1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maria Pakulnis - parę osób, mały czas

Maria Pakulnis - parę osób, mały czas

Maria Pakulnis: Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. (Fot. Szymon Szcześniak/LAF)
Aktorka brawurowa. Gra kobiety wyraziste, mocne, pewne siebie. Niosą tajemnicę, którą ona przez lata skrywała. Maria Pakulnis w serialu „Osiecka” gra zranioną mamę Agnieszki, chodzące dobro, jakby próbowała przytulić świat.

Oglądając pani wspaniałą rolę matki Agnieszki Osieckiej, zastanawiałem się, skąd pomysł na obronę jej beznadziejnej miłości do porzucającego ją męża.
Znam obyczajowość epoki, w której się wychowała, dokładnie pamiętam takie panie z sąsiedztwa. Ludzie przeżywali ze sobą piekło, ale się nie rozstawali. Żony nie godziły się na rozwód, bo nie umiały zostać same. Maria Osiecka, ta z serialu, wciąż mogłaby dźwignąć nowe życie. A nawet nie chciała wyjść z domu. Uznała, że jeśli ludzie nie będą jej widywać, to nie będą mówić. Na początku jeszcze się ubierała, ale potem została w koszuli nocnej i szlafroku. Dzisiaj umielibyśmy rozpoznać w tym jeden z objawów depresji. Panią Osiecką widziałam może ze dwa razy, odwiedzając Agnieszkę, przemykającą w szlafroku do kuchni, kłaniałam jej się z daleka.

Gra ją pani tak, jakby zawsze była gotowa do stworzenia domu, cokolwiek by się stało.
Żyła nadzieją, że stanie się cud i może Wiktor chociaż na Wigilię przyjdzie. Zostały same. Kiedy Agnieszka się wyprowadzała, Maria próbowała wywierać na niej presję. „Nie zrobisz mi tego” – mówiła. Kiedy Agnieszka tłumaczyła, że ma prawie 30 lat, usłyszała od matki: „A ja 70”.

Kim była dla pani Agnieszka Osiecka?
Kiedy ją poznałam, miałam 28 lat, ona 48. Poznałyśmy się u mnie w domu, bo Krzysztof [Zaleski, mąż] zaprosił ją, aby porozmawiać o przedstawieniu „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, bardzo chciał je wyreżyserować. Potem bywała u nas często – nie tylko kiedy pracowali nad scenariuszem. Przesiadywała ze mną w kuchni, podpierając głowę, rozmawiałyśmy na różne tematy, a ja patrzyłam na jej piękne dłonie. Podjeżdżała swoim autem, myśmy nie mieli samochodu, żyliśmy skromnie, i zarządzała spontaniczne wycieczki. Pamiętam taki wyjazd nad morze. Była jesień, ale wciąż jeszcze ciepły dzień, leżeliśmy na piasku na zupełnie pustej plaży. Snuliśmy rozmowy, spokojne, ciche. Czułam się jak w sztuce Czechowa. Jej piękno udzielało się światu. Spotkania z nią były dla mnie kojące. Była właściwie ptakiem, sfruwała do nas, ale nie pozwalała się schwycić. Byłam młoda, zapatrzona w jej naturalność. Nigdy nie była umalowana, czasami z jakiejś okazji używała czerwonej szminki. Nie farbowała włosów. Eteryczna, zjawiskowa. My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent.

A jednak każda z was miała swój styl.
Miałyśmy poczucie estetyki dzięki obracaniu się w specyficznym środowisku. Docierały do nas modowe nowinki ze świata, a musiał wystarczyć bazar w Rembertowie, gdzie zresztą ubierały się głównie panie śpiewające na estradach. Można tam było kupić trochę odważniejsze ciuchy. Od czasu do czasu jeździłyśmy po pończochy. Ale podstawowe to było mieć małą czarną, która służyła nam przez lata. Pamiętam, że jako dziewczyna bardzo długo zbierałam pieniądze, żeby kupić do niej klasyczne szpilki.

