1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Sto lat Herkulesa

Sto lat Herkulesa

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Najbardziej znany detektyw świata, Herkules Poirot, odcisnął piętno nie tylko na jednym gatunku literackim, ale na historii literatury w ogóle. Jest z nami już całe stulecie i nic nie wskazuje na to, aby jego przygody miały się zakończyć.

Na rynku pojawiła się bowiem nowa powieść Sophie Hannah pt. Morderstwa w Kingfisher Hill. Autorka za zgodą rodziny i właścicieli praw Agathy Christie kreuje dalsze losy słynnego detektywa. To już czwarta część nowych przygód Poirota – po Inicjałach zbrodni, Zamkniętej trumnie i Zagadce trzech czwartych – i na pewno nie ostatnia.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Powstają też kolejne adaptacje filmowe. Po zainscenizowanym z rozmachem Morderstwie w Orient Expressie z 2017 roku w reżyserii Kennetha Branagha, jednocześnie odtwórcy głównej roli, już w grudniu tego roku będziemy mogli obejrzeć jego kontynuację, Śmierć na Nilu. Obok Branagha, który ponownie stanie również za kamerą, zobaczymy m.in. Gal Gadot, Annette Bening czy znaną z serialu Gra o tron Rose Leslie.

Wiek od debiutu

Wszystko zaczęło się jednak dokładnie sto lat temu; jesienią 1920 roku ukazała się Tajemnicza historia w Styles. W tej książce Herkules Poirot pojawia się po raz pierwszy i to właśnie wtedy rodzi się jego legenda. Debiut Agathy Christie, w którym przyszła Królowa Kryminału nakreśliła postać niezwykle eleganckiego, choć miejscami ekscentrycznego – a już na pewno pedantycznego – detektywa rodem z Belgii, wcale nie zapowiadał wielkiego przełomu czy obietnicy kontynuacji na kartach kolejnych tomów. Nawet wydana dwa lata później powieść bez Poirota (Tajemniczy przeciwnik) czy następna, po roku, już z udziałem kultowego detektywa (Morderstwo na polu golfowym), które wyróżniały się solidną i precyzyjną strukturą fabularną, były znane głównie wielbicielom gatunku. Nie znaczy to jednak, że te trzy powieści były przeciętne czy też sztampowe. Bynajmniej! W trzech pierwszych książkach Agatha Christie uwypukliła najważniejsze cechy swojego stylu: zwięzłość, zegarmistrzowską precyzję w konstruowaniu intrygi, a także unikanie zbędnych elementów jak nic niewnoszące do treści opisy. Autorka już w tych powieściach wyróżniała się na korzyść spośród współczesnych twórców prozy gatunkowej. Jej pomysłowość, a także nieoczekiwane rozwiązania fabularne wprawiały czytelników to w zachwyt, to w zdumienie, to w szczery podziw.

Prawdziwy sukces i niemała popularność miały dopiero nadejść, a to za sprawą Zabójstwa Rogera Ackroyda, powieści, która została opublikowana w 1926 roku. Jakaż to była wówczas sensacja! Niezwykle trudno jest pisać o tym, kto okazał się mordercą i o czym jest sama opowieść (lub jak pomysłowo została skonstruowana), ale to dobrze – nie psujmy zabawy osobom, które nie miały jeszcze okazji zapoznać się z tym klasycznym dziełem. Warto wspomnieć jednak w tym miejscu, że już w dniu swojej premiery Zabójstwo Rogera Ackroyda okrzyknięto wyjątkowo nowatorskim majstersztykiem, a dziś powieść ta zajmuje 5. miejsce wśród 100 najlepszych powieści kryminalnych świata według Stowarzyszenia Pisarzy Literatury Kryminalnej (ang. Crime Writers’ Association, CWA) oraz 49. pozycję na liście 100 książek XX wieku przedstawionej przez czasopismo „Le Monde”. I, co ważniejsze, kolejne wydania tego tytułu (w Polsce wydawane przez Wydawnictwo Dolnośląskie) cieszą się ogromną popularnością po dziś dzień.

Dla przyszłej Królowej Kryminału i postaci wąsatego Belga Zabójstwo Rogera Ackroyda było jednak dopiero rozgrzewką.

Poirot ikoną gatunku

Christie wydała bowiem ponad 90 powieści i sztuk teatralnych, jako Mary Westmacott wyszła poza ramy kryminału, by pisać powieści obyczajowe, tworzyła też poezję i monumentalne dzieła wspomnieniowe (Autobiografię, Moją podróż po Imperium oraz Opowiedz, jak tam żyjecie). Jej prace przetłumaczono na 45 języków, a łączny nakład wszystkich jej książek to, bagatela, miliard kopii w języku angielskim oraz drugi miliard w pozostałych językach. Co jest takiego wyjątkowego w tych opowieściach, że czytają je kolejne pokolenia z niemal takim samym zaangażowaniem jak odbiorcy sprzed wieku?

– Niewątpliwie jest to splot kilku bardzo ważnych czynników, które sytuują twórczość Agathy Christie znacznie wyżej niż konkurencyjne książki – mówi Monika Kaczmarek, dyrektor wydawnicza grupy Publicat S.A., właściciela imprintu Wydawnictwo Dolnośląskie, które powieści Christie wydaje nieprzerwanie do ponad dwudziestu lat. – Przede wszystkim nie ma w tych historiach zbędnych i nużących fragmentów. Christie zawsze ceniła umiar, dokładność i precyzję. Umiała przyciągnąć tym czytelnika. Moim zdaniem, zwłaszcza w dzisiejszym zagonionym świecie, ta cecha nadaje jej powieściom nowoczesnego i łatwo przyswajalnego charakteru. Intryga, choćby nie wiadomo jak skomplikowana, daje się rozgryźć, nie sprawiając wrażenia wydumanej czy nieprawdopodobnej. Przeciwnie, wszelkie dziwne i niezrozumiałe wątki w pewnym momencie zgrabnie się łączą i nabierają sensu, prowadząc czytelnika do spektakularnego finału. Dziś mało kto potrafi tak pisać. Drugim, może nawet ważniejszym elementem są bohaterowie wykreowani na kartach jej powieści. Panna Marple, Tommy i Tuppence, ale przede wszystkim fenomenalny Poirot.

Herules Poirot jest jak chodzący wzorzec z Sèvres genialnego, ale jednocześnie nieco ekscentrycznego detektywa. Poirot to dandys, obsesjonat porządku i symetrii, analizujący najbardziej nietypowe, ale też mroczne zbrodnie za pomocą żelaznej logiki i chłodnej kalkulacji. Bardzo często stawia na psychologię; próbuje wejrzeć w sens postępowania oraz postawę złoczyńcy, wyobraża sobie jego sposób myślenia i działania, wnika w jego umysł na tyle skutecznie, że bywa zawsze o krok przed organami ścigania. A wszystko dzięki jego „małym szarym komórkom”, niekiedy nie ruszając się z domu i nie wstając z własnego fotela.

– Dzisiejsza popkultura wiele zawdzięcza Herkulesowi Poirot – opowiada Patryk Młynek z Wydawnictwa Dolnośląskiego. – Postać diablo inteligentnego detektywa, który jedynie dzięki bezbłędnej dedukcji dochodzi do prawdy, jest obecna w wielu współczesnych serialach, filmach, ale też w książkach. Popkultura lubi takich bohaterów. Z jednej strony mamy pewność, że nie zawiodą, a z drugiej tolerujemy ich liczne wady, które u innych bohaterów znacznie bardziej by nas irytowały. Zaryzykuję stwierdzenie, że tego wąsatego, niskiego Belga, który jako jedyny potrafi dojść do prawdy i uskutecznić sprawiedliwość, uwielbiamy właśnie dzięki jego wadom.

Nowe wydania na nowe czasy

W jubileuszowym 2020 roku (warto tu dodać, że obok 100-lecia debiutu jest to także 130-lecie urodzin Agathy Christie) Wydawnictwo Dolnośląskie postanowiło wydać dziesięć najlepszych tekstów Królowej Kryminału z Poirotem w roli głównej. Wszystkie tytuły będą zawierać posłowia badaczki literatury, prof. Anny Gemry z Uniwersytetu Wrocławskiego. Edycja w luksusowych twardych oprawach wydana zostanie etapami.

– Pięć wybraliśmy my wraz z ekspertami, pozostałe pięć wyłoniliśmy głosami czytelników w drodze plebiscytu, który, nawiasem mówiąc, okazał się bardzo popularny i sprawił nam wiele przyjemności – przyznaje Patryk Młynek z Wydawnictwa Dolnośląskiego. – Wyszło na to, że książki Agathy Christie nie tylko są ponadczasowymi bestsellerami, ale również mówi się o nich, poleca się je, analizuje. Po dziś dzień żyją one własnym życiem.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Jakie tytuły wejdą w skład dziesięcioczęściowego luksusowego zbioru? Obok Tajemniczej historii w Styles pozostałe typy wydawcy to Morderstwo w Orient Expressie, Śmierć na Nilu i ABC, które już zostały wydane w listopadzie 2019 roku, a także Zabójstwo Rogera Ackroyda. Natomiast najwięcej głosów we wspomnianym plebiscycie otrzymały: Pięć małych świnek (ponad 52 procent wskazań), Dwanaście prac Herkulesa (50 procent), Morderstwo w Mezopotamii (39 procent), Morderstwo w Boże Narodzenie (37 procent) oraz Kurtyna (35 procent). Na swoje ulubione tytuły można było głosować metodą wielokrotnego wyboru. Bonusowym, jedenastym tytułem będzie antologia dwunastu opowiadań Christie pt. „Zbrodnie zimową porą”.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

– Jesienią 2020 roku miały ukazać się wszystkie wymienione wyżej tytuły. Niestety, w wyniku pandemii koronawirusa musieliśmy nieco zmodyfikować nasze plany. Teraz zostaną wydane cztery książki, a pozostałe cztery prawdopodobnie na początku 2021 roku – mówi Monika Kaczmarek. – O szczegółach informujemy na bieżąco na naszym facebookowym profilu i na Instagramie @agathachristiepolska. Już teraz szykujmy się na wielkie święto: sto lat legendy Herkulesa i sto trzydziesty jubileusz narodzin Królowej Kryminału. Życzymy Wam przyjemnej i satysfakcjonującej lektury!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Czułość to szukanie podobieństw". Wywiad z Olgą Tokarczuk o jej najnowsze książce "Czuły narrator"

Olga Tokarczuk. (Fot. Łukasz Giza)
Olga Tokarczuk. (Fot. Łukasz Giza)
„Zebrałam kilkanaście tekstów, starszych, nowszych i zupełnie nowych, napisanych już z myślą o tej książce. Kryterium wyboru było zaskakująco proste: to musiały być dla mnie teksty ważne” — mówi Olga Tokarczuk w  wywiadzie poświęconym jej najnowszej książce. Czuły narrator już w księgarniach.

