1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maria Pakulnis - parę osób, mały czas

Maria Pakulnis - parę osób, mały czas

 Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak)
Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Aktorka brawurowa. Gra kobiety wyraziste, mocne, pewne siebie. Niosą tajemnicę, którą ona przez lata skrywała. Maria Pakulnis w serialu „Osiecka” gra zranioną mamę Agnieszki, chodzące dobro, jakby próbowała przytulić świat.

Oglądając pani wspaniałą rolę matki Agnieszki Osieckiej, zastanawiałem się, skąd pomysł na obronę jej beznadziejnej miłości do porzucającego ją męża. Znam obyczajowość epoki, w której się wychowała, dokładnie pamiętam takie panie z sąsiedztwa. Ludzie przeżywali ze sobą piekło, ale się nie rozstawali. Żony nie godziły się na rozwód, bo nie umiały zostać same. Maria Osiecka, ta z serialu, wciąż mogłaby dźwignąć nowe życie. A nawet nie chciała wyjść z domu. Uznała, że jeśli ludzie nie będą jej widywać, to nie będą mówić. Na początku jeszcze się ubierała, ale potem została w koszuli nocnej i szlafroku. Dzisiaj umielibyśmy rozpoznać w tym jeden z objawów depresji. Panią Osiecką widziałam może ze dwa razy, odwiedzając Agnieszkę, przemykającą w szlafroku do kuchni, kłaniałam jej się z daleka.

Gra ją pani tak, jakby zawsze była gotowa do stworzenia domu, cokolwiek by się stało. Żyła nadzieją, że stanie się cud i może Wiktor chociaż na Wigilię przyjdzie. Zostały same. Kiedy Agnieszka się wyprowadzała, Maria próbowała wywierać na niej presję. „Nie zrobisz mi tego” – mówiła. Kiedy Agnieszka tłumaczyła, że ma prawie 30 lat, usłyszała od matki: „A ja 70”.

Kim była dla pani Agnieszka Osiecka? Kiedy ją poznałam, miałam 28 lat, ona 48. Poznałyśmy się u mnie w domu, bo Krzysztof [Zaleski, mąż] zaprosił ją, aby porozmawiać o przedstawieniu „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, bardzo chciał je wyreżyserować. Potem bywała u nas często – nie tylko kiedy pracowali nad scenariuszem. Przesiadywała ze mną w kuchni, podpierając głowę, rozmawiałyśmy na różne tematy, a ja patrzyłam na jej piękne dłonie. Podjeżdżała swoim autem, myśmy nie mieli samochodu, żyliśmy skromnie, i zarządzała spontaniczne wycieczki. Pamiętam taki wyjazd nad morze. Była jesień, ale wciąż jeszcze ciepły dzień, leżeliśmy na piasku na zupełnie pustej plaży. Snuliśmy rozmowy, spokojne, ciche. Czułam się jak w sztuce Czechowa. Jej piękno udzielało się światu. Spotkania z nią były dla mnie kojące. Była właściwie ptakiem, sfruwała do nas, ale nie pozwalała się schwycić. Byłam młoda, zapatrzona w jej naturalność. Nigdy nie była umalowana, czasami z jakiejś okazji używała czerwonej szminki. Nie farbowała włosów. Eteryczna, zjawiskowa. My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent.

A jednak każda z was miała swój styl. Miałyśmy poczucie estetyki dzięki obracaniu się w specyficznym środowisku. Docierały do nas modowe nowinki ze świata, a musiał wystarczyć bazar w Rembertowie, gdzie zresztą ubierały się głównie panie śpiewające na estradach. Można tam było kupić trochę odważniejsze ciuchy. Od czasu do czasu jeździłyśmy po pończochy. Ale podstawowe to było mieć małą czarną, która służyła nam przez lata. Pamiętam, że jako dziewczyna bardzo długo zbierałam pieniądze, żeby kupić do niej klasyczne szpilki.

W jednym z wywiadów mówiła pani, że w szkole teatralnej urodziła się na nowo. To co było przed? To ogromna cezura. Byłam w mojej rodzinie pierwszym pokoleniem urodzonym w Polsce. Rodzina, ze strony ojca i matki, mieszkała na Litwie. Uciekali do Polski przed „ruskimi”. Osiedlili się na Mazurach, w Giżycku, wtedy dość szarym miasteczku. Były prawdziwe zimy i piękne lata. Jeziora i lasy. Nic się właściwie nie działo do powstania słynnego kina Fala, którego kierownikiem został nasz sąsiad. My, dzieci, chodziliśmy na poranki filmowe. To była mała społeczność, skupiona wokół jednej ulicy, która nas wychowywała, bo nikt się specjalnie dziećmi nie przejmował, nie organizował nam czasu. Starsze dzieci nas edukowały, wymyślały dla nas zabawy. Ktoś postanowił, że zrobimy cyrk, fajnie, może nawet zarobimy, sprzedając bilety po złotówce.

