1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Joanna Kulig zagra w kolejnej międzynarodowej produkcji

Joanna Kulig zagra w kolejnej międzynarodowej produkcji

Joanna Kulig (Fot. Jarek Praszkiewicz/Forum)
Joanna Kulig (Fot. Jarek Praszkiewicz/Forum)

Międzynarodowa kariera Joanny Kulig ma się naprawdę świetnie. Polska aktorka pracuje właśnie nad kolejnym zagranicznym projektem, w którym wcieli się w jedną głównych ról. 

Po znakomitej roli w nominowanej do Oscara "Zimnej wojnie" Pawła Pawlikowskiego, lawinie nagród oraz zachwytach światowych mediów, międzynarodowa kariera Joanny Kulig nabrała niezłego rozpędu. Polska aktorka dostaje coraz to ciekawsze propozycje udziału w zagranicznych projektach: w maju zachwyciła widzów rolą w serialu Netflixa "The Eddy" w reżyserii laureata Oscara Damiena Chazelle'a, a teraz pracuje na kolejnym planie zdjęciowym. Francuska produkcja, w której Kulig zagra jedną z głównych ról, nosi tytuł "Kompromat". - Na razie mam zaplanowany jeden nowy film. Jego reżyserem jest Jérôme Salle - zdradziła w maju, w wywiadzie dla "Vogue'a". Inne projekty na razie odkłada na bok. Chce mieć więcej czasu dla rodziny.

"Kompromat" opowiada historię francuskiego dyplomaty, który stał się ofiarą spisku Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Aby ocalić swoje życie, musi przemienić się z intelektualisty w człowieka czynu i uciec z Syberii. Twórcy zapowiadają, że będzie to ucieczka spektakularna. Joanna Kulig zagra w filmie ukochaną głównego bohatera, Rostowa. W obsadzie pojawią się także Michael Gor, Gilles Lellouche i Michaił Safronow. Zdjęcia aktualnie realizowane są w litewskiej stolicy, jednak data premiery produkcji nie jest jeszcze znana.

Udział w filmie "Kompromat" nie jest pierwszym spotkaniem Kulig z francuskim kinem. W 2011 roku polska aktorka zagrała u boku Juliette Binoche we francusko-polskiej produkcji „Sponsoring” w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej, a jej rolę nagrodzono m.in. Złotym Lwem na Festiwalu w Gdyni.

https://twitter.com/Jerome_Salle/status/1318070603996405761?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1318070603996405761%7Ctwgr%5E&ref_url=https%3A%2F%2Fpulsembed.eu%2Fp2em%2F-H2TG_-XN%2F

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Elżbieta Cherezińśka: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek. Fot. Dariusz Chereziński
Elżbieta Cherezińśka: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek. Fot. Dariusz Chereziński
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pisząc, wraca do przeszłości, i to odległej. Niedawno skończyła cykl poświęcony Piastom, nad którym pracowała blisko dziewięć lat. Elżbieta Cherezińska, nazywana królową polskiej powieści historycznej, mówi: „Dla mnie historia dzieje się tu i teraz”. I dodaje, że dziś bardziej niż bohaterów potrzebujemy bohaterek.

Widzę, że za pani plecami trwa remont. To początek czy koniec? Początek. Od dawna chciałam go zrobić, ale potrzebowałam wszystkich moich kartonów z materiałami źródłowymi. Postanowiłam, że kiedy zamknę cykl, w prezencie zrobię sobie remont gabinetu. Na razie wyniosłam pudła na strych i muszę przyznać, że była to wzruszająca chwila.

Nie dziwię się. Poświęciła pani temu cyklowi mnóstwo czasu. Niemal dziewięć lat. W tym czasie gabinet zapełniał się książkami, kopiami archiwaliów – mnóstwem papierów, które musiałam mieć pod ręką. Ale cieszę się też, że zamknęłam je w plastikowych pojemnikach także z innego powodu. Nasze koty w pewnym momencie były na mnie tak złe, że nie poświęcałam im czasu, że weszły do gabinetu, między kartony, i nasikały na dwie najważniejsze książki, do których zaglądałam od samego początku cyklu. Suszyłam je na grzejnikach, okadzałam, szukałam kopii w antykwariatach. Ale przynajmniej znam odpowiedź na pytanie, jak pachnie Władysław Łokietek [śmiech].

Wyniosłam ze szkoły przekonanie, że historia to bitwy, wojny i podział ziem. Na szczęście dzisiaj opowiada się o przeszłości w inny sposób. Tak jak pani. To historia od kuchni i od alkowy, obraz codziennego życia. To się moim zdaniem zaczęło od powieści fantasy, które przez dekady całymi garściami czerpały z entourage’u historycznego, choć brały z niego tylko to, co było potrzebne i wygodne dla autorów, jak kostium, legendy czy wierzenia. Tę wiedzę doskonale wykorzystał Andrzej Sapkowski, przykuwając naszą uwagę słowiańszczyzną. I choć sam Sapkowski bardzo się przed tymi słowiańskimi analogiami wzbrania, uważam, że to on obudził w nas Słowian, a nie Cleo i Donatan [śmiech].

Na spotkaniach poświęconych moim książkom o wikingach na konwentach widziałam tysiące młodych ludzi, którzy wychodzili właśnie ze świata fantasy i zwracali się w stronę historii, bo coś ich w niej urzekło. A już wisienką na torcie była „Gra o tron”. George R.R. Martin obficie czerpał z wiedzy historycznej, tworząc swoją ponadczasową opowieść o walce o władzę. Zawsze się śmieję, że każda powieść historyczna mogłaby nosić tytuł „Gra o tron”, tylko Martin był pierwszy.

A dlaczego zaczęła pani pisać o Piastach, dość nam odległych, a nie o dynastiach późniejszych? Mieszko, Bolesław i Świętosława to wielka trójca początków państwa polskiego. Fascynująca rodzina! Mamy tu silnego ojca, silnego syna, ale najsilniejsza z nich jest Świętosława, córka i siostra, która miała długie życie, siedziała po kolei na czterech tronach. Zanim Chrobry w 1025 roku się koronował, pierwsza korona królewska spoczęła właśnie na skroniach jego siostry. W Piastach był ogromny potencjał, działali tak, jakby nie było dla nich rzeczy niemożliwych. Wprowadzili swoją dynastię na arenę europejską z przytupem i na granicy bezczelności. Frapuje mnie ta „energia początku”, energia pierwszych władców. Wolałabym, żebyśmy mniej pamiętali o rozbiorach, a więcej o okresie rozkwitu. Takie opowieści nas budują, a nie te, w których się rozpijamy i rozpadamy. Wałkujemy powstania, rozbiory i romantyzm. A to czas wielkiej narodowej smuty. I jak nas to zbudowało? Dziś uciekamy od historii, kojarzy się nam z czymś nudnym, nie chcemy po raz kolejny przeżywać żałoby.

Kończy pani „Odrodzone królestwo” śmiercią Łokietka, tron przejmuje Kazimierz Wielki – to początek pokoju. Dobre zakończenie na obecne czasy? Dla mnie historia dzieje się tu i teraz. Proszę zobaczyć, doświadczamy pierwszej wielkiej pandemii, która rozgrywa się na oczach całego świata. Oglądamy ją na żywo, przejmuje nas bardziej niż katastrofa klimatyczna, bo chorujemy my, ludzie, a nie bliżej nieokreślony klimat. Od tylu lat mówiło się o zagładzie, którą sami sobie zgotowaliśmy niezrównoważonym rozwojem. Dzisiaj w końcu widzimy, jak zaniedbaliśmy świat i jak na naszych oczach znów budzą się radykalne ruchy. Ale myślenie, że nasze życie nie ma sensu czy mocy sprawczej, spowoduje, że owszem, nie będzie miało. Nasi królowie toczyli wojny, osobiście z mieczem w ręku stawali na polu bitwy. Łokietek do najważniejszej bitwy życia ruszył po siedemdziesiątce. Nasze zadania są inne, ale ani trochę mniej znaczące. Jeśli nie podejmiemy wyzwań, które świat przed nami postawił, to przegramy tę wojnę, zanim do niej staniemy. Chciałabym dla nas dobrych zakończeń, „żyli długo i szczęśliwie”, dobrze by było, co? Ale nad happy endem trzeba popracować.

