro w ogóle tego nie znam, i już nie było z nią rozmowy. Nie wiem, co mam robić, żeby ją odwieść od czytania czegoś takiego. Zawsze podsuwałam jej literaturę z najwyższej półki. Uwielbiała klasykę, a teraz mówi, że katowałam ją jakimiś starociami. Jak mam postępować z córką, żeby każda nasza rozmowa nie kończyła się tygodniową awanturą? Jest na to jakiś sposób? - pyta jedna z czytelniczek.

[newsletterbox]

Na początku chciałam Panią uspokoić – teraz czuje Pani rozgoryczenie, że tyle Pani kiedyś czytała córce, a ona tego nie docenia. A przecież to nie przepadnie. To jest w Pani córce, odłożyło się w niej jako inteligencja, fantazja, erudycja, empatia, bogate słownictwo. Nauczyła ją Pani, że kontakt z kulturą jest wartością. Fakt, że teraz ona to podważa, jest bez znaczenia. Córka rozpoczęła okres dojrzewania, więc chce udowodnić sobie i całemu światu, że nikomu (a zwłaszcza rodzicom) niczego nie zawdzięcza. Ona teraz chce myśleć, że wszystko osiągnęła sama. To zdrowe i naturalne. Okres dojrzewania karmi się poczuciem, że sama mogę wszystko i sama ze wszystkim sobie poradzę. To znakomicie, że córka odrzuca Pani wkład w budowanie jej osobowości. Gdyby tego nie robiła, znaczyłoby to, że się Pani boi, bo macie toksyczne relacje.

Podstawą każdej sympatii (również w relacjach rodzinnych) jest podobieństwo. Czujemy się dobrze w towarzystwie takich samych ludzi jak my. Warto o tym pamiętać, gdy dziecko wchodzi w okres dojrzewania. Jeśli będziemy się we wszystkim od niego różnić, nie będzie nas lubić. A jeśli nie będzie nas lubić, będzie negować wszystko, co robimy i mówimy. Dlatego warto postarać się mieć z dzieckiem wspólne zainteresowania, bo one najmocniej łączą. Wychowała Pani córkę na osobę, która lubi czytać, to nie będzie więc trudne, bo grunt już jest.

I jeszcze jedno: córka ma rację – większość rodziców, którzy negatywnie wypowiadają się o lekturach dzieci, nie czytała tych książek. Dlaczego zatem chcemy odgonić od nich nasze dzieci? Przyczyną jest brak akceptacji wielorakiej natury dziecka. Boimy się tego, że nasze dziecko, które postrzegamy jako słodkie i niewinne, zainteresuje się wampirami, śmiercią, przemocą czy seksem. Chcemy je widzieć jako niewinną istotę i „uchronić” przed ciemną stroną świata, więc podtykamy słodkie książeczki z czasów naszego własnego dzieciństwa. Tymczasem dziecko samo doskonale wie, kiedy jego psychika jest już gotowa, żeby zmierzyć się z wielorakością świata. Gdy przerażają nas lektury naszego dziecka (lub to, czym ono się interesuje), warto zadać sobie pytanie: „Czego się boję? Dlaczego nie pozwalam mojemu dziecku o tym wiedzieć?”.

Ewa Nowak: pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży

  1. Kultura

Książki, które warto przeczytać. Nowości

Książki
Książki
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Oto kilka propozycji, które mogą wzbogacić waszą bibliotekę. Miłej lektury.

Zwyczajne szaleństwo

Koniec świata? Skądże, Normalny atak paniki. Poza tym wszystko w porządku. Agnieszka Jelonek, autorka opowiadań, scenariuszy, powieści i bloga, przyznaje, że ma „czarny pas w walce z nerwicą lękową”. Bohaterka jej książki jest dziennikarką (niespełnioną), mężatką (czy szczęśliwą?), dużo podróżuje. Pozornie wszystko jest w porządku. Jak sama stwierdza, przyglądając się swojej przeszłości: „Wszystko układało się we współczesną historię Polski, z traumą wojny u dziadków i Peerelu u rodziców, bez spektakularnych urazów psychicznych u mnie w okresie przemian ustrojowych”. A jednak lęk stale Alicji towarzyszy. Gdy dopada ją atak paniki, świat się kurczy i nawet e-maile przychodzą za głośno. Jelonek znakomicie tłumaczy, czym grozi hodowany w sobie wieloletni smutek. I robi to z humorem – bo Alicji nawet joga nie wychodzi. Fascynująca odyseja przez umysł, którym rządzi lęk.

Agnieszka Jelonek „Koniec świata, umyj okna”, Cyranka, s. 104. Agnieszka Jelonek „Koniec świata, umyj okna”, Cyranka, s. 104.

To skomplikowane

Norweżka Marie Aubert – w Polsce ukazała się wcześniej jej powieść „Dorośli” – zawdzięcza „Zabierz mnie do domu” rozgłos i pierwsze literackie nagrody. To zbiór opowiadań o oczekiwaniach, rozczarowaniach i pragnieniach, do których wstyd się przyznać. Jedna z bohaterek pozwala partnerowi ciągnąć się za włosy i nie wie, czy jej się to podoba. Para szuka dziecka do adopcji, ale ma wątpliwości. Maja po rozwodzie u taty jest tylko gościem,a on sobie z tym nie radzi i w końcu traci nad sobą panowanie. Przejmująca książka o balansowaniu na granicy.