W jednym z wywiadów mówiła pani, że w szkole teatralnej urodziła się na nowo. To co było przed?
To ogromna cezura. Byłam w mojej rodzinie pierwszym pokoleniem urodzonym w Polsce. Rodzina, ze strony ojca i matki, mieszkała na Litwie. Uciekali do Polski przed „ruskimi”. Osiedlili się na Mazurach, w Giżycku, wtedy dość szarym miasteczku. Były prawdziwe zimy i piękne lata. Jeziora i lasy. Nic się właściwie nie działo do powstania słynnego kina Fala, którego kierownikiem został nasz sąsiad. My, dzieci, chodziliśmy na poranki filmowe. To była mała społeczność, skupiona wokół jednej ulicy, która nas wychowywała, bo nikt się specjalnie dziećmi nie przejmował, nie organizował nam czasu. Starsze dzieci nas edukowały, wymyślały dla nas zabawy. Ktoś postanowił, że zrobimy cyrk, fajnie, może nawet zarobimy, sprzedając bilety po złotówce.

Dlaczego cyrk?
Bo czasem przyjeżdżał do Giżycka prawdziwy cyrk z oświetloną areną, artystami w kolorowych kostiumach, orkiestra gra, gaśnie światło i jest magia. Siedziało się na drewnianych ławkach. Ktoś z rodziców pracował w wojsku, a była w Giżycku duża jednostka, i załatwił ogromny namiot. Pinezkami przywiesiliśmy plakaty na naszej lipowej alei. W namiocie był zawieszony trapez, na którym ćwiczyłam w stroju wyszytym cekinami. Miałam pewnie siedem lat. Na głowach grzywy z białej bibuły, bo przygotowaliśmy też taniec koników. Zrobiła się potem afera, że to nielegalne.

Pani rodzice, którzy zostawili wszystko na Litwie, umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości?
Poznali się na Litwie, byli bardzo młodzi. Zakochali się w sobie. Wojna to pokrzyżowała. Mój ojciec był w wileńskim AK razem ze swoim starszym bratem Henrykiem, który kończył prawo na Uniwersytecie Wileńskim [do 1939 roku Uniwersytet Stefana Batorego – przyp. red.]. Henryk jako oficer został zastrzelony w Katyniu. Mój ojciec ukrywał się w lasach. Ujawnił się, kiedy przyszedł nakaz NKWD – groził wywiezieniem na Syberię, jeśli tego nie zrobi. Więc się ujawnił i wywieźli go na Workutę. Dziadkowie uciekli do Polski. Dziadek, który znał się na kolejnictwie, znalazł pracę w Giżycku. Nie wiedział, co stało się z jego synem. Kiedy po paru latach wypuścili ojca z obozu pracy, odnalazł rodzinę przez Czerwony Krzyż. Wysiadł w Giżycku z pociągu, rodzony ojciec go nie rozpoznał, tak był zniszczony. Tymczasem rodzina mojej mamy osiadła pod Wrocławiem. Tam odnalazł ją mój tata. Zeszli się. Przywiózł mamę do Giżycka, założyli rodzinę. Ale było ciężko. Zwłaszcza mamie, bo była daleko od swoich bliskich.

Doświadczenia wojenne pani ojca miały wpływ na życie rodziny?
Mogę się tylko domyślać, bo sam nie chciał opowiadać. Może nie mógł? Bał się? Był przystojnym, wysportowanym mężczyzną. Miał dużo energii. Ale nie do końca się pozbierał po wojnie. Pił. Nie potrafili się z mamą porozumieć. Możliwe, że mama była w głębokiej depresji. Dzieci tego nie wiedzą, prawda? Dzieci chcą być bezpieczne, czuć się potrzebne.

A pani tego nie czuła?
Nie, nigdy. Ale może pewnych spraw nie rozumiałam? Na pewno czułam się gorsza i jakaś taka… Jednocześnie miałam poczucie dumy, więc bardzo wiele chowałam w sobie. Wiedziałam, że nikt za mną nie stoi, bałam się, a byłam po prostu małym człowiekiem. Nie przeszła mi przez głowę myśl, że moje życie mogłoby inaczej wyglądać. Mogłam jedynie o czymś marzyć, coś sobie wyobrażać.