Na początku chcę zapytać o emocje – konkretnie dwie: czułość i gniew. Ten tytuł – Czuły narrator – brzmi dziś prawie prowokacyjnie. Jeśli wyglądam za okno albo skroluję Facebooka, to myślę, że czułość to coś, co do tego naszego świata zwyczajnie nie pasuje. Moment jest taki, że niesamowicie nam jej brakuje – w tym, jak się komunikujemy, w tym, jak na siebie patrzymy, w tym, co i jak mówimy. Piszesz, że czułość to „szukanie podobieństw” i przyglądanie się „z uwagą i skupieniem” temu, co nie jest nami.
Pomyślałam teraz, że pierwsza odruchowa ocena tych dwóch emocji nawiązuje bardzo głęboko do podstawowego paradygmatu cywilizacji, w której się wychowaliśmy – żeby wszystko traktować binarnie, w opozycjach. Czułość i gniew jawią się wtedy jak emocje sobie przeciwne. Ale można na to spojrzeć inaczej – to raczej emocje, które są częścią tego samego kontinuum, zaangażowania się, przejęcia czymś, głębokiego uczestnictwa w jakimś wydarzeniu, procesie, relacji. Czułość to wejście w relację z kimś, kto nie jest mną, oparte na współodczuwaniu, dzieleniu się, rozumieniu i bezwarunkowej akceptacji. To także, a może przede wszystkim, przeczucie, że dzielimy wspólny los, zatem czułość wzbogaca też tego, kto ją odczuwa.

Czy myślisz, że możemy jeszcze odzyskać czułość?
Z jednej strony jest to coś przyrodzonego naszemu gatunkowi, z drugiej zaś indywidualnie kształtowanego w relacjach ze światem. Pamiętam, jak jakiś czas temu oglądałam w muzeum bardzo stare kamienie nagrobne z Grecji i sama byłam zaskoczona, że przedstawienie swoich bliskich zmarłych i umiejętność przekazania w wyrzeźbionym epitafium swojej wobec nich czułości może tak niezmiennie wzruszać aż do dziś. Czułość wydaje się więc dużo bardziej naturalną postawą w stosunku do świata i życia niż cokolwiek innego. To poczucie głębokiej, fundamentalnej więzi ze wszystkim, co żywe i trwa. Nie ma nic wspólnego z „pochylaniem się” nad innym, z czułostkowością, sentymentalizmem. W tym sensie jest to postawa nawet bardziej intelektualna niż emocjonalna.

 A gniew? Piszesz, że niesłusznie traktujemy go jako coś wyłącznie negatywnego, bo ma także pozytywną stronę – może być narzędziem przywracania godności, pozytywnej rebelii, zmian i że jego rewersem jest współczucie.
Gniew rozumiem jako uczucie niezbędne do rozwoju, do przechodzenia z jednego etapu na drugi. Podobno po raz pierwszy objawia się u niemowlęcia spowodowany poczuciem unieruchomienia. Zresztą tak najłatwiej sprowokować gniew u człowieka, właśnie unieruchamiając go. Jest to więc swoista emanacja energii wolności, ruchu, prawa do zmiany. Gniew pojawia się także, gdy jesteśmy świadkami jakiejś niesprawiedliwości albo przemocy. To potężna energia, która często każe zapomnieć o samym sobie i staje się paradoksalnie emocją jednoczącą ludzi. Kiedy jednak wymknie się spod kontroli, ma tendencje do autoeskalacji. Dlatego instynktownie czujemy, żeby nie igrać z gniewem. Kobietom wręcz zakazuje się gniewu. Nasz gniew bywa demonizowany – taka kobieta staje się wściekłą Bachantką, Walkirią, Meduzą – podczas gdy u mężczyzn jest akceptowany, a nawet hołubiony. Dobrze to ilustruje przykład Jezusa, który gniewnie wypędza kupców ze świątyni. W popkulturze mamy setki męskich bohaterów, którzy posługują się jeszcze mroczniejszą odmianą gniewu – zemstą, odwetem – i uchodzi im to na sucho. Ten kulturowy brak przyzwolenia na gniew kobiet uświadomiłam sobie przy okazji Prowadź swój pług przez kości umarłych. Wielu pierwszych czytelników było po prostu zniesmaczonych bohaterką tej książki, Janiną Duszejko. Stara baba i się buntuje. Żałosne. Nasza kultura ma ogromny kłopot z emocjami kobiet, a najbardziej z ich gniewem. Kobiety, które protestują na ulicach w obronie swojego prawa do godnego życia są nazywane „wściekłymi babonami” albo „dziuniami”.

A co cię ostatnio rozgniewało? To, co większość mieszkańców kraju – wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zakazu aborcji.
Cynizm rządu. Chciało mi się kląć.

 Przeklinająca noblistka – toż to herezja prawie… Miałaś ochotę wyjść i krzyczeć razem z ludźmi, którzy maszerowali polskimi ulicami?
Chciałam, ale nie mogłam; jestem w samoizolacji z powodów rodzinnych. Tak, przekleństwa należą do słownika gniewu, bo przecież każda emocja szuka swojego języka. Moja mama, która jest polonistką, powtarza, że w przekleństwach nie ma niczego złego, bo służą artykulacji skrajnych emocji. Język byłby kaleki, gdyby je wyrugować zupełnie. I że można ich używać, choć ostrożnie i ze świadomością, co się mówi, ponieważ mają wielką siłę. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam na ekranie transparent z napisem „Wypierdalać”, wstrząsnęło to mną – takie słowo, tak jawnie obecne wielkimi, czerwonymi literami w przestrzeni publicznej. Szybko się jednak przyzwyczaiłam, uznawszy, że tych emocji inaczej wypowiedzieć już się nie da. W chwili gdy zrywa się w społeczeństwie komunikacja między dwiema stronami konfliktu i ludzie nie słyszą się i nie rozumieją, kiedy wręcz nie chcą usłyszeć i zrozumieć, co do siebie wzajemnie mówią, a ich słowa pochodzą z zupełnie różnych idiolektów – wtedy pozostają tylko przekleństwa. Myślę też, że jest to, częściowo – pewnie wynikający z innej składowej gniewu: bezsilności – język radykalny tylko doraźnie, który zmieni się, kiedy sprawy przejdą do następnego etapu: negocjacji, ustalania nowego porządku i nowych zasad.

A gdybyś miała transparent, co byłoby na nim napisane?
Naprawdę nie potrzebowałabym wymyślać nic swojego, bo kreatywność, poczucie humoru i jakaś taka ironiczna lekkość haseł na demonstracjach autentycznie mi zaimponowała. Jakie to twórcze pokolenie – pomyślałam – od razu stworzyło swój indywidualny i unikatowy język ekspresji, logo, swoje znaki i zasady porozumiewania się, i swoje symbole, dowcipy, piosenki. Na naszych oczach, w bardzo krótkim czasie, powstała cała kultura tego protestu. Ja jednak wolałabym epicko: rządzący PIS hołduje anachronicznym, absolutnie oderwanym już od rzeczywistości sposobom myślenia: dogmatyzuje własne wyobrażenie tradycji i wartości, które nazywa chrześcijańskimi, choć w gruncie rzeczy jest to narodowo-katolicki i patriarchalny system opresji i skomplikowanych metod wykluczania różnych grup ludzi w zależności od koniunktury politycznej i widzimisię partii rządzącej. Ten rodzaj myślenia doprowadził do utraty kontaktu z rzeczywistością, a władza trwa jedynie dzięki rozdawnictwu, cynicznej dystrybucji strachu i bucie. Protesty, które widzimy na ulicach, są czymś więcej niż tylko sprzeciwem wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Tu zaczęła się zmiana cywilizacyjna. Dlatego protestują głównie ludzie młodzi. Przyjmuję to z pewną ulgą, ponieważ już straciłam nadzieję, że młodych w ogóle interesuje realny świat. Z ulgą także dlatego, że są zdolni do rozpoznania oraz przeciwstawienia się hipokryzji i konformizmowi. Dzięki ich protestom po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam się dobrze we własnym kraju, bo ta nieznośna sytuacja, w której rząd i ludzie PiS-u mogą zrobić wszystko, nie bacząc na jakiekolwiek zasady i dobro całego społeczeństwa, była już nie do zniesienia. Chciałabym, żeby ten kraj był rządzony przez rozumnych, wrażliwych i uczciwych ludzi, którzy potrafią postawić dobro obywateli ponad swoje własne, którzy byliby kompetentni i rozumieli, że zagrożeniem nie jest jakiś wymyślony śmieszny gender, ale wycinka lasów, kolaps klimatyczny i zanieczyszczenie polskich miast, a także powrót idei faszystowskich, nacjonalistycznych i ksenofobicznych. To, w największym skrócie, znalazłoby się na moim transparencie.

