1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Sto lat Herkulesa

Sto lat Herkulesa

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Najbardziej znany detektyw świata, Herkules Poirot, odcisnął piętno nie tylko na jednym gatunku literackim, ale na historii literatury w ogóle. Jest z nami już całe stulecie i nic nie wskazuje na to, aby jego przygody miały się zakończyć.

Na rynku pojawiła się bowiem nowa powieść Sophie Hannah pt. Morderstwa w Kingfisher Hill. Autorka za zgodą rodziny i właścicieli praw Agathy Christie kreuje dalsze losy słynnego detektywa. To już czwarta część nowych przygód Poirota – po Inicjałach zbrodni, Zamkniętej trumnie i Zagadce trzech czwartych – i na pewno nie ostatnia.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Powstają też kolejne adaptacje filmowe. Po zainscenizowanym z rozmachem Morderstwie w Orient Expressie z 2017 roku w reżyserii Kennetha Branagha, jednocześnie odtwórcy głównej roli, już w grudniu tego roku będziemy mogli obejrzeć jego kontynuację, Śmierć na Nilu. Obok Branagha, który ponownie stanie również za kamerą, zobaczymy m.in. Gal Gadot, Annette Bening czy znaną z serialu Gra o tron Rose Leslie.

Wiek od debiutu

Wszystko zaczęło się jednak dokładnie sto lat temu; jesienią 1920 roku ukazała się Tajemnicza historia w Styles. W tej książce Herkules Poirot pojawia się po raz pierwszy i to właśnie wtedy rodzi się jego legenda. Debiut Agathy Christie, w którym przyszła Królowa Kryminału nakreśliła postać niezwykle eleganckiego, choć miejscami ekscentrycznego – a już na pewno pedantycznego – detektywa rodem z Belgii, wcale nie zapowiadał wielkiego przełomu czy obietnicy kontynuacji na kartach kolejnych tomów. Nawet wydana dwa lata później powieść bez Poirota (Tajemniczy przeciwnik) czy następna, po roku, już z udziałem kultowego detektywa (Morderstwo na polu golfowym), które wyróżniały się solidną i precyzyjną strukturą fabularną, były znane głównie wielbicielom gatunku. Nie znaczy to jednak, że te trzy powieści były przeciętne czy też sztampowe. Bynajmniej! W trzech pierwszych książkach Agatha Christie uwypukliła najważniejsze cechy swojego stylu: zwięzłość, zegarmistrzowską precyzję w konstruowaniu intrygi, a także unikanie zbędnych elementów jak nic niewnoszące do treści opisy. Autorka już w tych powieściach wyróżniała się na korzyść spośród współczesnych twórców prozy gatunkowej. Jej pomysłowość, a także nieoczekiwane rozwiązania fabularne wprawiały czytelników to w zachwyt, to w zdumienie, to w szczery podziw.

Prawdziwy sukces i niemała popularność miały dopiero nadejść, a to za sprawą Zabójstwa Rogera Ackroyda, powieści, która została opublikowana w 1926 roku. Jakaż to była wówczas sensacja! Niezwykle trudno jest pisać o tym, kto okazał się mordercą i o czym jest sama opowieść (lub jak pomysłowo została skonstruowana), ale to dobrze – nie psujmy zabawy osobom, które nie miały jeszcze okazji zapoznać się z tym klasycznym dziełem. Warto wspomnieć jednak w tym miejscu, że już w dniu swojej premiery Zabójstwo Rogera Ackroyda okrzyknięto wyjątkowo nowatorskim majstersztykiem, a dziś powieść ta zajmuje 5. miejsce wśród 100 najlepszych powieści kryminalnych świata według Stowarzyszenia Pisarzy Literatury Kryminalnej (ang. Crime Writers’ Association, CWA) oraz 49. pozycję na liście 100 książek XX wieku przedstawionej przez czasopismo „Le Monde”. I, co ważniejsze, kolejne wydania tego tytułu (w Polsce wydawane przez Wydawnictwo Dolnośląskie) cieszą się ogromną popularnością po dziś dzień.

Dla przyszłej Królowej Kryminału i postaci wąsatego Belga Zabójstwo Rogera Ackroyda było jednak dopiero rozgrzewką.

Poirot ikoną gatunku

Christie wydała bowiem ponad 90 powieści i sztuk teatralnych, jako Mary Westmacott wyszła poza ramy kryminału, by pisać powieści obyczajowe, tworzyła też poezję i monumentalne dzieła wspomnieniowe (Autobiografię, Moją podróż po Imperium oraz Opowiedz, jak tam żyjecie). Jej prace przetłumaczono na 45 języków, a łączny nakład wszystkich jej książek to, bagatela, miliard kopii w języku angielskim oraz drugi miliard w pozostałych językach. Co jest takiego wyjątkowego w tych opowieściach, że czytają je kolejne pokolenia z niemal takim samym zaangażowaniem jak odbiorcy sprzed wieku?

– Niewątpliwie jest to splot kilku bardzo ważnych czynników, które sytuują twórczość Agathy Christie znacznie wyżej niż konkurencyjne książki – mówi Monika Kaczmarek, dyrektor wydawnicza grupy Publicat S.A., właściciela imprintu Wydawnictwo Dolnośląskie, które powieści Christie wydaje nieprzerwanie do ponad dwudziestu lat. – Przede wszystkim nie ma w tych historiach zbędnych i nużących fragmentów. Christie zawsze ceniła umiar, dokładność i precyzję. Umiała przyciągnąć tym czytelnika. Moim zdaniem, zwłaszcza w dzisiejszym zagonionym świecie, ta cecha nadaje jej powieściom nowoczesnego i łatwo przyswajalnego charakteru. Intryga, choćby nie wiadomo jak skomplikowana, daje się rozgryźć, nie sprawiając wrażenia wydumanej czy nieprawdopodobnej. Przeciwnie, wszelkie dziwne i niezrozumiałe wątki w pewnym momencie zgrabnie się łączą i nabierają sensu, prowadząc czytelnika do spektakularnego finału. Dziś mało kto potrafi tak pisać. Drugim, może nawet ważniejszym elementem są bohaterowie wykreowani na kartach jej powieści. Panna Marple, Tommy i Tuppence, ale przede wszystkim fenomenalny Poirot.

Herules Poirot jest jak chodzący wzorzec z Sèvres genialnego, ale jednocześnie nieco ekscentrycznego detektywa. Poirot to dandys, obsesjonat porządku i symetrii, analizujący najbardziej nietypowe, ale też mroczne zbrodnie za pomocą żelaznej logiki i chłodnej kalkulacji. Bardzo często stawia na psychologię; próbuje wejrzeć w sens postępowania oraz postawę złoczyńcy, wyobraża sobie jego sposób myślenia i działania, wnika w jego umysł na tyle skutecznie, że bywa zawsze o krok przed organami ścigania. A wszystko dzięki jego „małym szarym komórkom”, niekiedy nie ruszając się z domu i nie wstając z własnego fotela.

