1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Katarzyna Puzyńska "Śreżoga" - najnowsza część sagi o Lipowie

Katarzyna Puzyńska "Śreżoga" - najnowsza część sagi o Lipowie

Najnowsza książka Katarzyny Puzyńskiej
Najnowsza książka Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga" jest dostępna w księgarniach od 24 listopada. (Fot. materiały prasowe)
Katarzyna Puzyńska to jedna z najbardziej cenionych polskich autorek kryminałów. Jej saga o Lipowie stała się już wręcz kultowa i ma miliony miłośników na całym świecie. Właśnie ukazał się dwunasty tom z serii - "Śreżoga". Dla tych, którzy nie mogą się już doczekać dawki dreszczyku emocji, publikujemy fragment. 

Katarzyna Puzyńska nazywana jest polską Agathą Christie lub Camillą Läckberg. Jej książki to genialne połączenie klasycznego kryminału i powieści obyczajowej z rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Cykl "Lipowo" to pozycja, którą zna zapewne każdy miłośnik polskich kryminałów. Seria sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy, a prawa do jej publikacji ma ponad dwadzieścia krajów na całym świecie.

Akcja książek z serii "Lipowo" rozgrywa się w fikcyjnej wsi, położonej kilkanaście kilometrów od Brodnicy, w województwie kujawsko-pomorskim. Autorka inspirowała się istniejącą naprawdę miejscowością - Pokrzydowem. Głównym bohaterem serii jest aspirant Daniel Podgórski, który obok rozwiązywania zagadek tajemniczych morderstw, musi mierzyć się również z intrygami lokalnej społeczności.

Nowa książka Katarzyny Pyzyńskiej - "Śreżoga" - to dwunasty tom sagi o Lipowie. Jaka kryminalna historia tym razem kryje się w małej, lokalnej społeczności? Ktoś czai się z siekierą w ciemności. Sierżant sztabowy Radosław Trawiński boi się, że to aspirant Daniel Podgórski, który odkrył, że śmierć jego partnerki nie była samobójstwem. Czyżby przyszedł się zemścić? Tymczasem w okolicy giną jeszcze trzy osoby. Właściciel zajazdu wygląda wprawdzie, jakby spokojnie zasnął, ale jego pracownica nie ma tyle szczęścia. Jej ciało zostaje brutalnie zmasakrowane. Kilkanaście kilometrów dalej, na cichej leśnej polanie, ktoś ustawił aparat fotograficzny. Jego obiektyw skierowany jest na porąbane ciało młodego mężczyzny. Tylko twarz pozostaje nienaruszona. Zamiast dłoni i stóp sterczą za to groteskowe ptasie nóżki. Ale to nie pierwszy raz, kiedy sprawca zabiera ze sobą trofeum. Dwa lata wcześniej ginie pewna młoda dziewczyna. Ona również zostaje w ten sposób okaleczona. Kim jest i dlaczego wygląda, jakby przybyła z przeszłości? Co oznacza dziwny znak, który rysuje pewna pisarka? I czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze? "Śreżoga" jest dostępna w księgarniach od 24 listopada.

Katarzyna Puzyńska jest z wykształcenia psychologiem. Pracowała jako nauczyciel akademicki na wydziale psychologii, teraz jednak całkowicie skupiła się na pisaniu. W wolnych chwilach biega i zajmuje się swoim czworonożnym stadem – psami, kotem i końmi. Uwielbia Skandynawię i Hiszpanię. Kocha muzykę rockową, zwłaszcza punk i metal. Mówi się, że jest najbardziej wytatuowaną polską pisarką. Od lat jest wegetarianką. Oprócz Lipowskiej sagi, jest też autorką serii książek non-fiction "Policjanci", w której razem ze swoimi rozmówcami przedstawia służbę funkcjonariuszy od zupełnie innej strony, niż miało to dotychczas miejsce.