Pytałam o gniew, więc zapytam o spokój. Czy po „gorączce noblowskiej” nadszedł taki moment, kiedy wreszcie go miałaś?
Za mało. Mam stale narastające zapotrzebowanie na spokój. Zauważyłam, że z wiekiem coś dziwnego dzieje się z moją percepcją czasu. Minuty trwają zaledwie osiemdziesiąt procent tego, co kiedyś. Godziny odczuwam jak kiedyś trzy kwadranse. W ciągu dnia ta utrata się kumuluje i brakuje czasu na życie. Dziwny stan. W remontowanym domu postanowiłam „zafundować” sobie, a także przyszłym rezydentom, bibliotekę z prawdziwego zdarzenia, skrupulatnie więc doglądam wszystkich prac. Założyłam fundację i to dodało mi, nam, mnóstwo nowych obowiązków. Działamy też lokalnie. Z pomocą inżynierów z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, zbudowaliśmy ultranowoczesną i ekologiczną hydrofitową oczyszczalnię ścieków, której funkcjonowanie mnie fascynuje. Teraz chciałabym przywrócić naturze zniszczone stawy i zaprosić do nich żaby i inne żywe „stawopławne” istoty. Z pomocą specjalisty udało się nam rozmnożyć stare, ledwie żywe poniemieckie jabłonie. Dużo się dzieje.

Miałaś, jak się wydaje, spełnione, spokojne życie. Co ten Nobel dał, co zabrał? Zastanawiam się, czy po czymś takim można po prostu wyjść po papierosy…
Kochana, to zabrzmiało tak, jakby moje życie właśnie dobiegało końca. Dla kogoś, kto jest młodszy o pokolenie, tak to może wyglądać, ale nie mam jeszcze poczucia kresu czy spełnienia. Może trochę? Wszystko jakoś zaskakująco zostało po staremu. Pandemia unieważniła wszelkie wyjazdy, wykłady, spotkania i niejako przywróciła mnie na stare tory. Nie było specjalnie okazji do celebrowania tej nagrody. Właściwie to może i dobrze. Ja sama nie czuję w sobie większych zmian, a ludzie zajęli się już innymi sprawami. Ważniejszymi. Udało mi się chyba wymeldować z roli dyżurnej komentatorki obecnej rzeczywistości, i uważam to za wielkie osiągniecie. Często niezbyt dobrze rozumiem, co się dzieje tu i teraz. Lepiej się czuję, patrząc wstecz lub do przodu.

Myślę, że Nobel to coś, co z jednej strony sprawia, że nagle się żyje bardzo mocno, intensywnie, z drugiej nie można już być tak po prostu dziewczyną z sąsiedztwa…
Mogę. Jestem. To kwestia perspektywy. Z im bliższego dystansu mnie widzisz, tym bardziej jestem tą dawną osoba. Tylko z daleka wyglądam jak noblistka.

„Dziś towar to samo pisarskie «ja»” – stwierdzasz w jednym z esejów. Opowiadasz o szoku, jakiego doznałaś dawno temu, po raz pierwszy w życiu widząc twarz Kafki nadrukowaną na kubkach. Czy jesteś przygotowana na twarz Olgi Tokarczuk nadrukowaną na T-shirtach i czy w ogóle rozpoznajesz się w tej – ikonicznej już nieco – kobiecie z dredami, która patrzy na nas z billboardów, wystaw, okładek magazynów?
Daj spokój! Mądry człowiek wie, że nie ma jednego „ja”, że mniej lub bardziej świadomie poruszamy się po szachownicy życia za pośrednictwem rożnych swoich awatarów i że dzisiaj rzeczywistość jest zbyt skomplikowana i ciężka, żeby odpowiedzialność za jej rozumienie zrzucić na drobne barki jakiegoś małego ego. Ta kwestia mnogich osobowości też zresztą pojawia się w esejach. Dzisiejsze czasy niejako zachęcają do tego, by żyć w kilku postaciach. Zaczyna się od gier, kont i profili w mediach społecznościowych, a czym się skończy? To zobaczymy.

Czuły narrator przynosi bardzo wiele niepokoju. Można go znaleźć w wielu miejscach tej książki, jeśli trochę mocniej się wczytać. Piszesz: „coś jest ze światem nie tak”. Czy Olga Tokarczuk stała się pesymistką?
Optymizm, pesymizm. Za proste. Zresztą, kto dzisiaj jest optymistą? Witajcie w ciężkich czasach. Trudno coś zaplanować, zagrożenie czai się w powietrzu, często dosłownie, bo wielka cześć populacji żyje w wiecznym smogu – to rodzi niepokój i lęk na skalę globalną. Poza tym ostatnio wszyscy staliśmy się śmiertelni. To efekt uboczny pandemii. A trochę o tym zapomnieliśmy. Pandemia przypomniała nam, że mamy kruche, podatne na zniszczenie ciała, nie możemy wszystkiego kontrolować, a w dobie planowania wypraw na Marsa można się przypadkiem zarazić na klatce schodowej i po prostu umrzeć. Że przesadziliśmy z wiarą we współczesną medycynę, a rządzący wiedzą i mogą niewiele więcej od nas. Że autorytety bywają na wyrost, a niektóre z nich są żałosnymi nagimi królami. Że w czasie świetnej zabawy wyniszczyliśmy ogromną liczbę gatunków. I jeszcze – popsuliśmy delikatny, wrażliwy samoregulujący się mechanizm planety i naszym dzieciom i wnukom zgotowaliśmy straszne życie. Bywam czasami zła na ludzi – na myśliwych, którzy dokarmiają zwierzynę, żeby potem do niej strzelać i dla przyjemności mordować. Na tych, którzy w wyborach głosowali na jakąś opcję, a potem się skarżą, że im się nie podoba. Na hipokryzję, konformizm i słomiany zapał – trzy polskie grzechy. Ale mam też coś w rodzaju łagodnego sndromu Pollyanny – spontanicznie doszukuję się dobrych stron niedobrych sytuacji czy zdarzeń. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, może stać się przyczyną szybkiego porzucenia tej niedojrzałej, nieodpowiedzialnej postawy. Po chaosie i gniewie może przyjść czułość i odpowiedzialność.

W swojej najnowszej książce z jednej strony piszesz o mocy fikcji – o tym, że daje możliwość wchodzenia w skórę postaci, patrzenia innymi oczami, doświadczania różnych możliwości siebie… Z drugiej – wybierasz formę eseju i wykładu. Co ona daje? Czy pozwala powiedzieć coś, czego nie da się powiedzieć w powieści czy opowiadaniu?
Forma dyskursywna odwołuje się do prostego bezpośredniego intelektu. To w tej formie dyskutujemy ze sobą o świecie, pokazujemy, jak myślimy. Może jest to komunikacja trochę powierzchowna, ale szybka i dość skuteczna. Potrzebowałam jej także dla siebie. Chciałam być świadoma tego, jak pracuję, co się ze mną dzieje, kiedy piszę, co to w ogóle jest owo pisanie. Taka autoanaliza, którą prowokuje siedzący naprzeciwko słuchacz, bardzo poszerza świadomość. Zebrałam kilkanaście tekstów, starszych, nowszych i zupełnie nowych, napisanych już z myślą o tej książce. Kryterium wyboru było zaskakująco proste: to musiały być dla mnie teksty ważne. Są tam stare Maski zwierząt, esej, który był już publikowany w Momencie niedźwiedzia, ale i mowa noblowska, a także np. Ognozja – tekst napisany kilka tygodni temu, i część projektu Ex-centrum, który miał swój pierwodruk w tygodniku „Polityka”. Są też wykłady, które wygłosiłam w 2018 roku na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Bardzo ciekawe doświadczenie. Mówienie swojego tekstu do ludzi, którzy po prostu słuchają – to zupełnie nowe przeżycie. Te wykłady to rodzaj introspekcyjnej autoanalizy procesu własnego pisania, mierzenia się z obrazami, językiem i narzędziami.

W wykładach poruszasz kwestie kluczowych kategorii, tłumaczysz, jak rozumiesz narratora, postać literacką czy proces twórczy. Jednocześnie mówisz, że za dwa, trzy pokolenia przestaniemy czytać i prognozujesz „koniec tej literatury, jaką znamy”. Czujesz się jak przedstawicielka wymierającego zawodu?
Trochę tak. Dzisiaj o wiele ważniejsi niż pisarze czy pisarki są scenarzyści. To oni formatują zbiorową świadomość ludzi. W większości przypadków praca pisarza jest niewspółmierna do efektów, jakie może osiągać. Nie ma też piorunującego wymiaru finansowego. Komuś ambitnemu i twórczemu chyba jednak nie rekomendowałabym pisarstwa. Tu musi być jakaś szczególna mieszanina introwersji i chęci rozmowy z innym, szczypta narcyzmu, wyobraźnia borderline, kompetencje językowe (wrodzone?) i być może, przede wszystkim, umiejętność czekania na efekty swojej pracy. Poczułam się trochę jak szewc, który umie robić buty, a nawet zdobył pewną klientelę. Chciałby się podzielić tym, czego się nauczył, bez względu na to, co z tą wiedzą zrobią czeladnicy. Może pójdą do fabryki albo zlecą robotom pracę za nich. Teraz jednak, kilka dni po złożeniu tego tekstu, kiedy siedzę zamknięta na wsi, zaczynam podejrzewać, że papierowe książki, klasyczne długie powieści, które można czytać przy świecy, mogą wrócić. Każda papierowa biblioteka może stać się skarbem. Młodsi ludzie bez wątpienia myślą inaczej i będą inaczej pisali swoje powieści. Prawdą jest także to, że ogromna część literatury zwyczajnie się starzeje, niektórych książek niegdyś głośnych nie da się już czytać po kilkudziesięciu latach. Nie chcę podawać przykładów, bo to smutny proces, ale w gruncie rzeczy wiele książek po prostu umiera, także tych kiedyś podziwianych i hołubionych. A inne trwają i można podejść do regału, wyciągnąć jedną z nich, położyć się na kanapie – i czytać. Tak wyobrażam sobie raj. Jeżeli coś takiego istnieje, to składa się z miliardów kanap, na których leżą Sprawiedliwi, a anioły donoszą im kolejne dobre książki, filiżanki z herbatą i kieliszki z odrobiną likieru wiśniowego. Myślę jednak, że literatura taka, jaką znamy, powoli się zwija.