– Dzisiejsza popkultura wiele zawdzięcza Herkulesowi Poirot – opowiada Patryk Młynek z Wydawnictwa Dolnośląskiego. – Postać diablo inteligentnego detektywa, który jedynie dzięki bezbłędnej dedukcji dochodzi do prawdy, jest obecna w wielu współczesnych serialach, filmach, ale też w książkach. Popkultura lubi takich bohaterów. Z jednej strony mamy pewność, że nie zawiodą, a z drugiej tolerujemy ich liczne wady, które u innych bohaterów znacznie bardziej by nas irytowały. Zaryzykuję stwierdzenie, że tego wąsatego, niskiego Belga, który jako jedyny potrafi dojść do prawdy i uskutecznić sprawiedliwość, uwielbiamy właśnie dzięki jego wadom.

Nowe wydania na nowe czasy

W jubileuszowym 2020 roku (warto tu dodać, że obok 100-lecia debiutu jest to także 130-lecie urodzin Agathy Christie) Wydawnictwo Dolnośląskie postanowiło wydać dziesięć najlepszych tekstów Królowej Kryminału z Poirotem w roli głównej. Wszystkie tytuły będą zawierać posłowia badaczki literatury, prof. Anny Gemry z Uniwersytetu Wrocławskiego. Edycja w luksusowych twardych oprawach wydana zostanie etapami.

– Pięć wybraliśmy my wraz z ekspertami, pozostałe pięć wyłoniliśmy głosami czytelników w drodze plebiscytu, który, nawiasem mówiąc, okazał się bardzo popularny i sprawił nam wiele przyjemności – przyznaje Patryk Młynek z Wydawnictwa Dolnośląskiego. – Wyszło na to, że książki Agathy Christie nie tylko są ponadczasowymi bestsellerami, ale również mówi się o nich, poleca się je, analizuje. Po dziś dzień żyją one własnym życiem.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Jakie tytuły wejdą w skład dziesięcioczęściowego luksusowego zbioru? Obok Tajemniczej historii w Styles pozostałe typy wydawcy to Morderstwo w Orient Expressie, Śmierć na Nilu i ABC, które już zostały wydane w listopadzie 2019 roku, a także Zabójstwo Rogera Ackroyda. Natomiast najwięcej głosów we wspomnianym plebiscycie otrzymały: Pięć małych świnek (ponad 52 procent wskazań), Dwanaście prac Herkulesa (50 procent), Morderstwo w Mezopotamii (39 procent), Morderstwo w Boże Narodzenie (37 procent) oraz Kurtyna (35 procent). Na swoje ulubione tytuły można było głosować metodą wielokrotnego wyboru. Bonusowym, jedenastym tytułem będzie antologia dwunastu opowiadań Christie pt. „Zbrodnie zimową porą”.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

– Jesienią 2020 roku miały ukazać się wszystkie wymienione wyżej tytuły. Niestety, w wyniku pandemii koronawirusa musieliśmy nieco zmodyfikować nasze plany. Teraz zostaną wydane cztery książki, a pozostałe cztery prawdopodobnie na początku 2021 roku – mówi Monika Kaczmarek. – O szczegółach informujemy na bieżąco na naszym facebookowym profilu i na Instagramie @agathachristiepolska. Już teraz szykujmy się na wielkie święto: sto lat legendy Herkulesa i sto trzydziesty jubileusz narodzin Królowej Kryminału. Życzymy Wam przyjemnej i satysfakcjonującej lektury!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki o kobiecej mocy

Przedstawiamy 8 książek o kobiecej mocy. (Fot. materiały prasowe)
Przedstawiamy 8 książek o kobiecej mocy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
My, kobiety, mamy moc. Ma ona przeróżna oblicza - czasem jest niezwykle delikatna i subtelna, innym razem otula, koi i niesie dobro, jeszcze innym głośno krzyczy, kruszy mury i zmienia świat. Oto 8 książek o kobiecej mocy. Takich, które nie pozwalają zapomnieć o tym, co w nas najcenniejsze. 

„Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés

Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka. Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka.

To absolutny klasyk literatury i książka, którą powinna przeczytać każda kobieta. Na blisko 560 stronach Clarissa Estés odpowiada na ważne pytania dla każdej z nas - Jaka jest kobieta?, Jaka jest jej natura, pierwotne instynkty?, Czym kieruje się w życiu?, Kim by była, gdyby świat nie starałby się jej na siłę „ucywilizować”?.

Niektórzy uważają, że czasy, kiedy tak zwana kobieta niepokorna bywała wyklęta, należą do przeszłości. Jeśli była niepokorna, to znaczy postępowała zgodnie z naturą swojej duszy, to mówiło się, że jest "zła" lub że "zbłądziła". Te czasy nie minęły. Zmienił się tylko typ zachowań, które uznaje się u kobiet za niedozwolone.
(Clarissa Pinkola Estés, „Biegnąca z wilkami”, Wydawnictwo: Zysk i S-ka)
Clarissa Estes jest pisarką pochodzenia meksykańsko-hiszpańskiego, która została wychowana w poszanowaniu tradycji i w bliskości z naturą. "Biegnącą z wilkami" pisała ponad dwie dekady. To opowieść o kobiecie - silnej, dobrej, która ma pasję, jest z jednej strony kreatywna, a z drugiej dzika i kierująca się swoim instynktem. Clarissa Estés stworzyła niemal leksykon opisujący kobiecą psychikę, który pomaga współczesnym kobietom odnaleźć najsilniejsze cechy w sobie i porzucić konwenanse, w których tkwią. To książka, która porusza serca i i umysły.

„Biblia waginy” dr Jen Gunter

Dr Jen Gunter, „Biblia waginy”, Wydawnictwo: Marginesy. Dr Jen Gunter, „Biblia waginy”, Wydawnictwo: Marginesy.

"Mam misję – żeby każda kobieta zyskała rzetelną wiedzę na temat pochwy i sromu" - napisała we wstępie doktor Jen Gunter i słowa dotrzymała, bo jej "Biblia waginy" to najprawdziwsza biblia naszej kobiecości, która edukuje, otwiera oczy i uświadamia, jak niewiele wiemy o tak ważnej części naszego ciała. To książka z kategorii popularnonaukowych, która z jednej strony jest niesamowicie rzetelna, a z drugiej lekka i dowcipna. Znajdziemy w niej odpowiedzi na mnóstwo ważnych pytań, wokół których, z roku na rok, wzrasta ilość niesprawdzonych informacji. Doktor Jen Gunter to znawczyni kobiecego zdrowia i popularna lekarka, zwana dyżurną ginekolożką mediów społecznościowych. Przychodzi z "Biblią waginy" jak z odsieczą i daje ogrom wiedzy, wynikającej z jej niemal trzydziestoletniego czasu pracy. A do tego potrafi barwnie opowiadać: od anatomii przez skutki uboczne antybiotykoterapii po korzyści z przyjmowania probiotyków. Dawniej mity na temat kobiecego ciała rozprzestrzeniały się poprzez słowa naszych mam, babć, koleżanek – dziś za pomocą kilku kliknięć lądują w Internecie. Nieważne z jakiego źródła – liczy się to, jak wielką krzywdę mogą wyrządzić każdej z nas. Dzięki doktor Jen Gunter poznajemy swoją waginę. Dogłębnie.