Elżbieta Cherezińska: 'Nad happy endem trzeba popracować'Elżbieta Cherezińska: "Nad happy endem trzeba popracować"

Pani „Harda” i „Królowa”, czyli dwa tomy poświęcone córce Mieszka I, Świętosławie, wpisują się w nurt herstorii, czyli wypełniania białych plam historii przemilczanymi dotąd biografiami kobiet. Dedykowałam je wszystkim zapomnianym księżniczkom piastowskim, tym, które w drzewach genealogicznych oznaczano symbolem „n.n.”. To nieprawdopodobne, że żaden kronikarz średniowiecza nie zapisał imienia Świętosławy! Opisywano ją jako córkę Mieszka, siostrę Bolesława, żonę, matkę. A przecież ta kobieta tworzyła historię!

6 kwietnia ukaże się amerykańskie wydanie „Hardej”. Tamtejsza redaktorka powiedziała mi, że dla Amerykanów ta książka jest przede wszystkim opowieścią o kobiecie, która wspięła się wysoko po drabinie, w połowie tej drogi spadła na samo dno, zbudowała nową drabinę i weszła jeszcze wyżej. Każdy z jej mężczyzn zapisał się w historii, ale to ona przeskoczyła ich w doświadczeniu i bogactwie życia.

Kiedy brakuje źródeł, można kształtować bohaterów po swojemu? Staram się użyć każdego strzępka informacji. Ale pomiędzy tymi strzępkami muszę zbudować wiarygodną osobowość, której uwierzą czytelnicy. Weźmy Łokietka – bałam się, że stworzę takiego chłopa swojaka, a chciałam pokazać, że on był impulsywny, nieobliczalny, nie słuchał doradców. Jednocześnie trwał w wieloletnim związku małżeńskim i szanował swoją żonę, ufał jej. Ale bywa i tak, jak było w przypadku Przemysła II. W ogóle nie czułam go jako bohatera, dopiero jego seksualny skok w bok uwiarygodnił go w moich oczach.

Seks odgrywa ogromną rolę w kontekście władzy, kontroli, to siła napędowa historii. Nie zapominajmy o tym, że jedną z funkcji królów było przedłużanie dynastii, a te sprawy załatwia się jednak w łóżku. Z tym wiązał się zresztą ogromny stres, czy dziecko urodzi się żywe i zdrowe, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. Śmiertelność noworodków była wtedy ogromna, a i kobiety ryzykowały swoje życie. I nagle Bolesław Wstydliwy i Święta Kinga wyłamali się z tego schematu. Żeby zapewnić ciągłość władzy, a nie musieć uprawiać seksu, adoptowali Leszka Czarnego. W XIII wieku wśród wyższych warstw panował taki trend – uważano, że na świecie jest za dużo ludzi i nie należy płodzić w nieskończoność, tylko zachować czystość. A energię przeznaczyć na służbę Bogu i pracę intelektualną.

Co w pisaniu sprawia pani największą trudność? W połowie pracy nad taką tysiącstronicową kolubryną przychodzi poczucie przytłoczenia, bo już mam za sobą kilka miesięcy pracy i wiem, jak wiele jeszcze zostało. Paradoksalnie, trzeba w tym momencie zapomnieć o odpoczynku, nie robić sobie wolnego, żeby nie wypaść z „temperatury” akcji. Każde święta, każdy wolny dzień oznacza później dwie godziny pracy więcej, bo muszę znowu wejść w klimat powieści.

Miała pani moment, kiedy ze zmęczenia uznała pani, że rzuca to wszystko? Jeszcze zanim siądę do pracy, to rzucam wszystko [śmiech]. A poważnie – żeby nie doprowadzić do takiego wybuchu, bo wiem, że jestem do niego zdolna, zaczynam dzień od długiego spaceru brzegiem morza. Wietrzę głowę, patrzę na bezkres nieba, wody i piasku, idę i idę. A potem siadam do biurka i mogę pracować 12 godzin dziennie. Teraz czuję się jak po maturze i mam ochotę skończyć z samotnością w pracy, zrobić coś wspólnie z mężem. Szlifierka, papier ścierny, pędzel, bejce, farby. Uwielbiamy remonty, świetnie jest pracować wspólnie, przypomina nam się, jak razem budowaliśmy ten dom. Teraz z przyjemnością stworzę tu przestrzeń na kolejne opowieści. Mam dwa biurka do pracy, dwa punkty widzenia, a teraz odkryłam, że kiedy przestawię drugi fotel, zamiast dwóch punktów widzenia będę mieć trzy.

Co pomaga w pisaniu oprócz bliskości morza?
 Otaczam się drobiazgami, które sprawiają mi przyjemność. Mój mąż jest rzeźbiarzem i zrobił mi w porożu maleńką główkę niedźwiedzia. Bardzo lubię jej dotykać, poroże jest ciepłe, porowate, ma się poczucie kontaktu z siłą zwierzęcia. Jest w tym też trochę szamanizmu. Kiedy piszę, nie spotykam się z przyjaciółmi, to dla mnie zbyt absorbujące. Odbijam sobie dopiero po skończeniu książki, wtedy chcę spotykać się ze wszystkimi i być matką na tysiąc procent, żyć na tysiąc procent. Staram się zachować więcej równowagi w pracy, ale tyle razy książka wygrywała z rodziną, że bardzo się cieszę, iż moi bliscy wciąż to tolerują. Pracuję na piętrze i kiedy schodzę na obiad, często jestem tak zakręcona, jakbym była w innym świecie. W domu mówi się, że „matka zeszła z sufitu”. Pamiętam, jak raz tak zeszłam i chciałam być matką tysiąclecia, więc pytam się dziewczynek: „Jakie macie dziś zajęcia pozagrobowe?”. Akurat umierał mi któryś z bohaterów [śmiech].

Jak to się stało, że właśnie powieści historyczne uznała pani za swój gatunek? Boski zbieg okoliczności, a tak naprawdę dwa. Prowadziłam spotkania autorskie Szewacha Weissa, wówczas ambasadora Izraela w Polsce. Dużo rozmawialiśmy, opowiadał mi to, czego nie był w stanie powiedzieć ludziom podczas spotkań. Te jego historie fermentowały we mnie, głęboko je przeżywałam, musiałam coś z tym zrobić i po prostu je spisałam. Nie jako relację, ale jako opowiadania, które przenosiły traumatyczną rzeczywistość wojny w oniryczną i symboliczną przestrzeń. To była moja pierwsza książka [„Z jednej strony, z drugiej strony” – przyp. red.]. A kiedy jechałam na spotkanie autorskie Szewacha i moje, w pociągu poznałam pewnego mężczyznę, polskiego Żyda, którego matka była podczas wojny sekretarką Chaima Rumkowskiego w getcie łódzkim. Wiedziałam, że w Polsce nie ukazały się żadne relacje osoby z tak bliskiego otoczenia Rumkowskiego. Kiedy powiedział, że matka zostawiła wspomnienia, że zawsze chciała, by powstała książka… Prawdopodobieństwo, że spotkam w pociągu kogoś, kto powierzy mi materiał o takiej wartości, było mniejsze niż szóstka w Lotto, jak więc to nazwać? Przypadek? Dlatego mówię: boski zbieg okoliczności. Te dwa spotkania uruchomiły moją wyobraźnię i obudziły pasję pisania jako sposób na kreację. Po trudnych emocjonalnie spotkaniach z Holokaustem w pierwszych książkach chciałam opowiadać własne historie. A że prawdziwa historia stała się ich kanwą? Po prostu ją lubię.

Pisać książki historyczne a żyć z nich to dwie różne sprawy. Po drugiej książce wiedziałam, że chcę pisać i że tego nie da się zrobić w międzyczasie ani tym bardziej po godzinach. Miałam wielu znajomych wśród pisarzy, w końcu przez lata prowadziłam spotkania autorskie. Wiedziałam od nich, jak trudny jest rynek wydawniczy, zwłaszcza dla debiutantów, ale byłam zdeterminowania. Powiedziałam mojemu wydawcy, że musimy negocjować wysokość honorarium, a on usiadł ze mną do rozmów. Dzięki temu mogłam spokojnie napisać książkę, potem kolejną, kolejną i kolejną. To był niesamowity czas. Nie przeżywałam premier książek, bo już pisałam następną, aż w pewnym momencie zorientowałam się, że osiągnęły już sprzedaż uznawaną za bestsellerową. Mój wydawca, Tadeusz Zysk, powiedział mi: „Zapracowałaś na to”. To była prawda, ale bez niego tak by się nie stało. Musiałabym szukać planu B, gdyby parę lat wcześniej nie postawił na mnie. Pisanie może i jest teatrem jednego aktora, ale wydawanie książek to praca zespołowa.