Katarzyna Puzyńska - nowa książka "Śreżoga". Fragment

Daniel patrzył, jak kolega w zamyśleniu wystawia rękę i kręci wrzecionem. – NIE! – krzyknęła Hanna. Podgórski spojrzał na nią zaskoczony, dziwiąc się, że to pytanie wywołało aż takie emocje. Trawiński też zatrzymał się w połowie kolejnego ruchu. – Nie wolno tego dotykać. Dźwięk wrzeciona kikimory zwiastuje nieszczęście. Dźwięk. Dopiero w tej chwili do Daniela dotarło, że dźwięk kołowrotka bardzo przypominał to, co sprawcy nagrali na dyktafon i zostawili przy ciele Beniamina. – To straszne. Pan zginie – powiedziała głucho Hanna do Trawińskiego. Podgórski zerknął na kolegę. Policjant nie wydawał się szczególnie przejęty tą informacją. Szczerze mówiąc, Daniel podziwiał jego spokój. Zarówno dziwny ton oraz słowa Hanny, jak i dźwięk wrzeciona przyprawiały o dreszcze. – Kikimora? – zapytał tylko Trawiński. Najwyraźniej jego to nie ruszało. – To taki słowiański demon – wtrącił zrezygnowanym tonem Sławomir. Zabrzmiało to tak, jakby musiał to tłumaczyć nieskończoną ilość razy. – Staruszka z kurzymi łapkami zamiast stóp. Tak wygląda. – Z kurzymi łapkami? – zapytali Podgórski i Trawiński niemal jednocześnie. – Tak – odparła równie grobowo jak przedtem Hanna. Daniel spojrzał w zamyśleniu na macochę Beniamina. Czy to możliwe, że wzięła swoje wierzenia odrobinę zbyt serio i to ona ustawiła tę inscenizację? Kurze łapki zamiast dłoni i stóp. Dźwięk wrzeciona. Kamienie z dziurką. To wszystko by do niej pasowało. Sławomir nie wydawał się zafascynowany tymi historiami w takim samym stopniu jak ona. Chyba był tym zmęczony. Ale nie oznaczało to przecież, że nie chciałby pomóc żonie zrealizować jej plan. Matka wspomniała Danielowi wczoraj wieczorem, że widziała jakiś ciemny terenowy samochód. Na podjeździe domu Kwiatkowskich stały aż dwa odpowiadające temu opisowi. Mercedes i toyota. Natomiast Zofia Dąbrowska z kolei mówiła, że sprawcy przyjechali autem w rodzaju transportera. O terenowym nic nie mówiła. – Przychodzi państwu do głowy jeszcze ktoś, kto chciałby śmierci Beniamina? – ponowił swoje pytanie Trawiński. Chyba jednak trochę się zestresował wrzecionem i nie chciał kontynuować tematu kurzych łapek. – Może Kalina Pietrzak? – zapytał Sławomir i odwrócił się do żony. – Córka Izabeli? – zdziwił się Daniel. Całkowicie zaskoczyła go ta odpowiedź. Nie miał jeszcze okazji rozmawiać z Kaliną, ale myślał, że jest zupełnie niezwiązana z tymi wydarzeniami. Poprosił ją o spotkanie tylko po to, żeby dowiedzieć się, czy z pokoju matki nie zginęły jakieś rzeczy, które ewentualnie mogli zabrać sprawcy. Tymczasem być może miała motyw. – Tak. – Skąd ten pomysł? – zapytał Trawiński. – Kalina była w zajeździe w zeszłą sobotę na naszym spotkaniu biznesowym. No i… Sławomir Kwiatkowski przerwał w pół zdania i nie wyglądało na to, że chciałby powiedzieć coś więcej. – I? – zapytał więc Daniel. – No i Beniamin mógł się posunąć trochę za daleko – dopowiedziała Hanna. Tym razem z jej słów przebijał smutek.

Katarzyna Puzyńska, 'Śreżoga', Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe) Katarzyna Puzyńska, "Śreżoga", Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy.
 (Fot. materiały prasowe)
Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. materiały prasowe)
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.

  1. Kultura

Nora Roberts - książki o miłości. Najlepsze romanse autorki

Łączny nakład wszystkich książek Nory Roberts na świecie to ponad 400 milionów. (Fot. materiały prasowe)
Łączny nakład wszystkich książek Nory Roberts na świecie to ponad 400 milionów. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Wakacyjna, pierwsza, trudna, dojrzała, przez całe życie - miłość to doskonały temat na książki. Romanse od lat cieszą się ogromną popularnością, a ich niekwestionowaną królową jest amerykańska pisarka Nora Roberts. Przedstawiamy nasz wybór najlepszych powieści o miłości autorki. 

Nora Roberts, a właściwie Eleanor Marie Robertson, urodziła się w Silver Spring w stanie Maryland, jako najmłodsze z pięciorga dzieci. W wieku 19 lat poślubiła swoją pierwszą miłość i zamieszkała w Keedysville, w domu na wzgórzu. Przez krótki czas pracowała jako sekretarka prawna. Po urodzeniu synów, Dana i Jasona, zdecydowała pozostać w domu, zająć się dziećmi i próbować swoich sił w przeróżnych rzemiosłach. Pisać zaczęła w 1979 roku, podczas zamieci śnieżnej, która odcięła ją i dwójkę jej małych dzieci od świata. Wyciągnęła ołówek i zeszyt i zaczęła spisywać jedną z historii, które przez lata gromadziły się w jej głowie. Jej pierwsza książka, "Irlandzka wróżka", została opublikowana w 1981 roku.