„Boginie w każdej kobiecie” Jean Shinoda Bolen

Jean Shinoda Bolen, „Boginie w każdej kobiecie”, Wydawnictwo: Yemaya. Jean Shinoda Bolen, „Boginie w każdej kobiecie”, Wydawnictwo: Yemaya.

Ta pozycja ma w sobie coś z "Biegnącej z wilkami", jednak więcej w niej tytułowych bogiń, a mniej baśni i opowieści historycznych. "Boginie w każdej kobiecie" to szczegółowa podróż po kobiecej psychice, która nakreśla, jak pogodzić wewnętrzne boginie, by żyć w zgodzie z własną prawdziwą naturą. Kariera czy rodzina? Namiętny romans czy stabilne małżeństwo? Kompromis czy ostra rywalizacja? Pieniądze czy satysfakcja z pracy? Takie decyzje nie są łatwe, bo na naszą psychikę wpływają różne, czasem sprzeczne, siły wewnętrzne, przez autorkę przedstawiane pod postacią greckich bogiń. Hera pogania: "Kiedy wreszcie wyjdziesz za mąż?". Dla Demeter najważniejsze są dzieci. "Używaj życia, póki czas" - kusi Afrodyta. "Jeśli chcesz zrobić karierę, musisz skupić się tylko na tym" - ostrzega Atena. Której posłuchać? Jak dokonywać mądrych wyborów? Pomaga w tym Jean Shinoda Bolen, która od blisko 40 lat jest profesorem psychiatrii. Mieszka w USA i wykłada na University of California w San Francisco.

Sylwia Chutnik, 'Cwaniary', Wydawnictwo: Znak Literanova. Sylwia Chutnik, "Cwaniary", Wydawnictwo: Znak Literanova.

Książka do bólu współczesna, a jednocześnie ponadczasowa. "Cwaniary" to przede wszystkim powieść o kobietach silnych, bezkompromisowych i szalenie mądrych, a jednocześnie wrażliwych i skrzywdzonych. Halina, Celina, Stefa i Bronka walczą o sprawiedliwość względem kobiet. Walczą dosłownie. Halinie brzuch przeszkadza na tyle, że nie może już sobie pozwolić na walkę wręcz. Radzi sobie metalową pałką. Celina delikatnie wykręca ręce i stosuje ulubiony chwyt, aż człowiekowi łzy stają w oczach. Bronka potrafi wyprowadzić perfekcyjny cios, choć nosi szpilki i służbową garsonkę. Stefa ma fioletowy siniak pod okiem i dwójkę dzieci.

(Sylwia Chutnik, "Cwaniary", Wydawnictwo: Znak Literanova)
Mokotowski gang kobiet pomści niewybaczalne krzywdy. Ratuje kobiety uwięzione między odkurzaczem i pralką. Słyszy każdą wołającą o pomoc. A kiedy nie można już ukryć siniaków, a rozpacz wygrywa z wściekłością, superbohaterki wlatują przez otwarte okno i biorą w ramiona.

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet”, Francesca Cavallo, Elena Favilli

Francesca Cavallo, Elena Favilli, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet', Wydawnictwo: Debit. Francesca Cavallo, Elena Favilli, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet", Wydawnictwo: Debit.

Tę książkę powinna znać każda dziewczynka i młoda kobieta, choć zachęcam, by zapoznać się z nią niezależnie od wieku i płci. „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” to nowe wersje bajek, opowiadające historie niezwykłych kobiet - od Elżbiety I po Serenę Williams. Kobiet, które odmieniły bieg historii, mają na swoim koncie wyjątkowe naukowe odkrycia, były pionierkami i geniuszami w dziedzinie sztuki, walczyły o najważniejsze prawa ludzi, pokonywały przeciwności losu. Książka została zilustrowana przez sześćdziesiąt artystek ze wszystkich zakątków świata, wszystkie historie są utrzymane w konwencji bajki i każda składa się z jednostronicowego tekstu oraz wyjątkowego portretu. „Każda z tych stu historii dowodzi, że wierząc w coś całym sercem, zyskujemy siłę, by zmieniać świat” – czytamy w przedmowie. Ten zbiór zainspiruje nie tylko najmłodszych, ale i nieco starszych do tego, by wierzyli we własne siły, marzyli odważnie i pielęgnowali w sobie wewnętrzną siłę.

"Opowieść podręcznej",  Margaret Atwood

Margaret Atwood, 'Opowieść podręcznej', Wydawnictwo: Wielka Litera. Margaret Atwood, "Opowieść podręcznej", Wydawnictwo: Wielka Litera.

Na koniec książka, która stała się współczesnym symbolem walki o prawa kobiet, mimo, że po raz pierwszy została wydana ponad 30 lat temu. "Opowieść podręcznej" kanadyjskiej pisarki Margaret Atwood to wstrząsająca historia o przyszłości kobiet w świecie, w którym reżim i ortodoksja są jedynym prawem, a jedyną słuszną rolą kobiet jest rodzenie dzieci. Główną bohaterką jest Freda, Podręczna w Republice Gilead. Może opuszczać dom swojego Komendanta i jego Żony tylko raz dziennie, aby pójść na targ, gdzie wszystkie napisy zostały zastąpione przez obrazki, bo Podręcznym już nie wolno czytać. Co miesiąc musi pokornie leżeć i modlić się, aby jej zarządca ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość. Na podstawie „Opowieści podręcznej” Atwood, ponad 30 lat po jej wydaniu, powstał amerykański serial, który już od emisji pierwszego odcinka stał się fenomenem i jedną z najgłośniejszych produkcji ostatnich lat. "Opowieść podręcznej" dała przyczynek do wielu ważnych dyskusji, toczących się współcześnie niemal na całym świecie. Dyskusji o tym, czy przerażająca historia Atwood mogłaby okazać się naszą rzeczywistością.

  1. Styl Życia

Sylwia Chutnik - kamikadze

Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Jej dzieciństwo to najpierw Brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Jej dzieciństwo to najpierw brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Tego nie mogę pamiętać, bo miałam tylko trzy miesiące. Mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Woli, razem z dziadkami od strony mojego taty. Blisko był szpital. To ważne, bo nieśli mnie tam na rękach bardzo chorą. Spędziłam w szpitalu pół roku. Trafiłam na oddział z odmą czy może pierwotnie z jakimś zapaleniem płuc, a po drodze zakażono mnie gronkowcem i sepsą. W każdym razie miałam umrzeć, mama do tej pory ma w swoich dokumentach karteczkę: dowód na to, że odprawiono za mnie mszę. W końcu wróciłam do żywych, ale zostało mi kilka pamiątek. Na przykład ślad, chyba po wkłuciach igły, na udzie. Charakterystyczne szlaki żył. Uważałam, że tworzą mapę, i bawiłam się, że to mapa skarbów. Dla mojej rodziny to doświadczenie musiało być traumatyczne, w domu jeszcze długo w ogóle się o tym nie mówiło. Chyba dopiero jak byłam nastolatką, trafiały do mnie takie opowieści jak ta, że moja mama, kiedy lekarz powiedział, żeby się ze mną pożegnała, bo na odratowanie mnie raczej nie ma szans, zemdlała na schodach szpitala. Albo że już jakiś czas później mój tata – perkusista – grał na ślubie Grażyny Torbickiej i w trakcie wesela odkrył, że na sali jest lekarz, który uratował mi życie. Oczywiście się we dwóch ubzdryngolili, tata dziękował, rzucał mu się na szyję. O, jeszcze jest historia o babci, jak wparowała do szpitala na salę, gdzie ja ledwo ciepła osuwałam się w niebyt, a jedna z pielęgniarek akurat piłowała paznokcie. Babcia, krewka dziewczyna wychowana na Ochocie, rzuciła się na nią z pięściami.