W wolnym czasie czyta pani powieści historyczne? Lubię książki, których akcja toczy się w entourage’u historycznym, ale opowiadają wymyślone zdarzenia. Chętnie też sięgam po takie książki, jak historia medycyny, ubioru, higieny, odżywiania. Swoją drogą, czy wie pani, skąd się wzięło słowo „rozpasana”?

Nie. Tak nazywano kobiety, które miały tak wygodne życie, że mogły sobie pozwolić na chodzenie bez pasa. Stać było na to tylko kobiety najbogatsze. Pas, który związywał suknię, był niezbędny, nic się bez niego nie dało w obejściu zrobić. Proszę sobie wyobrazić, jak z taką luźną suknią, niczym nieprzytrzymywaną, nachyla się pani nad ogniem… To pokazuje, ile trudu kiedyś kosztowało życie.

Australijski pisarz Richard Flanagan powiedział mi kiedyś, że każda powieść historyczna opowiada o współczesności, bo opowieści mają być uniwersalne. Mnie się wydaje, że potrzebujemy nowych mitów na nowe czasy. Więcej, potrzebujemy nie tyle bohaterów, ile bohaterek. Patrzę na Kamalę Harris, Angelę Merkel czy Jacindę Ardern i Sannę Marin, które stworzyły własne wzorce przywództwa. Bo kiedy w przeszłości władczynie i polityczki próbowały rządzić jak mężczyźni, przegrywały. Do historii przechodziły te, które stworzyły własny wzorzec sprawowania władzy, jak Elżbiety I i II. Dlatego z wielką ciekawością obserwuję młode przywódczynie, ale też dojrzałą Angelę Merkel, która rządzi tyle lat i robi to z wielką klasą. Wierzę, że świat stanie się odrobinę lepszy, kiedy ta zmiana pokoleniowa i płciowa nastąpi, a ona już wchodzi w nasze progi.

To znaczy, że kolejną książkę poświęci pani kobiecie? Moja autorska spiżarnia jest napakowana tematami. Myślę o Bonie Sforzy i Elżbiecie Łokietkównie, obie miały długie okresy panowania. W „Królestwie” Łokietka byli głównie mężczyźni, faktycznie stęskniłam się za bohaterkami. Dobrze byłoby móc przekazać władzę w ręce kobiet. 

„Odrodzone Królestwo”(2020), „Harda” (2016) i „Legion” (2013). Książki ukazały się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. „Odrodzone Królestwo”(2020), „Harda” (2016) i „Legion” (2013). Książki ukazały się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

Elżbieta Cherezińska, rocznik 1972. Mieszka w Kołobrzegu. Z wykształcenia teatrolożka, debiutowała literacką biografią Szewacha Weissa „Z jednej strony, z drugiej strony”. Miejsce w literackiej ekstraklasie zapewniła jej zapoczątkowana w 2012 roku seria, którą zakończył wydany pod koniec 2020 roku tom „Odrodzone królestwo”

  1. Kultura

Rzuć to wszystko, wszystko co złe, co gnębi cię... Wspominamy Zbigniewa Wodeckiego

Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zbigniew Wodecki, sesja dla Zwierciadła (2016). (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas - mówił Zbigniew Wodecki, który dziś obchodziłby swoje 71. urodziny. Z tej okazji przypominamy jego ostatni wywiad na łamach "Zwierciadła". 

Szybki i frenetyczny, ale w branży mówią o nim: kawał dobrego chłopa, i trudno się dziwić, bo pocieszy, poklepie, parę groszy pożyczy. Skubnął życia i kariery w komunie, nie dał się transformacji, a dziś? - Cały ten showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch&Mitch, bo to czyste dzieciaki - mówi Zbigniew Wodecki.

Słuchasz dużo muzyki? Nie znoszę tego robić, ponieważ jeśli mi się coś nie podoba, to szlag mnie trafia, że w ogóle to słyszę, a jeśli ktoś świetnie gra? To wściekam się, że to nie ja skomponowałem. Całe to moje śpiewanie wzięło się zresztą z komponowania, bo wciąż siedziałem przy fortepianie i wyśpiewywałem wszystkie istniejące „ewrybady”, a później tworzyłem z nich piosenki. Własnie tak powstało „Zacznij od Bacha”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Izolda”, po latach duża forma na orkiestrę symfoniczną i dwa chóry dla Niepołomic, na którą to okazję kupiłem sobie specjalny program do pisania nut, ale... Widzisz, technika mnie zabiła... Jednak nie do końca, bo jednak migiem poleciałem do papierniczego po części do mojego nowego komputera: ołówek, ekierkę, gumkę.

Nie boisz się z takim ekwipunkiem grania z Mitch & Mitch? Ja się wszystkiego boję, nawet jutra, ale miałem już tyle w życiu wpadek, że... Raz na przykład w Domu Kultury w Dąbrowie Górniczej odbywała się uroczystość barbórkowa. Do dziś nie wiem czemu, wtedy nie wpadłem na to, by nauczyć się na pamieć tekstu. Pamiętałem jedynie pierwszą linijkę: „Odjeżdżają pociągi daleko”, a dalej? „La, la, la, la, la”. Cztery minuty i tylko to „la, la, la, la”, masakra. Prawie tam padłem ze strachu i stresu. Trochę mnie to co prawda zahartowało, ale do dziś za każdym razem, nawet jeśli wszystko dobrze pamiętam, boję się zupełnie tak samo jak w tym domu kultury, tym bardziej teraz, bo tak szczerze mówiąc, nie do końca potrafię sprecyzować to, co razem z tymi Mitchami tworzymy. Chłopaki, znane z tego, że są nieznane, i z tego, że oficjalnie przyznają się, że nie śpiewają, wynaleźli gdzieś moją starą płytę, która powstała w czasie, gdy byłem gościem płodnym i zadurzonym w muzyce Burta Bacharacha i tworzyłem trochę pod niego. Tak powstały dwie typowe bakarakówy „Parę słów” i „Rzuć to wszystko co złe” – od razu wiedziałem, że są fajne, nietuzinkowe, aranż dobrze zgrany z linią melodyczną, a mnie się jeszcze w dodatku wtedy zdawało, że jestem świetnym kompozytorem i do usranej śmierci będę na topie. No, ale widzisz, żeby się tego od świata dowiedzieć, musiałem czekać 40 lat, aż Mitche to wszystko wygrzebią, a najpierw się w ogóle urodzą. Zrobili mi tym naprawdę wielką przyjemność. Zagraliśmy w Trójce – zrobił się mały szmerek, na offie – szum, później większy, gdy wyszła płyta. A grzmot największy, kiedy piosenka „Rzuć to wszystko co złe” pojawiła na pierwszym miejscu listy przebojów...

A teraz jest już chyba regularny huk. Dostałeś dwa Fryderyki. Tak. Fryderyki są dwa: jeden z Mitch & Mitch Orchestra and Choir w kategorii album roku pop za płytę „1976: A Space Odyssey”. Oraz drugi w kategorii utwór roku za piosenkę „Rzuć to wszystko co złe”. I ja się ciesze! Ale też i dziwię, że dzięki Mitchom zacząłem „zdobywać świat”, i to z powodu płyty, która jest starsza nawet od mojej „Izoldy”. Za co zresztą dziękuje także Wojtkowi Trzcińskiemu, który w 1976 roku wpadł na to, żeby tę płytę w ogóle nagrać. A dziwię się, bo nie wiem, jakie mechanizmy społeczne czy kulturowe zagrały, żeby po takim czasie nagle to wszystko ruszyło. I skąd chłopcy wiedzieli, że to zadziała? A wiedzieli od początku, że będzie dobrze, choć ja im nie wierzyłem, i jeśli mogę być szczery, do dziś nie wierzę, że to wszystko się stało. Ukoronowany sukcesem rozdział z chłopakami uważam już jednak za zamknięty, choć będziemy jeszcze dużo koncertować. Ja tymczasem pracuję nad moją nową płytą, którą wyda Agora, a producentem będzie Rafał Stępień, świetny pianista i aranżer. I to będzie coś miedzy Alem Jarreau a Philem Collinsem, bo taki klimat mnie ostatnio kręci. Widzisz, jak to jest? Ja się bez roboty po prostu zapadam, nie ma mnie. Jest dokładnie tak, jak powiedział kiedyś Krzysztof Piasecki: „Stary, to, co nas trzyma, to adrenalina. Jak zejdziemy ze sceny, to się natychmiast sypniemy”.