Warto jeszcze wychowywać ten literacki narybek, skoro to wszystko i tak za chwilę się skończy?
Niewielu rzeczy jestem pewna tak jak tego, że czytanie stanie się jeszcze bardziej elitarnym zajęciem, niż jest teraz. Większość ludzi w ogóle nie rozwinie w dzieciństwie takiej potrzeby i umiejętności. Przyczyny będą różne – na przykład takie, że za późno poszli do szkoły i nauczyli się czytać dopiero w wieku ośmiu lat, jak to się teraz dzieje, że wcześniej zdobywali już informacje i wiedzę z innych niż książka źródeł i na nich bardziej będą polegać. Nie wykształcą więc rytuałów czytelniczych albo nie będą mieć takich wzorów w rodzinie, wybiorą film czy gry komputerowe niż drukowany tekst. Prawdopodobnie będzie to więc sztuka dla tych kilku procent jeszcze czytających i może dla scenarzystów i filmowców, którzy przerobią to na serial albo grę.

W książce dostajemy rozbudowany wykład twojej (chyba mogę tak powiedzieć) metafizyki literackiej. Mamy więc z jednej strony współczesny świat – skończony, opisany, klaustrofobiczny i dostępny na wyciągnięcie ręki za pomocą smartfona, a z drugiej jakąś ogromną tęsknotę za tajemnicą, tym, co nazywasz bizarnym, ekscentrycznym, niesamowitym. Jeśli za tym tęsknimy (a przecież chyba tęsknimy), to gdzie i jak możemy tego szukać?
Myślę, że tu chodzi o sens, o znaczenie. Dziś chyba nikt nie ma złudzeń, że co prawda świat szybkiego dostępu do informacji, świat na smartfonach, zaspokoił nasz głód wiedzy i jesteśmy w stanie śledzić milion wydarzeń, ale jest to mało wartościowe pożywienie dla naszych umysłów. Fast food. Nie umiemy nadać temu znaczenia sensu, nie widzimy całości i te rzeki widoków, obrazów, relacji, muzyki nie stają się naszym doświadczeniem. Pozostają tłem. Jesteśmy jak sita, to wszystko przez nas przelatuje. Kiedyś religia dawała takie poczucie sensu. Ale dzisiaj te religie, które znamy, też są fast foodem – zdogmatyzowanymi, anachronicznymi, w większości także seksistowskimi, sztywnymi pakietami sprzecznych ze sobą informacji, pełnymi hipokryzji i konformizmu, opartymi na jakichś kompletnie niewiarygodnych instytucjach podobnych do korporacji i mafii. Religie przyniosły światu wiele zła. Lecz z drugiej strony zaspokajały potrzebę tworzenia sensownej, pełnej znaczeń opowieści o świecie, jego wielowymiarowości, miejscu w nim człowieka i innych istot, o losie i przeznaczeniu, o tym, czego nie potrafimy zrozumieć. Nie uważam, że same w sobie religie są dobre albo złe. To zależy, jak się nimi posługujemy. Chyba najbardziej odrażającą formą używania religii jest taka, która wykorzystuje ją do wykluczania innych ludzi i w walkach o władzę i dominację. W każdym razie chcę powiedzieć, że literatura, opowieść, także ta oglądana i czytana, pomaga tworzyć jakąś wspólną wizję świata, wyrazić lęki, skomunikować nas ze sobą, uzgodnić to, co jawi się nam we fragmentach. To nie jest żadna czcza rozrywka. To wielka ciężka praca zbiorowej świadomości.

W twoich książkach (także w tej) co jakiś czas pojawia się taka mała, fascynująca figura – Kairos, „bóg okazji, przemijającej chwili, niesamowitej możliwości”. I jeśli tę okazję przegapimy, tracimy szansę na przemianę, metanoję. To bóg decydującego momentu. Chciałam zapytać o taki moment w twoim życiu – o moment, kiedy pojawił się Kairos, złapałaś go za grzywkę i poczułaś, że wszystko się zmienia…
Miałam kilka razy w życiu taką kairotyczną chwilę, ale są one zbyt prywatne, żeby o nich opowiadać publicznie. Mam nad biurkiem małą płaskorzeźbę z tym szybkim bóstwem, które mija nas ciągle w pośpiechu. Fascynujące jest, że grecka mitologia (inne też) w obrazowy spersonifikowany sposób opisuje całe nasze doświadczenie i nawet trudne do opisania, wyjątkowe momenty, których nie umielibyśmy nazwać. To jest potęga. Taki Kairos, postać stworzona przez naszych przodków tysiące lat temu, staje się metaforą i pozwala nam zrozumieć nasze własne doświadczenie.

Jeśliby szukać nerwu tej książki, to jest nim być może tęsknota za całością – narratorem „panoptycznym”, „czwartoosobowym”, który widzi szeroko (trochę jak Bóg?). Po co nam taki sposób patrzenia, taki sposób pisania?
Patrząc z góry, z szerokiej perspektywy, zawsze dostrzega się związki i relacje niewidoczne z innej. Uważam, że straciliśmy taki ogląd całości świata, staliśmy się ślepi na jego skomplikowanie, głębię, wieloznaczność, złożoność. Często o kimś niemądrym mówi się, że jest ograniczony, co znaczy, że widzi tylko blisko, że jakieś przeszkody nie pozwalają mu spojrzeć szerzej, że jest coś dla niego ukryte za tą zasłoną. Jesteśmy ograniczeni wąską perspektywą, punktami widzenia, które nie są ani wielostronne, ani wielopłaszczyznowe. To współczesny rodzaj intelektualnej zaściankowości. Ograniczenia mogą się brać ze złej edukacji, z ubogiego intelektualnie środowiska, w końcu też z wyboru. Łatwiej jest ogarniać mniej niż więcej. Takie poszukiwanie pełni i znaczenia to chyba jedna z najsilniejszych i najważniejszych motywacji intelektualnych człowieka. Jestem agnostyczką, nie mam więc ani „pocieszenia”, ani nie otrzymałam gotowych rozwiązań ze strony jakiejś religii. Sama sobie muszę wytłumaczyć świat. Pomagała mi w tym bardzo literatura, pokazując, jak inni ludzie widzą, czują, co myślą.

A czy czasem nie jest tak, że tu właśnie „wchodzi” literatura – ta wymierająca sztuka dla ekscentryków przyszłości? W tym tomie wydajesz się mówić: My jej tak naprawdę bardzo potrzebujemy.
Także i z tego względu, że literatura często bywa profetyczna, to znaczy wyobraźnia pisarska potrafi wysnuwać zaskakująco prawdziwe wnioski z teraźniejszej sytuacji i projektować je na przyszłość. Dla dobrej literatury czas jest zaledwie jedną z wielu zmiennych. Przeczytałam niedawno Nie opuszczaj mnie Kazuo Ishiguro. To jest książka, która odsłania jedną z możliwych odnóg przyszłości. Można tę powieść nazwać science fiction, ale to techniczne i porządkujące słowo, pozwalające raczej umieścić ją na jakiejś półce w księgarni. W gruncie rzeczy opowiada o możliwym rezultacie naszych wyborów tu i teraz. Co by się stało, gdyby nasze parlamenty zdecydowały o legalności i potrzebie klonowania ludzi w celach medycznych. To wizja, która mieści się już w naszej w przestrzeni, która co prawda jeszcze nie istnieje w rzeczywistości, ale w jakiś sposób już jest. Dla tej przestrzeni ukułam pojęcie „Kraina Metaksy”, jakby swego rodzaju wymiaru, w którym żyje to, co wymyśliliśmy, to, czego się boimy, co metaforyczne, symboliczne.

Prawie od początków refleksji nad literaturą pojawia się jedno pytanie: jak sprawić, by ona coś nam o świecie mówiła, odzwierciedlała go, dotykała nerwu współczesności. W tytułowym wykładzie noblowskim mamy takie niesamowite stwierdzenie: „Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz i będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne”. Wiem, że to karkołomne pytanie, ale czy ostatnio trafiłaś na coś (lub kogoś) odrobinę zbliżającego się do tego w gruncie rzeczy chyba nieuchwytnego pułapu? To nie jest pytanie do mnie. Zapytaj kogoś, kto czyta dużo współczesnej literatury z całego świata. Może niepotrzebnie to uprościłam, pisząc: „jakiś geniusz”, a przecież to może być proces i wiele pisarek i pisarzy rozwijających, doskonalących, przeczuwających. Historia literatury to naprawdę fascynująca dziedzina. Pokazuje bowiem, że literatura to proces zbiorowy, prawie organiczny, biologiczny
epoki, języki, kultury, jednostki opowiadają siebie i świat w różnych formach i na przeróżne sposoby, ciągle nawiązując do tego, co już napisano: reakcją i relacją, przechodzeniem na inny poziom i wiecznym poszukiwaniem metody. Jedne sposoby umierają, zostają zapomniane i przestają istnieć, inne zanikają na chwilę, żeby potem powrócić. Gdzieś tam (często na peryferiach) tworzą się zupełnie nowe, prą do przodu, stabilizują się albo trwają tylko przez chwilę, efemerydy. Na literaturę trzeba patrzeć jak na naturalny żywioł, bez którego nie bardzo możemy w pełni istnieć.

Myślę, że twoi narratorzy są w gruncie rzeczy ogromnie czuli. Wywołują zmarłych z niepamięci, przywracają głos tym, którzy go nie mają, scalają, ukazują podobieństwa. Jak się żyje z narratorem, który każe przepuszczać przez siebie te wszystkie rzeczy – boli czy raczej uszczęśliwia?
Narratorzy to są jakieś modalności, które mogą ujawnić się nie tylko w pisaniu, w codziennym życiu też jest dla nich miejsce. Są innymi punktami widzenia niż ten mój własny, jednostkowy. Poszerzają świadomość, sprawiają, że widzimy szerzej i kojarzymy odległe od siebie fakty. Budują w nas zdolność do empatii. Taki narrator ani nie boli, ani nie uszczęśliwia, ponieważ jest jak regulowanie ostrości obrazu, kiedy to niewyraźna plama zamienia się w postać, a rozmyte smugi stają się ciągiem liter niosącym jakieś znaczenie.