Marie Aubert, „Zabierz mnie do domu”, Pauza, s. 128. Marie Aubert, „Zabierz mnie do domu”, Pauza, s. 128.

My, czyli kto?

Zmarła siedem lat temu Janina Katz była Polką żydowskiego pochodzenia, mieszkała w Danii. Tak jak bohaterowie tej powieści (pisanej oryginalnie po duńsku). Anna i Joachim uciekli z Polski na fali zdarzeń Marca 1968 roku. Tyle że Anna z racji wieku znacznie mniej pamięta. Nie znając swoich dziejów, czuje się nikim. Żydówką, która „mało wie o żydostwie”. Joachim wolałby z kolei zapomnieć i po prostu stać się Duńczykiem. Czy to w ogóle możliwe? Czy trzeba znać swoją przeszłość, żeby zaznać spokoju? Katz podsuwa odpowiedzi.

Janina Katz „Chłopiec z tamtych lat”, Driada, s. 271. Janina Katz „Chłopiec z tamtych lat”, Driada, s. 271.

Cofnąć czas

Wybierając w życiu jakąś drogę, trzeba zrezygnować z innych opcji. Nowa książka Picoult, amerykańskiej autorki bestsellerów, opowiada o tym, jak trudno się z tym pogodzić. Dawn studiowała egiptologię, chce być archeolożką. Ale musi rzucić wykopaliska (oraz swoją miłość) i wrócić do Bostonu. Tam pracuje jako „doula od umierania”, towarzyszy pacjentom w ich ostatniej drodze. Dobrze postąpiła? A może los wybrał za nią? Czy w Egipcie byłaby szczęśliwsza? Powieść dla każdego, komu się marzy wehikuł czasu.

Jodi Picoult „Księga dwóch dróg”, Prószyński i S-ka, s. 520. Jodi Picoult „Księga dwóch dróg”, Prószyński i S-ka, s. 520.

  1. Kultura

Sylvia Plath - w nieustannej walce o poezję, pracę i życie

Sylvia Plath. (Fot. BEW Photo)
Sylvia Plath. (Fot. BEW Photo)
Siedem ostatnich miesięcy jej życia to pasmo niefortunnych zdarzeń, balansowanie na skraju najsilniejszych emocji i nierówna walka o odzyskanie własnej tożsamości. Pomiędzy tym Sylvia Plath pisała swoje najlepsze wiersze, pielęgnowała kontakty z bliskimi i opiekowała się dwójką małych dzieci. Co popchnęło genialną poetkę do samobójstwa? 

Fragmenty pochodzą z książki "Ostatnie dni Sylvii Plath. Biografia" Carla Rollysona, wydawnictwo Prószyński i S-ka. Premiera 11 marca

Ona nigdy nie chciała mieszkać na wsi! To był jego pomysł. Czym był dla niego dom? Niczym więcej, zdawało się, niż postojem w podróży. Kiedy go poznała, był niechlujnym absolwentem Cambridge, który wciąż snuł się po uczelni, nie robiąc nic poza dyletanckimi wprawkami poetyckimi. Miał wspaniały głos, nad którego doskonaleniem ciężko pracował. Zależało mu na tym, aby robić wrażenie na publiczności. Pewnego razu urzekł nim Bena Sonnenberga do tego stopnia, że ten spadł z krzesła. Ted Hughes pomógł mu wstać, nie przerywając deklamacji. Wibracje „głębokiego jak Anglia” głosu Hughesa wprawiły wtedy w drżenie ciało Sonnenberga, wspominał, posługując się cytatem ze słynnego wiersza Pike. Plath nie była więc jedyną osobą, którą Hughes potrafił zahipnotyzować głosem.