Swoje pierwsze występy na scenie wspominasz czule? No, a jak! 1968 rok, na świecie cię jeszcze, kwiatuszku, nie było. Marek Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz założyli Anawę i poprosili mnie, bym z nimi grał. Na skrzypeczkach. To była muzyka, ale i niesamowita aura tego wszystkiego, co się działo dookoła. Przy barku w Piwnicy pod Baranami zawsze o 15.00 na posterunku był już Skrzynecki, Konieczny, Kwinta, Litwin, Demarczyk. Wszyscy jak jeden mąż palili papierosy i jakoś nikomu to nie szkodziło. Wszyscy pili i to też nie było nic okropnego. A teraz jakoś tak ludziom nagle wszystko zagraża... Do rana graliśmy sobie w tej Piwnicy i było to genialne uzupełnienie mojej szkolnej edukacji typu Paganini i Czajkowski. Wreszcie mogłem improwizować, czyli cieszyć się instrumentem jak głupi pudełkiem zapałek. Bo w sztuce ten dar od Boga, jakim jest gotowość i umiejętność improwizacji, jest najistotniejszy. I do tego dobra, autentyczna radość i zabawa.

No tak, tu akurat trudno cię chyba prześcignąć? Wystarczy wspomnieć trasy z Ewą Demarczyk. Wspólnie przeszliśmy swoje. Wspólne tremy, wspólne garderoby, wspólne konserwy, bo kto by wtedy wydawał niemieckie marki na jedzenie, skoro za cztery można było w Polsce przeżyć miesiąc? Albo w Peweksie sobie kupić dobrą wódeczkę czy ortalionowy płaszcz. Pamiętam, gdy byliśmy pierwszy raz w życiu w Kolonii. Szok! Święta, gdzie okiem sięgnąć wesołe światełka, a w PRL-u w tym czasie wszędzie to ponure i smutne 40 vatów. Nikt w tej Kolonii chyba wtedy nie spał, a nas po prostu zatkało. Spaliśmy tam zresztą w hotelu przy zapalonym świetle, bo kto by tam wiedział, jak nacisnąć niemiecki prztyczek? Pamiętam tez Kubę dziesięć lat po Zatoce Świń. Wyruszyliśmy tam starym iłem w szóstkę: wiolonczela, perkusja, gitara klasyczna, dwoje skrzypiec i Ewa Demarczyk. Oraz likier. Bananowy, ananasowy, cytrynowy... dalej już nie wiem. I cygara, bo wtedy można było jeszcze palić na pokładzie. Kuba, z pełną euforią – dlaczego, nie wiem – przyjęła nasz osobliwy repertuar, składający się głównie z wojennych wierszy Baczyńskiego i poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, który graliśmy w koszulach non-iron, a na to czarne fraki i żar – 40 stopni C. Półtora miesiąca minęło jednak z szybkością strzały i teraz tak. Strach wracać tamtejszymi liniami, bo po dwóch godzinach lotu pojawiał się w nich komunikat „usterka”, pojazd wracał i sześc godzin czekania, bo remont... Co można zatem zrobić z taką mądrością? Jedno. Cała nasza szóstka nabyła na lotnisku po komplecie souvenir from Cuba. Czyli dwie butelki rumu, kilka likierów i cygara z głębokim postanowieniem, że wszystko to spożyjemy na pokładzie, ale nie po to, by się znieczulic. Koncepcja była taka, że jak najszybciej opróżniamy butelki, szczelnie je zatykamy i w razie czego, jakby – odpukać – samolot spadał do oceanu, to butelki będą pełnić funkcje kamizelek ratunkowych (bo wtedy jeszcze nie istniało coś takiego na pokładzie), uniosą nas na wodzie i wreszcie prędzej czy później, ale zdecydowanie lepiej prędzej, ktoś nas może na tej tafli odnajdzie. I tak to coraz mniej nerwowo ściskając coraz bardziej ubogie komplety pamiątkowe, dolecieliśmy z kubańskich tropików prosto do Campbell, by zatankować paliwo, a tam? Minus dziesięć stopni, ale myśmy już tego w ogóle nie czuli...

Myślisz, ze to młodość? Czy artystom za komuny w ogóle było lepiej? Widzisz, komuna dawała kasę na transmisję szopenowskich festiwali, Jazz Jamboree, Warszawska Jesień, teatry. A dziś? Koncert Wieniawskiego o drugiej w nocy puszczą, więc kto ma to niby oglądać? Lunatycy? Artystom kiedyś nie było źle, mimo że zawsze byli przecież „przeciw”, bo nawet gdyby czerwoni byli superdobrzy, to i tak nie wypadało być „za”. Wszyscy więc napieprzaliśmy na te komunę i każdy z nas stawiał sobie za punkt honoru, żeby go przymknęli choć na jedną dobę hotelową. Piotr Skrzynecki chodził na przykład w tym celu godzinami po krakowskim Rynku, ale zawsze wracał do Piwnicy przygnębiony, bo jednak znów ZOMO go nie spałowało. A ja z kolei, pamiętam, też chciałem się postawić i już miałem szczeknąć „czerwone świnie”, ale nie zdążyłem. „Te, to Pszczółka Maja przecież” – usłyszałem spod mundurów, omal nie zaczęli mnie z radości całować, więc wróciłem do Piwnicy w podobnym stanie co na ogół Skrzynecki. W komunie było bardziej czarno-biało, ale dawało się przeżyć na grząskiej i mglistej powierzchni show-biznesu, bo w statku obok płynął zawsze jakiś Szymanowski czy też Rachmaninow. A dziś? Pozycja artysty w wolnej Polsce zdziadziała do tego stopnia, że mówią o nim grajek. Żyjemy w czasach, kiedy ludzie bardziej szanują aktora, który gra skrzypka, niż skrzypka, bo wolą światło odbite. A tymczasem wystarczy zgasić te reflektorki i już po gwiazdach. My dziś nie widzimy, że jeśli nagle wyłączą nam komputery i Internet, to już po nas. Staliśmy się leniwi, wygodni. Za chwile już nawet ognia nie będziemy umieli rozpalić, bimbru pędzić, chleba upiec, dziury zacerować. A ile warte będzie to przysłowiowe wiadro złota, jeśli system padnie? Nic, bo złota nie zjemy. Stąd prosty wniosek: ten cały showbiznesowy sznyt życia musi zdechnąć i na tym gnoju wyrosną jeszcze kwiatki, czego dowodem jest choćby Mitch & Mitch, bo to czyste dzieciaki.

A co na tę twoją współpracę z Mitchami twoje dzieciaki? Syna nie pytałem jeszcze, bo to straszny indywidualista, wiec aż się boję, a córki lubią takie rzeczy. Każda po swojemu. Kaśka ze swoim dobrze wyważonym spokojem. Joaśka pośpiesznie, bo jest babką, która nawet na rodzinnym obiedzie spędza trzy minuty i ustępuje z pola widzenia.

Ale ty jesteś taki sam jak ona. [Śmiech]. No tak, ja też się non stop śpieszę. Zawsze chodziłem po cztery schody i do dziś, gdy ktoś zaczyna mi coś opowiadać, to ja już jestem na etapie konkluzji i naprawdę mam ochotę oszaleć, że muszę jeszcze słuchać tego perorowania. I wiesz co? Nic na to nie mogę poradzić. Nic, choć wiem, że to okropne i że moja rodzina była przez to kiedyś kilka razy na granicy wydolności. Przeprosiłem dzieci, głównie syna Pawła, za mój fatalny temperament, za to, że się nad nim pastwiłem, gdy grał na fortepianie, choć to w ogóle nie była jego bajka. Byłem młody, durny. Facet moim zdaniem powinien mieć dzieci dopiero po czterdziestce, a poza tym z powodu nadmiaru pracy w domu pojawiałem się tylko od wielkiego dzwonu i od razu rzucałem się, żeby nadać mu swój rytm. Tak jest zresztą do dziś, że większa porcja mojego życia dzieje się gdzieś tam, w świecie, ale dbam o to, żeby wszyscy moi bliscy mieli to, czego im trzeba.

