1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Keira Knightley: "Kopciuszek to nie ja"

Keira Knightley: "Kopciuszek to nie ja"

Keira Knightley już jako nastolatka była buntowniczką. I tak jej zostało. (Fot. Getty Images)
Keira Knightley już jako nastolatka była buntowniczką. I tak jej zostało. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Niech was nie zwiedzie jej anielska twarz. Już jako nastolatka była buntowniczką. I tak jej zostało. Klnie jak szewc, jest wielką fanką futbolu, a rok temu naraziła się zarówno Brytyjczykom, krytykując księżną Kate, jak i Amerykanom, mówiąc, że księżniczki Disneya nie są dobrym wzorem dla dziewczynek. A jednak – lub właśnie dlatego – każdy film z jej udziałem to hit.

Jest niekwestionowaną królową historycznych romansów. Z pewnością pomaga w tym fakt, że w kostiumie z epoki prezentuje się zjawiskowo. Szczupłej budowy, wysoka, z przepięknymi ciemnymi oczami, okolonymi mocnymi brwiami, i z przeważnie długimi włosami – jest romantyczna i eteryczna. A jednak bohaterki, które gra, mają w sobie siłę i waleczność, co więcej – mają osobowość. Tak jak Elizabeth Bennet w „Dumie i uprzedzeniu”, księżna Georgiana Cavendish w „Księżnej” czy choćby Elizabeth Swann w „Piratach z Karaibów”. Zapytana kiedyś, czy nie żałuje, że nie dostaje więcej współczesnych propozycji, odpowiedziała, że wprost przeciwnie, bardzo ją to cieszy. – Najlepsze w filmach historycznych jest to, że tak naprawdę nie wiesz, jak było naprawdę. Możesz jedynie się domyślać, co ludzie wtedy czuli i myśleli czy jaki styl życia wiedli. Puszczasz więc wodze wyobraźni. To są zawsze fascynujące role do zagrania. Tymczasem o dzisiejszych czasach wiemy wszystko – tłumaczyła. Poza tym reżyserzy kina współczesnego chcą ją zwykle obsadzać w ciągle tej samej roli – kochającej i wspierającej swojego chłopaka dziewczyny. – Przecież ja taka jestem na co dzień, w filmie wolałabym pobyć przez chwilę kimś innym – żartowała. A jednak i w takich rolach wzbudza sympatię widzów. Weźmy choćby kultową już komedię romantyczną „To właśnie miłość”. Chociaż jej postać jest właściwie epizodyczna, do historii kina przeszły wszystkie sceny z jej udziałem – zarówno ta ze ślubu, z orkiestrą spontanicznie pojawiającą się pośród kościelnych ław, jak i ta, w której zakochany w niej chłopak wyznaje jej miłość na wielkich kartkach papieru i przy akompaniamencie kolędników z kasety magnetofonowej.

Keira Knightley nie jest jednak ulubienicą wszystkich. Wielu twierdzi, że zamiast grać, prezentuje wciąż tę samą minę. Podobno Joe Wright, u którego zagrała aż w trzech filmach, w „Dumie i uprzedzeniu”, „Pokucie” i „Annie Kareninie”, na planie pierwszego z nich wydał jej oficjalny zakaz wydymania ust. Choć początkowo nie przypadli sobie do gustu, Wright dostrzegł w niej magię, tę samą, która przyciąga widzów przed ekrany. Bo są aktorzy, którzy czarują swoim kunsztem, a są tacy, którzy czarują po prostu sobą.

Keira Knightley na plakacie filmu 'W domu innego', dramatu rozgrywającego się tuż po II wojnie światowej. (Fot. BEW Photo) Keira Knightley na plakacie filmu "W domu innego", dramatu rozgrywającego się tuż po II wojnie światowej. (Fot. BEW Photo)

Bieg z przeszkodami

Oto kilka faktów z jej życia, o których lubi opowiadać (anegdotyczny sposób odpowiadania na pytania dziennikarzy należy do jej znaków rozpoznawczych).

Już jako trzylatka wiedziała, że chce zostać aktorką. Co więcej, zażyczyła sobie wtedy także własnego agenta (którego „dostała” trzy lata później). Jak tłumaczyła potem, jako córka pary aktorów uważała ten zawód za naturalny wybór, a że do domu ciągle dzwonili różni agenci, uznała, że sama powinna mieć takiego.