Praca wymagająca umycia włosów i założenia garnituru byłaby dla niego wyparciem się ideałów, dowodem sprzedajności. Jakich znowu ideałów? – mogła go zapytać. Czyż nie wypierał się ich właśnie, zachowując swoje wiersze dla siebie i wąskiego grona przyjaciół? Nie realizował się jako poeta i pozbawiał świat możliwości obcowania ze swoją sztuką. Wzruszał na to ramionami i przywoływał uśmiech, który rozjaśniał jego mroczną, przystojną twarz. Później to wszystko go przytłoczyło: pierwsza nagroda literacka od Harpera, dom na wsi (Court Green) i praca w londyńskiej rozgłośni radiowej BBC. Poczuł się niejako wmanewrowany przez Sylvię. „Zrobiłaś ze mnie profesjonalistę”, oświadczył z wyrzutem, jakby pozbawiając go statusu amatora, ograbiła go z niewinności. To on był pokrzywdzony! Podejrzewała, co mogą oznaczać te jego podróże z Court Green do Londynu. Al Alvarez czynił podobne sugestie. Ted traktował ją jednak jak przewrażliwioną kurę domową i reagował oburzeniem na wszelkie przejawy braku zaufania. Tak samo było w Smith College. Co robi u jego boku studentka z Amherst, kilkadziesiąt kilometrów od własnej uczelni? – zapytała. Odpowiedział, że jak zwykle histeryzuje i jest chorobliwie zazdrosna. Tymczasem ona nie miała wątpliwości: nawet jej koleżanki, które nie lubiły Teda, poszłyby z nim do łóżka bez wahania, gdyby ten zrobił pierwszy ruch. Potem w Court Green zadzwonił telefon. To była ona, Assia Wevill. Zapytała o Teda nienaturalnie niskim głosem; Sylvia domyśliła się, że próbuje brzmieć jak mężczyzna. Wtargnęła do ich domu niczym Lamia z wiersza Keatsa; ta kobieta, która doprowadziła do takiej furii swoją profesorkę ze studiów w British Columbia, będącą zazwyczaj uosobieniem łagodności, że ta poderwała się od stołu podczas lunchu. „Ty suko!” – krzyknęła i wyszła. Sylvia wyrwała telefon ze ściany i wyrzuciła Teda ze swego życia. Kazała mu się wynosić, NATYCHMIAST, w obecności swojej matki. To była upokarzająca i bolesna, a zarazem jedyna metoda na poradzenie sobie z tym bierno-agresywnym człowiekiem, który niczego nie robił samodzielnie i manipulował przyjaciółmi oraz (jak się okazało) kochankami, przedstawiając ją jako gorgonę tłamszącą spontanicznego, rozrywkowego, niezależnego Teda, jakiego wszyscy znali i kochali.

Nawet sposób, w jaki ją zostawił, był irytujący. Nie protestował. Po prostu pojechał pociągiem do Londynu, gdzie rozgościł się na cudzych kanapach, rozkoszując się wolnością charyzmatycznego chłopca poety. Panie go uwielbiały, a panowie się o niego martwili. Wyrzuciła go, skarżył się z miną winowajcy. Ale co miał zrobić? Była przecież taka wymagająca, nieubłagana, odpowiedzialna. Skazany na wygnanie salwował się ucieczką. To on był w rozpaczy. On usiłował ratować ich małżeństwo. Wziął na siebie winę, oczywiście, ale właśnie w tym rzecz: obarczała go swoimi problemami. Tymczasem Sylvia obserwowała z wściekłością, jak łatwo jego przyjaciele dają się omamić jego fałszywą skruchą, jak się litują nad biednym Tedem, niezdolnym sprostać jej wyśrubowanym wymaganiom. Jakże prędko stał się w ich oczach ofiarą całej tej sytuacji! Porzucony przez żonę na pastwę losu, sam siebie biczował. Jego samooskarżanie działało lepiej niż jej oburzenie, które traktowano jako kolejny dowód niemożliwego do zaspokojenia perfekcjonizmu Plath. Odebrała mu swoje wsparcie, więc Ted jak zwykle zwrócił się do ubóstwiających go przyjaciół, wchodząc w rolę wiernego druha i przywódcy. Natychmiast uzyskał rozgrzeszenie.

Dzięki niemu wszyscy mogli poczuć się znów młodzi i serdeczni. Ted o rozbieganym spojrzeniu z karykatury Davida Levine’a nie istniał, był dziełem paranoicznego umysłu autora portretu przedstawiającego twarz z ostro zarysowanym podbródkiem i nosem jak przęsło mostu, przypominającą twierdzę. Problem stanowiła poważna, obowiązkowa, psująca wszystkim zabawę Sylvia. Pracowita mistrzyni synonimów blakła w porównaniu z ich kolorowym Tedem. Miała serdecznie dość kampanii „pozwól Tedowi być sobą”. Kiedy wchodziła do baru, zacieśniali szeregi, utyskiwali, że odciąga od nich Teda i nie potrafi się bawić, nie szanuje irlandzkiej fantazji i wielowiekowej wesołej tradycji wspólnego tworzenia przy piwie. Przy czym nikt z nich nie pochodził z Irlandii. Niepotrzebnie próbuje tak bardzo wszystko kontrolować, mówili. Ale co oni o niej wiedzieli; o tym, co pisała w swoich dziennikach – że kobieta nie może tak po prostu wejść do baru i dołączyć do męskiego towarzystwa, żeby nie zostało to odebrane jako deklaracja dostępności seksualnej. Naturalnie? Spontanicznie? Jak dokładnie kobieta, którą Ted nazywał „poetessą”, miała się zachowywać w tej cholernej, braterskiej atmosferze? Jak brat Sylvia? I o czym Ted marzył w takich chwilach? O wyprawie na ryby ze starszym bratem Geraldem? Braterska więź przebiła się przez śluby małżeńskie, spychając na drugi plan Sylvię, która usiłowała udawać silniejszą, niż była, na kartach pamiętnika i w listach, jednocześnie przeciwstawiając się dyktaturze męskiego klubu. Ostry seks w sypialni? Jak najbardziej. Ale zaznaczanie swej obecności w innych sferach życia, w których tradycyjnie dominują mężczyźni, to doprawdy nadmierna agresja. Nawet wrażliwy i krzepki wielbiciel górskich wspinaczek Al Alvarez, dorównujący Tedowi na każdym polu poza pisaniem wierszy, nie rozpoznał w Sylvii poetki, z którą współpracował jako wydawca, lecz zobaczył w niej jedynie uległą żonę kolegi od kieliszka, kiedy odwiedził ich po raz pierwszy we wspólnym domu. Konwencjonalnie wyglądająca kobieta o brązowych – już nie platynowych – włosach musiała sama przypomnieć zdumionemu Alvarezowi, że publikował jej wiersze. Że ma własne miejsce na poetyckim parnasie.