Powiedziałeś kiedyś, że każdy jest do kupienia, pytanie tylko za ile. Piękny dowcip mi się przypomniał, pisz, jak chcesz. Facet podchodzi do eleganckiej kobiety: „Przepraszam, czy pani by mi się oddała za 5 milionów dolarów?” „No, wie pan... Chyba tak”. On na to: „A czy pani by mi się oddała za sto złotych?”. Ona: „No, wie pan! Za kogo pan mnie ma?”. „To żeśmy już ustalili, teraz negocjujemy cenę” – brzmiała jego odpowiedź. Pytałaś o show-biznes – no, to masz szybki przykład od szybkiego faceta. A im jestem starszy, tym jestem szybszy. I biegam po tym świecie z tą swoją wiecznie poważną miną, na którą nic poradzić nie mogę, bo nawet gdy jestem wyluzowany, i tak wyglądam, jakbym chciał kogoś ukatrupić.

Po śmierci Andrzeja Zauchy stwierdziłeś: kara śmierci dla morderców. Zmieniłeś zdanie przez te 20 lat? A skąd! Jeśli tylko ktoś zamordowałby mi kogoś bliskiego, nie tylko przegryzłbym mu własnymi zębami grdykę, ale i pieczołowicie obserwowałbym, jak bardzo się męczy. Czy tak jest po chrześcijańsku? Raczej tak, bo w Starym Testamencie jest „oko za oko”. Jestem zresztą pewien, że każdy normalny człowiek ma w sobie taką pierwotną siłę, choć oficjalnie powie, że nadstawi drugi policzek, no ale to jest tylko hipokryzja. Zupełnie taka jak u pewnego pasterza z Torunia, który swoim wężowym sykiem radzi ludziom, jak najlepiej na świecie znienawidzić bliźniego i jak najskuteczniej mu źle życzyć. Cóż, szkoda tylko, że ten naród taki głupi. No ale co?! Nie będę walił głową w mur. Już nie dziś. Mam rodzinę, ręce, nogi, mam co jeść i umiem się podzielić – to podstawa. I głęboko współczuję tym, którzy barykadują się w luksusowych willach i w samotności liczą te swoje pieniądze, nie wiedząc, że to taka frajda komuś coś dać. Jak to śpiewał Alosza Awdiejew: „Sąsiadowi się spaliła stodoła, niby obcy człowiek, a tyle radości”. My, Polacy, mamy ten mental opracowany do perfekcji.

Ciebie akurat każdy lubi, a jeśli nie lubi, to na pewno szanuje, wiem, bo pytałam. Dlaczego tak jest? Przypuszczalnie trochę z powodu tego, co w życiu zaśpiewałem, w szczególności „Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”. Ale też wcale nie zdumieliby mnie ci, którzy pamiętają mnie z festiwali w latach 70., 80., i szczerze mnie nie cierpią. Sam bym się chętnie dezaktywował, choćby za tamte wizerunkowe akcje typu: ciemne okulary, kawa z mlekiem, wolne tempa, ulizane fale. Boże jedyny, masakra! Wszystko rzewne takie, do szlagtrafienia ckliwe, mdłe. I to jest w ogóle dość dziwne, wiesz, że wtedy mi się tak stało, bo naturę mam raczej subtelnego świra, choć może tego nie widać.

Widać. A to doskonale, wszystko jasne, dziękuje!

Wiem, że cię już o to kiedyś pytałam, ale może coś się zmieniło? Wziąłbyś udział w reklamie szamponu do włosów? Nic się nie zmieniło. Szampon? Bardzo chętnie, ale nie przeciwłupieżowy. Maści przeciwko mendom też bym nie promował oraz takiej na hemoroidy, to na pewno nie, do widzenia. Kwiatuszku, zasady to jedno, ale ja przecież jestem estetą.

Zastanawiałeś się, co by było, gdybyś był łysy? Choć nic okropniejszego niż takie włosy jak moje nie może się facetowi w życiu przytrafić, to bez tych włosów?! Nie, nie. Gdybym był łysy, musiałbym wszystko zaczynać od początku. Bo włosy to moje logo. Włosy to ja.

  1. Kultura

Millennium Docs Against Gravity we wrześniu

Ze względu na sytuację pandemiczną majowa data Millennium Docs Against Gravity przesunęła się na wrzesień. Publikujemy list organizatorów waszego ulubionego festiwalu filmowego. 

Drodzy Widowie i Drogie Widzki!

Rozpoczął się maj - miesiąc, w którym zwyczajowo odbywa się festiwal Millennium Docs Against Gravity. W tym roku ciężko pracowaliśmy, żeby przygotować dla Was wydarzenie pełne emocji i wiedzy, z doskonałym programem, który pozwala pogłębić nasze spojrzenie na rzeczywistość. Dzięki waszemu zaufaniu i otwartości na filmy dokumentalne w zeszłym roku podczas edycji hybrydowej było nas ponad 170 tysięcy i stworzyliśmy zarówno w kinach, jak i wirtualnie, prawdziwą wspólnotę. Na to liczymy także w tym roku. 

Musieliśmy jednak podjąć ciężką decyzję o przesunięciu festiwalu na daty wrześniowe. 18., pełnoletnia już, edycja Millennium Docs Against Gravity odbędzie się od 3 do 12 września w kinach w Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Poznaniu, Katowicach, Lublinie i Bydgoszczy, natomiast część online potrwa od 16 września do 3 października. Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami i obiecujemy, że nie ucierpi na tym wspaniały tegoroczny program, którym tak bardzo chcemy się z Wami podzielić. Wszyscy, którzy zakupili karnety, będą mogli skorzystać z nich w terminie wrześniowym lub uzyskać zwrot środków.

Jesteśmy dzięki Wam dużym wydarzeniem, odbywającym się równolegle w siedmiu miastach i kilkunastu kinach w całym kraju. Współpracujemy z dziesiątkami organizacji i mediów. Z ponad 1300 projekcjami każdego roku jesteśmy największym festiwalem w Polsce i jednym z największych na świecie pod względem liczby pokazów kinowych. W takiej sytuacji i przy takiej skali naszego wydarzenia nie jesteśmy w stanie przenieść festiwalu o kilka lub kilkanaście dni na kilka tygodni przed jego rozpoczęciem. To zbyt duża i skomplikowana operacja programowa oraz logistyczna. Do ostatniego momentu przed rządową konferencją kilka dni temu dostawaliśmy sygnały, że kina zostaną otwarte na początku maja. Były to sygnały płynące ze sprawdzonych źródeł i bardzo wiarygodne. Razem z innymi festiwalami i instytucjami kultury liczyliśmy, że kultura wróci na normalne tory szybko, sprowadzając intelektualną odwilż zaraz po trzeciej fali pandemii.

Zależało nam, żeby być częścią tej zmiany i chcieliśmy zrobić festiwal zaraz po otwarciu kin studyjnych, żeby je wesprzeć. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się zapewnić Wam spotkanie z najwyższej klasy kinem dokumentalnym w miesiącu, kiedy zwyczajowo odbywał się nasz festiwal. Pracowaliśmy na najwyższych obrotach, żebyśmy mogli zacząć tegoroczną edycję 21 maja i wszystko wskazywało na to, że tak się właśnie stanie. Dlatego przyjęliśmy decyzję o otwarciu kin dopiero 29 maja z ogromnym smutkiem oraz zaskoczeniem i napisaliśmy do rządu apel w celu przesunięcia daty otwarcia kin, co niestety okazało się niemożliwe.

Dużo informacji o tegorocznym programie już od nas otrzymaliście, więc wiecie, że jest na co czekać! To będzie wspaniały festiwal i mimo wymuszonego pandemią przesunięcia wierzymy, że bardzo udany.

Jeszcze raz dziękujemy za Wasze zaufanie i cierpliwość. Do zobaczenia we wrześniu!

Artur Liebhart wraz z całym zespołem Millennium Docs Against Gravity 

  1. Kultura

Adele - dowcipna i sarkastyczna

W 2017 roku Adele odebrała aż 5 statuetek Grammy, m.in. za utwór roku („Hello”) i album roku („25”). Na zdjęciu wokalistka razem z producentami podczas ceremonii rozdania nagród w Staples Center w Los Angeles. (Fot. Kevin Mazur/ Wireimage/ Getty Images/ Gallo Images)
W 2017 roku Adele odebrała aż 5 statuetek Grammy, m.in. za utwór roku („Hello”) i album roku („25”). Na zdjęciu wokalistka razem z producentami podczas ceremonii rozdania nagród w Staples Center w Los Angeles. (Fot. Kevin Mazur/ Wireimage/ Getty Images/ Gallo Images)
Wydała album "25" z megahitem "Hello", po czym zapadła się pod ziemię. Adele kilka razy uciekała w stan zawodowej hibernacji. Dziś kończy 33 lata, a fani z niecierpliwością czekają na jej wielki powrót. Z okazji urodzin artystki przypominamy artykuł z archiwalnego wydania "Zwierciadła" przybliżający jej sylwetkę. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 6/2017.