Nasz dom

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiem, jak działa wzorzec. Dziewczynka socjalizowana do bycia miłą i sympatyczną obserwuje kobiety z najbliższego otoczenia. I widzi, że potrafią walnąć pięścią w stół, mogą zadecydować, mówią wprost, czego chcą, a czego nie. Moja mama też w niestandardowy sposób jest twarda, ale babcie to w ogóle niezłe wymiataczki. Ta druga krótko po wojnie razem z dziadkiem miała epizod squatowania. Ich dzieci były już na świecie, także młodszy brat mojej mamy, całkiem wtedy mały. Wiadomo, w zrujnowanej Warszawie zajmowało się, co tylko było można, ale przyszła milicja i chciała całą ich rodzinę wyrzucić z pustostanu. Babcia najpierw ukryła mojego dziadka pod pierzyną, a potem, jako że właśnie gotowała w wielkim garze pieluchy, chwyciła gar z wrzątkiem. Zagroziła milicjantom, że jak tylko przekroczą próg, obleje ich, siebie i dzieci. W skrócie: won stąd! Nie musiałam nawet słuchać tych opowieści z przeszłości. Widziałam, jak babcie funkcjonują na co dzień, że dziadkowie może robią dużo hałasu, ale wiadomo, kto rządzi. A jakiś czas po tamtej historii z pustostanem babcia z dziadkiem dostali mieszkanie w nowo wybudowanym domu, w ścisłym centrum Warszawy. Do tej pory tam mieszkają.

Skok na główkę

Wszystko to znam w formie anegdot, nigdy nie było na ten temat jakiejś poważniejszej rozmowy. To taka cecha mojej rodziny. Mówić o złych rzeczach? A po co to, na co? Ta wesołkowatość mnie zresztą wiele razy ratowała i ratuje do tej pory. Przede wszystkim poczucie humoru na własny temat. Autoironia pomagała mi uciekać z opresji i depresji. Od ciężkiego doła, że ja naprawdę odstaję, i to na wielu frontach, że nijak się nie dopasuję. I nie chcę się dopasować. Często słyszę, szczególnie teraz, po tym, jak zrobiłam coming out, że jestem odważna. Nie, nie jestem i nigdy nie byłam. W wieku ośmiu, może już nawet dziewięciu lat nie mogłam się pogodzić z tym, że tata odkręcił mi w sankach oparcie. Umierałam ze strachu, darłam się i cały czas zapierałam nogami przy zjeżdżaniu. To samo na huśtawce – robiłam wszystko, byle tylko nie rozhuśtać się na tyle, żeby całkowicie stracić kontakt z podłożem. To mi zostało, nadal jestem control freakiem, muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Ale jest też we mnie coś takiego, że kiedy staje przede mną wyzwanie, kiedy tak bardzo jestem zestrachana, że nie podołam, to po prostu zamykam oczy i skaczę na główkę. Ta – nie wiem – skłonność, cecha bardzo się przydaje, kiedy jest się introwertyczką, a jednocześnie ma się silne poczucie bycia innym. Dlatego kiedy już trochę później, pod koniec podstawówki i w liceum, zaczęły się niewybredne komentarze i żarciochy na temat moich kolorowych włosów, ciuchów, kolczyków, kiedy zdarzało się, że na mnie zwyczajnie, po prostu pluli, to może i chciało mi się, jak małej dziewczynce, płakać, ale zamiast tego zapierałam się i kolejnego dnia wychodziłam znowu w tych ciuchach, kolczykach, z tymi włosami. Robiłam rzeczy, które chciałam robić. I to naprawdę nie jest kwestia odwagi. Może bardziej jakiś rodzaj bezczelności? Rozumianej nie jako arogancja wobec ludzi, ale upór, stupor. Nie oglądasz się za siebie, idziesz dalej. Kamikadze.

A rodzice wiedzą?

Po Woli były Bielany, ale do szkoły podstawowej dojeżdżałam na Żoliborz. Do kościoła też. Kościół Świętego Stanisława Kostki na tyłach placu Wilsona był super. Realizowałam się tam jako mała aktywistka. Byłam z życiem kościelnym mocno związana. Czasy Solidarności – kościół był miejscem, gdzie się dużo działo. Nie mówiąc o nieograniczonych ilościach zagranicznych słodyczy. Jako dzieci z represjonowanego kraju dostawaliśmy z Zachodu paczki, których zawartość rozdawano w salce katechetycznej. Była tam siostra zakonna, bardzo aktywna, zawsze z gitarą, organizowała jasełka i różne inne występy, w kółko były jakieś próby i mama mnie na nie odprowadzała. Już wtedy miałam ciągoty do intelektualnego życia wyższych sfer, a kościół tak mi się kojarzył. Czuło się, że walczymy, że to jest ważne, choć wtedy nie wiedziałam za bardzo, w związku z czym. Poza tym ta forma! Na bogato, wszędzie kwiaty. Robiło to na mnie wrażenie, moja przyjaciółka ze szkoły miała nianię i mieszkała w willi na Żoliborzu. To ciekawe, bo przecież mimo różnic klasowych chodziłyśmy do jednej klasy. Tymczasem ja po szkole wracałam do kawalerki przedzielonej szafą. Na religię chodziłam, dopóki była w kościele. A w momencie, kiedy została wprowadzona do szkół – moja piąta klasa podstawówki – przestałam. Uważałam, że religia i wiara to są nasze osobiste sprawy i że nie można robić kolejnej lekcji z tak ważnej rzeczy. A poza tym, co mają robić ci, którzy nie wierzą? To, że nie mieli wyboru, wydawało mi się bardzo niesprawiedliwe. Przez cały pierwszy rok, kiedy wprowadzili religię, byłam jedyna w szkole, która w czasie tych lekcji siedziała na korytarzu, w bibliotece albo w świetlicy, jak była otwarta. I przez cały rok, za każdym razem, któryś z nauczycieli podchodził i pytał, dlaczego tu siedzę. A ja za każdym razem odpowiadałam: bo nie chodzę na religię. „Dlaczego?”. Bo nie chcę chodzić. „A rodzice wiedzą o tym?”. Tak, wiedzą. To, że w tym wieku musiałam to mówić, tak jasno sformułować, było dla kształtowania moich poglądów totalnie ważne. Co na to moja rodzina? Oni, wierzący niepraktykujący, uważali, że to pierwsze oznaki buntu. Trochę wczesne, ale przeczekamy. Tak samo było z moim niejedzeniem mięsa. Myśleli, że mi w końcu kiedyś przejdzie.