Każda minuta była dla niej walką o życie, o pracę, o poezję, które próbował zawłaszczyć Ted.

[...]

Czwartego lutego 1963 roku, tydzień przed tym, jak odebrała sobie życie, Sylvia Plath napisała list do Ruth Barnhouse, w którym przedstawiła dokładny opis swojej sytuacji i prognozę. Po siedmiu miesiącach separacji z mężem nadal budowała swoją niezależność. Zgodnie z analizą Barnhouse Plath doszła do wniosku, że w wyniku „bałwochwalczej miłości” – opisywanej przez Ericha Fromma w książce O sztuce miłości, którą przeczytała za namową terapeutki – zatraciła własne ja, robiąc z męża „idola i ojca”. Opisała siebie jako pragnącą wyjść z cienia człowieka, którego obawiała się stracić. Ale on utrudniał jej to, pozostając kochającym ojcem dla Friedy, gdy jednocześnie podtrzymywał znajomość ze swoją „dziewczyną z agencji reklamowej”, Assią Wevill.

Po rozstaniu z Tedem Hughesem usiłowała nadać swoim dniom stały rytm, szukała powtarzalnych rytuałów codzienności, by jakoś zapełnić miejsce po nim. Nazywała ten czas po jego odejściu wychodzeniem z pustki. To, co opisywała, było rodzajem żałoby, zastoju trzymającego ją w stanie swoistego „zamrożenia”, które utrudniało znoszenie bólu. Pisanie, skupienie sprzyjające powrotowi do równowagi, a także zlecenia od czasopism i BBC, które przynosiły zawodowe spełnienie profesjonalnej i zdyscyplinowanej części jej osobowości – w tym wszystkim szukała ratunku. Aż do momentu gdy poczuła się „wypisana na krawędź szaleństwa”. Miała „wizję najgorszego”, w tym powrotu do szpitala psychiatrycznego. Pigułki nasenne i mikstury uspokajające pomagały jej utrzymać się na nogach, lecz była „śmiertelnie przerażona. Powinnam skapitulować i wyciągnąć całun”.

Wpadła w panikę, osuwała się w chaos, wyobrażała sobie siebie w otchłani, z której patrzyła do góry na swoją przerażającą matkę męczennicę po jednej stronie i własne piękne dzieci po drugiej. Obwiniała samą siebie, konfrontując się z „zimnym wiatrem oskarżeń”. Ledwo mogła się ubrać czy zrobić posiłek, samo poruszanie sprawiało jej problem. Doktor Horder, czuwający nad ogólnym stanem zdrowia Plath, umówił ją na wizytę z lekarką psychiatrą – co Plath uznała za ironię losu w czasie, gdy pierwsza powieść o załamaniu nerwowym sprzed lat właśnie zbierała pochlebne recenzje. Praca umysłowa wydawała się jej ponad siły. Czuła się jak tchórz. W tamtych czasach samobójstwo „nadal było stygmatyzowane, uznawane za oznakę niewybaczalnego moralnego upadku”. Leczenie farmakologiczne depresji było jeszcze w powijakach, a pomysł, że samobójstwo może być wynikiem „biologicznej burzy w mózgu”, nie przyszedłby do głowy Plath, która chciała się poddać. Umrzeć i skończyć z tym wszystkim, wysyłając dzieci do Teda – te myśli, zdała sobie sprawę, były częścią swoistego „defetystycznego cyklu”, z którego pragnęła się wyzwolić. Ale czuła się „niezdolna do bycia sobą i kochania siebie”. Nie napisała, co trzyma ją przy życiu, lecz zakończyła list słowami: „Dzieci płaczą. Muszę je zabrać na podwieczorek”.

Nieobecny mąż, jego kochanka, lękliwe usposobienie matki, marazm, w który sama się wpędzała, samotność, dzieci – w jaki sposób to wszystko doprowadziło do przeraźliwej rozpaczy tamtego dnia, kiedy po raz ostatni szukała pomocy u Barnhouse? Co się stało podczas jej ostatniego fatalnego tygodnia w lutym?