W wieku sześciu lat zdiagnozowano u niej dysleksję. Nagle okazało się, że umiejętność ładnego czytania na głos bajek w szkole wynikała z tego, iż nauczyła się ich zwyczajnie na pamięć, kiedy mama czytała jej na dobranoc. – Do dziś pamiętam ten moment, gdy z najlepszej uczennicy w klasie stałam się najgorszą. To był dla mnie szok – mówiła. Jak podkreśla, nauczyciele nigdy nie dali jej odczuć, że z powodu trudności z czytaniem i pisaniem jest gorsza od innych dzieci. A jedynie inna. Dzięki temu nie podkopali jej wiary w siebie w już tak młodym wieku. I nie zniechęcili do książek. Dziś jest prawdziwym molem książkowym, a raczej należałoby powiedzieć, że słucha ich pasjami. Dysleksja nie przeszkodziła jej też w zawodzie aktorki. Po prostu potrzebuje trochę więcej czasu na opracowanie tekstu. – Tłumaczę reżyserom, że nie mogą mi dawać poprawek do sceny i oczekiwać, że kilka godzin potem zagram według nowego scenariusza. Ale jeśli dadzą mi je dzień wcześniej, będę miała całą noc, by je sobie przyswoić – zapewnia.

Jako 16-latka przyszła na bal na zakończenie szkoły ze swoją przyjaciółką lesbijką – świetnie się razem bawiły, a na zdjęciu do księgi pamiątkowej dały sobie buziaka. Wywołały skandal, a zdjęcie zostało usunięte ze szkolnej gabloty. Przypomniała o tym w jednym z wywiadów, przywołując scenę z filmu „Colette”, kiedy podobny skandal wywołał pocałunek Colette z aktorką podczas przedstawienia, w którym obie występowały.

W roli Colette w filmie 'Colette' - takie postaci Keira Knightley lubi grać najbardziej. (Fot. BEW Photo) W roli Colette w filmie "Colette" - takie postaci Keira Knightley lubi grać najbardziej. (Fot. BEW Photo)

Rok po incydencie w szkole Keira grała już w filmie, który stał się dla niej przepustką do wielkiej sławy – „Podkręć jak Beckham”, opowiadającym o drużynie nastoletnich piłkarek zmagających się z uprzedzeniami na temat kobiet w „męskim” sporcie. Świetnie się czuła w tej tematyce, od dziecka była chłopczycą i uwielbiała sport. Do tego gorliwie kibicowała londyńskiemu West Hamowi (do dziś jest to kością niezgody między nią a jej mężem, Jamesem Rightonem, fanem Tottenhamu). Po tej roli zauważyło ją Hollywood. Dostała zaproszenie na casting do pierwszej części „Piratów z Karaibów”. I go wygrała. Trylogia przyniosła jej wielką rozpoznawalność, ale sama raczej za nią nie przepada. – Trzeciej części do dzisiaj nie widziałam – przyznała z rozbrajającą szczerością w jednym z programów. Duże wrażenie zrobiła jednak na niej kreacja Johnny’ego Deppa. – To nie był zbyt dobrze napisany scenariusz. Kiedy więc zobaczyłam go w jednej z pierwszych scen w roli Jacka Sparrowa, pomyślałam: co za aktor, zrobić coś tak wspaniałego z niczego! – wyznała.

W wieku 20 lat dostała pierwszą nominację do Oscara za kreację w „Dumie i uprzedzeniu” (drugą – 10 lat później za „Grę tajemnic”). Bała się przyjąć tę rolę, bo książka Jane Austen była jej najukochańszą lekturą. – Każda fanka utożsamia się z Elizabeth Bennet. Wiedziałam więc, że zawiodę oczekiwania wszystkich, bo wszyscy widzą w niej siebie, nie mnie – mówiła po latach.

Największy (oprócz 'To właśnie miłość') hit z udziałem Keiry Knightley - ekranizacja 'Dumy i uprzedzenia' Jane Austen. (Fot. BEW Photo) Największy (oprócz "To właśnie miłość") hit z udziałem Keiry Knightley - ekranizacja "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen. (Fot. BEW Photo)

Dużego wsparcia udzielił jej wtedy reżyser, wspomniany Joe Wright. – Powiedział mi, żebym nie przejmowała się krytycznymi opiniami, tylko zagrała tak, żeby im udowodnić, że się mylą – wspomina. A jednak okres po premierze filmu wspomina jako najgorszy w swoim życiu. Paparazzi chodzili za nią wszędzie, bała się wyjść z domu. Przeszła załamanie nerwowe, zdiagnozowano u niej PTSD, czyli zespół stresu pourazowego. Na rok wycofała się z życia publicznego i poddała się terapii. – Terapeuta powiedział, że to niesamowite, bo zazwyczaj przychodzą do niego ludzie, którym wydaje się, że są śledzeni, chociaż naprawdę nie są. Byłam pierwszą osobą, której rzeczywiście to dotyczyło – mówiła w wywiadzie. Od tej pory postanowiła, że będzie występować mniej, za to przeważnie w niskobudżetowych filmach.

Słabsza płeć?

Dziś grywa jeszcze rzadziej, za to śmielej zabiera głos. Już wcześniej potrafiła odpowiedzieć dziennikarzowi zainteresowanemu, jak godzi rolę rodzica z pracą zawodową, czy takie samo pytanie zadałby jej, gdyby była mężczyzną. Ale dopiero ostatnio zaczęły ją cytować ogólnoświatowe media. Wszystko za sprawą jej wypowiedzi na temat macierzyństwa. Zresztą, jak sama podkreśla, odkąd została matką (ma dwie córeczki), stała się jeszcze odważniejsza i bardziej wygadana.