Córka dansingu

Mój tata jako muzyk jeździł na tak zwane kontrakty. Dwu-, trzymiesięczne wyjazdy, grał gdzieś na statku między Finlandią a Polską. Albo jechał do Abu Zabi w ramach kontraktu z Pagartem. Przed rokiem 1989 to była jedyna agencja artystyczna, przez którą można było wyjechać oficjalnie, dostać paszport, pobierali oczywiście kosmiczne prowizje. Tata grał razem z moim wujkiem gitarzystą i przed wyjazdami często spotykali się w mieszkaniu mojej prababci, gdzie mieli bazę i trzymali wszystkie rzeczy. Tam się przygotowywali, czasem mieli jakieś próby. Moje wspomnienia z tamtego czasu są takie, że zajmują się mną te wszystkie ciocie, czyli dziewczyny, bo w ich zespole zawsze były dwie wokalistki, najlepiej blondyna i brunetka. I że mnie przebierają. Już wtedy wiedziałam, że chcę zostać artystką, cokolwiek to znaczy. Akurat wtedy chciałam chodzić odpierdzielona jak one, codziennie od rana do wieczora, mieć szalone życie. Na te wyjazdy jechały całe skrzynie ciuchów scenicznych. Brokat, cekiny, błysk, kicz, kicz, kicz, dansing. Coś, co razem z „Akademią pana Kleksa” ugruntowało mój gust. Dwa razy byłyśmy z mamą w trasie razem z nimi za granicą. Raz w Turku w Finlandii, raz w Berlinie Zachodnim. Szał. Większość zdjęć z tamtego wyjazdu to jestem ja wśród zabawek, nienaturalnie pobudzona. Samo to, że one tam były, to już było dla mnie wiele. Że są nieosiągalne, było w jakiś sposób oczywiste i nie wiązało się ze szczególnym żalem. Fajnie się było napatrzeć. Jak się dostawało z zagranicy katalog wysyłkowy, to te katalogi się pożyczało, kursowały po rodzinie, znajomych, sama oglądałam je z 50 razy dziennie, coś wycinałam i wklejałam do zeszytu. Pamiętam też ten zapach. Zapach luksusu. W zeszłym roku pojechałyśmy z moją mamą do Berlina i chodziłyśmy śladami tamtego wyjazdu, nas z roku 1986. Zrobiłyśmy sobie superzdjęcia, w tych samych miejscach, w których byłyśmy wtedy, mój syn był fotografem. Weszłyśmy między innymi do wielkiego centrum handlowego. Chodziłyśmy po nim teraz bez wielkiego wow. Ale ten zapach!

Klucz w zamku

Mama długo pracowała w gastronomii, w knajpie, na zmiany. Pachniała fryturą i papierosami. Cudzymi, bo sama nie paliła. Kiedy wracała z pracy po wieczornej zmianie, to ja, siedząc w mieszkaniu, z korytarza na klatce schodowej najpierw czułam moją mamę, a dopiero potem słyszałam dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Przychodziła, zdejmowała wszystko i od razu szła do łazienki, żeby tylko to z siebie zmyć.

Do zobaczenia

Kiedy miałam 11 lat, tata odprowadził mnie na przystanek tramwajowy, jechałam do szkoły. Pożegnaliśmy się, wiedziałam, że wyjeżdża na kolejny kontrakt. Kolejne dwa, trzy miesiące grania w Stanach. Następnym razem zobaczyliśmy się siedem czy osiem lat później, kiedy mógł już do Polski przyjechać. Tata został tam, zamieszkał niedaleko Nowego Jorku. Mieliśmy w tym czasie kontakt, ale telefoniczny i listowny. Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, mam wewnętrzną cezurę. Na własny użytek używam sformułowania: „Jak jeszcze tata był z nami”, więc myślę, że to ważny punkt w ogóle w moim życiu, nie tylko w dzieciństwie. Właściwie non stop mam poczucie tymczasowości w kontaktach z ludźmi. Takie poczucie, że jest ktoś, i fajnie, ale ten ktoś w każdej chwili może zniknąć.

Wychowanie seksualne

Zostałam uświadomiona przez moją mamę. Subtelnie. Pamiętam, że posłużyła się broszurą zakupioną w kiosku Ruchu. Tytuł „Mamo i tato, opowiedzcie mi, skąd się wziąłem”. Niebieska okładka, dość niewielka pozycja, z ilustracjami. Wydanie kryzysowe, czas nie za dobry dla polskich książek. Już wtedy – a byłam może w czwartej klasie podstawówki i moja wyniesiona z podwórka wiedza na temat seksualności człowieka była naprawdę mikro – kuriozalny wydawał mi się obrazek przedstawiający, uwaga, ubrane postaci. Parę, która jest w uścisku, plus podpis: „Dzieci są, kiedy mama i tata się przytulają”. Nie pamiętam, żebym była przerażona dojrzewaniem. W ogóle ciało było dla mnie w jakiś sposób drugorzędne, to nie był dla mnie wielki temat. Chyba że w kontekście kreacji, przerabiania go na własną modłę. Miałam 16 lat, kiedy w Baszcie na moście Poniatowskiego, w pomieszczeniu nad knajpą dla harleyowców, zrobiono mi, osobie niepełnoletniej, pierwszy tatuaż. Sporo też dowiadywałam się o cielesności z książek, mam wrażenie, że to one mnie na różne doświadczenia przygotowały. „Czy już wtedy coś wiedziałaś, przeczuwałaś?”, „Kiedy się zorientowałaś?”. Tak, teraz często słyszę tego typu pytania. Przede wszystkim były inne czasy, nie mieliśmy nawet języka, słownictwa, sposobów na określanie siebie. Co mnie, nawiasem mówiąc, z wiekiem coraz mniej interesuje. Kocham tę albo tę osobę. Mój coming out był ważny ze względu na okoliczności, czułam, że ważne jest powiedzieć to, wyraźnie, właśnie teraz. Ale wtedy? Jesteś młoda, masz pierwsze doświadczenia, eksperymentujesz. Byłam inna, akceptowałam to, także w kwestiach seksualności. Po prostu zawsze podobali mi się i faceci, i dziewczyny. Oglądałam się za dziewczynami i mówiłam koleżankom, że są piękne i fajne.

Heca

Bardzo wcześnie przeczytałam „Bunt długich spódnic”, biografię Emmeline Pankhurst, założycielki i przywódczyni ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii. Mocna rzecz, o rebelii, naparzaniu się z policją. Pamiętam wstrząsające sceny przymusowego karmienia Pankhurst w trakcie strajku głodowego w więzieniu. „Bunt…” leżał na działce moich dziadków, nie mam pojęcia, co tam robił, chyba los mi go zesłał. Ale jeszcze wcześniej czytałam, i to nie raz, „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej. Bliźniaki, dziewczyna i chłopak, zamieniają się rolami i siostra jedzie za brata na wakacje w jedno miejsce, a on za nią w drugie. Był też serial, ale powieść lepiej pokazywała dziewczynkę, która musi zadbać, żeby wszystko było w rodzinie w porządku. Siostra godzi się przecież jechać i udawać chłopca, żeby ratować tyłek tego nieogara, swojego brata. Irytowało mnie to na bardzo podstawowym poziomie, „ej, czemu jego traktują inaczej?!”. Ten jego całkowity brak sprawczości. Aż mnie korci, żeby zajrzeć do tej książki teraz i zinterpretować ją genderowo.