'Ostatnie dni Sylvii Plath', Carl Rollyson, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) "Ostatnie dni Sylvii Plath", Carl Rollyson, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Eliza Rycembel o roli w serialu "Osiecka"

Serial „Osiecka” będzie miał premierę w 25 grudnia 2020 roku w TVP. W rolę młodej Agnieszki Osieckiej wcieli się Eliza Rycembel. (Fot. materiały prasowe TVP)
Serial „Osiecka” będzie miał premierę w 25 grudnia 2020 roku w TVP. W rolę młodej Agnieszki Osieckiej wcieli się Eliza Rycembel. (Fot. materiały prasowe TVP)
Wielka poetka, ale i kobieta z krwi i kości, z otwartym umysłem, superwrażliwa – tak o Agnieszce Osieckiej mówi Eliza Rycembel. Aktorka wcieli się w nią w serialu „Osiecka”. Jak to było znaleźć się w jej skórze?

Serial „Osiecka” będzie miał premierę w 25 grudnia 2020 roku w TVP; 13 odcinków wyreżyserowali Robert Gliński i Michał Rosa. W rolę Agnieszki Osieckiej wcielą się Eliza Rycembel oraz Magdalena Popławska. Oprócz nich pojawią się m.in. Grzegorz Małecki (w roli Jeremiego Przybory), Mikołaj Roznerski (w roli Wojtka Frykowskiego) czy Jędrzej Hycnar  (w roli Marka Hłaski).

Ile lat ma „twoja” Agnieszka?
Poznajemy ją jako 17-latkę. Ja wcielam się w nią do czasu, gdy skończy 28 lat, pożegna już Marka Hłaskę i weźmie ślub z Wojtkiem Frykowskim.

Czyli grasz i dziewczynkę, i kobietę?
Tak, dlatego to tak ciekawe aktorskie wyzwanie. Z odcinka na odcinek mogę pokazywać dojrzewanie mojej bohaterki, ale też pobawić się budowaniem jej fizyczności. Na początku jest dzierlatką, choć bardzo inteligentną – jej rodzice wkładali dużo energii i pieniędzy w to, żeby była dobrze wykształcona – aż w końcu staje się dojrzałą artystką, która lokuje się jak najdalej od polityki, skupiając na pisaniu. I na miłościach.

Jaka była Agnieszka dzierlatka?
Trochę mądrzejsza niż jej rówieśnicy, a jednocześnie – właśnie z tego powodu – bardziej samotna. Jej ojciec był wolny duchem, miał liczne grono kochanek, ale jednocześnie bardzo mu zależało na rozwoju córki – wysyłał ją na rozmaite zajęcia dodatkowe. Na przykład zaskoczyło mnie, że w młodości trenowała pływanie i była prawdziwą sportsmenką. Ponieważ jednak miała tyle zajęć, jej życie prywatno-towarzyskie cierpiało. Według mnie dopiero na studiach, i to tych na łódzkiej Filmówce, stała się świadomą siebie, młodą kobietą. Wreszcie wyrwała się z domu i zaczęła decydować o sobie.

To było wychowywanie pod kloszem, w oderwaniu od świata?
Powiedziałabym, że była raczej krótko trzymana, a to nie to samo. Większą część dzieciństwa spędziła, ucząc się, czytając i trenując, ale zwykle w otoczeniu dorosłych. Już wtedy dużo pisała i zawierała przyjaźnie, miała też swoje miłości i miłostki, tylko jej grafik był tak ciasno wypełniony, że praktycznie nie bardzo miała na to czas. No i wiecznie się gdzieś spóźniała (śmiech).

Przez moment widzimy Agnieszkę jako młodą socjalistkę.
W pierwszym odcinku jest rzeczywiście działaczką ZMP, ale to były takie czasy, że wszyscy młodzi należeli do grup czy związków. Pielęgnowali w nich różne wartości społeczne, ale też byli indoktrynowani. W drugim odcinku widzimy, jak Agnieszka idzie na pierwsze studia i zaczyna wątpić we wszystko, co do tej pory jej wpajano. To był moment, w którym odkleiła się od polityki i od określania, kim jest, na bardzo długi czas. Skupiła się tylko i wyłącznie na sztuce, która z jednej strony nie jest zaangażowana, a z drugiej bardzo istotne są w niej tematy społeczne. Na przykład jej „Kochankowie z ulicy Kamiennej“ to obserwacja prosto z łódzkiej ulicy. W jej tekstach zawsze jest drugie, ale i trzecie dno, społeczno-polityczne. Lubię to w niej.

Czyli kolejna odsłona: Agnieszka artystka. I Agnieszka… kochanka?
Po prostu Agnieszka – zakochana kobieta, wolna, w pewnym sensie niezależna, pragnąca przygody. Ona zawsze nade wszystko chciała doświadczać życia. To, że miała tak wielu kochanków i tak wiele różnych przygód, brało się z jej otwartego umysłu. Oczywiście nie była idealna. Całe szczęście, miała papier i długopis, więc wszystko mogła zapisać.