Nora przez całe życie była otoczona mężczyznami. Była jedyną dziewczynką w swojej rodzinie, wychowała dwóch synów, miała dwóch mężów. Dzięki temu wykształciła w sobie ciekawy pogląd na działanie męskiego umysłu, czym zachwyca swoich czytelników.

Nora Roberts książki o miłości pisze niemal bez przerwy, ale próbuje również swoich sił w tematyce kryminalnej, fantastycznej i sensacyjnej. Łączny nakład wszystkich książek Nory Roberts na świecie to ponad 400 milionów. Na listę bestsellerów New York Timesa trafiło 147 jej tytułów, w tym 18 napisanych pod pseudonimem J.D. Robb. W 2000 r. zapełniła listę bestsellerów „Publishers Weekly” 13 tytułami, dwa lata wcześniej 11 jej książek trafiło na listę „New York Timesa”, a cztery z nich dotarły na sam szczyt. "The New Yorker" nazwał ją "ulubioną powieściopisarką Ameryki". Powieści Amerykanki przetłumaczono na ponad 25 języków, niektóre z nich zostały zekranizowane.

Nora Roberts - książki o miłości

Cykl książek "Kwartet weselny"

Nora Roberts, pierwszy tom z cyklu „Ślubny kwartet” 'Portret w bieli, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. Nora Roberts, pierwszy tom z cyklu „Ślubny kwartet” "Portret w bieli, Wydawnictwo: Prószyński i S-ka.

Na cykl składają się cztery tytuły: "Portret w bieli", "Posłanie z róż", "Smak chwili" i "Miłosne przysięgi". To niezwykłe opowieści o miłości, przyjaźni i nieprzewidywalnych kaprysach losu. Bohaterkami są cztery przyjaciółki z dzieciństwa, Parker, Emma, Laurel i Mac, które prowadzą jedną z najlepszych agencji ślubnych w Connecticut. Po latach urządzania wymarzonych ślubów i przyjęć weselnych, przygotowywania bukietów, deserów i dopracowywania każdego szczegółu – właśnie w tym są najlepsze – gwarantują swoim klientom idealną, niepowtarzalną uroczystość, po której wspomnienia pozostaną na całe życie. I choć potrafią perfekcyjnie zorganizować najpiękniejszy dzień w życiu zakochanych par, skrycie każda z nich marzy o prawdziwej miłości. Cykl "Kwartet weselny" to bezapelacyjnie najlepsze powieści Nory Roberts.

Cykl książek "Marzenia"

Nora Roberts, pierwszy tom z cyklu 'Marzenia' 'Śmiałe marzenia', Wydawnictwo: Książnica. Nora Roberts, pierwszy tom z cyklu "Marzenia" "Śmiałe marzenia", Wydawnictwo: Książnica.

W barwnej scenerii urwistych wybrzeży Kalifornii, wśród przepychu luksusowej rezydencji nad oceanem dorastają trzy dziewczynki. Laura jest córką jej właścicieli, Kate adoptowaną kuzynką, zaś Margo córką gospodyni. Przyjaźnią się serdecznie, a każda z nich snuje własne marzenia o przyszłości. Każdy z tomów cyklu "Marzenia", "Śmiałe marzenia", "Odnalezione marzenia" i "Spełnione marzenia", opowiada o jednej z dziewczynek. Margo Sullivan robi międzynarodową karierę jako fotomodelka, prawdziwe szczęście znajdzie jednak dopiero u boku wymarzonego mężczyzny. Kate Powell to młoda kobieta, robiąca karierę zawodową. Pewnego dnia przypadkowo dowiaduje się, że jej ojciec, który wraz z matką zginął w wypadku samochodowym, oskarżony był o kradzież sporych pieniędzy. Kate czuje się rozżalona i rozczarowana, jednak to nie koniec niepowodzeń - niebawem sama zostaje posądzona o sprzeniewierzenie pieniędzy firmy. Laura Templeton to niepoprawna romantyczka marząca o wielkiej miłości. Gdy jej małżeństwo kończy się fiaskiem, a mężczyzna jej życia okazuje się wyrachowanym i cynicznym draniem bezwzględnie wykorzystującym pozycję społeczną i towarzyską żony, Laura traci wiarę w pomyślny los.

"Trylogia Boonsboro"

Nora Roberts, pierwsza część z serii 'Trylogia Boonsboro' 'Teraz i na zawsze', Wydawnictwo: Prószyński i S-ka. Nora Roberts, pierwsza część z serii "Trylogia Boonsboro" "Teraz i na zawsze", Wydawnictwo: Prószyński i S-ka.

Nora Roberts romanse ma niemal we krwi, a "Trylogia Boonsboro" to wręcz doskonały gatunkowy popis. Stary hotel w Boonsboro w stanie Maryland przetrwał czasy wojny i pokoju, krążyły nawet plotki, że jest nawiedzony. Teraz przechodzi generalny remont dzięki braciom Montgomery, którzy są głównymi bohaterami trylogii. Życie towarzyskie Becketta, rodzinnego architekta, polega głównie na rozmowach o interesach przy pizzy i piwie. Jednak oprócz renowacji hotelu ma on na oku jeszcze jeden projekt, związany z dziewczyną, którą pragnie pocałować, odkąd skończył piętnaście lat. Owen z kolei jest organizatorem. Rodzinną firmę budowlaną prowadzi żelazną ręką – oraz przy pomocy jeszcze mniej elastycznych arkuszy kalkulacyjnych. I chociaż bracia Owena drwią z jego obsesji planowania, hotel Boonsboro zostanie otwarty w terminie. Jedynym elementem, którego Owen nie zaplanował, jest Avery McTavish. Ze wszystkich braci Montgomery najtrudniej rozgryźć Rydera – twardy jak skała, opryskliwy i nietowarzyski, ale żadna kobieta nie może mu się oprzeć. Najwidoczniej z wyjątkiem Hope Beaumont, która jest menedżerką Hotelu Boonsboro. Dzięki doświadczeniu i niezawodnemu instynktowi Hope hotel funkcjonuje bez zarzutu, jednak jej wielkomiejska przeszłość przypomina o sobie serią zawstydzających wydarzeń.

"Dom na skarpie"

Nora Roberts, 'Dom na Skarpie', Wydawnictwo: Słowne (dawniej Burda Media Polska). Nora Roberts, "Dom na Skarpie", Wydawnictwo: Słowne (dawniej Burda Media Polska).

"Niebo Montany"

Nora Roberts, 'Niebo Montany', Wydawnictwo: Książnica. Nora Roberts, "Niebo Montany", Wydawnictwo: Książnica.

Jack Mercy zgromadził ogromny majątek, ale jego trudny charakter przysporzył mu wielu wrogów. Kiedy umarł, piękna posiadłość w Montanie przypadła jego trzem córkom. Jedynie najmłodsza z nich wychowała się przy boku ojca. Przyrodnie siostry poznały się dopiero na pogrzebie ojca i zupełnie zaskoczyła je wiadomość, że aby objąć spadek, będą musiały spędzić razem rok. W 2007 roku na podstawie powieści powstał film pod tym samym tytułem.

  1. Kultura

Igor Brejdygant - książki pisarza i nowy serial "Rysa"

Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Ja się chyba długo bałem, że nic ze mnie nie będzie. Ale nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś – mówi pisarz i scenarzysta Igor Brejdygant.

Jeśli ktoś zajrzy do Internetu, żeby sprawdzić, kim jest Igor Brejdygant, przeczyta, że to: pisarz, scenarzysta, reżyser, producent reklam, fotograf, aktor. Dużo… A jeśli ktoś zapyta pana, to jaka będzie pańska odpowiedź? Co jest najbliższe pana sercu?
To zależy, kiedy zostanę o to zapytany. Dziś odpowiem pani: scenarzysta, bo pracuję nad adaptacjami serialowymi moich dwóch książek, „Rysy” i „Układu”. Chociaż nie, właśnie wczoraj skończyłem pisać kolejną książkę, „Wiatr”, więc na dziś odpowiedź brzmi: scenarzysta i pisarz. Moment wyznacza to, kim jestem. Ale rzeczywiście pytanie jest zasadne. Mam za sobą takie historie, kiedy zatrzymywała mnie drogówka i, nie wiem dlaczego, padało pytanie: „Czym pan się zajmuje?”. Zawsze miałem chwilę zawahania, która budzi w policjantach pewien niepokój, no bo jak człowiek nie wie, czym się zajmuje, to raczej nie jest z nim dobrze… A ja po prostu naprzemiennie zajmuję się różnymi rzeczami. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy oddają się jednej dziedzinie, tak jak na przykład mój brat Krzysiek [Zalewski – przyp. red.], który jest muzykiem i nie ma co do tego żadnych wątpliwości! No ale cóż, jest, jak jest – dzięki jednej aktywności odpoczywam od drugiej. I jeszcze odkurzam. Najbardziej czekam właśnie na ten moment dnia, kiedy oddaję się sprzątaniu.

Ktoś mógłby powiedzieć, że łapie pan zbyt wiele srok za ogon.
I że się w związku z tym rozwadniam. Ale nie mam poczucia, że działam po łebkach. Dostrzegam też zalety takiej wielozadaniowości – być może fakt, że zajmuję się wieloma rzeczami, sprawia, że szerzej patrzę na świat. Poza tym może wstyd mówić to głośno, ale nie do końca wiem, co jest najbliższe mojemu sercu. Teraz na przykład zaczyna mnie znosić dość mocno w stronę reżyserii serialowej, a może też kinowej. Od zawsze działam w trybie płodozmianu, bo od zawsze miałem problem z dookreśleniem się, zrozumieniem, kim jestem. Poszukiwania wciąż trwają.

Uciążliwy stan?
Nie znam innego, nie mam porównania. Myślę, że tu trudność dotyczy przede wszystkim komunikacji ze światem zewnętrznym, tego, że z marketingowego punktu widzenia nie odgrywam konkretnej roli, nie ma jak mnie określić dla odbiorcy. Nie bardzo umiem przybierać konkretną formę, chyba kiedyś Gombrowicz zraził mnie do wkładania się w takie sidła. Unikam tak zwanej gęby.

Czytelnicy bez wątpienia lubią pana w sidłach pisarza. Pana kryminały cieszą się ogromną popularnością. Kryminały w ogóle są od pewnego czasu jednym z najpopularniejszych wyborów. Skąd ten trend? Jaka jest pana diagnoza?
Widzę co najmniej trzy powody. Pierwszy jest taki, że lubimy się bać, ale mając jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. To chyba atawizm, przez dziesiątki tysięcy lat, kiedy stawaliśmy się ludźmi, dużo było lęku, myślę, że jesteśmy od niego uzależnieni. A lepiej zażywać go w domowych pieleszach niż w ciemnej bramie, w realu. Drugi powód to też bardzo ludzka fascynacja – tajemnica. Nasza egzystencja, jakkolwiek bardzo byśmy pozbawiali ją duchowości, oświecali, i tak pozostaje tajemnicą. W kryminale też jest tajemnica, niewiadoma. Trzeci powód to według mnie możliwość oderwania się od rzeczywistości. Wniknięcie w kryminalną łamigłówkę na chwilę odpina nas od trosk.

Czyli funkcja terapeutyczna?
Psycholog powie na pewno, że żadna ucieczka nie ma terapeutycznej mocy, ale ja odpowiem, że oderwanie człowieka przeciążonego codziennością, stresem, problemami i zabranie go na wycieczkę krętą drogą jest, powiedzmy, taką quasi-hipnozą.

Mówi pan, że lubimy się bać, ale przecież my mamy, szczególnie dzisiaj, tyle lęku dookoła. Czy kryminał nie jest kolejnym zanurzaniem się w mrok, czy to nie jest trochę przeniesienie się z deszczu pod rynnę?
Rzeczywistość jest dziś tak zawikłana, że trudno się połapać, o co chodzi. Ludzie szturmują Kapitol, bo myślą, że światem rządzą gady, mamy dziwną i niezrozumiałą zarazę itd. Dzieją się rzeczy niestworzone. A w kryminale jest jednak wszystko ogarnięte. W końcu znajduje się ten zły, dobro przeważnie jednak zwycięża, jest więc katharsis.

Czyli to także wyraz tęsknoty za porządkiem świata?
Wciąż chyba jednak lubimy – mówię to z nadzieją – kiedy zło ponosi klęskę.

Podkreśla pan, że świat kryminału to fikcja, jednak coraz więcej jest pozycji, które właśnie mocno osadzone są w faktach, także tych politycznych. I w tym przypadku, czytając, można mieć wrażenie, że niemal ogląda się serwis informacyjny!
Rzeczywiście, mam wrażenie, że jest dziś coś takiego jak kryzys fikcji. Ale on wynika z popytu, ludzie tak chcą. Kiedy pisałem serial „Paradoks”, panie odpowiedzialne za marketing przy każdym kolejnym odcinku pytały mnie z nadzieją w oczach, czy będą mogły wreszcie napisać, że to jest oparte na prawdziwej historii. Czytelnicy i widzowie też często oczekują, że powiem: „Te wydarzenia naprawdę miały miejsce”. A moim zdaniem to pułapka. Po to wymyślono, zresztą już bardzo dawno, fikcję, żeby ludzi odrywać od rzeczywistości. Jeśli pójdziemy w weryzm, to prędzej czy później będziemy mieć odczucia, o których pani wspomniała, tak jakbyśmy włączyli serwis informacyjny. Z relaksem niewiele ma to wspólnego.