Oscarowy wieczór w 2013 roku. Dawno niewidziana Adele odebrała pierwszego w życiu Oscara za piosenkę „Skyfall” do kolejnej części przygód Jamesa Bonda. Zaśpiewała niedługo po urodzeniu syna, a statuetkę postawiła, jak na Brytyjkę przystało, w toalecie obok małego Oscara za najlepszą mamusię. Potem zniknęła na cztery lata i wróciła niespodziewanie w finale brytyjskiej edycji programu „X Factor”. Wtedy widzowie zamiast tradycyjnej reklamy zobaczyli zaskakujący spot: czarne tło, znajomy głos i nikomu wówczas nieznane: „Cześć, to ja. Zastanawiałam się, czy po latach chciałbyś się spotkać, by wszystko powtórzyć? Mówią, że czas leczy rany, ale ja nie czuję się uleczona” i trzy kropki. 30-sekundowy fragment obiegł Twittera w okamgnieniu, a fani rozpoznali, że oto właśnie, po latach milczenia, usłyszeli utęskniony głos. To był głos Adele, na który czekaliśmy cztery długie lata.

W październiku 2015 roku udowodniła, że można wrócić na rynek muzyczny po przerwie i zostać przyjętym z otwartymi ramionami, co wcale nie było oczywiste: „Bałam się, że wrócę, a Wy powiecie mi, żebym spieprzała”. Zapamiętaliśmy ją jako krnąbrną nastolatkę z albumu „19” i dojrzałą dziewczynę ze złamanym sercem z kultowej już płyty „21”. Po spektakularnym sukcesie drugiego krążka przerażona nagłym zainteresowaniem mediów skryła się w domu w Londynie i została w nim na kilka lat. W tym czasie związała się ze swoim obecnym mężem Simonem Koneckim (założycielem organizacji charytatywnej Drop4Drop, która dostarcza wodę pitną do Afryki), urodziła syna, a w efekcie życiowych zmian nagrała trzecią, zupełnie inną płytę pt. „25”. W przeciwieństwie do poprzednich, traktujących o nieszczęśliwej miłości, ta jest rozliczeniem z przeszłością: „Tęsknię za tym, kiedy życie było tylko beztroską zabawą, ale to było milion lat temu” – śpiewa. Kiedyś modliła się o nową miłość, a gdy ją dostała, rozpaczliwie woła o powrót do przeszłości. Nie bierze się to znikąd.

Sława przyszła nagle, a zupełnie nieprzygotowana na to Adele została wtłoczona w nieubłaganą machinę show-biznesu („Lata nastoletnie to były najprawdziwsze i najlepsze momenty mojego życia i szkoda, że wtedy nie wiedziałam, że nigdy więcej nie będę mogła już sobie po prostu usiąść w parku i wyżłopać cydru czy piwa ze znajomymi”). A dlaczego? Bo życie jej i kumpli z Brit School się zmieniło. Każde z nich poszło w zupełnie innym kierunku i bez względu na to, czy ona została znaną piosenkarką, a pozostali poświęcili się rodzinie bądź pracują w spożywczym, ich wspólne chwile bezpowrotnie minęły. I o tym właśnie śpiewa na „25”, sygnalizując, ile zmieniło się od czasu ukazania się debiutanckiego krążka dziewięć lat temu. Zapewnia, że okres między drugą a trzecią płytą przyniósł najwięcej zmian („Wierzę w trylogię. To mój ostatni album sygnowany moim wiekiem. Następny nazwę po prostu »Adele«”).

„Paraliżujący strach przed występami nasila się wraz z wiekiem”
Spektakularny show z załogą tancerzy w stylu Beyoncè czy Lady Gagi i trasa koncertowa po całym świecie to nie jej bajka. Dotychczas koncerty organizowała w małych arenach, bo zbyt duża publiczność wywoływała w niej paraliżujący strach. Mogłoby się zdawać, że dziesięć lat bycia na scenie sprawi, że Adele oswoi się z występami. Nic z tych rzeczy. „Jest coraz gorzej” – przyznaje w wywiadach. Kiedyś ze strachu odpalała jednego papierosa od drugiego, z płaczem chowała się w toalecie, uciekała z miejsca koncertu, a nawet regularnie wymiotowała za kulisami. Po wyjściu na scenę wcale nie jest lepiej. Adele potrafi przerwać piosenkę w połowie i używając wiązanki przekleństw, tłumaczyć, że ze stresu zapomniała tekstu. W takich chwilach klnie i ma słowotok („Tak oswajam tremę, że kręcę się w kółko, nie kontroluję tego, co mówię”).

Biorąc to wszystko w nawias, zacisnęła zęby, wzięła głęboki wdech i zdecydowała się ruszyć w międzynarodową trasę koncertową promującą jej ostatni album „25”. Nie zrobiła tego dla siebie, ale dla fanów. Oni od dekady słuchają jej utworów i gdy tylko nadarza się okazja, przychodzą na koncerty. Wbrew sobie, a więc znienawidzonym lotom samolotami, chorobliwemu strachowi przed występami i niechęci do oddalania się od rodzinnego Londynu, po raz pierwszy opuściła dom na kilkanaście miesięcy („To nie jest coś, w czym jestem dobra. Aplauz sprawia, że czuję się bezbronna. Wzbudza we mnie wycofanie, strach. Nie wiem, czy kiedykolwiek ponownie się na to zdecyduję. Ta trasa to moje największe osiągnięcie w karierze”). Im więcej występuje, tym większą czuje presję, a co za tym idzie – większy lęk. Podczas pierwszego koncertu na tej trasie w irlandzkim Belfaście serwowała publiczności opowieści o tym, jak pół dnia przed występem spędziła w toalecie, bo tak jej organizm zareagował na stresującą sytuację: „Miałam ostre zaparcia. Kiedy stanęłam na tej pieprzonej scenie w ciemności, myślałam, że umrę”. Fani tym bardziej doceniają to, że chciała się z nimi spotkać.

Berlin. Tu dała kilka występów, a jeden z nich na pewno zostanie w pamięci grupy Polaków. Wraz z fanami z innych stron świata nastolatki koczowały pod areną Mercedes Benz kilka godzin przed koncertem. „Wiedząc, że Adele wcześniej zaprosiła na scenę kilkoro fanów, mieliśmy jeden cel – też się tam znaleźć” – przyznaje młodzież. Przygotowali prześcieradło z napisem: „W nasze 18. urodziny prosimy tylko o uścisk z kimś takim jak ty”, ale podczas kontroli osobistej przy bramkach ochroniarz chciał skonfiskować baner i podtrzymujące go kije. Jednak Polak potrafi. Jeden z chłopców owinął płótno wokół swojego ciała, założył koszulę, wcisnął spodnie i tak wszedł do środka „Wniesienie tego było jedną z najbardziej przerażających chwil w moim życiu” – wspomina.

Koncert trwa. Co widzi Adele ze sceny? Kilkadziesiąt tysięcy ludzi z telefonami w dłoniach, przytulone pary, dzieci tańczące na krzesełkach, a pośród nich pięcioro nastolatków z Radomska, którzy wytrwale trzymają cudem wniesione prześcieradło w górze. Adele skierowała wzrok w ich stronę: „Chodźcie tutaj. Wszyscy macie 18. urodziny? Cudownie!” – mówiła, kiedy oni w podskokach wbiegali na scenę. „Przytuliła każdego z nas, zapytała, jak mamy na imię, skąd jesteśmy i jak udało nam się wnieść tak duży plakat. Nie czuliśmy żadnego dystansu. Zachowywała się, jakby była naszą przyjaciółką” – opowiadają Polacy. Zrobili zdjęcia Instaxem [czyli aparatem typu polaroid – przyp. red.], a jedno z nich wręczyli artystce na pamiątkę. Nie tylko oni zapamiętają to spotkanie, również sama Adele. Trzy dni przed koncertem w Berlinie artystka skończyła 28 lat i to właśnie Polacy zachęcili 23 tysiące ludzi w arenie do zaśpiewania jej sto lat. O tym spotkaniu i niespodziance Adele opowiadała w innych miastach. Kilkukrotnie pytała, czy wśród publiczności są fani z Polski.