„Czuły narrator”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe) „Czuły narrator”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Katarzyna Kantner literaturoznawczyni, copywriterka. W 2016 roku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego obroniła pracę doktorską na temat twórczości Olgi Tokarczuk. Jest autorką książki „Jak działać za pomocą słów? Proza Olgi Tokarczuk jako dyskurs krytyczny” (wyd. Universitas).

  1. Kultura

Książki o kobiecej mocy

Przedstawiamy 8 książek o kobiecej mocy. (Fot. materiały prasowe)
Przedstawiamy 8 książek o kobiecej mocy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
My, kobiety, mamy moc. Ma ona przeróżna oblicza - czasem jest niezwykle delikatna i subtelna, innym razem otula, koi i niesie dobro, jeszcze innym głośno krzyczy, kruszy mury i zmienia świat. Oto 8 książek o kobiecej mocy. Takich, które nie pozwalają zapomnieć o tym, co w nas najcenniejsze. 

„Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés

Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka. Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka.

To absolutny klasyk literatury i książka, którą powinna przeczytać każda kobieta. Na blisko 560 stronach Clarissa Estés odpowiada na ważne pytania dla każdej z nas - Jaka jest kobieta?, Jaka jest jej natura, pierwotne instynkty?, Czym kieruje się w życiu?, Kim by była, gdyby świat nie starałby się jej na siłę „ucywilizować”?.

Niektórzy uważają, że czasy, kiedy tak zwana kobieta niepokorna bywała wyklęta, należą do przeszłości. Jeśli była niepokorna, to znaczy postępowała zgodnie z naturą swojej duszy, to mówiło się, że jest "zła" lub że "zbłądziła". Te czasy nie minęły. Zmienił się tylko typ zachowań, które uznaje się u kobiet za niedozwolone.
(Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka)
Clarissa Estes jest pisarką pochodzenia meksykańsko-hiszpańskiego, która została wychowana w poszanowaniu tradycji i w bliskości z naturą. "Biegnącą z wilkami" pisała ponad dwie dekady. To opowieść o kobiecie - silnej, dobrej, która ma pasję, jest z jednej strony kreatywna, a z drugiej dzika i kierująca się swoim instynktem. Clarissa Estés stworzyła niemal leksykon opisujący kobiecą psychikę, który pomaga współczesnym kobietom odnaleźć najsilniejsze cechy w sobie i porzucić konwenanse, w których tkwią. To książka, która porusza serca i i umysły.

„Biblia waginy” dr Jen Gunter

Dr Jen Gunter, „Biblia waginy”, Wydawnictwo: Marginesy. Dr Jen Gunter, „Biblia waginy”, Wydawnictwo: Marginesy.

"Mam misję – żeby każda kobieta zyskała rzetelną wiedzę na temat pochwy i sromu" - napisała we wstępie doktor Jen Gunter i słowa dotrzymała, bo jej "Biblia waginy" to najprawdziwsza biblia naszej kobiecości, która edukuje, otwiera oczy i uświadamia, jak niewiele wiemy o tak ważnej części naszego ciała. To książka z kategorii popularnonaukowych, która z jednej strony jest niesamowicie rzetelna, a z drugiej lekka i dowcipna. Znajdziemy w niej odpowiedzi na mnóstwo ważnych pytań, wokół których, z roku na rok, wzrasta ilość niesprawdzonych informacji. Doktor Jen Gunter to znawczyni kobiecego zdrowia i popularna lekarka, zwana dyżurną ginekolożką mediów społecznościowych. Przychodzi z "Biblią waginy" jak z odsieczą i daje ogrom wiedzy, wynikającej z jej niemal trzydziestoletniego czasu pracy. A do tego potrafi barwnie opowiadać: od anatomii przez skutki uboczne antybiotykoterapii po korzyści z przyjmowania probiotyków. Dawniej mity na temat kobiecego ciała rozprzestrzeniały się poprzez słowa naszych mam, babć, koleżanek – dziś za pomocą kilku kliknięć lądują w Internecie. Nieważne z jakiego źródła – liczy się to, jak wielką krzywdę mogą wyrządzić każdej z nas. Dzięki doktor Jen Gunter poznajemy swoją waginę. Dogłębnie.

„Boginie w każdej kobiecie” Jean Shinoda Bolen

Jean Shinoda Bolen, „Boginie w każdej kobiecie”, Wydawnictwo: Yemaya. Jean Shinoda Bolen, „Boginie w każdej kobiecie”, Wydawnictwo: Yemaya.

Ta pozycja ma w sobie coś z "Biegnącej z wilkami", jednak więcej w niej tytułowych bogiń, a mniej baśni i opowieści historycznych. "Boginie w każdej kobiecie" to szczegółowa podróż po kobiecej psychice, która nakreśla, jak pogodzić wewnętrzne boginie, by żyć w zgodzie z własną prawdziwą naturą. Kariera czy rodzina? Namiętny romans czy stabilne małżeństwo? Kompromis czy ostra rywalizacja? Pieniądze czy satysfakcja z pracy? Takie decyzje nie są łatwe, bo na naszą psychikę wpływają różne, czasem sprzeczne, siły wewnętrzne, przez autorkę przedstawiane pod postacią greckich bogiń. Hera pogania: "Kiedy wreszcie wyjdziesz za mąż?". Dla Demeter najważniejsze są dzieci. "Używaj życia, póki czas" - kusi Afrodyta. "Jeśli chcesz zrobić karierę, musisz skupić się tylko na tym" - ostrzega Atena. Której posłuchać? Jak dokonywać mądrych wyborów? Pomaga w tym Jean Shinoda Bolen, która od blisko 40 lat jest profesorem psychiatrii. Mieszka w USA i wykłada na University of California w San Francisco.

Sylwia Chutnik, 'Cwaniary', Wydawnictwo: Znak Literanova. Sylwia Chutnik, "Cwaniary", Wydawnictwo: Znak Literanova.

Książka do bólu współczesna, a jednocześnie ponadczasowa. "Cwaniary" to przede wszystkim powieść o kobietach silnych, bezkompromisowych i szalenie mądrych, a jednocześnie wrażliwych i skrzywdzonych. Halina, Celina, Stefa i Bronka walczą o sprawiedliwość względem kobiet. Walczą dosłownie. Halinie brzuch przeszkadza na tyle, że nie może już sobie pozwolić na walkę wręcz. Radzi sobie metalową pałką. Celina delikatnie wykręca ręce i stosuje ulubiony chwyt, aż człowiekowi łzy stają w oczach. Bronka potrafi wyprowadzić perfekcyjny cios, choć nosi szpilki i służbową garsonkę. Stefa ma fioletowy siniak pod okiem i dwójkę dzieci.

(Sylwia Chutnik, "Cwaniary", Wydawnictwo: Znak Literanova)
Mokotowski gang kobiet pomści niewybaczalne krzywdy. Ratuje kobiety uwięzione między odkurzaczem i pralką. Słyszy każdą wołającą o pomoc. A kiedy nie można już ukryć siniaków, a rozpacz wygrywa z wściekłością, superbohaterki wlatują przez otwarte okno i biorą w ramiona.

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet”, Francesca Cavallo, Elena Favilli

Francesca Cavallo, Elena Favilli, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet', Wydawnictwo: Debit. Francesca Cavallo, Elena Favilli, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet", Wydawnictwo: Debit.

Tę książkę powinna znać każda dziewczynka i młoda kobieta, choć zachęcam, by zapoznać się z nią niezależnie od wieku i płci. „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” to nowe wersje bajek, opowiadające historie niezwykłych kobiet - od Elżbiety I po Serenę Williams. Kobiet, które odmieniły bieg historii, mają na swoim koncie wyjątkowe naukowe odkrycia, były pionierkami i geniuszami w dziedzinie sztuki, walczyły o najważniejsze prawa ludzi, pokonywały przeciwności losu. Książka została zilustrowana przez sześćdziesiąt artystek ze wszystkich zakątków świata, wszystkie historie są utrzymane w konwencji bajki i każda składa się z jednostronicowego tekstu oraz wyjątkowego portretu. „Każda z tych stu historii dowodzi, że wierząc w coś całym sercem, zyskujemy siłę, by zmieniać świat” – czytamy w przedmowie. Ten zbiór zainspiruje nie tylko najmłodszych, ale i nieco starszych do tego, by wierzyli we własne siły, marzyli odważnie i pielęgnowali w sobie wewnętrzną siłę.

"Opowieść podręcznej",  Margaret Atwood

Margaret Atwood, 'Opowieść podręcznej', Wydawnictwo: Wielka Litera. Margaret Atwood, "Opowieść podręcznej", Wydawnictwo: Wielka Litera.

Na koniec książka, która stała się współczesnym symbolem walki o prawa kobiet, mimo, że po raz pierwszy została wydana ponad 30 lat temu. "Opowieść podręcznej" kanadyjskiej pisarki Margaret Atwood to wstrząsająca historia o przyszłości kobiet w świecie, w którym reżim i ortodoksja są jedynym prawem, a jedyną słuszną rolą kobiet jest rodzenie dzieci. Główną bohaterką jest Freda, Podręczna w Republice Gilead. Może opuszczać dom swojego Komendanta i jego Żony tylko raz dziennie, aby pójść na targ, gdzie wszystkie napisy zostały zastąpione przez obrazki, bo Podręcznym już nie wolno czytać. Co miesiąc musi pokornie leżeć i modlić się, aby jej zarządca ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość. Na podstawie „Opowieści podręcznej” Atwood, ponad 30 lat po jej wydaniu, powstał amerykański serial, który już od emisji pierwszego odcinka stał się fenomenem i jedną z najgłośniejszych produkcji ostatnich lat. "Opowieść podręcznej" dała przyczynek do wielu ważnych dyskusji, toczących się współcześnie niemal na całym świecie. Dyskusji o tym, czy przerażająca historia Atwood mogłaby okazać się naszą rzeczywistością.

  1. Styl Życia

Sylwia Chutnik - kamikadze

Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Jej dzieciństwo to najpierw brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Tego nie mogę pamiętać, bo miałam tylko trzy miesiące. Mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Woli, razem z dziadkami od strony mojego taty. Blisko był szpital. To ważne, bo nieśli mnie tam na rękach bardzo chorą. Spędziłam w szpitalu pół roku. Trafiłam na oddział z odmą czy może pierwotnie z jakimś zapaleniem płuc, a po drodze zakażono mnie gronkowcem i sepsą. W każdym razie miałam umrzeć, mama do tej pory ma w swoich dokumentach karteczkę: dowód na to, że odprawiono za mnie mszę. W końcu wróciłam do żywych, ale zostało mi kilka pamiątek. Na przykład ślad, chyba po wkłuciach igły, na udzie. Charakterystyczne szlaki żył. Uważałam, że tworzą mapę, i bawiłam się, że to mapa skarbów. Dla mojej rodziny to doświadczenie musiało być traumatyczne, w domu jeszcze długo w ogóle się o tym nie mówiło. Chyba dopiero jak byłam nastolatką, trafiały do mnie takie opowieści jak ta, że moja mama, kiedy lekarz powiedział, żeby się ze mną pożegnała, bo na odratowanie mnie raczej nie ma szans, zemdlała na schodach szpitala. Albo że już jakiś czas później mój tata – perkusista – grał na ślubie Grażyny Torbickiej i w trakcie wesela odkrył, że na sali jest lekarz, który uratował mi życie. Oczywiście się we dwóch ubzdryngolili, tata dziękował, rzucał mu się na szyję. O, jeszcze jest historia o babci, jak wparowała do szpitala na salę, gdzie ja ledwo ciepła osuwałam się w niebyt, a jedna z pielęgniarek akurat piłowała paznokcie. Babcia, krewka dziewczyna wychowana na Ochocie, rzuciła się na nią z pięściami.

Nasz dom

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiem, jak działa wzorzec. Dziewczynka socjalizowana do bycia miłą i sympatyczną obserwuje kobiety z najbliższego otoczenia. I widzi, że potrafią walnąć pięścią w stół, mogą zadecydować, mówią wprost, czego chcą, a czego nie. Moja mama też w niestandardowy sposób jest twarda, ale babcie to w ogóle niezłe wymiataczki. Ta druga krótko po wojnie razem z dziadkiem miała epizod squatowania. Ich dzieci były już na świecie, także młodszy brat mojej mamy, całkiem wtedy mały. Wiadomo, w zrujnowanej Warszawie zajmowało się, co tylko było można, ale przyszła milicja i chciała całą ich rodzinę wyrzucić z pustostanu. Babcia najpierw ukryła mojego dziadka pod pierzyną, a potem, jako że właśnie gotowała w wielkim garze pieluchy, chwyciła gar z wrzątkiem. Zagroziła milicjantom, że jak tylko przekroczą próg, obleje ich, siebie i dzieci. W skrócie: won stąd! Nie musiałam nawet słuchać tych opowieści z przeszłości. Widziałam, jak babcie funkcjonują na co dzień, że dziadkowie może robią dużo hałasu, ale wiadomo, kto rządzi. A jakiś czas po tamtej historii z pustostanem babcia z dziadkiem dostali mieszkanie w nowo wybudowanym domu, w ścisłym centrum Warszawy. Do tej pory tam mieszkają.

Skok na główkę

Wszystko to znam w formie anegdot, nigdy nie było na ten temat jakiejś poważniejszej rozmowy. To taka cecha mojej rodziny. Mówić o złych rzeczach? A po co to, na co? Ta wesołkowatość mnie zresztą wiele razy ratowała i ratuje do tej pory. Przede wszystkim poczucie humoru na własny temat. Autoironia pomagała mi uciekać z opresji i depresji. Od ciężkiego doła, że ja naprawdę odstaję, i to na wielu frontach, że nijak się nie dopasuję. I nie chcę się dopasować. Często słyszę, szczególnie teraz, po tym, jak zrobiłam coming out, że jestem odważna. Nie, nie jestem i nigdy nie byłam. W wieku ośmiu, może już nawet dziewięciu lat nie mogłam się pogodzić z tym, że tata odkręcił mi w sankach oparcie. Umierałam ze strachu, darłam się i cały czas zapierałam nogami przy zjeżdżaniu. To samo na huśtawce – robiłam wszystko, byle tylko nie rozhuśtać się na tyle, żeby całkowicie stracić kontakt z podłożem. To mi zostało, nadal jestem control freakiem, muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Ale jest też we mnie coś takiego, że kiedy staje przede mną wyzwanie, kiedy tak bardzo jestem zestrachana, że nie podołam, to po prostu zamykam oczy i skaczę na główkę. Ta – nie wiem – skłonność, cecha bardzo się przydaje, kiedy jest się introwertyczką, a jednocześnie ma się silne poczucie bycia innym. Dlatego kiedy już trochę później, pod koniec podstawówki i w liceum, zaczęły się niewybredne komentarze i żarciochy na temat moich kolorowych włosów, ciuchów, kolczyków, kiedy zdarzało się, że na mnie zwyczajnie, po prostu pluli, to może i chciało mi się, jak małej dziewczynce, płakać, ale zamiast tego zapierałam się i kolejnego dnia wychodziłam znowu w tych ciuchach, kolczykach, z tymi włosami. Robiłam rzeczy, które chciałam robić. I to naprawdę nie jest kwestia odwagi. Może bardziej jakiś rodzaj bezczelności? Rozumianej nie jako arogancja wobec ludzi, ale upór, stupor. Nie oglądasz się za siebie, idziesz dalej. Kamikadze.

A rodzice wiedzą?

Po Woli były Bielany, ale do szkoły podstawowej dojeżdżałam na Żoliborz. Do kościoła też. Kościół Świętego Stanisława Kostki na tyłach placu Wilsona był super. Realizowałam się tam jako mała aktywistka. Byłam z życiem kościelnym mocno związana. Czasy Solidarności – kościół był miejscem, gdzie się dużo działo. Nie mówiąc o nieograniczonych ilościach zagranicznych słodyczy. Jako dzieci z represjonowanego kraju dostawaliśmy z Zachodu paczki, których zawartość rozdawano w salce katechetycznej. Była tam siostra zakonna, bardzo aktywna, zawsze z gitarą, organizowała jasełka i różne inne występy, w kółko były jakieś próby i mama mnie na nie odprowadzała. Już wtedy miałam ciągoty do intelektualnego życia wyższych sfer, a kościół tak mi się kojarzył. Czuło się, że walczymy, że to jest ważne, choć wtedy nie wiedziałam za bardzo, w związku z czym. Poza tym ta forma! Na bogato, wszędzie kwiaty. Robiło to na mnie wrażenie, moja przyjaciółka ze szkoły miała nianię i mieszkała w willi na Żoliborzu. To ciekawe, bo przecież mimo różnic klasowych chodziłyśmy do jednej klasy. Tymczasem ja po szkole wracałam do kawalerki przedzielonej szafą. Na religię chodziłam, dopóki była w kościele. A w momencie, kiedy została wprowadzona do szkół – moja piąta klasa podstawówki – przestałam. Uważałam, że religia i wiara to są nasze osobiste sprawy i że nie można robić kolejnej lekcji z tak ważnej rzeczy. A poza tym, co mają robić ci, którzy nie wierzą? To, że nie mieli wyboru, wydawało mi się bardzo niesprawiedliwe. Przez cały pierwszy rok, kiedy wprowadzili religię, byłam jedyna w szkole, która w czasie tych lekcji siedziała na korytarzu, w bibliotece albo w świetlicy, jak była otwarta. I przez cały rok, za każdym razem, któryś z nauczycieli podchodził i pytał, dlaczego tu siedzę. A ja za każdym razem odpowiadałam: bo nie chodzę na religię. „Dlaczego?”. Bo nie chcę chodzić. „A rodzice wiedzą o tym?”. Tak, wiedzą. To, że w tym wieku musiałam to mówić, tak jasno sformułować, było dla kształtowania moich poglądów totalnie ważne. Co na to moja rodzina? Oni, wierzący niepraktykujący, uważali, że to pierwsze oznaki buntu. Trochę wczesne, ale przeczekamy. Tak samo było z moim niejedzeniem mięsa. Myśleli, że mi w końcu kiedyś przejdzie.

Córka dansingu

Mój tata jako muzyk jeździł na tak zwane kontrakty. Dwu-, trzymiesięczne wyjazdy, grał gdzieś na statku między Finlandią a Polską. Albo jechał do Abu Zabi w ramach kontraktu z Pagartem. Przed rokiem 1989 to była jedyna agencja artystyczna, przez którą można było wyjechać oficjalnie, dostać paszport, pobierali oczywiście kosmiczne prowizje. Tata grał razem z moim wujkiem gitarzystą i przed wyjazdami często spotykali się w mieszkaniu mojej prababci, gdzie mieli bazę i trzymali wszystkie rzeczy. Tam się przygotowywali, czasem mieli jakieś próby. Moje wspomnienia z tamtego czasu są takie, że zajmują się mną te wszystkie ciocie, czyli dziewczyny, bo w ich zespole zawsze były dwie wokalistki, najlepiej blondyna i brunetka. I że mnie przebierają. Już wtedy wiedziałam, że chcę zostać artystką, cokolwiek to znaczy. Akurat wtedy chciałam chodzić odpierdzielona jak one, codziennie od rana do wieczora, mieć szalone życie. Na te wyjazdy jechały całe skrzynie ciuchów scenicznych. Brokat, cekiny, błysk, kicz, kicz, kicz, dansing. Coś, co razem z „Akademią pana Kleksa” ugruntowało mój gust. Dwa razy byłyśmy z mamą w trasie razem z nimi za granicą. Raz w Turku w Finlandii, raz w Berlinie Zachodnim. Szał. Większość zdjęć z tamtego wyjazdu to jestem ja wśród zabawek, nienaturalnie pobudzona. Samo to, że one tam były, to już było dla mnie wiele. Że są nieosiągalne, było w jakiś sposób oczywiste i nie wiązało się ze szczególnym żalem. Fajnie się było napatrzeć. Jak się dostawało z zagranicy katalog wysyłkowy, to te katalogi się pożyczało, kursowały po rodzinie, znajomych, sama oglądałam je z 50 razy dziennie, coś wycinałam i wklejałam do zeszytu. Pamiętam też ten zapach. Zapach luksusu. W zeszłym roku pojechałyśmy z moją mamą do Berlina i chodziłyśmy śladami tamtego wyjazdu, nas z roku 1986. Zrobiłyśmy sobie superzdjęcia, w tych samych miejscach, w których byłyśmy wtedy, mój syn był fotografem. Weszłyśmy między innymi do wielkiego centrum handlowego. Chodziłyśmy po nim teraz bez wielkiego wow. Ale ten zapach!

Klucz w zamku

Mama długo pracowała w gastronomii, w knajpie, na zmiany. Pachniała fryturą i papierosami. Cudzymi, bo sama nie paliła. Kiedy wracała z pracy po wieczornej zmianie, to ja, siedząc w mieszkaniu, z korytarza na klatce schodowej najpierw czułam moją mamę, a dopiero potem słyszałam dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Przychodziła, zdejmowała wszystko i od razu szła do łazienki, żeby tylko to z siebie zmyć.

Do zobaczenia

Kiedy miałam 11 lat, tata odprowadził mnie na przystanek tramwajowy, jechałam do szkoły. Pożegnaliśmy się, wiedziałam, że wyjeżdża na kolejny kontrakt. Kolejne dwa, trzy miesiące grania w Stanach. Następnym razem zobaczyliśmy się siedem czy osiem lat później, kiedy mógł już do Polski przyjechać. Tata został tam, zamieszkał niedaleko Nowego Jorku. Mieliśmy w tym czasie kontakt, ale telefoniczny i listowny. Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, mam wewnętrzną cezurę. Na własny użytek używam sformułowania: „Jak jeszcze tata był z nami”, więc myślę, że to ważny punkt w ogóle w moim życiu, nie tylko w dzieciństwie. Właściwie non stop mam poczucie tymczasowości w kontaktach z ludźmi. Takie poczucie, że jest ktoś, i fajnie, ale ten ktoś w każdej chwili może zniknąć.

Wychowanie seksualne

Zostałam uświadomiona przez moją mamę. Subtelnie. Pamiętam, że posłużyła się broszurą zakupioną w kiosku Ruchu. Tytuł „Mamo i tato, opowiedzcie mi, skąd się wziąłem”. Niebieska okładka, dość niewielka pozycja, z ilustracjami. Wydanie kryzysowe, czas nie za dobry dla polskich książek. Już wtedy – a byłam może w czwartej klasie podstawówki i moja wyniesiona z podwórka wiedza na temat seksualności człowieka była naprawdę mikro – kuriozalny wydawał mi się obrazek przedstawiający, uwaga, ubrane postaci. Parę, która jest w uścisku, plus podpis: „Dzieci są, kiedy mama i tata się przytulają”. Nie pamiętam, żebym była przerażona dojrzewaniem. W ogóle ciało było dla mnie w jakiś sposób drugorzędne, to nie był dla mnie wielki temat. Chyba że w kontekście kreacji, przerabiania go na własną modłę. Miałam 16 lat, kiedy w Baszcie na moście Poniatowskiego, w pomieszczeniu nad knajpą dla harleyowców, zrobiono mi, osobie niepełnoletniej, pierwszy tatuaż. Sporo też dowiadywałam się o cielesności z książek, mam wrażenie, że to one mnie na różne doświadczenia przygotowały. „Czy już wtedy coś wiedziałaś, przeczuwałaś?”, „Kiedy się zorientowałaś?”. Tak, teraz często słyszę tego typu pytania. Przede wszystkim były inne czasy, nie mieliśmy nawet języka, słownictwa, sposobów na określanie siebie. Co mnie, nawiasem mówiąc, z wiekiem coraz mniej interesuje. Kocham tę albo tę osobę. Mój coming out był ważny ze względu na okoliczności, czułam, że ważne jest powiedzieć to, wyraźnie, właśnie teraz. Ale wtedy? Jesteś młoda, masz pierwsze doświadczenia, eksperymentujesz. Byłam inna, akceptowałam to, także w kwestiach seksualności. Po prostu zawsze podobali mi się i faceci, i dziewczyny. Oglądałam się za dziewczynami i mówiłam koleżankom, że są piękne i fajne.

Heca

Bardzo wcześnie przeczytałam „Bunt długich spódnic”, biografię Emmeline Pankhurst, założycielki i przywódczyni ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii. Mocna rzecz, o rebelii, naparzaniu się z policją. Pamiętam wstrząsające sceny przymusowego karmienia Pankhurst w trakcie strajku głodowego w więzieniu. „Bunt…” leżał na działce moich dziadków, nie mam pojęcia, co tam robił, chyba los mi go zesłał. Ale jeszcze wcześniej czytałam, i to nie raz, „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej. Bliźniaki, dziewczyna i chłopak, zamieniają się rolami i siostra jedzie za brata na wakacje w jedno miejsce, a on za nią w drugie. Był też serial, ale powieść lepiej pokazywała dziewczynkę, która musi zadbać, żeby wszystko było w rodzinie w porządku. Siostra godzi się przecież jechać i udawać chłopca, żeby ratować tyłek tego nieogara, swojego brata. Irytowało mnie to na bardzo podstawowym poziomie, „ej, czemu jego traktują inaczej?!”. Ten jego całkowity brak sprawczości. Aż mnie korci, żeby zajrzeć do tej książki teraz i zinterpretować ją genderowo.

Klub ludzi artystycznie niewyżytych

Miałam 12, 13 lat i mama nie pozwalała mi jeszcze wychodzić wieczorami. W sąsiedztwie mieszkał chłopak. Starszy ode mnie, punk z irokezem. Obserwowałam go z oddali, z okna, i na tle tych wszystkich ludzi widziałam tylko jego, bo się wyróżniał. Totalnie mi to imponowało. On mi się niekoniecznie podobał jako mężczyzna, ale był ucieleśnieniem pewnej idei. Chciałam być taka jak on. Latem jechałam na kolonie i wróciłam z nich już z nową fryzurą. Tak się złożyło, że reakcja mojej mamy na tę fryzurę została uwieczniona. Wujek pożyczył kamerę VHS i poszedł z moją mamą mnie odebrać, bo ja z tych kolonii wracałam autokarem. Na nagraniu widać, jak autokar wjeżdża, dzieciaki wysiadają i słychać głos mamy: „O, jest Sylwia, jest!”. Ja w tym samym momencie się odwracam i słychać takie „ooooo!”, tylko już trzy tonacje niżej. Czytaj: „O mój Boże!”. Od tych włosów poszło szybko. Porwane swetry, przestałam jeść mięso, no i trafiłam do Klubu. W gazecie „Filipinka”, którą czytałam, swoją rubrykę „Cześć, poeci i poetki” miała Danuta Wawiłow [1942–1999, poetka, prozaiczka, tłumaczka, autorka literatury dla dzieci, w tym słynnego wiersza „Daktyle” – przyp. red.]. Młodzi ludzie wysyłali jej swoje utwory, a ona je publikowała i komentowała. Wyczytałam, że raz w tygodniu spotyka się założony przez Wawiłow Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych. Ja, będąc wtedy jeszcze w podstawówce, powinnam iść z osobą starszą, ale poszłam sama. Taki moment w życiu, że wiesz już, kim chcesz być, potrzebujesz tylko wsparcia, potwierdzenia tej twojej intuicji, że dobrze kombinujesz. W Klubie znalazłam osoby myślące tak jak ja. Jedni z nas interesowali się filmem, inni fotografią, były punki, byli hip-hopowcy. Ważne było to, czego ci ludzie słuchali, co czytali, czym się interesowali, jak wyglądali. Dorwałam się do tego źródła wiedzy, pamiętajmy, że nie mieliśmy jeszcze Internetu. Czytaliśmy, tłumaczyliśmy poezję, przynosiliśmy swoje wiersze, omawialiśmy je. Ale to był pretekst, chodziło o to, żeby być razem. Trochę jak w kawiarniach literackich, już samo to, że nawzajem się inspirujemy, było ważne. Pisałam wiersze na maszynie do pisania, którą wtedy miałam, ozdabiałam kolażami lub swoimi rysunkami i robiłam z nich książeczki, które potem, jak ziny, odbijałam na ksero i rozdawałam. Nadal mam mnóstwo takich tomików, także tych pisanych przez innych. Zostało mi trochę przyjaźni. Klub to była szkoła życia, polana artystycznym kontrkulturowym sosem.

Gdyby

Liceum księgarskie wybrałam świadomie. Opcja licealna, ale z możliwością zrobienia dyplomu zawodowego: technik księgarstwa. Idealne miejsce – uwielbiałam książki – i dość niedaleko mojego domu. Klasa żeńska, w większości hipisiary, tylko my z koleżanką byłyśmy punkówami, grupa niezłych freaków. W drugiej klasie oblałam matmę. Jak dziewięć innych osób z klasy. Miałam rok do tyłu. Poznałam superfajne osoby, ale moje doświadczenie z edukacją w liceum oceniam raczej negatywnie. Gdybym tak zebrała to, co mówili do mnie nauczyciele i nauczycielki... Gdybym tylko miała cieńszą skórę… No cóż, to były intensywne lata, nie miałam czasu na naukę. Ale w ostatniej klasie się ogarnęłam. Wiedziałam już, że chcę iść na kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie bardzo ważne były punkty i wyniki na świadectwie maturalnym. Zorientowałam się, że wreszcie mam cel, wiem, po co mam się uczyć, i zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do tego, co mi proponowało szkolnictwo. No i miałam praktyki księgarskie. Potem pracowałam w Stanach w księgarni, już w czasie studiów w ramach wakacyjnej pracy. I nadal, kiedy wchodzę do jakiegokolwiek sklepu z książkami, mam odruch porządkowania. Kiedy coś jest źle rozplanowane, jestem okropna, mądrzę się potwornie. Potrafię nawet fukać jak Magda Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I tak sobie myślę, że gdyby to wszystko szlag trafił, gdyby była na rynku zapaść, gdybym straciła źródła dochodów – to w porządku, otworzę swoją księgarnię. Albo zatrudnię się w jednej z tych, które lubię.

Sylwia Chutnik, rocznik 1979. Pisarka, działaczka społeczna (założycielka Fundacji MaMa), feministka, publicystka, promotorka czytania. Była trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike, za książki: „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Cwaniary” i „W krainie czarów”. W lipcu tego roku oficjalnie dokonała coming outu jako osoba nieheteronormatywna.

  1. Kultura

Wieczór z książką - polecamy lektury na jesień

Jesienne wieczory sprzyjają lekturze. (Fot Getty Images)
Jesienne wieczory sprzyjają lekturze. (Fot Getty Images)
Zobacz galerię 8 Zdjęć

Jesień to pora roku dla bibliofilów. Długie wieczory umilają dobre książki. Polecamy kilka nowości, po które warto sięgnąć w tym czasie.

Żywioł literatury

Sarah M. Broom podbiła w zeszłym roku serca amerykańskich krytyków. Teraz jej debiut ukazuje się także u nas.
Wyobraź sobie, że huragan zmiata twój dom z powierzchni ziemi. Piszą o tym media, aż się znudzą, a w okolice zjeżdżają już tylko turyści, by popatrzeć na katastrofę. To wspomnienia Sarah M. Broom, nagrodzonej za ich zapis prestiżową National Book Award. Jej tytułowy żółty dom nie przetrwał ataku huraganu „Katrina” w Nowym Orleanie sprzed 15 lat. Autorka, najmłodsza z dwanaściorga dzieci, własne losy wpisuje w dzieje rodziny, żywiołu, Ameryki, biedy, zastanawiając się, jak na nas wpływa miejsce pochodzenia, nawet jeśli znika z mapy. I jeśli budzi wiele złych skojarzeń. „Nie sposób opisać w pełni rozpadu, jakiemu ulegał dom, tak jak nie da się wskazać tej jednej cechy, która psuje charakter”, pisze Broom, i nie chodzi jej o huragan. Reportaż tak osobisty, że aż uniwersalny, a zarazem opowieść o niezłomności: matki i jej dzieci.

Sarah M. Broom „Żółty Dom. Wspomnienia”, Agora, s. 432. Sarah M. Broom „Żółty Dom. Wspomnienia”, Agora, s. 432.

Namiętność to wojna

Wreszcie powieść Szczepana Twardocha o rozmachu jego „Morfiny”. Berlin 1918, po przegranej wojnie wybucha rewolucja, powstaje Republika Weimarska. Jak się w niej odnaleźć, kiedy ma się śląskie korzenie? Leutnant Alois Pokora, syn górnika, spędził lata w niemieckich okopach, a ze względu na pochodzenie jest wyszydzany. W ryzach trzyma go dawne nieodwzajemnione uczucie. „Miłość to wojna”, zauważa. Powieść o namiętnościach i podziałach, ulubionych wątkach pisarza, ale i malarza George’a Grosza, którego obraz nie przypadkiem widzimy na okładce.

Szczepan Twardoch „Pokora”, Wydawnictwo Literackie Szczepan Twardoch „Pokora”, Wydawnictwo Literackie

Już nie dziecko, jeszcze nie…

Nowa książka anonimowej włoskiej autorki m.in. słynnego cyklu neapolitańskiego (zaczęło się od „Genialnej przyjaciółki”). To opowieść o dojrzewaniu. Giovanna wychowuje się w dobrze sytuowanej rodzinie, a dowiaduje się, że ma znacznie gorzej sytuowaną, ukrywaną przed nią ciotkę. Kłamstwa rodziców rozczarowują, a dorastanie u Ferrante to droga przez mękę, etap nielubienia siebie i zapamiętywania krytyki. Zdania takie jak „jesteś brzydka” zostają w głowiena zawsze. Tak jak ta proza.

Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych”, Sonia Draga Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych”, Sonia Draga

Pęknięcie

W centrum tej osobistej kroniki stoi dom autora przy Iwickiej w Warszawie, gdzie się wychował i poznał znamienitych twórców. Wywiady z nimi to ważna część książki. Jastrun stawiał trudne pytania: Kiedy przystąpili do partii? Jak ich uwiódł stalinizm? Mogła powstać gorzka próba rozliczenia. Wyszła uczciwa relacja. Wyznaje Bronisława Przybosiowa: „To było jakby życie w mieszkaniu z pękniętym dużym wazonem. Patrzyło się na ten wazon codziennie i człowiek już nie widział, że jest on okaleczony”.

Tomasz Jastrun „Dom pisarzy w czasach zarazy”, Czarna Owca, s. 454. Tomasz Jastrun „Dom pisarzy w czasach zarazy”, Czarna Owca, s. 454.

  1. Kultura

"Dolina niesamowitości" - ważny głos kobiety prosto z serca Doliny Krzemowej

"Dolina niesamowitości" to debiut książkowy Anny Wiener. (Fot. materiały prasowe)
Zagłębie hi-tech, bogactwo, dominacja, elitarni programiści i drinki w godzinach pracy - czy gdzieś pomiędzy tym jest szczęście? Z każdym kolejnym zdaniem książki "Dolina niesamowitości" próbujemy je znaleźć. A prowadzi nas w tym jej główna bohaterka, która z literacką wrażliwością szuka swojego miejsca w świecie technologii. 

Anna Wiener - wiecznie spłukana, pozbawiona perspektyw na rozwój zawodowy, szukająca sensu życia dwudziestokilkulatka - rzuca pracę w branży wydawniczej i skuszona obietnicami cyfrowego raju przeprowadza się z Nowego Jorku do San Francisco. Tam szybko znajduje zatrudnienie w start-upie big data, w samym sercu Doliny Krzemowej: w świecie fantasmagorycznych ekstrawagancji, olśniewających sukcesów oraz młodych, rzutkich przedsiębiorców spragnionych władzy, chwały i wielkich pieniędzy.

To właśnie w tym czasie na Zachodnim Wybrzeżu zachodzi ogromna zmiana kulturowa - ośrodek zaawansowanych technologii, rywalizując z Wall Street, w zawrotnym tempie przeobraża się w centrum bogactwa i dominacji. O pracy w zagłębiu hi-tech marzy prawie każdy. Lecz spomiędzy firmowych wypadów na narty, drinków w godzinach pracy, elitarnych klubów programistów i ścisłych wymogów korporacyjnej lojalności wyłania się też całkiem inny obraz Doliny Krzemowej: bezlitośnie bogacącej się kosztem bezpiecznej przyszłości, którą rzekomo buduje.

"Dolina niesamowitości" to opowieść o żmudnej drodze bohaterki do dojrzałości, a także portret dopiero co minionej epoki. Wnikliwa opowieść ku przestrodze, a przy tym szczere, pełne zwariowanego humoru i emocji świadectwo szumnej i lekkomyślnej kultury start-upów w czasach rozbuchanych ambicji, niekontrolowanego nadzoru, gigantycznych majątków i nabierającej rozmachu władzy politycznej. Wiener po mistrzowsku obnaża transformację branży tech z samozwańczego zbawiciela świata w zagrażające światowej demokracji narzędzie, a pod jej piórem (a raczej klawiaturą Maca) wielki przemysł informatyczny otrzymuje ludzką twarz, często wykrzywioną grymasem przestrachu i poczucia obcości.

Pojęcie "dolina niesamowitości" ("uncanny valley") to określenie używane do opisania stanu nieprzyjemnej dezorientacji towarzyszącej człowiekowi przy kontakcie z obiektem do złudzenia przypominającym osobę, lecz w sposób oczywisty nie będącym człowiekiem. Weiner w swoich przejmujących zapiskach przedstawia najbardziej zaawansowane technologie oraz to, co się dzieje na ich styku z człowiekiem. Choć może jednak bardziej z "ludzkim czynnikiem wykonawczym", bo Anna Weiner nie jest bowiem żadną menadżerką informatycznego imperium, a po prostu szeregową pracownicą start-upu.

"Dolina niesamowitości" to fascynujące i niespotykane dotąd ujęcie tematu - do tej pory Dolinę Krzemową mieliśmy szansę poznać raczej ze wspomnień wszechmocnych szefów oraz podręczników pisanych przez mężczyzn. Tu w końcu słyszymy ważny głos kobiety.

Anna Wiener jest stałą współpracowniczką czasopisma "The New Yorker", na którego łamach publikuje artykuły poświęcone Dolinie Krzemowej, kulturze start-upów i nowym technologiom. Jej felietony ukazywały się także w "The New York Times Magazine" "The Atlantic", "New York", "The New Republic", "Harper’s", "n+1". To właśnie w tym ostatnim piśmie ukazał się jej znakomity artykuł: "Uncanny Valley. I would say more, but I signed an NDA", który spotkał się z olbrzymim oddźwiękiem w sieci i stał się podstawą "Doliny niesamowitości". Mieszka w San Francisco. "Dolina niesamowitości" to jej książkowy debiut.

Anna Wiener, 'Dolina niesamowitości', Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) Anna Wiener, "Dolina niesamowitości", Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)