Moim zdaniem była świetną psycholożką. To niesamowite, jak bardzo można odnaleźć się w jej tekstach, nawet dzisiaj, kilkadziesiąt lat od ich powstania.
W każdym jej tekście widać jak na dłoni, co naprawdę przeżywała, oczywiście mówię tu o tekstach pisanych nie na zamówienie. One są nadal aktualne. I uniwersalne. Z drugiej strony widać w nich jej osobiste dojrzewanie. Chociażby do roli żony, matki. Praca przy tym serialu była dla mnie szansą na poznanie jej jako kobiety z krwi i kości, a nie poetki czy autorki tekstów do piosenek, którą ludzie z mojego pokolenia znają dość powierzchownie. Zobaczyłam w niej superwrażliwą osobę, reżyserkę, może nie najlepszą, ale jednak wykształconą w tym kierunku, do tego megainteligentną.

Była obecna w twoim życiu, zanim ty wkroczyłaś w jej?
Była bardzo obecna w piosenkach, zwłaszcza tych w wykonaniu Maryli Rodowicz, nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo. Oczywiście z racji zawodu czytałam wcześniej jej utwory, listy, które wymieniała z Jeremim Przyborą. Wiedziałam więc o niej sporo. W szkole teatralnej raz w roku zawsze był egzamin, na który musieliśmy uczyć się jakiegoś jej tekstu. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że mogę ją zagrać. Uważam, że powinniśmy robić filmy o wielkich ludziach w trudnych czasach, a zwłaszcza o wielkich kobietach, w czasach, które były dla nich niełatwe. Wtedy artystkom trudno było przebić się w męskim świecie, w dodatku aby tworzyć i być publikowanym, trzeba było omijać państwową cenzurę.

Swoją rolę budowałaś na jakichś konkretnych jej cechach? Zaletach? Wadach?
Mocno skupiłam się na fizyczności, konkretnej motoryce, o której rozmawiałam wcześniej z reżyserem i Magdą Popławską, która gra Agnieszkę Osiecką w późniejszych latach. Na przykład na jej geście przechylania głowy, kiedy z kimś rozmawiała i chciała go lepiej zrozumieć. Starałam się znaleźć w sobie ten rodzaj skupienia, zasłuchania i całkowitego zainteresowania drugą osobą. Ją najbardziej interesowali ludzie.

Pytasz o słabości. Nie sądzę, żebym na jakiejś się skupiała szczególnie, choć były dla mnie istotne. Na przykład zastanawiałam się, czy ona płakała, czy okazywała słabość przy ludziach. Doszłyśmy z Magdą do wniosku, że nie, nie pozwalała sobie na łzy przy innych, zwłaszcza przy mężczyznach, którzy ją krzywdzili albo których ona krzywdziła – to się zawsze wydarzało gdzieś na osobności. Ważne było dla mnie, by odnaleźć momenty, w których mogła się rozsypać, a potem wziąć w garść i ruszyć dalej. Zrozumiałam też, że ona wszystkich swoich mężczyzn naprawdę kochała. Niezależnie od tego, czy to trwało godzinę, rok czy dziesięć lat – jej uczucia zawsze były szczere. W scenach z moimi filmowymi partnerami chciałam oddać to jej zapatrzenie, tę czułość i dobroć i nie oceniać ich przez pryzmat mojej postaci.

Oni w dużej mierze też ją kształtowali.
I to bardzo, każdy jej coś dał. Marek Hłasko pewnie sprowadził ją na złe tory, a jednocześnie, jak przypuszczam, dał jej największą namiętność i umiłowanie dla wolności. Był prawdziwym artystą w jej życiu. Podobnie jak znacznie starszy Przybora. Powtarzał, że są bratnimi duszami, które powinny spotkać się w innym czasie. Myślę, że ona była tym typem kobiety, który przyjaźni się głównie z mężczyznami. Oczywiście były Ela Czyżewska, jej inne koleżanki, ale filary w jej życiu stanowili mężczyźni, niezależnie od tego, czy byli to jej kochankowie, ojciec, czy tak jak Wojciech Solarz – bardzo dobrzy i wierni przyjaciele.

Wśród nich wszystkich – najważniejsza była chyba figura ojca.
Ojciec rzeczywiście odcisnął duże piętno na jej życiu i charakterze. Kiedy rozmawialiśmy na próbach o jej młodości, często powoływaliśmy się na to, co pisała w dziennikach – że chciała uciec od losu matki, która całe życie czekała, aż mąż wróci do domu. Siedziała w oknie, z papierosem w dłoni i była nieszczęśliwa. To coś, co Agnieszce się bardzo nie podobało. Nie chciała być też jak ojciec, ale on – artysta, grający na fortepianie – imponował jej. Ostatecznie powieliła bardzo wiele schematów z jego życia.

Sądzisz, że była szczęśliwa? Zastanawiałaś się na nad tym?
Tak, kiedyś zadałam sobie to pytanie. I od razu pomyślałam: „Oczywiście, że była szczęśliwa, przecież miała tylu cudownych ludzi wkoło i robiła takie fantastyczne rzeczy”. Ale potem naszła mnie refleksja, że może było dokładnie na odwrót. Sądzę, że bywała szczęśliwa – w sytuacjach towarzyskich, wśród bliskich i kiedy tworzyła. W swojej samotni pewnie dużo cierpiała i przeżywała, a przynajmniej tak wynika z jej dzienników, kiedy zaś wychodziła do innych – odżywała. Ale nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.