„Wszystko, co się dzieje wokół mojej kariery, jest absurdalne. Cały czas mam wrażenie, że przyjdzie ktoś i powie, że mam wracać do Tottenham”
Świadomie zrezygnowała z wyścigu o sławę, a teraz wiemy, że nie dość, że ją wygrała, to od kilku lat nosi miano największej gwiazdy muzyki spoza USA. Adele jako kolejna po m.in. Amy Winehouse, Ellie Goulding czy Davidzie Bowiem udowodniła, że Brytyjczycy znów znajdują uznanie także w hermetycznej Ameryce. „To śmieszne. Nie jestem nawet Amerykanką. Może myślą, że jestem spokrewniona z królową?” – żartuje Adele pytana o swoją receptę na sukces za oceanem. Jej trzy albumy „19”, „21” i ostatni „25” rozeszły się kolejno w 3, 35 i 20 mln egzemplarzy na całym świecie, a poszczególne single triumfują na szczytach list przebojów nawet po latach od premiery. Ostatni ranking „Billboardu” pokazał, że album „21” już 319 tygodni nie schodzi z zestawienia top 200, co daje płycie pierwsze miejsce w historii. Wcześniej żadnej wokalistce nie udało się tego osiągnąć. Adele zdobyła właściwie wszystkie najważniejsze nagrody, jakie może otrzymać artysta w branży muzycznej. Kiedy w 2009 roku dostała dwie pierwsze nagrody Grammy, w najśmielszych snach nie śniła, że w 2017 roku na jej koncie będzie ich aż 15. Ma także m.in. pięć American Music Awards, 18 Billboard Music Awards, dziewięć Brit Awards. Nawet rekordy Guinnessa Adele Adkins pobiła 11 razy!

Wartość jej majątku może przyprawić o zawrót głowy, bo co jak co, ale 80 mln funtów na koncie robi ogromne wrażenie. To zadziwiające, tym bardziej że jako jednej z niewielu gwiazd nadal udaje jej się zarabiać na muzyce, a nie np. na kampaniach reklamowych czy kontrowersjach. A w dobie piractwa internetowego i serwisów streamingowych to prawdziwy wyczyn. Fani inwestują nie tylko w jej płyty, ale przede wszystkich w koncerty. Rozmach ostatniej trasy promującej krążek „25” przeszedł najśmielsze oczekiwania publiczności, ale przede wszystkim jej samej. Jak to wygląda w liczbach? Podczas 19 miesięcy wraz z całą ekipą odwiedziła 22 miasta europejskie, 24 w Ameryce Północnej i po sześć miast w Australii i Nowej Zelandii. Robi wrażenie? To jeszcze nie koniec. Bilety na spotkania z Adele każdorazowo rozchodziły się w setkach tysięcy sztuk, i to nie dłużej niż w ciągu 15 minut.

Choć Adkins jest niezaprzeczalnie gwiazdą wielkiego kalibru, ma świadomość, że gdyby nie cała masa zatrudnionych przez nią ludzi, nie byłaby w stanie sprzedać takiej liczby biletów na koncerty i dalej grałaby na gitarze dla 20 osób w pubie w Notting Hill. Jak na diwę przystało, dysponuje ogromnym majątkiem, ale i wydatki małe nie są. Gwiazdę trzeba ubrać, umalować, dbać o jak najwyższy komfort oraz bezpieczeństwo jej i rodziny, a to, jak wiadomo, kosztuje. Jej najbliższa ekipa to kilkadziesiąt zaprzyjaźnionych przez lata osób. Współpracuje z tym samym menedżerem od dziesięciu lat, niektórzy członkowie zespołu również się nie zmienili, tak jak osobisty stylista fryzur i makijażysta Michael Ashton. To on odpowiada za kultowy już wizerunek Adele, a więc wielkie peruki, czarne kreski na oczach i charakterystyczne sztuczne rzęsy. Do kompletu brakuje ubrań, a o te dba jej stylistka Gaelle Paul. Podczas ważnych wyjść, takich jak Oscary, Grammy czy Brit Awards, Adele zwraca uwagę klasycznymi, ale przepięknymi kreacjami, które podkreślają jej kształty. Zazwyczaj wybiera stroje Burberry, Chloé, Stelli McCartney, Givenchy, Dolce and Gabbana czy Valentino. Ich ceny to minimum kilka tysięcy funtów, a artystka tego formatu ubrania kupuje, a nie wypożycza. Sesje zdjęciowe to też ogromne przedsięwzięcia, ponieważ zarówno do zdjęć, jak i do wywiadów Adele podchodzi niechętnie. Aby nawiązać kontakt z osobami blisko z nią związanymi, trzeba mnóstwa cierpliwości i wielu prób. Adele pokazuje się tylko tam, gdzie chce, a nie tam, gdzie musi, co sprawia, że jej pojawienie się jest naprawdę wielkim świętem. Nie bryluje na czerwonym dywanie, ale także okładki wybiera z wielką ostrożnością. Na początku kariery mówiła, że jej marzeniem jest bycie na okładce „Rolling Stone”, a nie okładka w „Playboyu”. Dziś na jej koncie są nie tylko okładki wymarzonego tytułu, ale i nie mniej ważnych: „Vogue’a”, „Vanity Fair” czy „iD Magazine”.

Po czym poznać wielką gwiazdę? Po dystansie, którego Adele nigdy nie brakowało. Choć często oceniana jest przez pryzmat swojej twórczości, a więc smutnych tekstów i melancholijnych melodii, ona w bezpośrednim kontakcie okazuje się „wesoła, dowcipna i bardzo sarkastyczna”. Podczas publicznych wystąpień – koncertów czy wywiadów – nie przebiera w słowach, wali prawdą między oczy, a w dodatku wszystko jest w stanie obśmiać, nawet samą siebie. Jej charakterystyczny śmiech ma już nawet swoje konto na Instagramie, a fani regularnie tworzą nowe kompilacje wideo ze śmiesznymi wypowiedziami i fragmentami wywiadów. Można śmiało przyznać, że promocja albumu „25” budowana była na poczuciu humoru i talentach komediowych Adele. Kiedyś wolała się użalać, na co teraz szkoda jej energii: „Kurew...o kochałam całą tę dramę. Dużo rzeczy musiałam wypier... z głowy, co jest bardzo dobrą terapią”. Jej wystąpienia u Ellen DeGeneres, Jimmy’ego Fallona czy w aucie u Jamesa Cordena zapamiętamy na długo. Ukrywany przez lata talent aktorski sprawdził się w programie Grahama Nortona w BBC. Zrobiła widzom kawał, biorąc udział w przesłuchaniu na swojego sobowtóra. Z maskującą charakteryzacją i w rękawiczkach zasłaniających tatuaże zaśpiewała „Make You Feel My Love” przed pozostałymi kandydatkami. Żadna z nich nie miała pojęcia, że kobieta z wielkim tyłkiem, z którą rozmawiają za kulisami, to prawdziwa Adele. W „Carpool Karaoke” zaśpiewała piosenkę ukochanej grupy Spice Girls, żartując, że odejście z Geri Halliwell z zespołu było momentem, kiedy po raz pierwszy pękło jej serce. Największą popularnością w sieci cieszy się jednak fragment, gdy Adele rapuje w cockneyu, czyli londyńskim dialekcie, i klnie w utworze Nicki Minaj.

„Show-biznes to straszne miejsce. Ratuje mnie rodzina i poczucie normalności”
Może i często wypadała przed doświadczonymi twórcami i producentami na krnąbrną dziewuchę z północnego Londynu, ale za to zawsze działała na własnych zasadach. Mimo że wielki sukces przyszedł, gdy miała niespełna 20 lat, nie dała się przebrać i zmienić na potrzeby komercyjnych działań. Kiedy proponowano jej, aby schudła i bardziej o siebie zadbała, mówiła: „Kocham jeść, a poza tym nie muszę wyglądać, bo muzyka jest dla uszu, nie dla oczu”, i nadal nosiła podziurawione skarpetki, wyciągnięte swetry z ukochanego Primarku, włosy niedbale związywała na czubku głowy. Zamiast słuchawek i odtwarzacza muzyki w garści trzymała paczkę papierosów i wieśniacko żuła gumę. W branży po brzegi wypełnionej banalnymi piosenkami i karierami, które kończą się po pierwszym przeboju, to właśnie ta jej zwyczajność sprawiła, że pokochały ją miliony. Ludzie poczuli, że jest taka jak oni. „Nie chodzi o to, że chcę być taką je...ą pi...ą, która udaje, że zupełnie nie obchodzi jej sława, ale chcę po prostu mieć prawdziwe życie, aby móc tworzyć kawałki. Nikt nie chce słuchać muzyki kogoś, kto stracił kontakt z rzeczywistością”.