Sądzi pan, że ta moda wkrótce minie?
Myślę, że tak. Tym bardziej że ten rodzaj opowieści jest obciążający dla obu stron. Widza przygniata, a na autora nakłada, a przynajmniej powinien nakładać, bardzo dużą odpowiedzialność. Od dłuższego czasu biorę udział w cyklu „Opowiem ci o zbrodni” [program telewizyjny emitowany przez kanał Crime+Investigation Polsat – przyp. red.]. Lubię to, ale to dla mnie najcięższa praca. Bezpieczniej czuję się w fikcji, opowiadanie prawdziwych historii to stąpanie po bardzo cienkim lodzie, w sensie moralnym. Bo prawda – jak wiadomo – jest nieprawdopodobnie złożona, wielowątkowa. Zawężanie jej do wytyczonego nurtu, konieczne, by móc ją w ogóle zreferować, jest wyzwaniem. Można kogoś skrzywdzić, przyprawić komuś gębę, ofiara ma rodzinę, podobnie sprawca itd. Beletryzowanie rzeczywistości to duże ryzyko, potrzeba ogromnej pracy i ostrożności. I nie wierzę, że tworząc dokument, można być w stu procentach w zgodzie z prawdą, autor zawsze musi dokonać wyboru, kogoś polubi bardziej, a to determinuje kierunek dalszej pracy. Kiedy pisałem „Paradoks”, rozmawiałem z policjantem śledczym. Powiedział mi, że podoba mu się mój scenariusz, bo dotyka kwestii rzadko poruszanej. Chodziło mu o to, że śledczy jest niemal bogiem, bo tak wiele zależy od jego intuicji, przekonania. Od tego, za czym on pójdzie, zależą ludzkie losy, a zwykle przy jednej sprawie to losy wielu osób. Trochę podobnie jak z reżyserem dokumentu, tyle że w pracy śledczego odpowiedzialność jest większa. Tutaj błędne ukierunkowanie może kosztować bardzo wiele, najlepszym przykładem jest sprawa Tomasza Komendy.

Gigantyczne obciążenie…
No właśnie, akurat ja jakoś intuicyjnie zawsze byłem tego świadomy, jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że w zasadzie każdą prawdę można udowodnić, a już obecne czasy – czasy fake newsa – wybitnie to obnażają. Pójdziesz jakimś tropem, a potem… już wszystko musi się zgadzać. Bardzo na to uważam, kiedy przygotowuję się do programu „Opowiem ci o zbrodni”.

Rozumiem, że kiedy siada pan do pisania fikcji, odczuwa ulgę. A czy w fikcji można przesadzić, popłynąć?
Można odjechać, dlatego tu też nakładam sobie pewne ramy. Taką moją zasadniczą ramą jest zasada, że nigdy nie będę hołubił zła. Nie, i koniec. Mam kłopot nawet z takimi wybitnymi pozycjami kina, jak na przykład „Joker” czy niektóre filmy Tarantino. Dla mnie to jest już na granicy flirtu ze złem, za daleko. Poza moim dekalogiem. To oczywiście nie oznacza, że nie ciekawi mnie geneza zła. Zawsze się zastanawiam, dlaczego morderca jest, jaki jest, w niektórych książkach przyglądam się temu, próbuję zrozumieć, ale nigdy złem się nie rajcuję.

Psychologia postaci staje się dla pana coraz ważniejsza z każdą kolejną książką?
Zawsze mnie to intrygowało. To jest jakby osobny kryminał w kryminale – którędy podążają myśli i emocje moich bohaterów. I chyba trochę bardziej interesują mnie zawiłości kobiecej psychiki. Teraz napisałem powieść „Wiatr”, którą właśnie będę składał do wydawnictwa, tu mężczyzna jest głównym bohaterem i muszę przyznać, że jego psychika jest mniej złożona. Myślę, że po mamie, skądinąd śpiewaczce operetkowej, jestem introwertykiem, więcej życia spędzam na przyglądaniu się niż na referowaniu, częściej obserwuję, niż uczestniczę, i z czasem widzę w ludziach coraz więcej. Pewnie dlatego w każdej kolejnej książce jest rzeczywiście coraz więcej psychologii postaci.