Może to nasza współczesna obsesja – te pytania o szczęście. Kiedyś ludzie niewiele o tym myśleli, po prostu żyli.
Może. Pewnie takie pytania częściej pojawiają się pod koniec życia, a ja mówię o jej młodości. W późniejszych latach to nałóg stawał się jej motorem napędowym i to musiało ją rujnować. Alkoholizm kobiet to nadal temat tabu.

Z jednej strony była świętością narodową...
...a z drugiej ludzie widzieli ją pijaną pod stołem. Cała Saska Kępa żyła tym, że znowu ktoś ją odprowadzał wieczorem, bo nie dała rady utrzymać się na nogach.

Jak sądzisz, co może dać nam, dzisiejszym dziewczynom w twoim wieku i kobietom po 30., 40., pamięć o niej?
Mnie spotkanie z Agnieszką dało bardzo dużo siły, tolerancji, akceptacji i nadziei na to, że nawet jeśli jesteś w najgłębszym dole, to możesz z niego wyjść, bo zwątpienie to tylko chwila. Następna może być już szczęśliwa. Czas leczy rany – to wybrzmiewa w jej piosenkach. Zaszczepiła we mnie niezależność i przekonanie, że warto spełniać swoje marzenia, zakochiwać się w innych ludziach, pozwalać sobie na doświadczanie życia na wszelkie sposoby. Zamiast krygować się – wychodzić poza szablon, mówić, co się myśli. Najbardziej jednak będę pamiętała o tym, by najpierw myśleć, a potem mówić. Agnieszka nigdy nie mówiła bzdur. I zawsze patrzyła przed siebie, nie wstecz.

Eliza Rycembel, rocznik ’92, absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, aktorka filmowa i teatralna. Znana z takich filmów, jak „Obietnica”, „Carte blanche”, „Nina”, „Ciemno, prawie noc“ czy „Boże Ciało”. Za rolę w tym ostatnim dostała nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Występuje także na deskach warszawskiego Teatru Nowego i w grupie teatralnej Potem-o-tem.

  1. Psychologia

Biblioterapia - terapia poprzez czytanie

Czytanie jest doskonałym panaceum na wszechobecny stres oraz pomaga w leczeniu różnych dolegliwości fizycznych i psychicznych. (Fot. iStock)
Czytanie jest doskonałym panaceum na wszechobecny stres oraz pomaga w leczeniu różnych dolegliwości fizycznych i psychicznych. (Fot. iStock)
Wpływu czytania na ćwiczenie pamięci, inteligencji, wzbogacenie słownictwa nie da się przecenić. Naukowcy różnych dziedzin twierdzą zgodnie, że czytanie jest doskonałym panaceum na wszechobecny stres oraz pomaga w leczeniu różnych dolegliwości fizycznych i psychicznych.

Czytanie nie cieszy się zbyt dużą popularnością. Na tle innych krajów Europy Polska wypada bardzo słabo. Być może dlatego uważani jesteśmy za naród smutny, zestresowany i niezadowolony z życia. Tymczasem już w starożytności odkryto lecznicze zalety czytania, szczególnie na psychikę. W Grecji i Aleksandrii ludziom chorym zalecano lekturę Homera i Hezjoda. W średniowieczu, w chrześcijańskiej Europie leczenie chorych wspomagane było literaturą pobożną. W XVIII i XIX wieku terapię polegającą na czytaniu świeckich i religijnych książek stosowano w szpitalach w Anglii, Francji, Niemczech i Szkocji. W XX wieku opracowano metodę leczenia literaturą, tzw. biblioterapię.

Badania nad wpływem książek na czytelnika potwierdzają, że biblioterapia redukuje negatywne napięcia emocjonalne, pomaga kształtować pozytywny obraz własnej osoby, nastawia optymistycznie do otoczenia. Zaobserwowano na przykład korzystny proces zachodzący w psychice i świadomości podczas kilkukrotnego czytania tej samej lektury: świat opisany w książce staje się znany, a przez to bezpieczny, daje ukojenie i umożliwia przeżywanie trudnych sytuacji w poczuciu bezpieczeństwa. Czytając ten sam utwór kilka razy, czytelnik ma wrażenie, że to on zaczyna sprawować kontrolę nad tym, co się wydarzy. Odbiera wówczas rzeczywistość literacką jakby to nie autor książki, ale on sam kreował losy bohatera i wchodził z nim w różnego rodzaju interakcje.

Obecnie biblioterapię wykorzystuje się do pracy z dziećmi i dorosłymi, w przedszkolach i szkołach, w terapiach grupowych i indywidualnych, w szpitalach, hospicjach, ośrodkach pomocy społecznej i do pracy w placówkach geriatrycznych. Oprócz książek wykorzystuje się także materiały alternatywne, jak płyty z różnymi efektami akustycznymi, zabawki edukacyjne, gry dydaktyczne, terapeutyczne programy komputerowe, karty do nauki czytania. Działania biblioterapeutyczne podejmują specjalnie przeszkoleni bibliotekarze, nauczyciele, pedagodzy, psychologowie lub psychiatrzy.