Klub ludzi artystycznie niewyżytych

Miałam 12, 13 lat i mama nie pozwalała mi jeszcze wychodzić wieczorami. W sąsiedztwie mieszkał chłopak. Starszy ode mnie, punk z irokezem. Obserwowałam go z oddali, z okna, i na tle tych wszystkich ludzi widziałam tylko jego, bo się wyróżniał. Totalnie mi to imponowało. On mi się niekoniecznie podobał jako mężczyzna, ale był ucieleśnieniem pewnej idei. Chciałam być taka jak on. Latem jechałam na kolonie i wróciłam z nich już z nową fryzurą. Tak się złożyło, że reakcja mojej mamy na tę fryzurę została uwieczniona. Wujek pożyczył kamerę VHS i poszedł z moją mamą mnie odebrać, bo ja z tych kolonii wracałam autokarem. Na nagraniu widać, jak autokar wjeżdża, dzieciaki wysiadają i słychać głos mamy: „O, jest Sylwia, jest!”. Ja w tym samym momencie się odwracam i słychać takie „ooooo!”, tylko już trzy tonacje niżej. Czytaj: „O mój Boże!”. Od tych włosów poszło szybko. Porwane swetry, przestałam jeść mięso, no i trafiłam do Klubu. W gazecie „Filipinka”, którą czytałam, swoją rubrykę „Cześć, poeci i poetki” miała Danuta Wawiłow [1942–1999, poetka, prozaiczka, tłumaczka, autorka literatury dla dzieci, w tym słynnego wiersza „Daktyle” – przyp. red.]. Młodzi ludzie wysyłali jej swoje utwory, a ona je publikowała i komentowała. Wyczytałam, że raz w tygodniu spotyka się założony przez Wawiłow Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych. Ja, będąc wtedy jeszcze w podstawówce, powinnam iść z osobą starszą, ale poszłam sama. Taki moment w życiu, że wiesz już, kim chcesz być, potrzebujesz tylko wsparcia, potwierdzenia tej twojej intuicji, że dobrze kombinujesz. W Klubie znalazłam osoby myślące tak jak ja. Jedni z nas interesowali się filmem, inni fotografią, były punki, byli hip-hopowcy. Ważne było to, czego ci ludzie słuchali, co czytali, czym się interesowali, jak wyglądali. Dorwałam się do tego źródła wiedzy, pamiętajmy, że nie mieliśmy jeszcze Internetu. Czytaliśmy, tłumaczyliśmy poezję, przynosiliśmy swoje wiersze, omawialiśmy je. Ale to był pretekst, chodziło o to, żeby być razem. Trochę jak w kawiarniach literackich, już samo to, że nawzajem się inspirujemy, było ważne. Pisałam wiersze na maszynie do pisania, którą wtedy miałam, ozdabiałam kolażami lub swoimi rysunkami i robiłam z nich książeczki, które potem, jak ziny, odbijałam na ksero i rozdawałam. Nadal mam mnóstwo takich tomików, także tych pisanych przez innych. Zostało mi trochę przyjaźni. Klub to była szkoła życia, polana artystycznym kontrkulturowym sosem.

Gdyby

Liceum księgarskie wybrałam świadomie. Opcja licealna, ale z możliwością zrobienia dyplomu zawodowego: technik księgarstwa. Idealne miejsce – uwielbiałam książki – i dość niedaleko mojego domu. Klasa żeńska, w większości hipisiary, tylko my z koleżanką byłyśmy punkówami, grupa niezłych freaków. W drugiej klasie oblałam matmę. Jak dziewięć innych osób z klasy. Miałam rok do tyłu. Poznałam superfajne osoby, ale moje doświadczenie z edukacją w liceum oceniam raczej negatywnie. Gdybym tak zebrała to, co mówili do mnie nauczyciele i nauczycielki... Gdybym tylko miała cieńszą skórę… No cóż, to były intensywne lata, nie miałam czasu na naukę. Ale w ostatniej klasie się ogarnęłam. Wiedziałam już, że chcę iść na kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie bardzo ważne były punkty i wyniki na świadectwie maturalnym. Zorientowałam się, że wreszcie mam cel, wiem, po co mam się uczyć, i zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do tego, co mi proponowało szkolnictwo. No i miałam praktyki księgarskie. Potem pracowałam w Stanach w księgarni, już w czasie studiów w ramach wakacyjnej pracy. I nadal, kiedy wchodzę do jakiegokolwiek sklepu z książkami, mam odruch porządkowania. Kiedy coś jest źle rozplanowane, jestem okropna, mądrzę się potwornie. Potrafię nawet fukać jak Magda Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I tak sobie myślę, że gdyby to wszystko szlag trafił, gdyby była na rynku zapaść, gdybym straciła źródła dochodów – to w porządku, otworzę swoją księgarnię. Albo zatrudnię się w jednej z tych, które lubię.

Sylwia Chutnik, rocznik 1979. Pisarka, działaczka społeczna (założycielka Fundacji MaMa), feministka, publicystka, promotorka czytania. Była trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike, za książki: „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Cwaniary” i „W krainie czarów”. W lipcu tego roku oficjalnie dokonała coming outu jako osoba nieheteronormatywna.

  1. Kultura

Wieczór z książką - polecamy lektury na jesień

Jesienne wieczory sprzyjają lekturze. (Fot Getty Images)
Jesienne wieczory sprzyjają lekturze. (Fot Getty Images)
Zobacz galerię 8 Zdjęć

Jesień to pora roku dla bibliofilów. Długie wieczory umilają dobre książki. Polecamy kilka nowości, po które warto sięgnąć w tym czasie.

Żywioł literatury

Sarah M. Broom podbiła w zeszłym roku serca amerykańskich krytyków. Teraz jej debiut ukazuje się także u nas.
Wyobraź sobie, że huragan zmiata twój dom z powierzchni ziemi. Piszą o tym media, aż się znudzą, a w okolice zjeżdżają już tylko turyści, by popatrzeć na katastrofę. To wspomnienia Sarah M. Broom, nagrodzonej za ich zapis prestiżową National Book Award. Jej tytułowy żółty dom nie przetrwał ataku huraganu „Katrina” w Nowym Orleanie sprzed 15 lat. Autorka, najmłodsza z dwanaściorga dzieci, własne losy wpisuje w dzieje rodziny, żywiołu, Ameryki, biedy, zastanawiając się, jak na nas wpływa miejsce pochodzenia, nawet jeśli znika z mapy. I jeśli budzi wiele złych skojarzeń. „Nie sposób opisać w pełni rozpadu, jakiemu ulegał dom, tak jak nie da się wskazać tej jednej cechy, która psuje charakter”, pisze Broom, i nie chodzi jej o huragan. Reportaż tak osobisty, że aż uniwersalny, a zarazem opowieść o niezłomności: matki i jej dzieci.

Sarah M. Broom „Żółty Dom. Wspomnienia”, Agora, s. 432. Sarah M. Broom „Żółty Dom. Wspomnienia”, Agora, s. 432.