O czym pani marzyła?
O jasności, cieple, miłości…

Żeby ktoś przytulił?
Żeby ktoś przytulił. Tak było… Gdyby nie pojawiło się aktorstwo, to byłabym wspaniałą pielęgniarką w szpitalu w Giżycku. Przez pięć lat na praktykach w liceum pielęgniarskim robiłam z pasją to, co mi kazano. Byliśmy uczeni oddania drugiemu człowiekowi. To była szkoła z dyscypliną, jak zakon. Nosiłyśmy szare fartuszki z białym kołnierzykiem, białymi mankietami, czepkiem, który trzeba było codziennie ręcznie prać, krochmalić i prasować. Pielęgniarstwo wydawało mi się świetnym fachem, chciałam jak najszybciej pójść do pracy i na siebie zarabiać. Dobrze, że mogłam skończyć takie liceum. W nim wzięła mnie pod swoje skrzydła polonistka, pani Krystyna Drab, zasugerowała, że mogłabym zdawać do szkoły teatralnej. Nie wiem dlaczego. Nigdy nie byłam specjalnie otwarta. Należałam do tych, które z boku obserwują. Widocznie zobaczyła to coś, co ukrywałam. W tym czasie jej syn zdawał na reżyserię dźwięku, więc przywiozła nas do Warszawy na egzaminy. Była pierwszą, która się mną zaopiekowała. To ona znalazła mnie na liście przyjętych na studia. To było wielkie szczęście. Mogłam zacząć stawać się dojrzałym człowiekiem.

To był pani anioł?
Tak, zdarzył się cud.

Jeszcze na studiach zagrała pani w filmie „Dolina Issy”. Kogo pani widzi, gdy patrzy na siebie tamtą?
Siebie, która rodzi się na Litwie. Wtedy zadawałam sobie pytanie: jak by wyglądało moje życie? Przecież mogłam się tam urodzić. Mała wieś, domy rozrzucone po pagórkach, rzeczki. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień z pracy. Do tego reżyserował pan Tadeusz Konwicki – cudny, ciepły człowiek, też z Litwy, i jak ja – zodiakalny Rak.

Co by pani powiedziała tej dziewczynie?
Śmiej się z głupot. Nie bierz wszystkiego do siebie. Nie bój się. Jeżeli przychodzi złe, a do każdego przychodzi, to odejdzie. Na końcu jest światło. Póki człowiek żyje, daje radę. Czasem trzeba popełnić głupstwo, podjąć trudną decyzję, zaryzykować.

Tak zaryzykowała pani tuż po szkole teatralnej, wyjeżdżając do Słupska. Skąd taki pomysł?
To było rok przed stanem wojennym. Marek Grzesiński, który reżyserował nasz dyplom, wyjeżdżał objąć tam teatr, montował drużynę. Mieliśmy robić wielkie rzeczy. Całą grupą zdecydowaliśmy, że jedziemy. Tymczasem dostałam telefon z Teatru Współczesnego. Poszłam na spotkanie i powiedziałam dyrektorowi Maciejowi Englertowi, że jestem po słowie z ludźmi z mojego roku. W tamtej sekundzie nie pomyślałam, jaką szansę mi daje. To do mnie dotarło, kiedy wyszłam z teatru. Wpadłam w rozpacz. Powiedziałam kolegom, że chyba zostanę w Warszawie. Odpowiedzieli, że wobec tego też nie jadą. Poczułam odpowiedzialność za wszystkich, ale byłam załamana. Nie było nikogo, kto by mi poradził. Wtedy zadzwonił dyrektor Englert i powiedział, że rozumie, bo sam był kiedyś w podobnej sytuacji. „Do zobaczenia za rok” – usłyszałam. To był moment euforii. Wyjechaliśmy. Wytrzymaliśmy jeden sezon. Kiedy zrobiła się zupełna beznadzieja, podobnie jak wszędzie, zrozumieliśmy, że coś się szykuje, że trzeba szybko wracać. Tak się szczęśliwie złożyło, że Maciej Englert po roku przyjął mnie do zespołu. Bardzo szybko zrozumiałam, że najważniejszy jest start przy wybitnych artystach, mistrzach.