Praca z pacjentem podzielona jest na kilka etapów: diagnoza problemu, dobór odpowiedniej literatury, czytanie indywidualne lub zbiorowe. Kolejnym krokiem jest dyskusja na temat tekstu, rysowanie postaci, oglądanie ekranizacji, które mają pobudzić pacjenta do refleksji. Następny etap to proces odreagowywania i akceptacji. Terapia kończy się zmianą postawy i zachowania pacjenta.

Ilona Kalinowska, psycholog dziecięcy z Warszawy, przytacza przykład zastosowania biblioterapii w pracy nad agresywną postawą grupy przedszkolaków wobec nowego kolegi:

Cykl spotkań biblioterapeutycznych rozpoczęliśmy od rozmowy w grupie dzieci i przyjrzeniu się problemowi. Następnie wraz z wychowawcą przygotowaliśmy historię o zwierzątkach, które nie mogły zaakceptować nowego mieszkańca lasu. Podczas kolejnych spotkań czytaliśmy bajkę, a potem o niej dyskutowaliśmy. Dzieci również rysowały swoich bohaterów tak, aby mogły ich lepiej zrozumieć. Cykl spotkań zakończył się pomyślnie, integracją nowego kolegi z grupą.

Od połowy XX wieku biblioterapię wykorzystuje się do pracy z osobami starszymi. Specjalnie opracowany program dla tej grupy wieku oparty jest na teorii Ericha Fromma – biofilii, czyli afirmacji życia, czerpaniu z niego radości i bazowaniu na mocnych stronach osobowości, nienaruszonych przez postępującą starość. Terapeuta wzmacnia pozytywne strony pacjenta, wzbudza w nim miłość do życia i skłania go do przeżywania piękna właśnie za pomocą literatury. Dla osób starszych, które mają problemy z czytaniem, opracowana jest metoda grupowej biblioterapii polegającej na czytaniu na głos lub opowiadaniu historii przez biblioterapeutę, a następnie wspólna dyskusja. Uczestnicy terapii mogą też pisać lub opowiadać własne historie, a nawet wiersze.

Sukces takiej terapii zależy od właściwego rozpoznania problemu pacjenta i dobrze dobranej literatury. Ponieważ jest to specyficzna grupa wiekowa, nie każda książka spełnia zadanie terapeutyczne, a na pewno nie nadają się książki takie, które podważają skutki leczenia chorób („Wyrok” Hildegardy Knef), opisują smutną starość („Wspomnienia Mosby’ego” Saula Bellowa), przedstawiają wizję śmierci („Zawał” Mirona Białoszewskiego) lub nie rozwiązane problemy życiowe („Anna Karenina” Lwa Tołstoja), czy opisują np. obozy koncentracyjne (źródło: IBIS sierpień 2002 (nr 17-18/2-3/2002).

Na stronach poświęconych biblioterapii podawane są przykładowe lektury terapeutyczne z podziałem na problemy:

  • rehabilitacja po wypadku: „Wichura i trzciny” Irena Krzywicka
  • kalectwo, nadzieja i praca nad sobą: „Taka się urodziłam” Denise Legrix
  • istota człowieczeństwa, miłość: „Listy” R. M. Rilke, „O sztuce miłości” Erich Fromm
  • praca nad sobą, samorealizacja: „Chata wuja Toma” Harriet Beecher-Stowe, „Udręka i  ekstaza” Irving Stone
  • sens życia – Bóg, wiara, modlitwa: „Modlitwa i czyn” Michael Quoist
  • problem wiary: „Szerszeń” Ethel Lilian Voynich
  • szczęście a samotność: „Dżuma”, Albert Camus
  • dobro i zło: „Mistrz i Małgorzata” Michał Bułchakow
  • lektura dla dzieci z dziecięcym porażeniem mózgowym: „Dziewczynka spoza szyby” Jadwiga Ruth Charlewska
  • problem niechcianej ciąży: „Zapach rumianku” Krystyna Siesicka
Dla dzieci, w ramach terapii baśnią wymieniane są utwory klasyczne, wśród nich:
  • „Kot w butach” – baśń poruszająca problem złych relacji z rodzeństwem
  • „Jaś i Małgosia” – lęk przed porzuceniem
  • „Kopciuszek” – rywalizacja rodzeństwa, brak miłości i uznania
  • „Brzydkie kaczątko” – brak akceptacji inności
W biblioterapii ważny jest taki dobór lektur, aby przedstawiony w nich problem był rozwiązywalny i dopasowany do usposobienia pacjentów i typu ich charakterów, a więc dla pobudliwych i impulsywnych – literatura o treści pogodnej i radosnej, a dla zmęczonych, wycofanych – literatura rozrywkowa i przygodowa. Ważne, aby po książki sięgać jak najczęściej, obdarowywać nimi bliskich, kształtować nawyk czytania już od dziecka, a wtedy życie nabierze piękniejszych barw.