Namiętność to wojna

Wreszcie powieść Szczepana Twardocha o rozmachu jego „Morfiny”. Berlin 1918, po przegranej wojnie wybucha rewolucja, powstaje Republika Weimarska. Jak się w niej odnaleźć, kiedy ma się śląskie korzenie? Leutnant Alois Pokora, syn górnika, spędził lata w niemieckich okopach, a ze względu na pochodzenie jest wyszydzany. W ryzach trzyma go dawne nieodwzajemnione uczucie. „Miłość to wojna”, zauważa. Powieść o namiętnościach i podziałach, ulubionych wątkach pisarza, ale i malarza George’a Grosza, którego obraz nie przypadkiem widzimy na okładce.

Szczepan Twardoch „Pokora”, Wydawnictwo Literackie Szczepan Twardoch „Pokora”, Wydawnictwo Literackie

Już nie dziecko, jeszcze nie…

Nowa książka anonimowej włoskiej autorki m.in. słynnego cyklu neapolitańskiego (zaczęło się od „Genialnej przyjaciółki”). To opowieść o dojrzewaniu. Giovanna wychowuje się w dobrze sytuowanej rodzinie, a dowiaduje się, że ma znacznie gorzej sytuowaną, ukrywaną przed nią ciotkę. Kłamstwa rodziców rozczarowują, a dorastanie u Ferrante to droga przez mękę, etap nielubienia siebie i zapamiętywania krytyki. Zdania takie jak „jesteś brzydka” zostają w głowiena zawsze. Tak jak ta proza.

Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych”, Sonia Draga Elena Ferrante „Zakłamane życie dorosłych”, Sonia Draga

Pęknięcie

W centrum tej osobistej kroniki stoi dom autora przy Iwickiej w Warszawie, gdzie się wychował i poznał znamienitych twórców. Wywiady z nimi to ważna część książki. Jastrun stawiał trudne pytania: Kiedy przystąpili do partii? Jak ich uwiódł stalinizm? Mogła powstać gorzka próba rozliczenia. Wyszła uczciwa relacja. Wyznaje Bronisława Przybosiowa: „To było jakby życie w mieszkaniu z pękniętym dużym wazonem. Patrzyło się na ten wazon codziennie i człowiek już nie widział, że jest on okaleczony”.

Tomasz Jastrun „Dom pisarzy w czasach zarazy”, Czarna Owca, s. 454. Tomasz Jastrun „Dom pisarzy w czasach zarazy”, Czarna Owca, s. 454.

  1. Kultura

"Dolina niesamowitości" - ważny głos kobiety prosto z serca Doliny Krzemowej

"Dolina niesamowitości" to debiut książkowy Anny Wiener. (Fot. materiały prasowe)
Zagłębie hi-tech, bogactwo, dominacja, elitarni programiści i drinki w godzinach pracy - czy gdzieś pomiędzy tym jest szczęście? Z każdym kolejnym zdaniem książki "Dolina niesamowitości" próbujemy je znaleźć. A prowadzi nas w tym jej główna bohaterka, która z literacką wrażliwością szuka swojego miejsca w świecie technologii. 

Anna Wiener - wiecznie spłukana, pozbawiona perspektyw na rozwój zawodowy, szukająca sensu życia dwudziestokilkulatka - rzuca pracę w branży wydawniczej i skuszona obietnicami cyfrowego raju przeprowadza się z Nowego Jorku do San Francisco. Tam szybko znajduje zatrudnienie w start-upie big data, w samym sercu Doliny Krzemowej: w świecie fantasmagorycznych ekstrawagancji, olśniewających sukcesów oraz młodych, rzutkich przedsiębiorców spragnionych władzy, chwały i wielkich pieniędzy.

To właśnie w tym czasie na Zachodnim Wybrzeżu zachodzi ogromna zmiana kulturowa - ośrodek zaawansowanych technologii, rywalizując z Wall Street, w zawrotnym tempie przeobraża się w centrum bogactwa i dominacji. O pracy w zagłębiu hi-tech marzy prawie każdy. Lecz spomiędzy firmowych wypadów na narty, drinków w godzinach pracy, elitarnych klubów programistów i ścisłych wymogów korporacyjnej lojalności wyłania się też całkiem inny obraz Doliny Krzemowej: bezlitośnie bogacącej się kosztem bezpiecznej przyszłości, którą rzekomo buduje.

"Dolina niesamowitości" to opowieść o żmudnej drodze bohaterki do dojrzałości, a także portret dopiero co minionej epoki. Wnikliwa opowieść ku przestrodze, a przy tym szczere, pełne zwariowanego humoru i emocji świadectwo szumnej i lekkomyślnej kultury start-upów w czasach rozbuchanych ambicji, niekontrolowanego nadzoru, gigantycznych majątków i nabierającej rozmachu władzy politycznej. Wiener po mistrzowsku obnaża transformację branży tech z samozwańczego zbawiciela świata w zagrażające światowej demokracji narzędzie, a pod jej piórem (a raczej klawiaturą Maca) wielki przemysł informatyczny otrzymuje ludzką twarz, często wykrzywioną grymasem przestrachu i poczucia obcości.

Pojęcie "dolina niesamowitości" ("uncanny valley") to określenie używane do opisania stanu nieprzyjemnej dezorientacji towarzyszącej człowiekowi przy kontakcie z obiektem do złudzenia przypominającym osobę, lecz w sposób oczywisty nie będącym człowiekiem. Weiner w swoich przejmujących zapiskach przedstawia najbardziej zaawansowane technologie oraz to, co się dzieje na ich styku z człowiekiem. Choć może jednak bardziej z "ludzkim czynnikiem wykonawczym", bo Anna Weiner nie jest bowiem żadną menadżerką informatycznego imperium, a po prostu szeregową pracownicą start-upu.

"Dolina niesamowitości" to fascynujące i niespotykane dotąd ujęcie tematu - do tej pory Dolinę Krzemową mieliśmy szansę poznać raczej ze wspomnień wszechmocnych szefów oraz podręczników pisanych przez mężczyzn. Tu w końcu słyszymy ważny głos kobiety.

Anna Wiener jest stałą współpracowniczką czasopisma "The New Yorker", na którego łamach publikuje artykuły poświęcone Dolinie Krzemowej, kulturze start-upów i nowym technologiom. Jej felietony ukazywały się także w "The New York Times Magazine" "The Atlantic", "New York", "The New Republic", "Harper’s", "n+1". To właśnie w tym ostatnim piśmie ukazał się jej znakomity artykuł: "Uncanny Valley. I would say more, but I signed an NDA", który spotkał się z olbrzymim oddźwiękiem w sieci i stał się podstawą "Doliny niesamowitości". Mieszka w San Francisco. "Dolina niesamowitości" to jej książkowy debiut.

Anna Wiener, 'Dolina niesamowitości', Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) Anna Wiener, "Dolina niesamowitości", Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Książki Katarzyny Bondy - w jakiej kolejności czytać?

Katarzyna Bonda. (Fot. Tomasz Adamowicz/Forum)
Katarzyna Bonda. (Fot. Tomasz Adamowicz/Forum)
Niekwestionowana królowa polskiego kryminału. Na swoim koncie ma już kilkanaście książek, spośród których niemal każda z miejsca staje się bestsellerem. Charyzmatyczna, bezkompromisowa i intrygująca - zupełnie jak jej powieści. Dla tych, którzy jeszcze nie znają jej twórczości (zazdrościmy!) podpowiadamy, w jakiej kolejności czytać książki Katarzyny Bondy. 