Krzysztof Zaleski powiedział pani, co pomyślał, widząc panią po raz pierwszy?
Myśmy o sobie nie mówili. Bankietowaliśmy, szczególnie w stanie wojennym, bo kiedy chcieliśmy się wieczorem spotkać i pogadać, to musieliśmy siedzieć do rana z powodu godziny policyjnej. Kiedy Krzysztof mnie zobaczył, byli wokół mnie ludzie, to było spontaniczne spotkanie. Słuchaliśmy świetnego jazzu, rozmawialiśmy o spektaklu, do którego się szykował. Lubiłam go, bardzo mi się podobał, ale zakochaliśmy się w sobie jakoś tak po drodze. Tak wówczas było – chemia między ludźmi rodziła się z rozmów, poznawania się. Krzysztof był erudytą, rozmowy z nim były fascynujące. W ogóle tyle brało się z bycia z ludźmi. To było najważniejsze. Pierwszy festiwal filmowy odbywał się jeszcze w Gdańsku, nie było czerwonych dywanów, przebierania się. Liczyły się filmy. Po projekcjach były nasiadówki albo spacery. Pamiętam, jak Sławek Idziak prowadził nas, wesołą grupę, nocnym Gdańskiem. Taki był nasz świat, prosty, zwyczajny. Trzymaliśmy się razem, bo byliśmy na siebie zdani. Filmy powstawały bez gonitwy, szarpania się. Naszą świętością był teatr. Każde słowo wypowiadane ze sceny coś znaczyło.

Aktorstwo to terapia?
Oczywiście, bardzo mi pomogło, bo długo nie wiedziałam, kim jestem. Bywałam różnymi postaciami. Mierzyłam się z psychiką obcych postaci, wchodziłam w nią głęboko, stawałam się nimi i w ten sposób szukałam swojej tożsamości. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Grając, mogłam pewne sprawy wykrzyczeć, wypowiedzieć, przeżyć. Kim jestem? To pytanie nieustannie we mnie było. Co ty, człowieku, możesz dać drugiemu i sobie?

Pani mąż mówił, że można być pokonanym, ale nie zwyciężonym.
Teraz, po tylu latach, osiągnęłam już pewien spokój i pełną świadomość tego, na co mnie stać. Ale na pewno przez całe życie przepracowywałam masę tematów. To za długa rozmowa by była… Pewność siebie i swoich decyzji zabija wrażliwość. Kiedy urodziłam syna, uczyłam się relacji z tym małym człowiekiem, uczyłam się tak patrzeć, żeby go zrozumieć i coś mu przekazać. Zalewałam małego Jasia miłością, jakiej sama nie miałam. Byłam już dojrzałą matką, najstarszą na oddziale położniczym. Miałam 33 lata i byłam starą pierworódką. Wiedziałam, że skoro zdecydowałam się na dziecko, to teraz będę je kochać, kochać, kochać.

A kiedy syn się do pani przytulał?
Rozpływałam się szczęśliwa. Nawet dzisiaj to czuję, kiedy mój wyższy ode mnie i dorosły syn obejmuje mnie ramieniem i mówi: „Matka, kocham cię. Jesteś moim największym przyjacielem”. Pamiętam, kiedy pierwszy raz powiedział do mnie: „Mama”. Narodziło się uczucie nie do opisania.