Zaczęło się od jej eseju pt. „Słabsza płeć”, który ukazał się w zbiorze „Feministki nie ubierają się na różowo (i inne kłamstwa)”. Wspominała w nim ciężki poród, po którym jeszcze przez długi czas musiała chodzić w majtkach poporodowych, bo wciąż krwawiła. Do tego córeczka dawała jej się we znaki, bo w ogóle nie chciała spać. Była więc świeżo upieczoną, obolałą, niewyspaną i wykończoną psychicznie mamą. A świat oczekiwał, że weźmie się w garść. Pisała o ogromnej presji idealnego wyglądu wobec kobiet, zwłaszcza tych, które zostały matkami. O tym, że kobiece relacje o ciążach, porodach oraz połogu – tych odbiegających od ideału – praktycznie nie istnieją w przestrzeni publicznej, są wyciszane. Że kobietom odbiera się szansę na opowiedzenie o swoim doświadczeniu. Napisała też, że księżna Kate, która urodziła córkę zaledwie dzień po niej, została zmuszona, by zaledwie siedem godzin po porodzie stać umalowana i w dodatku na wysokich obcasach, by pozować fotoreporterom.

Kiedy temat podchwyciły media, wylała się na nią fala krytyki za zaatakowanie ukochanej księżnej Brytyjczyków. – Cały ten felieton był o uciszaniu kobiecego doświadczenia. Interesujące, że właśnie to się stało po jego publikacji. Część mediów, zamiast skupić się na mojej empatii względem księżnej, wybrała inny przekaz. Uznano, że chcę ją zawstydzić – mówiła.

Podobne oburzenie wywołała jej wizyta w programie Ellen DeGeneres, podczas której promowała swój nowy film „Dziadek do orzechów i cztery królestwa”. Przyznała wtedy, że jej córki mają zakaz oglądania „Kopciuszka” i „Małej syrenki”.  – Kopciuszek czeka, aż uratuje ją książę. A przecież mogłaby wziąć sprawy we własne ręce. „Mała syrenka” natomiast pokazuje dziewczynę, która dla mężczyzny jest w stanie wyrzec się własnego głosu – tłumaczyła. Wszystko to było powiedziane lekkim, żartobliwym tonem, ale odbiło się szerokim echem. Mówiono, że Keira Knightley ogranicza wolność swoich dzieci, że przesadnie i zbyt feministycznie interpretuje klasyczne baśnie. Ale przynajmniej wywołało to dyskusję.

W 'Zacznijmy od nowa' Keira Knightley zaskoczyła wszystkich grą na gitarze i pięknym głosem. (Fot. BEW Photo) W "Zacznijmy od nowa" Keira Knightley zaskoczyła wszystkich grą na gitarze i pięknym głosem. (Fot. BEW Photo)

Dla wielu kobiet aktorka stała się wtedy bliższa niż kiedykolwiek wcześniej. Normalna i znająca realia świata, mimo sławy, bogactwa i rozpoznawalności. Tymczasem ona nigdy nie przestała taka być. I wielokrotnie to udowadniała. Owszem, od kilku dobrych lat jest twarzą luksusowej marki Chanel, bywa też uznawana za ikonę stylu i jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie, jednak  jej strój poza czerwonym dywanem jest zawsze prosty i bezpretensjonalny. Po Londynie, gdzie mieszka, porusza się na piechotę lub komunikacją miejską. Do tego, jak na hollywoodzkie standardy, ma zbyt krzywe zęby, których zresztą nigdy nie zamierzała prostować (jej popisowym numerem jest wygrywanie na nich popularnych melodii; polecam jeden z odcinków „Graham Norton Show”), oraz zbyt płaski biust, który wytykają jej nawet krytycy filmowi. I co z tego, Keira Knightley i tak zachwyca! Zwłaszcza jeśli mówi takie rzeczy: – Nie chcę wychowywać moich córek w lęku przed drugą połową ludzkości. To tak samo ważne, jak to, by chłopcy wychowywali się, znając pełnię kobiecego doświadczenia. Nie ruszymy do przodu bez zaangażowania w naszą sprawę mężczyzn. Nie możemy ich nienawidzić. Poza tym oni są naprawdę mili. Osobiście znam kilku całkiem uroczych.

Keira Knightley, ur. w 1985 roku w Teddington, dzielnicy Londynu. Jej mama jest pisarką i aktorką teatralną, ojciec – aktorem. Ma starszego brata. W 2013 roku wyszła za mąż za muzyka Jamesa Rightona. Mają dwie córeczki: pięcioletnią Eddie i roczną Dellilah.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.