Katarzyna Bonda wychowywała się w małym miasteczku - Hajnówce, w rodzinie o korzeniach białoruskich. Jak sama mówiła o sobie, w dzieciństwie była "grzeczna i nudna". Prowadziła samorząd szkolny, redagowała szkolną gazetkę, grała w siatkówkę, uczyła się gry na pianinie. I uwielbiała czytać. Po szkole przesiadywała u mamy w bibliotece. "Czytałam i horrory Mastertona, i „Czarodziejską górę”. Jestem pewna, że to mnie ukształtowało" - mówiła w 2018 roku w wywiadzie dla "Zwierciadła".

W wieku 18 lat próbowała swoich sił w dziennikarstwie. Zaczynała od „Gazety Hajnowskiej”, w której jednak praca ją nudziła, przeszła więc na staż do "Kuriera Podlaskiego". Później, już w Warszawie, pracowała w „Expressie Wieczornym”, potem w kilku innych tytułach, i wreszcie w „Newsweeku” i „Wprost”. To tam doszła do wniosku, że teksty dziennikarskie ją męczą, bo najciekawsze w pracy dziennikarza jest to, czego można dowiedzieć się gdzieś między słowami - na przykład z fragmentów wywiadów, które nie przeszły autoryzacji rozmówcy. Zaczęła więc pisać książki.

O początkach pisania na łamach "Zwierciadła" mówiła: "Pamiętam te momenty – życzę każdemu, żeby przytrafiło mu się coś takiego chociaż raz – kiedy odklejałam się od rzeczywistości. To mi niby sprawiało trudność, bo ja nie cierpię samego procesu pisania, męczę się przy nim strasznie. Ale to tworzenie historii – to, że budujesz jakiś świat i on w pewnym momencie sam zaczyna się napędzać, rozwijać, żyć – jeszcze wtedy nie wiedziałam, że się od tego uzależnię, że będą następne książki. Ale czułam, że jestem szczęśliwa".

Zadebiutowała w 2007 roku powieścią kryminalną "Sprawa Niny Frank", która momentalnie zdobyła uznanie zarówno krytyków, jak i "zwykłych" czytelników, i została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Od tamtej pory napisała kilkanaście książek, nie tylko kryminalnych, jednak to właśnie kryminały przyniosły jej niezwykły sukces. Książki Bondy udowadniają bowiem, że kryminał może być nową powieścią obyczajową.

Katarzyna Bonda - kolejność czytania

Od której książki Katarzyny Bondy najlepiej zacząć czytanie? Bezapelacyjnie od cyklu “Cztery żywioły Saszy Załuskiej”, na który składają się cztery książki i cztery kolejne zagadki, a w każdej z nich główną bohaterką jest twórczyni portretów psychologicznych Sasza Załuska. Cykl składa się z tomów: "Pochłaniacz", "Okularnik", "Lampiony" i "Czerwony Pająk", które najlepiej jest czytać właśnie w takiej kolejności. Oprócz skomplikowanych historii kryminalnych, arcyciekawych bohaterów pobocznych i mrocznego klimatu, każda z części przede wszystkim opowiada o kobiecie, która zmaga się z demonami przeszłości. Jednocześnie pomaga policji w rozwiązywaniu skomplikowanych i sięgających daleko w przeszłość spraw kryminalnych. Książki Bondy będą idealne zarówno dla tych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z powieściami kryminalnymi, jak i tych wymagających i oczekujących od lektury dużo więcej, niż jedynie zaspokojenie ciekawości i rozwikłanie zagadki „kto jest mordercą". Co więcej, właśnie książki z serii "Cztery żywioły Saszy Załuskiej" są uznawane za najlepsze książki Katarzyny Bondy.

Na serię "Hubert Meyer" warto zwrócić uwagę chociaż dlatego, że książka "Sprawa Niny Frank", była pierwszą na polskim rynku powieścią kryminalną, której bohaterem jest tzw. profiler, czyli psycholog wykonujący portrety psychologiczne nieznanych sprawców. Na serię składają się trzy tytuły: wspomniana "Sprawa Niny Frank", "Tylko martwi nie kłamią" oraz "Florystka" - w takiej też kolejności najlepiej jest je czytać. Akcja pierwszej książki rozgrywa się niejako w dwóch światach: jeden to sielska miejscowość przygraniczna - Mielnik nad Bugiem, drugi - to high life stolicy, w którym żyje najpopularniejsza aktorka polskich seriali - Nina Frank. Telewidzowie ją kochają i ślepo wierzą w wykreowany przez nią wizerunek. Całą prawdę o aktorce poznajemy dopiero z dziennika internetowego, który zaczyna prowadzić w pewnym momencie swego pełnego skandali życia. Dwa światy przeplatają się przez całą książkę, by spotkać się w kulminacyjnym punkcie akcji, gdy dochodzi do wyjaśnienia zagadki śmierci Niny Frank. Kiedy aktorka zostaje znaleziona w swoim dworku nad Bugiem martwa, do Mielnika nad Bugiem przyjeżdża Hubert Meyer - profiler policyjny i zaczyna po kolei odkrywać tajemnice gwiazdy. W kolejnych książkach z serii to właśnie on jest głównym bohaterem i rozwiązuje kolejne zagadkowe śmierci i zaginięcia.

Warto podkreślić, że w obu seriach każda z książek tworzy całość, dlatego można je czytać w dowolnej kolejności. Niemniej, historie genialnie się uzupełniają dopiero wtedy, kiedy czytamy je w kolejności wydania.

Katarzyna Bonda - najlepsza książka reporterska

Książki Katarzyny Bondy to jednak nie tylko pozycje kryminalne. Warto również sięgnąć po świetne reportaże jej autorstwa. "Polskie morderczynie" to reportaż, który opowiada o kobietach oskarżonych o zabójstwa. Pomysł napisania książki zrodził się w głowie Katarzyny Bondy, gdy pracowała jako sprawozdawca sądowy w jednym z ogólnopolskich dzienników. Przed warszawskim sądem toczyło się wtedy kilka procesów kobiet oskarżonych o zabójstwo, którym media wykreowały wizerunek złych, zdegenerowanych, pozbawionych ludzkich uczuć, bezlitosnych bestii w ludzkiej, często pięknej, skórze. Bonda postanowiła porozmawiać więc z polskimi morderczyniami, poznać ich historie i zrozumieć ich prawdziwe motywy.

"Zbrodnię niedoskonałą" Bonda napisała wspólnie z Bogdanem Lachem. Jest to książka oparta na autentycznych sprawach, która ma odpowiedzieć na pytanie „Czy istnieje zbrodnia doskonała?”. Bonda i Lach udowadniają, że zbrodnia doskonała nie istnieje. Są tylko nieskutecznie działające organy ścigania, popełniający błędy lub bezsilni policjanci, prokuratorzy i sędziowie oraz źle zabezpieczone dowody. Każda sprawa, nawet ta sprzed lat, ma szansę znaleźć swój finał w sądzie. Który z reportaży autorstwa Katarzyny Bondy jest lepszy? Przeczytajcie i oceńcie sami.