A wtedy, kiedy się pan coraz dłużej ludziom przygląda, to robi się coraz smutniej czy jest w panu nadzieja?
Mam teraz problem z nadzieją, ale to raczej nie wynika z obserwacji jednostki, tylko trendów, które panują na świecie. Jak mówił Erich Fromm, ludzkość przemieszcza się po wahadle między koszmarem czy tragedią a nudą. Wydaje mi się, że chwilę temu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego „nudy” i teraz właśnie niestety się odbijamy… Widzę, jak budzą się w nas demony. Ale łatwiej zrazić się do ludzkości w ogóle niż do jednostki. Bo kiedy przyjrzeć się każdemu z osobna, widać niejednoznaczności, nikt nie jest ani jednoznacznie dobry, ani jednoznacznie zły, na szczęście.

Jakie demony są dziś w panu?
Na przestrzeni lat poznałem siebie z różnych stron i powiem tak – bywało ze mną znacznie gorzej. Ale to sprawiło, że wiem, iż demony istnieją, i to jest cenna wiedza. Najgorszy jest chyba demon lęku, mnie długo pchał w nieciekawą stronę. Przez lata mówiłem, że najbardziej boję się siebie. Ale dziś już tak nie jest. I to mnie cieszy niewymownie.

Pisanie pomaga obłaskawić demona?
Pomaga. Różne rzeczy, które kotłują się w głowie, można przelać na papier. Swoje ciężkie przeżycia po kawałku wkładam w swoich bohaterów, to też forma terapii. To jedno. A drugie – to, że osiągnąłem jakiś sukces, sprawiło, że podbudowane zostało moje poczucie wartości. To dało mi także rodzaj spokoju. Ja się długo bałem, że nic ze mnie nie będzie.

Za późno przyszedł ten moment?
Nie, nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Poza tym z wora tamtych doświadczeń wciąż czerpię, pewnie między innymi dzięki temu mam coś do powiedzenia. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś, wszystko ma sens. Poza tym idę po swoje stopniowo, kawałek po kawałku. Gdyby bomba atomowa sukcesu wybuchała na początku drogi, to jak później miałbym podnosić sobie napięcie… Może dzięki temu uniknąłem wyścigu z samym sobą. No i Oscar za reżyserię wciąż przede mną!

Mówi pan o worku, z którego czerpie – jest w nim także choroba alkoholowa.
Tak, mówię o swoich doświadczeniach, bo tak zwany dwunasty krok na drodze wychodzenia z nałogu dotyczy tego, by dać nadzieję tym, „którzy jeszcze cierpią”. Nie mówię, że nie mam nałogu, bo ma się go już zawsze, ale dzięki sile wyższej, jak ją nazywamy, choroba mnie już nie topi. Do tego udało mi się coś osiągnąć, poczuć spełnienie – jestem żywym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno. Swój pierwszy scenariusz kinowy pisałem wiele lat temu, będąc na terapii, wszystko jest możliwe. Naprawdę wszystko. Pamiętam, jak podczas spotkania z Ewą Woydyłło powiedziałem do niej z przerażeniem, że boję się, że jak rzucę nałóg, to przestanę być artystą. Na co ona, dość nawet, jak mi się wtedy wydało, brutalnie, zapytała: „A cóż pan jako artysta do tej pory osiągnął?”. Więc wtedy miałem poczucie bycia artystą, dziś nie czuję się przesadnie artystą, ale… dla odmiany coś tworzę!

A czy nie kusi pana czasem, żeby wydostać się choćby na chwilę z mroku kryminału?
Kusi, oczywiście! Kusi mnie komedia. Miłość mnie kusi… Zresztą w mojej kolejnej powieści już się trochę odkryłem. Mam tylko nadzieję, że dostrzegą i docenią to czytelnicy.

Igor Brejdygant
, scenarzysta, pisarz, reżyser, fotograf i aktor. Urodził się w 1971 roku w Poznaniu. Studiował na Wydziale Organizacji Sztuki Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jest autorem powieści kryminalnych: „Szadź”, „Rysa”, „Paradoks”, „Układ”, a także twórcą scenariuszy filmowych i serialowych, między innymi: „Palimpsest”, „Zbrodnia”, „Prosta historia o morderstwie”

Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN. Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN.

  1. Kultura

Książki z sensem, które warto przeczytać w kwietniu

W tym miesiącu polecamy waszej uwadze cztery fascynujące lektury. (Fot. iStock)
W tym miesiącu polecamy waszej uwadze cztery fascynujące lektury. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Oto nowości wydawnicze, które polecamy waszej uwadze w tym miesiącu. Książki rekomenduje Monika Stachura. Życzymy miłej lektury! 

„Stroiciel”, Daniel Mason

Zapowiedź książki nasunęła mi na myśl dokument pt. „Stroiciel Himalajów” opowiadający o transporcie stuletniego pianina do osady położonej ponad 4 tys. m n.p.m. (można go obejrzeć w serwisach VOD). I choć jest to zupełnie inna opowieść, to wspomnienie tamtego filmu towarzyszyło mi podczas lektury. Pewnie dlatego, że w obu przypadkach głównymi postaciami są renomowani stroiciele fortepianów z Londynu, otrzymujący zlecenie wymagające podróży na Daleki Wschód. W powieści Daniela Masona celem jest Birma, pod koniec XIX wieku należąca do Imperium Brytyjskiego. Jej bohater, Edgar Drake, nie ma wielkiego pola manewru, bo owiane tajemnicą zlecenie trafia do niego z Ministerstwa Wojny, gdzie przedstawiane jest jako misja wielkiej wagi państwowej. Drake niechętnie rozstaje się na kilka miesięcy z żoną, ale wraz z każdym dniem spędzonym w położonej w głuszy fortecy jego zainteresowanie obcym miejscem i obcą kulturą rośnie. Zwłaszcza że poznaje tam fascynującą kobietę. I tu nasuwa się nam kolejne skojarzenie, a mianowicie opera „Madame Butterfly”. Jak się kończy tamta opowieść, wiemy, ale wcześniej Puccini dostarcza nam silnych wzruszeń. Nie chcę zdradzać zakończenia „Stroiciela”, ale towarzyszące bohaterom poczucie niepewności jest podobne...

„Stroiciel”, Daniel Mason, wyd. Rebis „Stroiciel”, Daniel Mason, wyd. Rebis

"Co mówią kości", Sue Black

Wydawałoby się, że w dobie DNA antropolodzy sądowi nie mają wielkiego pola do popisu. Żeby zidentyfikować ofiarę, wystarczy przecież porównać jej materiał genetyczny z próbą pobraną od krewnych. To prawda, tyle że nie zawsze jest skąd wziąć materiał porównawczy. I wtedy pozostaje prześledzenie historii życia danej osoby, zapisanej w kościach. Jak to zrobić, opowiada antropolożka i biegła sądowa Sue Black. Zdumiewające, ile można wyczytać z jednego zęba!

'Co mówią kości', Sue Black, wyd. Feeria "Co mówią kości", Sue Black, wyd. Feeria

"Baletnice. Prawie idealna", Elizabeth Barféty

Maya, Zoya i Constance... No i jeszcze Sofia, Colin i Bruno. Szóstka przyjaciół jest na pierwszym roku szkoły baletowej w Paryżu i wokół tego toczy się ich życie. A teraz dokładniej wokół prestiżowego pokazu uczniów, który co roku odbywa się w Operze Paryskiej. Nic dziwnego, że presja jest bardzo wielka, dla niektórych wprost paraliżująca. Ale przecież jeśli ktoś kocha tańczyć, można to robić także poza wielkimi scenami. Do takiego wniosku dochodzi jedna z bohaterek. I to piękne przesłanie tej opowieści.

'Baletnice. Prawie idealna', Elizabeth Barféty, Ilust. Magalie Foutrier, wyd. Znak Emotikon "Baletnice. Prawie idealna", Elizabeth Barféty, Ilust. Magalie Foutrier, wyd. Znak Emotikon

"Broń się. Jak dbać o swoją odporność", Margit Kossobudzka, Katarzyna Staszak

Margit Kossobudzka i Katarzyna Staszak – to dziennikarki i redaktorki od dawna piszące o zdrowiu. Dziś, gdy lęk o zdrowie zajmuje wiele miejsca w naszym życiu, do nich jako do specjalistek trafia bardzo wiele pytań, powtarza się zwłaszcza: „skoro antidotum na COVID-19 może być odporność, to w jaki sposób ją wzmocnić?”. W poszukiwaniu odpowiedzi autorki zwróciły się do ponad 30 specjalistów: lekarzy, dietetyków, trenerów. To praktyczna wiedza, której nie sposób zignorować – a przede wszystkim warto ją wcielić w życie!

'Broń się. Jak dbać o swoją odporność', Margit Kossobudzka, Katarzyna Staszak, wyd. Agora "Broń się. Jak dbać o swoją odporność", Margit Kossobudzka, Katarzyna Staszak, wyd. Agora

  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.