Wielkie peruki, złote kolczyki, charakterystyczny makijaż, eleganckie kreacje – to wszystko, co widać, gdy pojawia się na scenie, szybko idzie w kąt. Gdy tylko gasną światła, milknie publiczność, a ona trafia do garderoby, natychmiast pozbywa się atrybutów wielkiej gwiazdy i znów jest zwykłą Delly. Zakłada ukochane legginsy, wielki sweter i sportowe buty Nike’a. Wypracowany przez lata wizerunek sceniczny to jej tajna broń („Poza sceną trudno mnie rozpoznać, bo bez make-upu i wyszczuplających galotów wyglądam zwykle jak żul. Ludzie myślą, że żyję jak pustelnik, ale to dlatego, że nie rozpoznają mnie, gdy wychodzę z domu”). A ona tymczasem spokojnie jeździ na zakupy do Tesco, regularnie odwiedza muzea, spaceruje po Hyde Parku, chodzi z synem do zoo i plotkuje z innymi matkami na placach zabaw. Woli celebrować swoje normalne życie, a to dzieje się w Londynie, poza kamerami i wzrokiem paparazzich. Zamiast lansować się w ekskluzywnych restauracjach, na kolację zjada pizzę albo zwykłego chińczyka, a piątkowe popołudnia spędza w aucie, słuchając kupionej właśnie płyty („To mój moment. Takie moje cotygodniowe święto”). W domu maniakalnie ogląda „Nastoletnie matki” w MTV, „American Horror Story” i „Sąsiadów”, a kiedy przychodzą goście, tańczy na kawowym stoliku do piosenki „Hotline Bling” Drake’a: („Tak robię, choć to naprawdę żenujące”). Przyznaje, że jej życie jest nadzwyczaj zwyczajne, a nawet nudne.

Zachowanie go w takiej postaci kosztuje ją sporo wysiłku („Czuję się bardzo niekomfortowo, gdy ktoś mi robi zdjęcie w supermarkecie. To jest sława bez powodu. Ja tego nie chcę i się temu sprzeciwiam”). Jak lwica broni swojej rodziny. Jej najbliżsi znajomi i mąż Simon Konecki nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego z show-biznesem. Artystka przyznaje: „Wspierają mnie, a ja ich chronię, bo to ja jestem osobą publiczną, nie oni”. Najszczelniejszy parasol ochronny rozkłada jednak nad czteroletnim synem Angelem Jamesem („Urodził się parę nocy przed premierą »Skyfall«, dlatego w ogóle się wtedy nie udzielałam”). A od chwili, gdy została matką, wszystkie sprawy zawodowe zeszły na dalszy plan („Kiedyś mój własny świat kręcił się wokół mnie, a teraz kręci się wokół niego”). Choć początki macierzyństwa Adele łączy z traumatycznymi przeżyciami, Angelo jest dla niej najważniejszy („Jest kurew...o trudno. Myślałam, że będzie łatwiej, ale to najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie w życiu”).

Wychowana została przez samotną matkę i babcię, więc to, czego chce najbardziej dla swojego dziecka, to aby czuło się kochane tak jak ona („To, jak wychowuję mojego syna, różni się tylko środowiskiem, miejscem, ale zasady pozostały niezmienne. Chcę, aby miał poczucie, że bez względu na to, kim zostanie i czym będzie się zajmował, będę go wspierać”). O swoich dwóch mężczyznach życia mówi niewiele. Na palcach jednej ręki można zliczyć, ile razy wymówiła ich imiona, co tylko pokazuje, jak silnie ich chroni. Podczas finalnego koncertu trasy w Auckland ze łzami wzruszenia zadedykowała im piosenkę Boba Dylana „Make You Feel My Love”. „Sprawiają, że jestem lepszą wersją siebie. To piosenka dla Angela i Simona”.

Długa trasa sprawiła, że zżyta z rodziną i przyjaciółmi Adele z radością wraca do rodzinnej Anglii. „Gdy wyjeżdżam, to bardzo tęsknię za swoim życiem w domu. Nigdzie indziej nie potrafię oddychać”. Tu czeka na nią rodzina, bliscy i jej najlepsza przyjaciółka Laura Dockrill, zwariowana autorka książek dla dzieci. Po ostatnim koncercie na Wembley, Adele ściąga z siebie piękną suknię, odlepia sztuczne rzęsy i wraca do domu. Do syna i męża. A fani? Po raz kolejny będą mieli kilka lat, aby za nią zatęsknić, bo zgodnie z obietnicą wróci na pewno!

  1. Kultura

Powstaje nowy serial twórców "Dark". W obsadzie zobaczymy polskiego aktora

Kadr z serialu
Kadr z serialu "1899". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Ruszyły prace nad nowym serialem twórców wielokrotnie nagradzanej produkcji "Dark". Serial "1899" będzie międzynarodową, wielojęzyczną opowieścią, a w jego produkcji wykorzystano najnowocześniejsze technologie. 

Netflix oraz Dark Ways, nowo założona spółka producencka, na której czele stanęli Jantje Friese i Baran bo Odar (twórcy niemieckiego serialu "Dark"), ogłosili start prac na planie serialu „1899” – kolejnej produkcji własnej Netflixa. Serial ma być międzynarodową i wielojęzyczną opowieścią, w której nie zabraknie polskiego akcentu. Zagra w nim bowiem Maciej Musiał. Oprócz niego w "1899" zobaczymy: Emily Beecham, Aneurin Barnard, Andreas Pietschmann, Miguel Bernardeau, Lucas Lynggaard T0nnesen, Rosalie Craig, Clara Rosager, Maria Erwolter, Yann Gael, Mathilde Ollivier, Jose Pimentao, Isabella Wei, Gabby Wong, Jonas Bloquet, Fflyn Edwards, Alexandre Willaume i Anton Lesser.

– "1899" ma być serialem prawdziwie europejskim, a jego bohaterowie pochodzący z różnych krajów będą używać ojczystych języków. Jesteśmy dumni z tego, że udało nam się zaprosić do udziału w tym ekscytującym przedsięwzięciu utalentowane osoby z całego świata - mówi scenarzystka, producentka i showrunnerka nowej produkcji, Jantje Friese.

Serial ma być wyjątkowy również ze strony technologicznej. Będzie bowiem kręcony na wybudowanym specjalnie na jego potrzeby wirtualnym planie filmowym. Największy w Europie wirtualny plan filmowy wykorzystujący ekrany LED typu „Volume”  zapewnia twórcom filmowym ogromne możliwości i umożliwia opowiadanie historii w zupełnie nowy, innowacyjny sposób. – „1899’” stał się pionierską produkcją, zarówno w kontekście Niemiec, jak i całego regionu. Stworzona na potrzeby naszego serialu infrastruktura to niezwykle nowoczesna innowacja na niemieckim rynku produkcji filmowej, która może przynieść ogromne kreatywne korzyści filmowcom i innym twórcom na całym świecie - mówi reżyser i producent, Baran bo Odar.

O czym będzie opowiadał serial „1899”? To rozpisana na osiem odcinków historia tajemniczych losów statku z imigrantami, który płynie z Europy do Nowego Jorku. Pasażerowie reprezentują różne środowiska i narodowości, ale wszyscy mają te same marzenia i nadzieję na odmianę losu w nowym stuleciu oraz nowe życie za granicą. Gdy niespodziewanie na otwartym morzu napotykają drugi statek, który od miesięcy uważano za zaginiony, zdarzenia przybierają nieoczekiwany obrót. To, co znajdują na pokładzie drugiego statku, zamieni ich podróż do ziemi obiecanej w przypominającą koszmar łamigłówkę, w której skupiają się tajemnice przeszłości łączące wszystkich bohaterów. Data premiery "1899" na platformie Netflix nie jest jeszcze znana.