Zawsze była pani gotowa tworzyć dom, dawać go innym? Pytam o to, pamiętając pani rolę Marii Osieckiej.
Nigdy nie skupiałam się na tym, żeby leżeć, pachnieć i uczyć się ról. Twardo chodzę po ziemi. Musiałam wszystko zabezpieczyć, tak by dom w pełni funkcjonował. U mnie zawsze wszystko było przygotowane, zorganizowane, łącznie z wakacjami. Zawsze ogarniałam wiele frontów. Pełna logistyka – zakupy, gotowanie, żeby ugościć przyjaciół, uszczęśliwić, dawać dobro, tak, dawać dom.

A za panią ktoś ogarniał sprawy?
Niekoniecznie.

Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak)

Widziałem panią w teatrze Komedia. Ma pani frajdę z dawania radości widzom?
Ostatnią moją rolą w teatrze Ateneum była matka, która straciła dziecko, w „Trash Story”, dojmującym spektaklu. Mam piękne wspomnienia z tej pracy, bo spotkałam Jadzię Jankowską-Cieślak, która zawsze była dla mnie mistrzynią. Ale był to czas, kiedy odchodził mój mąż. Przez dwa lata zajmowałam się nim. Moje umiejętności pielęgniarskie bardzo się przydały. Po śmierci Krzysztofa poczułam się psychicznie zmuszona do odejścia z teatru. Podjęłam wielkie ryzyko, po 20 latach na etacie, ale poczucie krzywdy, niezgoda na to, jak mnie potraktowano, i duma Litwinki wzięły górę. Zostałam sama z dzieckiem i musiałam na nowo zbudować rzeczywistość. Moim jedynym zabezpieczeniem było mieszkanie. Wpadłam w panikę. Wtedy Tomasz Dutkiewicz zaproponował mi udział w spektaklu „Dziewczyny z kalendarza” w teatrze Komedia. Znałam film, tekst był dobry. Z przyjemnością zagrałam. Spektakl bardzo podobał się publiczności. Pojawiły się kolejne lekkie role. Każde zadanie traktowałam zawsze jako kształtowanie warsztatu. Jestem wdzięczna Tomkowi, dzięki niemu mogłam żyć normalnie i się rozwijać. Umiem przekazać głębokie treści, ale też widza rozśmieszyć, co jest jeszcze trudniejsze, by po sekundzie go wzruszyć, pozwolić mu w siebie zajrzeć.

Do stawania się dojrzałym człowiekiem potrzeba wybaczenia?
Oczywiście. Dawno wybaczyłam wszystkim, którzy mnie skrzywdzili, niesprawiedliwie oceniali. Sama nauczyłam się nikogo nie oceniać.

Pani zajmowała się mamą pod koniec jej życia.
Tak.

Wyjaśniłyście to sobie?
Nie umiałyśmy nawiązać kontaktu. Po prostu wypełniałam obowiązki. Nie wiem, na czym polegała ta przepaść między nami. Może nie umiała inaczej?

Powiedziała jej to pani?
Cały czas żyła tak, jakby nie opuściła Litwy. Nie musiała tego mówić. Wiedziałam, co się dzieje. Była tylko tęsknota. To życie tu, teraz nie liczyło się. Wspominała piękne dzieciństwo, młodość, spotkania, powozy, przyjęcia… To był jej świat. Też mam bardzo pojemną pamięć, ale żyję tu i teraz. Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. 

Maria Pakulnis aktorka. Była związana z warszawskimi teatrami: Współczesnym, Dramatycznym, Ateneum. W kinie debiutowała na studiach („Dolina Issy”). Ważniejsze role stworzyła w filmach: „Bez końca”, „Dekalog III”, „Jezioro Bodeńskie”, „Obywatel Piszczyk”, „Konsul”, „Pajęczarki”, „Bezmiar sprawiedliwości”, a także w serialach: „Ekstradycja”, „Tylko miłość”, „Prawo Agaty”, a ostatnio także „Osiecka” i „Żywioły Saszy”. Laureatka nagród: im. Zbigniewa Cybulskiego, aktorskiej na MFF w Taorminie, Brązowych Lwów na FPFF w Gdańsku, Złotego Ekranu, Wielkiego Splendoru, a także za kreację aktorską na festiwalu Dwa Teatry.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze