1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Jak najdalej stąd" - o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

"Jak najdalej stąd" - o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe)
Ola, główna bohaterka nowego filmu Piotra Domalewskiego, dojrzewa na oczach widzów. Budzi podziw swoją determinacją, odwagą i empatią. Dokąd doprowadzi ją tytułowe „Jak najdalej stąd” i czego dowie się o sobie podczas tej drogi? Odpowiedzi na te pytania szukają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „To moja ulubiona bohaterka” – napisałaś do mnie o Oli z najnowszego filmu Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd” zaraz po jego obejrzeniu. Za co ją tak lubisz? Grażyna Torbicka:
Za jej determinację, odwagę i za empatię, której nie tylko widzowie, ale chyba ona sama też po sobie się nie spodziewa. Ola ma marzenie i zrobi wszystko, żeby je spełnić. Nawet gdy życie przynosi jej bolesne niespodzianki, nie rezygnuje ze swoich planów. Rozumie, że będzie je musiała zweryfikować, i szuka różnych sposobów, by osiągnąć swój cel. Do momentu, gdy dociera do niej – i za to też ją lubię – że może są sprawy ważniejsze i te plany trzeba odłożyć na później.

Cenię także jej ciekawość świata. Sama wyjeżdża do Irlandii, nie znając tam nikogo, i jest to jej pierwszy wyjazd za granicę – jednak świetnie sobie radzi. Obserwuje świat, poznaje nowych ludzi, widzi, jak żyją inni, jakie mają problemy – i to ją rozwija. Ola poszerza horyzonty i choć w wielu momentach działa instynktownie,  to idzie przez życie świadomie.

A to ciekawe, bo dla mnie ona właśnie nie jest świadoma siebie, a raczej zamknięta na swoje emocje. Sprawia wrażenie, jakby była „zamrożona”.
Według mnie jest to film o dojrzewaniu młodej kobiety. Bohaterka dopiero wchodzi w życie, poznaje siebie i potrafi czerpać ze swoich doświadczeń. W finale Ola jest już dojrzałą osobą, świadomą tego, co przeżyła.

Wspominam o tym „zamrożeniu”, bo wydaje mi się, że w całej rodzinie nie rozmawia się o emocjach. W scenie przy stole zobaczyłam samotne, oddzielne elektrony.
Ja odebrałam to tak, że gdy dowiadujesz się o nagłej śmierci bliskiego, nie wiesz właściwie, co to oznacza. Co będzie dalej? Nie chcesz rozmawiać o emocjach, bo tych emocji jeszcze nie znasz, one dopiero się rodzą. Matka Oli po śmierci męża obawia się o przyszłość, bo przecież zostaje sama z niepełnosprawnym synem. Ola czuje prawdopodobnie pustkę, bo przed nią było tyle planów: miała dostać samochód, robiła prawo jazdy...

Jej marzenie o samochodzie odbieram jako tęsknotę za ojcem i za relacją z nim. A co twoim zdaniem jest największym problemem Oli?
Ola chce wierzyć, że ojciec myślał o niej i ją kochał. Że dotrzymał słowa i naprawdę odkładał pieniądze na jej wymarzony samochód. Jej wiara poddana jest poważnej próbie. To film o relacji córki z nieobecnym ojcem, który pracuje za granicą, żeby zarabiać na utrzymanie rodziny. Ale najciekawsze jest to, że ta relacja odbudowuje się na naszych oczach, kiedy ojca już nie ma – po jego tragicznej śmierci. W tym sensie Piotr Domalewski jest bardzo oryginalny w opowiadaniu historii o dojrzewaniu. Ola stopniowo odkrywa, jak wyglądało życie jej ojca poza domem i dzięki temu, że nie daje się zwieść pozorom, dochodzi do prawdy. Dużo ją to kosztuje, ale zyskuje jeszcze więcej: spokój i pewność siebie.

Pokazanie, że możemy wybaczyć rodzicom i w ten sposób naprawić relacje, bez konieczności rozmowy z nimi czy psychoterapii, jest bardzo terapeutyczne.
Bohaterka dostaje dowody na to, że nie myliła się co do uczuć ojca. To nie dawało jej spokoju, więc poszukiwała prawdy.  I okazało się, że co prawda żyli z ojcem oddzielnie, ale emocjonalnie byli razem.

Przyznam, że, obserwując jej „śledztwo”, bardzo często wybuchałam śmiechem.
Dlatego, że w całej tej emocjonującej opowieści jest bardzo dużo momentów rozprężających, to nie dołujący dramat psychologiczno-obyczajowy. Bardzo często śmiałam się z sytuacji, w których znajdowała się bohaterka, ale też z tego, jak sobie radziła, z jej naturalnego sprytu. Poza tym „Jak najdalej stąd” jako jeden z niewielu ostatnio obejrzanych filmów zaskakiwał mnie w kolejnych odsłonach scenariusza. Tematyka społeczno-obyczajowa, bohaterowie wywodzący się z klasy średniej, często odrzuceni – to w kinie brytyjskim specjalność Kena Loacha, a Piotr Domalewski znajduje język swojego pokolenia, by takie historie opowiadać.

Kadr z filmu 'Jak najdalej stąd' Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe)

Żart i czarny humor odbieram jako mechanizm obronny bohaterki. Kiedy na nią patrzę, widzę reżysera Piotra Domalewskiego. Wydaje mi się, że dał tej postaci wiele z siebie.
Trudno mi ocenić, czy Ola jest alter ego reżysera. Widzę w niej przede wszystkim bunt i rozwagę jednocześnie. To ciekawe: jest sobą, kimś absolutnie niezależnym wewnętrznie, a z drugiej strony – stać ją na pewnego rodzaju konwenanse i grę, bo wie, że to pomaga drugiej stronie.

Ja z kolei czułam niepokój o los Oli. Zachowywała się jak przyszła Matka Polka, która zaciska zęby i bierze się do roboty. Kiedy koleżanka powiedziała jej, żeby nie płakała, bo da sobie radę, odpowiedziała: „Ja nigdy nie płaczę”.
W ogóle nie odebrałam tej postaci w taki sposób. Ola jest dla mnie niezwykle niezależna w tym, co robi i jakie podejmuje decyzje. Jest bardzo młoda, więc wszystkiego uczy się na naszych oczach. Scena, podczas której musi zidentyfikować ciało ojca i dzwoni do matki, żeby dowiedzieć się, czy on miał jakieś znaki szczególne – jest znakomita. To wielka sztuka zrobić scenę w prosektorium tak, że wybuchasz śmiechem i jednocześnie nie jesteś tą reakcją zażenowana przed samą sobą. Przekonuje mnie też scena nocnego szaleństwa z przypadkowo spotkanymi rówieśnikami. To moment, kiedy Ola może odreagować intensywne przeżycia ostatnich godzin i przygotować się do dalszej walki.

Ona świetnie daje sobie radę w tej trudnej sytuacji, jednak kiedy patrzę na Olę, widzę w niej całą masę niewyrażonej złości. Emocjonalnie jest to świetnie pokazane.
Uważam, że ta złość ją napędza w sposób konstruktywny. Gdyby nie miała w sobie takich pokładów sprzeciwu, to nie byłaby w stanie niczego zrobić.

Finał daje niesamowity oddech bohaterce, ale i nam, widzom. Dostajemy upragnione katharsis.
To prawda i to jest wielka zasługa wspaniałej gry Zofii Stafiej, czyli filmowej Oli. Aktorstwo na najwyższym poziomie.

Dla kogo ten film może być terapeutyczny? Moim zdaniem dla osób, które są w kryzysie czy trudnej sytuacji, którym bohaterka może dodać siły, żeby się nie poddawać. Myślę, że kiedy dajemy sobie radę w trudnej sytuacji, próbujemy czasem uciec „jak najdalej stąd”, czyli najdalej od nieprzyjemnych emocji. Ale one zawsze w końcu nas dosięgają i trzeba się nimi zająć. I właśnie film pokazuje nam ten moment w życiu przetrwania na wdechu…
Tak, ale można też odczytać to bardziej dosłownie. „Jak najdalej stąd”, czyli uciec z miejsca, z którego się wywodzę i które mnie ogranicza. Uniezależnić się. Ola wiedziała, że musi wyrwać się z kręgu, w którym tkwi, a marzenie o samochodzie było symbolem wolności i niezależności, wyruszenia w nieznanym kierunku.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Pojedynek na głosy" - o filmie rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)
Przekonanie, że wojna to męska rzecz, dobrze się trzyma. Może dlatego niewiele wiemy o tym, jak wygląda codzienność żon czynnych żołnierzy. Ich sposobom na zniesienie samotności i lęku o nieobecnych w komediodramacie „Pojedynek na głosy” przyglądają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Przyznam się, że zapowiedź „Pojedynku na głosy” trochę mnie zniechęciła. Opowieść o żonach wojskowych, które wiecznie czekają na swojego mężczyznę, niczym współczesne Penelopy... Nigdy nie potrafiłam zrozumieć takiej postawy, jednak po tym filmie nie jest to już dla mnie takie jednoznaczne. Grażyna Torbicka: A mnie właśnie to przy tym filmie przytrzymało. Nie wiedziałam, że dziś koszary nadal funkcjonują w taki sposób, że żołnierze zawodowi mieszkają w nich z całymi rodzinami, tworzą odrębną społeczność. I kiedy mężczyźni jadą na misję, ich żony − jak mówisz, współczesne Penelopy − muszą odnaleźć się w tej sytuacji. Co więcej, wśród nich również funkcjonuje hierarchia, w zależności od pozycji ich mężów w armii. Dlatego żona szeregowca nie bardzo ma prawo zabierać głos... Ten archetypiczny podział na wojownika i jego kobietę, która nieustannie czeka na jego powrót, był dla mnie intrygujący, bo co jeszcze w takiej historii może się wydarzyć?

Wyobrażasz sobie, że też mogłabyś być żoną wojskowego?
W pewnym sensie moja sytuacja jest podobna, bo mój mąż jest lekarzem i kiedy idzie do pracy, ta walka o czyjeś życie jest czasem nawet groźniejszym frontem niż wojna, szczególnie dzisiaj. Ciężko chory pacjent wzywa, i to jest najważniejsze; nie ma znaczenia, że mieliście zrobić razem coś, na czym ci zależało. Nie powiesz przecież: „To ja już dziękuję”, tylko robisz na chwilę krok w tył.

Czyli pewnie nie miałaś do tych bohaterek takiego nastawienia jak ja na początku?
Raczej widziałam, że one przyjmują określone zasady, bo nie mają innego wyjścia. A potem każda z nich wraca do siebie i przeżywa silne frustracje, bo ten model związku i życia jest dla nich bardzo ciężki. To film, który trochę z innej strony – bo z perspektywy kobiet i żon wojskowych – pokazuje nam, jak beznadziejnym zjawiskiem jest wojna, bo rani nie tylko będących na froncie, ale także ich bliskich, pozornie bezpiecznych. Bohaterki są szczęśliwe tylko wtedy, gdy są razem z partnerami, przy czym cały czas mają świadomość, że wkrótce zostaną oni wysłani na kolejną misję.

Jedna z kobiet mówi: „nie możemy protestować przeciwko wojnie, my ją poślubiłyśmy”...
I tak jest, one z jednej strony są przecież przeciwne wojnie, a z drugiej – pokochały akurat żołnierza. Ten film pokazał mi także bezsensowność podziału na to, co męskie i kobiece, w kontekście wojny.

Przypomniał mi się film „53 wojny” Ewy Bukowskiej, w którym główna bohaterka nieustannie ogląda wiadomości, zastanawiając się, czy jej mąż, korespondent wojenny, jeszcze żyje. Tutaj jest podobnie, kobiety czekają na telefon z drżącym sercem, nie potrafiąc przekierować uwagi na swoje życie. Przynajmniej do czasu, gdy zaczynają śpiewać w chórze.
Ten chór staje się dla nich próbą solidarności, znalezienia czegoś, co spowoduje, że poczują wzajemną więź i wsparcie. Jednak tak dzieje się dopiero od pewnego momentu, bo na początku bohaterki spotykają się na próbach tylko po to, żeby zabić czas. A gdy wracają do domu, każda z nich cierpi i szuka sposobu, żeby zabić swój niepokój, wiele z nich sięga po alkohol.

To ciekawe, co powiedziałaś, że kobieca solidarność nie rodzi się od razu. To proces powolnego zgrywania się nawzajem.
Który rozpoczyna się od momentu, gdy zauważają rywalizację dwóch głównych bohaterek, Kate i Lisy, z których każda ma silne cechy przywódcze. Ten konflikt scala resztę kobiet, bo czują, że tak nie powinno być, że potrzeba im wzajemnego wspierania się. Wszystkie są przecież w tej samej sytuacji. Każda z nich dobrze wie, co to znaczy czekać na wiadomość i że dzwonek do drzwi może zwiastować informację o śmierci męża. I kiedy rozumieją, że jeśli się połączą, to mogą być naprawdę silne – chór staje się dla nich terapią.

Od momentu, gdy zrodziła się wspólnota tych kobiet, zaczęłam śpiewać razem z nimi utwór „Time after time”. Nie mogłam się powstrzymać. We mnie także obudziło się poczucie wspólnoty.
I o to chodzi w tej filmowej terapii kobiet poprzez śpiew!

Kadr z filmu 'Pojedynek na głosy', reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)

Poruszyła mnie scena, gdy jedna z bohaterek mówi, że Rocky z filmu pod tym samym tytułem też się nie poddał i dopiero za trzecim razem wygrał. Ten film daje dużo motywacji. A co ciebie najmocniej poruszyło? Pamiętasz scenę, kiedy bohaterki wchodzą do autobusu i wyjeżdżają na występ do Royal Albert Hall? Czułam, że główna bohaterka, Kate, musi w pewnym momencie okazać jakąś słabość, że musi dojść do jakiegoś wybuchu, inaczej nie będzie w stanie wyzwolić się z tego, co ją zabija od środka każdego dnia. I kiedy dowiedziała się, że Lisa napisała piosenkę, w której wykorzystała słowa jej syna bez spytania jej o zgodę, wyrzuciła z siebie złość w kompletnie niekontrolowany sposób. To bardzo dobra scena. Przypomniała mi, że warto być w grupie, dostrzegać potrzeby, radości i słabości innych osób. One pozwalają nam zauważyć nasze własne, a jeśli zamykamy się w swoim świecie – jak zrobiła to Kate – to nie jesteśmy w stanie sobie pomóc.

Naszą siłą jest także okazywanie słabości.
Dokładnie tak, tylko trzeba to potrafić zrobić. Odważyć się.

Ja nie bardzo lubię mówić o swoich problemach w szerszym gronie, dlatego średnio odnalazłabym się w takiej grupie kobiet...
Ja też nie. Ale nawet jeśli nie potrzebuję się uzewnętrzniać przed innymi kobietami, to już samo bycie z nimi i obserwowanie ich sposobu myślenia pomaga mi rozwiązać problem, bo daje mi samoświadomość.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Może dla nas wszystkich, bo siła tkwi w byciu razem. Tylko jak się zgrać z drugą osobą pomimo różnic. A może właśnie zacząć wspólnie śpiewać?
Kobiety na wsiach robiły to od zarania dziejów... Jest tylko jedno „ale”. Warto śpiewać po to, żeby złapać oddech i otworzyć się przed innymi albo przed samą sobą. Po to, żeby problemy wyszły na jaw, a nie po to, by je przykrywać. Rozmawiamy w momencie, kiedy w Polsce parlament zaczyna się zastanawiać nad wycofaniem się z tzw. konwencji stambulskiej, która mówi m.in o zapobieganiu przemocy domowej. Nie chciałabym więc, żeby w naszej rozmowie wybrzmiał przekaz, że jeśli kobiety spotkają się razem i pośpiewają, to od razu zrobi im się lepiej. Nie, jeśli nie zrobią nic więcej, to wszystko zostanie po staremu.

Wydaje mi się, że aby mówić czy śpiewać jednym głosem, potrzebujemy odbudować dzisiaj szacunek do drugiego człowieka. Tylko jak to zrobić, skoro tyle nas dzieli?
To jest rodzaj edukacji społecznej i świadomości, że tolerancja to nie jest tylko ta przez duże „T”. To także drobne rzeczy, jak spojrzenie komuś w oczy w windzie, powiedzenie „dzień dobry”, „przepraszam” osobie, której przez nieuwagę zajechałaś w sklepie drogę koszykiem. Otwartość i codzienna tolerancja budują szacunek do drugiego człowieka. Jednak tego rodzaju postawy obywatelskiej u nas brak i wypracowanie jej jest zadaniem dla nas wszystkich. A biorąc pod uwagę to, jak mocno jesteśmy dzisiaj podzieleni i nie potrafimy ze sobą rozmawiać, jeśli różnimy się w swoich opiniach – będzie to bardzo wyboista droga. „Pojedynek na głosy” mógłby być wspaniałym punktem wyjścia do rozmowy i pojednania dla nas wszystkich. Przecież główne bohaterki – Kate i Lisa również mocno się różnią, a jednak odnajdują drogę do porozumienia.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino TVP2.

  1. Kultura

Zwyczajność w najlepszej odsłonie. O filmie „Babyteeth” rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Babyteeth". Od 7 sierpnia produkcję będzie można oglądać w kinach. (Fot. materiały prasowe)
Dla nastoletniej Milli i jej bliskich „tu i teraz” to nie puste hasło, a niepowtarzalna okazja, by wzajemnie cieszyć się sobą, póki życie jeszcze trwa. O tym, czego uczą nas bohaterowie filmu „Babyteeth”, rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. Od 7 sierpnia "Babyteeth" będzie można oglądać w kinach. 

Milla, główna bohaterka filmu „Babyteeth”, to ciężko chora nastolatka, która mimo wszystko stara się poznawać smak życia i przekraczać granice. Co w takim ukazaniu tematu cię zaskoczyło?
Przyznam, że kiedy przeczytałam opis filmu, nastawiłam się na dość przewidywalną opowieść… Jednak reżyserce Shannon Murphy udało się mnie zaskoczyć! Choćby tym, że nie zabiera widza od razu do sali szpitalnej, nie każe mu oglądać kroplówek, zimnych białych gabinetów czy smutnych ścian. Za to pokazuje bardzo fajną rodzinę i widoczną w niej olbrzymią chęć zachowania pozytywnej energii i myślenia o tym, co dobre. Radzenia sobie z trudną sytuacją przez zachowanie wszystkiego, co cenimy w życiu najbardziej: bycia razem, uśmiechu, wsparcia, zabawy. To opowieść o zwyczajności, ale w najlepszej odsłonie. Mimo trudnej sytuacji bohaterowie prawdziwie doceniają każdą chwilą w życiu, a my, ludzie niedotknięci chorobą, często tego nie potrafimy. I to jest moim zdaniem największa siła „Babyteeth”!

Poza tym podobała mi się plastyczna forma filmu, pastelowe barwy świata, który widzimy z perspektywy Milli. Twórcom udało się uniknąć sentymentalizmu. To ciekawe, ale nie czułam żalu podczas oglądania tego filmu. Po prostu byłam z tą rodziną i chciałam, żeby wszystko dobrze jej się ułożyło.

Przypomniał mi się teraz poruszający dokument „Joanna” Anety Kopacz, który również opowiada o chorobie nowotworowej. Obawiałam się trochę, że „Babyteeth” będzie ciężki w odbiorze, zwłaszcza że oglądałam go w niełatwym dla mnie czasie i nie miałam siły na takie trudne emocje. Okazało się jednak, że w tym filmie najważniejsze jest życie.
W dodatku zobacz, jak niesamowite wzajemne zrozumienie panuje w tej rodzinie. Rodzice akceptują pierwszą młodzieńczą miłości Milli – Mosesa. Dziewczyna poznała go na peronie kolejki miejskiej i gdyby była zdrowa, prawdopodobnie rodzice byliby mniej wyrozumiali, bo chłopak, który jest życiowym outsiderem, to nie wymarzona partia dla jedynaczki... Jednak w tej sytuacji muszą się zastanowić, co właściwie złego jest w tym nastolatku. Dlaczego nie dać mu szansy? Może ta miłość czy przyjaźń go odmieni? Zaufanie może przywrócić Mosesowi wiarę w człowieka, w więzi rodzinne, bo wcześniej ze strony dorosłych spotykały go tylko rozczarowania.

Z pozycji dorosłego rzeczywiście można by powiedzieć, że Milla zakochuje się chyba w najgorszym możliwym chłopaku. A jednak to on w pewnym momencie przywraca radość w jej rodzinie. I może to lekcja dla nas wszystkich: zadbać o szczęście bliskiej osoby,o jej potrzeby, a to szczęście i nas obejmie?
A trzeba powiedzieć, że to jest bardzo ryzykowny pomysł scenariuszowy, który mógł się różnie skończyć na ekranie. Mogliśmy nie uwierzyć w postać Mosesa ani w ten związek... Wiemy przecież, że momentami jest w domu Milli tylko dlatego, że ma tam zapewniony dostęp do środków odurzających, bo tak umawia się z jej ojcem. To oczywiście niemoralne, jednak akceptujemy tę sytuację, bo widzimy, że na naszych oczach chłopak zmienia się i staje się częścią tej rodziny.

Mówisz, że to niemoralne, ale rodzice Milli zrobią wszystko, żeby ich córka była szczęśliwa. Chciałabym być tak otwartym i uważnym na potrzeby mojego dziecka rodzicem.
Tak jak mówisz, rodzice są niesamowicie skupieni na potrzebach Milli. Jednak zarazem nie zapominają o sobie. Każde z nich realizuje swoje małe potrzeby, a nawet grzeszki. Matka ciągle bierze leki uspokajające, żeby w ten sposób ukoić swój ból. Dostaje je od męża psychoterapeuty, który wie, że musi zachować spokój, zwłaszcza gdy jego żona dostaje ataku histerii. Dla niego swego rodzaju oderwaniem od problemów okazuje się obserwowanie sąsiadki z naprzeciwka, która jest w ciąży, co prawdopodobnie przypomina mężczyźnie ten czas, kiedy to oni z żoną oczekiwali dziecka. Oboje byli szczęśliwi, wszystko wydawało się piękne. Teraz nawzajem próbują sobie pomóc i tolerują swoje słabości. Myślę, że to bardzo ważne, żeby w małżeństwie potrafić to zaakceptować.

Interesujące jest też i to, że australijska reżyserka pokazuje mężczyzn, którzy mają w sobie niebywałą wrażliwość, dobrze rozumieją kobiety i są wobec nich czuli.

A czy nie przyszła ci do głowy taka myśl, że Moses mógłby się bardziej „poświęcać” dla Milli, starać się mocniej okazywać jej miłość, skoro ona jest tak ciężko chora?
Nie wiem, czy on w ogóle wiedział, co to znaczy miłość... Jednak zaufałam mu, myślę, że czuł coś do Milli. Nawet jeśli tylko grał w grę, która polegała na dawaniu szczęścia Milli, to ona mu to szczęście „zwracała”. I było im razem dobrze.

Mówię o tym, bo w pewnym momencie rozgrywa się dość dramatyczna scena, którą byłoby mi łatwiej zaakceptować, gdybym wierzyła, że Mosesem kieruje miłość. A tak nie było...
Ale to przecież Milla prosi go, żeby jej pomógł! Zresztą to doskonale przemyślana i wyreżyserowana scena. Wcześniej w wielu momentach śmiejemy się, wzruszamy, ale nie z żalu, tylko dlatego, że czujemy się dobrze, a ta scena mogłaby wszystko zepsuć. Byłaby nieznośnie patetyczna, gdyby nie pewien komiczny element...

Przyznam się, że jedyną rzeczą, która mnie drażniła w pierwszej chwili, była teatralna wręcz rozpacz matki. Jednak pomyślałam, że bez niej mogłabym nie uwierzyć w tę historię, bo przecież nawet jeśli myślimy, że jesteśmy na coś przygotowani, to, doświadczając bólu, wszyscy zachowujemy się tak operowo i dramatycznie żałośnie.

Jakie emocje wywołał w tobie ten film? We mnie wiele trudnych: smutek, wzruszenie, jednak przyniósł mi oczyszczenie także.
Przede wszystkim zobaczyłam w tym filmie światło. Chociaż nigdy nie byłam w Australii, ten kraj wydaje mi się tak daleki od naszej europejskości, naszych problemów i podporządkowania całego życia chorobie, jeśli nas dotknie. Ludzie chyba potrafią tam inaczej spojrzeć na życie i zachować nadzieję.

Dla kogo ta historia mogłaby być terapeutyczna? Ja pokazałabym ludziom w wielkim smutku. Bo nawet jeśli wydaje ci się, że bardzo ciężko chorujesz, to jednak okazuje się, że możesz zawsze doświadczyć czegoś pięknego.
Moim zdaniem ten film niesie bardzo uniwersalne przesłanie. Mówi nam wszystkim, żeby nie marnować żadnej chwili w życiu, bo nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.

Gdy oglądałam „Babyteeth”, zadawałam sobie pytanie: co powinnam zrobić już teraz, jeśli chciałabym odejść pogodzona z życiem? Myślę, że można nawet zrobić sobie takie ćwiczenie po tym filmie.
A ja zastanawiam się, czy potrafiłabym zachować tyle energii co ta filmowa rodzina w podobnej ekstremalnej sytuacji. I powiem szczerze, że nie wiem...

Grażyna Torbicka
, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, 
autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.

  1. Kultura

O filmie "Nie ma nas w domu" rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nie ma nas w domu". Od 25 lipca produkcję będzie można oglądać na HBO GO. (fot. materiały prasowe)
Brytyjczyk Ken Loach od lat skupia się na peryferiach społeczeństwa, jednak jego obserwacje są uniwersalne. Czego uczy jego film "Nie ma nas w domu" – zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. Od 25 lipca produkcję będzie można oglądać na HBO GO.

Martyna Harland: Filmoterapeutyczne rozmowy rozpoczęłyśmy dokładnie trzy lata temu od filmu „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha. Wtedy podobało mi się to, że główny bohater walczy o siebie i swoje prawa. Ty zwróciłaś uwagę na ludzi, którzy są bardziej wrażliwi, słabsi lub chorzy i potrzebują pomocy. Dziś wracamy do Loacha, bo w jego najnowszym filmie „Nie ma nas w domu” znów mamy podobną sytuację. Grażyna Torbicka
: I jak zawsze u tego reżysera, trudno winić bohaterów za to, że w takiej sytuacji się znaleźli. Przecież nie można powiedzieć, że to z powodu lenistwa. Oni chcą coś zrobić, tyle że zazwyczaj już na starcie nie mają możliwości ani siły przebicia. Są uzależnieni od systemu społecznego. Para z dwójką dzieci, z którą spotykamy się w tym filmie, jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Rodzice ledwo wiążą koniec z końcem. Jednak głównemu bohaterowi wydaje się, że jeśli weźmie sprawy w swoje ręce: zainwestuje w nowy samochód i zostanie kurierem, zyska niezależność i polepszy byt swojej rodziny. Pracodawca przekonuje Ricky’ego, że będzie mógł decydować o czasie pracy i wreszcie stanie się panem swojego losu.

Gdy tylko zobaczyłam tę scenę, zaczęłam się martwić. Czułam, że to nie będzie takie proste.
Ricky nie ma nikogo, kto mógłby go przestrzec. Być może jego żona ma trochę obaw, ale chce wierzyć, że ich życie się odmieni na lepsze. Jednak oboje wpadają w pułapkę niekończącej się pracy. Do ich ciągłej nieobecności nawiązuje właśnie tytuł „Nie ma nas w domu”. Ricky i Abbie pracują od świtu do nocy, nie mają czasu dla dzieci, nie rozmawiają z nimi, a jedynie udzielają instrukcji przez telefon: „odrób lekcje” czy „wyjmij obiad z lodówki”. Chcieli zapewnić córce i synowi lepszą przyszłość, a tracą z nimi kontakt, rodzina rozpada się na naszych oczach.

Mężczyzna zakłada własny biznes i pracuje ponad siły. Jednak syn Seb, który dzięki decyzji ojca ma mieć lepsze życie, nie docenia jego wysiłków, nie szanuje go. Z kolei żona wyrzuca Ricky'emu, że nie było go, gdy rodzina go potrzebowała. Nie da się tego nijak pogodzić...
Bo to niemożliwe do pogodzenia... Czy naprawdę lepiej byłoby, gdyby Ricky stał się bezrobotny, ale przychodził na wszystkie wywiadówki syna?! Nie sądzę, przecież ta rodzina nie ma za co żyć. To sytuacja „być albo nie być”, a nie uciekanie w pracę, co robi dziś wiele osób pod pretekstem troski o rodzinę.

A jaka powinna być twoim zdaniem rola pracy w życiu?
Oboje z mężem mamy to szczęście, że robimy to, co lubimy, co daje nam głównie bodźce pozytywne. Praca jest dla mnie elementem rozwoju, sposobem poznawania świata i bardzo trudno byłoby mi z niej zrezygnować. Nawet kiedy jestem zmęczona, to jednocześnie moja praca daje mi siłę, zyskuję dzięki niej nowe pokłady wewnętrznej energii.

Dla kogo ten film może być najbardziej terapeutyczny: pracodawców, zapracowanych rodziców? Komu byś go pokazała?
Życie we współczesnym świecie wymaga od nas biegu sprintem, a jednocześnie niezwykłej czujności na drugiego człowieka. Jednak nie sposób być bez przerwy empatycznym wobec bliskich: każdy z nas ma przecież gorszy dzień, źle się czuje, ma problemy w pracy. Dlatego powinniśmy zadbać także o siebie, bo tylko dzięki temu jesteśmy w stanie dbać innych. Ricky'emu tego brakuje i w tym sensie ten film może być terapeutyczny dla wszystkich osób, które znalazły się w podobnej sytuacji i nie widzą z niej wyjścia. Może dawać widzom poczucie, że nie są osamotnieni.

A ja znalazłam tu pozytywne przesłanie, jak choćby podczas rozmowy Seba z policjantem, który mówi: „Słuchaj, młody, najważniejsze, co masz, to rodzina, która się tobą interesuje”. Czy takie, że pomimo ciężkiej sytuacji Ricky i Abbie trzymają się razem, nie wylewają na siebie frustracji.
Tak, oni naprawdę chcą, żeby w ich życiu było lepiej. Starają się ze wszystkich sił. Muszą ciężko pracować, jednak potrafią rozmawiać i wspierać się nawzajem. Tego możemy się od nich uczyć. Podobnie jak druga przytoczona przez ciebie scena, która w prosty sposób przypomina nam, jak ważne jest, być żyć świadomie. Przez jedną chwilę nieuwagi można kogoś bardzo skrzywdzić. Podziwiam Kena Loacha za to, z jaką konsekwencją przygląda się ludziom pokrzywdzonym przez los. Bierze ich pod swoje skrzydła, żeby pokazać nam ich problemy.

Grażyna Torbicka
, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, 
autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.

  1. Kultura

O filmie "Nasz czas" rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nasz czas" (fot. materiały prasowe Gutek Film)
Bohaterowie „Naszego czasu” Carlosa Reygadasa prowadzą wielkie ranczo w Meksyku. Mają dzieci, odnieśli sukces, wydają się spełnieni. A jednak ich związek nie jest tym, na co wygląda. Nad konsekwencjami igrania z miłością zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: "Nasz czas" Carlosa Reygadasa opowiada o otwartym związku. Reżyser sam gra w nim główną rolę - męża, który podgląda swoją żonę, gdy ta sypia z innymi mężczyznami. Mam wrażenie, że Reygadas dotyka w nas nieznanych rejonów. Grażyna Torbicka:
Już sam początek filmu jest zaskakujący: widzimy kilkunastominutową sekwencję scen zabawy w błotnistym stawie. I to błoto powoli jakby i nas wciągało i oblepiało. Ale wydaje się ciepłe i przyjemne, więc wcale się nie bronimy... Minuta po minucie odkrywamy kolejnych uczestników gry: kilkulatków, nastolatków, a wreszcie dorosłych. Ta z pozoru do niczego nieprowadząca zabawa wiele mówi o relacjach międzyludzkich. Jest uwerturą do głównego tematu, czyli historii Ester i Juana.

Według mnie to błoto bardzo dobrze oddaje życie w długoletnim związku. Nie sposób się nie oblepić. A do tego dochodzi jeszcze wojna płci, która zaczyna się już kiedy jesteśmy dziećmi. 
Wydaje mi się, że gdy jesteśmy młodsi, błotko daje nam poczucie wolności i beztroski, jednak w dorosłym życiu ma zupełnie inny wymiar – jest cięższe i zaschnięte. Te pierwsze sceny interpretuję również jako próbę poznawania siebie nawzajem, także w kontekście seksualnym. Pokazanie, jak ważny jest moment, w którym zaczynamy odkrywać swoją seksualność. Gdy budzi się pożądanie i pojawia emocja zazdrości, zaczynają się nasze cierpienia.

Czy właśnie w obronie przed cierpieniem i chcąc wyeliminować zazdrość z relacji, Juan tworzy z żoną związek, który opiera się na założeniu, że romans nigdy nie może doprowadzić do rozpadu ich małżeństwa?
Czy otwarty związek ma większe szanse, by przetrwać? A co jeśli w romans wkradnie się prawdziwe uczucie? Czy miłość nie wymaga pewnych poświęceń?... Zanim jednak dojdziemy do odpowiedzi na te pytania, mamy jeszcze scenę, która pokazuje, jak wygląda życie tej pary na ranczu i jaki potencjał i siła tkwią w obojgu. Pamiętasz scenę na wybiegu dla byków, gdy trzeba je po kolei schwytać? Juan kompletnie sobie z tym nie radzi, to Ester ratuje sytuację, jest bardziej sprawna w tej tzw. męskiej czynności. Mimo że to wcale nie jest jej pasja. Ktoś wtedy powiedział, że Juan znów schrzanił sprawę i zobaczyłam, że to mężczyzna pełen kompleksów, który ma problem ze swoim ego i poczuciem męskości. Pomyślałam, że to właśnie dlatego zaproponował żonie ten otwarty układ...

Co więcej, to on podsuwa Ester kochanków. To daje mu poczucie kontroli nad sytuacją. Gdy w pewnym momencie kobieta zaczyna nowy romans, Juan domaga się, żeby relacjonowała mu dokładnie, co się dzieje między nią a kochankiem. Co czułaś w tym momencie? 
Juan wojerysta pragnie podglądać żonę w namiętnym uniesieniu, to rodzaj doznania sadomasochistycznego. Uważam, że otwarty związek jest dla niego formą samoobrony. Boi się, że w którymś momencie się nie sprawdzi, dlatego proponuje rozwiązanie, dzięki któremu będzie mógł sterować Ester. On cały czas traktuje ją przedmiotowo, ostatecznie jednak wpada we własne sidła. Zresztą kapitalne jest połączenie tych scen z kadrami byków wyjących za swoimi partnerkami. To niesamowicie atawistyczna wizja. Odwołanie się do zwierzęcych instynktów pokazuje, jak bliskie są one nam, ludziom. I co czujemy na skutek narzuconych kanonów, stylu bycia, obyczajów, rygorów, którym musimy się podporządkowywać. Gdy wchodzimy w związek, jednocześnie tłumimy nasze instynkty. Czy to ma sens i sprawdza się w życiu?

Dla mnie ten film jest pierwszym westernem dla kobiet, jaki widziałam. Ester jest tu górą, bo odnajduje siebie, odkrywa, kim jest, i w tym sensie dobro zwycięża - jak w westernie.
Ester niewątpliwie staje się na naszych oczach inną kobietą. Dostrzega, że Juan nigdy nie widział w niej partnerki, tylko swoją własność. Uświadamia sobie, że on podejmował decyzje nie w imię szczęścia i wolności ich obojga, tylko by mieć poczucie kontroli.

Poruszyła mnie scena, gdy po nocy, którą Ester spędziła z kochankiem , Juan zauważa na jej twarzy ślady upojenia miłosnego, którego nie widział od lat. Wie, że to nie on jest źródłem tych emocji, i czuje smutek, bo nie wie, czy kiedykolwiek jeszcze mu się uda.
To jest właśnie ten moment, kiedy Juan widzi, że wpadł we własne sidła. To, do czego popychał Ester, spowodowało, że między małżonkami nie ma już pasji ani namiętności, przynajmniej z jej strony. W tej scenie jest mi go żal. Jeszcze mocniej wychodzi tu jego słabość.

W zestawieniu z poprzednim filmem Reygadasa "Post tenebras lux", myślę, że "Nasz czas" zrodził się z kryzysu w jego związku, i uważam, że jest to forma udanej terapii, bo reżyser pokazał wszystko to, co powinno być wypowiedziane i dostrzeżone przez tę parę.
Ja z kolei uważam, że po tym wszystkim, co wydarzyło się w czasie tego filmu w ich życiu − nie będą już tą samą parą. A nawet nie będą już razem.

Ciekawe, że według ciebie czas tej pary własnie minął. Moim zdaniem on dopiero nadszedł. Ester i Juan mają przecież szansę na zupełnie nowy początek. 
Myślę, że miłość, niestety, jest bardzo zaborcza i nie znosi konkurencji. Juan, podglądając, jak Ester uprawia seks z innym mężczyzną, widzi rozkosz i uśmiech na jej twarzy. Nie spodziewał się, że ktoś inny może to dać jego żonie, był pewien swojej siły. Czy będzie mógł się z taką sytuacją pogodzić? Czy to doświadczenie nie zmieni ich świata w sposób nieodwracalny? Pamiętam, że w jednej z naszych rozmów powiedziałaś, że zdaniem wielu psychoterapeutów nie należy przyznawać się do zdrady partnerowi. Czym to uzasadniają?

Tym, że wtedy przerzuca się ciężar na tę drugą osobę, a odpowiedzialność za zdradę trzeba wciąć siebie. Inaczej zdradzona osoba może tego nie unieść.
To ciekawe, czyli Juan sprawdza sam siebie.

Niesamowite, bo mnie "Nasz czas" pokazał, że w związku są możliwe różne układy. A nawet zniósł pewne ograniczenia w mojej głowie. Zobaczyłam, że miłość da się poskładać po różnych doświadczeniach. Ester i Juan są dla mnie jedną drużyną, przetrwali.
Niezależnie od tego, czy ta para umówiła się na związek otwarty, czy nie, to jeśli wewnątrz relacji coś nie gra, a jedna ze stron spotka kogoś, z kim czuje się dobrze − to ta relacja się rozpada. A według mnie Ester zakochuje się w innym mężczyźnie. Z pożądaniem nie można igrać, to źle się kończy. Nawet byki w filmie o tym wiedzą, w walce o samice stają się bardzo agresywne.

Jak myślisz, dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Dla par w kryzysie, po zdradzie? Żeby mogły zobaczyć, że istnieją różne modele miłości i nie powinniśmy tego oceniać. Ten film może także podsycać pożądanie w parze, podobnie jak erotyk.
To według mnie film bardzo ciekawy dla wszystkich: dla par z krótkim stażem i dla tych, które są już ze sobą kilka dekad. Jednak najchętniej pokazałabym go ludziom, którzy żyją właśnie w otwartych związkach, przekonani, że to da im szczęście. Mogliby zobaczyć, że w miłości granice są ważne nie dlatego, że mają nas limitować, lecz chronić przed strasznym bólem, którego możemy doznać i sprawić go drugiej osobie. Miłości nie można stale wystawiać na próby, ona tego nie znosi.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.

  1. Kultura

"Sokół z masłem orzechowym" od dziś na VOD. O filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

"Sokół z masłem orzechowym", reż. Tyler Nilson i Michael Schwartz. Od 28 maja na platformach VOD (fot. materiały prasowe M2 Films)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pensjonariusz z zespołem Downa, mężczyzna bez przyszłości i kobieta, która po dobrej szkole trafiła do pracy w domu opieki... Zaprzyjaźnią się, bo jedno z nich nie ustanie w drodze do spełnienia swoich marzeń. O emocjach i nadziei, jakie daje nam dziś film „Sokół z masłem orzechowym” - rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Shia LeBeouf i Zack Gottensagen w filmie 'Sokół z masłem orzechowym' (fot. materiały prasowe M2 Films) Shia LeBeouf i Zack Gottensagen w filmie "Sokół z masłem orzechowym" (fot. materiały prasowe M2 Films)

„Sokół z masłem orzechowym” to komedia pełna serca, humoru i wzruszeń, która podbiła serca widzów na całym świecie. W rolach głównych Shia LaBeouf, Dakota Johnson i fenomenalny debiutant Zack Gottsagen.

Zak jest wyjątkowym chłopakiem i zrobi wszystko, by spełnić swoje niezwykłe marzenie – chce podbić świat amerykańskiego wrestlingu. Ma już nawet specjalną ksywkę: Sokół z masłem orzechowym! Na swojej drodze przypadkiem spotyka Tylera, drobnego złodziejaszka o wielkim sercu, który wbrew wszystkiemu i wszystkim decyduje się mu pomóc. Zak i Tyler wyruszają w pełną przygód podróż, która stanie się początkiem prawdziwej przyjaźni.

Według krytyków to jeden z najlepszych feel-good movie ostatnich lat i zdecydowanie najprzyjemniejszy seans 2020 roku w polskich kinach. Film zebrał znakomite recenzje, podbił serca widzów i otrzymał dziesiątki nagród i wyróżnień.

Od 28 maja film "Sokół z masłem orzechowym" można zobaczyć na platformach VOD: vod.pl, platformie CANAL+, Player +, Chili, IPLA, UPC Polska, Play Now, Inea, Toya, Vectra, Multimedia Polska, Netia oraz Orange VOD.

https://www.youtube.com/watch?v=e2NPQDDetmQ&feature=youtu.be

Martyna Harland: "Sokół z masłem orzechowym" to historia trzech osób: Tylera, Zaka i Eleanor, na pozór różniących się między sobą wszystkim i będących w innej sytuacji życiowej, między którymi rodzi się jednak głęboka więź. Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałabym, że to niewiarygodne. A teraz oglądam ten film i go "kupuję". Być może w dobie pandemii potrzebuję nawet takiej naiwnej wiary... Grażyna Torbicka: Bo nawet jeśli nie do końca w to wierzysz, jak mówisz, to nie wyłączasz filmu, bo oglądanie go sprawia ci wiele radości! Miałam podobne wrażenie i myślę, że to konsekwencja trudnego czasu, w jakim się znaleźliśmy. Różnych lęków, z którymi się mierzymy, i negatywnych informacji, które słyszymy każdego dnia. Dlatego właśnie teraz potrzebujemy takiej bajki. To coś w rodzaju: „Za siedmioma górami, za siedmioma lasami żył sobie Zak. Miał jedno marzenie i bardzo chciał je spełnić. Dobra wróżka i dobry wujek mu w tym pomogli...”. Uważam, że to jest w pewien sposób familijne kino, które uczy tolerancji i szacunku do drugiego człowieka. A przede wszystkim tego, że trzeba podążać za swoimi marzeniami.

Przypomina mi się film "Yomeddine. Podróż życia" egipskiego reżysera Abu Bakra Shawky'ego. Oba ukazują historię dwóch mężczyzn, którzy ruszają w drogę i nawzajem pomagają sobie osiągnąć cele. Oba opowiadają też o tym, jak z chłopca stać się mężczyzną. Co daje bohaterom "Sokoła..." ta relacja? Na pewno obaj potrzebują akceptacji ze strony drugiego człowieka. Zak chciałby, żeby ktoś dostrzegł, jak ważne jest spełnienie jego marzenia – odnalezienie uwielbianego mistrza wrestlingu, którego zna ze starych kaset wideo. Z kolei Tyler niesie ze sobą krzyż winy, odkąd stracił brata. To doświadczenie sprawiło, że nie potrafi zintegrować się z otaczającym go światem. Obaj czują się niezrozumiani.

Bardzo mocno utożsamiam się w tym filmie z Zakiem. Też mam ochotę uciec gdzieś daleko, doświadczać... Siedzimy na przymusowej izolacji i ten niby bezpieczny świat również wywołuje we mnie odruch duszenia się. Doskwiera mi brak przygód, martwię się, że przyszłość podróżowania to zdezynfekowane all inclusive. A w życiu chodzi przecież o to, żeby przekraczać swoje granice. Mnie z kolei wydaje się, że jeśli wyciągniemy odpowiednie wnioski z tego wszystkiego, co teraz przeżywamy, to mamy szansę nie wracać do podróży typu all inclusive. Zresztą jak wiemy, parę takich wycieczek w dobie koronawirusa zakończyło się dosyć nieciekawie... Wydaje mi się, że kończy się masowość, także w podróżowaniu, ale dobrą stroną tego stanu może być to, że zaczniemy cenić małe, indywidualne wyprawy. A także momenty  prawdziwej przyjaźni i spojrzenia sobie z uważnością w oczy. Bo na tym właśnie polega wspólna podróż Tylera i Zaka. Są pozostawieni sami sobie, swoim emocjom, traumom, które noszą, kompleksom i marzeniom. Każdy z nas może odbyć z nimi wspólną podróż, która i nas może odmienić.

Dla mnie to było ciekawe doświadczenie, bo okazało się, że kino drogi, kino przygodowe może mi dać teraz namiastkę uczuć, których najbardziej potrzebuję. W tym filmie obserwujemy historię rodem z opowieści Marka Twaina. Nie ma tu świata komórek ani Internetu. Nasi bohaterowie mają w ręku prawdziwą papierową mapę! W dodatku to wcale nie jest jakaś wielka w sensie odległości podróż, jednak wielka w sensie mentalnym. Zak i Tyler nie podążają utartymi drogami, ruszają poprzez pola kukurydziane czy plaże. To jest bajkowa przygoda przepełniona naiwnością wiary w to, że jeśli jesteś zdeterminowany i pragniesz spełnić swoje marzenie, to możesz też włączyć w to innych i dać im szczęście. Bo Zak, dzięki temu, że ma swój osobisty cel, pomaga odnaleźć się Tylerowi i Eleanor. To dążenie pozwala również powrócić do życia jego idolowi, który nie dość, że został już przez wszystkich zapomniany, to nawet sam ledwo pamięta, że był kiedyś mistrzem wrestlingu. W ten sposób marzenie jednej osoby uszczęśliwia także innych ludzi.

Myślę, że na tym właśnie polega terapeutyczna moc tego filmu. Zachęca nas do tego, żeby wierzyć, i pielęgnuje w nas pozytywne emocje. Dla Zaka terapeutyczne są także filmiki wrestlingowe, które budzą w nim odwagę, chęć poszukiwania i walki o siebie. Jednocześnie na drugim planie „Sokół z masłem orzechowym” pokazuje nam, jak ważne jest indywidualne podejście do ludzi z zespołem Downa, takich jak Zak. Odrzucony przez rodzinę, trafia do domu opieki i czuje się z tego powodu gorszy. Mieszka wśród starszych ludzi, co skądinąd wydaje mi się szczęśliwym rozwiązaniem, ponieważ gdzie indziej nie znalazłby takiej dawki empatii. Starsi pensjonariusze dostrzegali w nim wartość i olbrzymią wrażliwość, potrafili go docenić. Bo oni już widzą, co jest w życiu ważne. Choćby sąsiad z pokoju, który pomaga Zakowi w ucieczce, grany przez uwielbianego przeze mnie Bruce’a Derna. Z kolei młoda opiekunka Eleanor ma najlepsze chęci, ale nie bardzo rozumie prawdziwe potrzeby Zaka. Nie przyjmuje do wiadomość, że to samodzielny człowiek, który jest w stanie poradzić sobie w życiu poza domem opieki.

Shia LeBeouf i Dakota Johnson w filmie 'Sokół z masłem orzechowym' (fot. materiały prasowe M2 Films) Shia LeBeouf i Dakota Johnson w filmie "Sokół z masłem orzechowym" (fot. materiały prasowe M2 Films)

Eleanor to nadopiekuńcza i kontrolująca opiekunka, która niesamowicie mnie irytuje. Zak ma 22 lata, a ona wkłada mu koszulkę. Uniemożliwia mu stanie się mężczyzną - tytułowym Sokołem. Ona działa niestety zgodnie z zasadami, które obowiązują w domach opieki społecznej. We mnie też budzi irytację i myślę, że jej rola celowo została tak napisana. Eleanor bardzo długo nie rozumie istoty  sprawy. Jest nawet skłonna zabrać Zaka z powrotem mimo świadomości, że jego dalszy los będzie tragiczny, bo jako permanentny uciekinier zostanie zamknięty w ośrodku przeznaczonym dla prostytutek i narkomanów. W roli Eleanor reżyser obsadził Dakotę Johnson, znaną przede wszystkim z filmu „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Rozbawiła mnie scena z futrzanymi kajdankami, bo to ewidentnie sygnał od reżysera: „Spokojnie, wszyscy mamy te same skojarzenia”. Takich scen wziętych w cudzysłów jest tu znacznie więcej, bo to bajkowa opowieść, choć niepozbawiona dozy prawdopodobieństwa.

Która scena poruszyła cię w tym filmie najmocniej? Przede wszystkim wiele scen mnie rozbawiło, zrelaksowałam się podczas oglądania. Rzadko zdarza się nam rozmawiać o filmach, podczas których się śmiejemy, a jednocześnie jest w nich tak dużo trafnych, życiowych spostrzeżeń.

Mnie ten film dał dużo wiary, mimo, że to przecież bardzo prosta historia... W pamięć zapadła mi scena, gdy Tyler mówi do odnalezionego mistrza wreslingu: "Zak wierzy w ciebie. A niełatwo jest dzisiaj w coś wierzyć". Ja odebrałam ten obraz przede wszystkim jako przesłanie, żeby mieć w życiu marzenia i za nimi podążać. Dzisiaj, w czasach pandemii, to jest niezwykle budujące, bo dopóki mamy jakiś cel, to nie zrezygnujemy z życia. I jeśli powoli łapiemy tzw. doła, to warto przypomnieć sobie, czego jeszcze w życiu nie zrobiliśmy. Trzeba uwierzyć, że to się spełni, bo naprawdę nigdy nie wiadomo, kiedy jakaś ścieżka, furteczka nagle się otworzy. I może tak jak Zakowi uda nam się rozszerzyć kraty w oknie i uciec do tego naszego marzenia...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.