Dlaczego cyrk? Bo czasem przyjeżdżał do Giżycka prawdziwy cyrk z oświetloną areną, artystami w kolorowych kostiumach, orkiestra gra, gaśnie światło i jest magia. Siedziało się na drewnianych ławkach. Ktoś z rodziców pracował w wojsku, a była w Giżycku duża jednostka, i załatwił ogromny namiot. Pinezkami przywiesiliśmy plakaty na naszej lipowej alei. W namiocie był zawieszony trapez, na którym ćwiczyłam w stroju wyszytym cekinami. Miałam pewnie siedem lat. Na głowach grzywy z białej bibuły, bo przygotowaliśmy też taniec koników. Zrobiła się potem afera, że to nielegalne.

Pani rodzice, którzy zostawili wszystko na Litwie, umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Poznali się na Litwie, byli bardzo młodzi. Zakochali się w sobie. Wojna to pokrzyżowała. Mój ojciec był w wileńskim AK razem ze swoim starszym bratem Henrykiem, który kończył prawo na Uniwersytecie Wileńskim [do 1939 roku Uniwersytet Stefana Batorego – przyp. red.]. Henryk jako oficer został zastrzelony w Katyniu. Mój ojciec ukrywał się w lasach. Ujawnił się, kiedy przyszedł nakaz NKWD – groził wywiezieniem na Syberię, jeśli tego nie zrobi. Więc się ujawnił i wywieźli go na Workutę. Dziadkowie uciekli do Polski. Dziadek, który znał się na kolejnictwie, znalazł pracę w Giżycku. Nie wiedział, co stało się z jego synem. Kiedy po paru latach wypuścili ojca z obozu pracy, odnalazł rodzinę przez Czerwony Krzyż. Wysiadł w Giżycku z pociągu, rodzony ojciec go nie rozpoznał, tak był zniszczony. Tymczasem rodzina mojej mamy osiadła pod Wrocławiem. Tam odnalazł ją mój tata. Zeszli się. Przywiózł mamę do Giżycka, założyli rodzinę. Ale było ciężko. Zwłaszcza mamie, bo była daleko od swoich bliskich.

Doświadczenia wojenne pani ojca miały wpływ na życie rodziny? Mogę się tylko domyślać, bo sam nie chciał opowiadać. Może nie mógł? Bał się? Był przystojnym, wysportowanym mężczyzną. Miał dużo energii. Ale nie do końca się pozbierał po wojnie. Pił. Nie potrafili się z mamą porozumieć. Możliwe, że mama była w głębokiej depresji. Dzieci tego nie wiedzą, prawda? Dzieci chcą być bezpieczne, czuć się potrzebne.

A pani tego nie czuła? Nie, nigdy. Ale może pewnych spraw nie rozumiałam? Na pewno czułam się gorsza i jakaś taka… Jednocześnie miałam poczucie dumy, więc bardzo wiele chowałam w sobie. Wiedziałam, że nikt za mną nie stoi, bałam się, a byłam po prostu małym człowiekiem. Nie przeszła mi przez głowę myśl, że moje życie mogłoby inaczej wyglądać. Mogłam jedynie o czymś marzyć, coś sobie wyobrażać.

O czym pani marzyła? O jasności, cieple, miłości…

Żeby ktoś przytulił? Żeby ktoś przytulił. Tak było… Gdyby nie pojawiło się aktorstwo, to byłabym wspaniałą pielęgniarką w szpitalu w Giżycku. Przez pięć lat na praktykach w liceum pielęgniarskim robiłam z pasją to, co mi kazano. Byliśmy uczeni oddania drugiemu człowiekowi. To była szkoła z dyscypliną, jak zakon. Nosiłyśmy szare fartuszki z białym kołnierzykiem, białymi mankietami, czepkiem, który trzeba było codziennie ręcznie prać, krochmalić i prasować. Pielęgniarstwo wydawało mi się świetnym fachem, chciałam jak najszybciej pójść do pracy i na siebie zarabiać. Dobrze, że mogłam skończyć takie liceum. W nim wzięła mnie pod swoje skrzydła polonistka, pani Krystyna Drab, zasugerowała, że mogłabym zdawać do szkoły teatralnej. Nie wiem dlaczego. Nigdy nie byłam specjalnie otwarta. Należałam do tych, które z boku obserwują. Widocznie zobaczyła to coś, co ukrywałam. W tym czasie jej syn zdawał na reżyserię dźwięku, więc przywiozła nas do Warszawy na egzaminy. Była pierwszą, która się mną zaopiekowała. To ona znalazła mnie na liście przyjętych na studia. To było wielkie szczęście. Mogłam zacząć stawać się dojrzałym człowiekiem.

To był pani anioł? Tak, zdarzył się cud.

Jeszcze na studiach zagrała pani w filmie „Dolina Issy”. Kogo pani widzi, gdy patrzy na siebie tamtą? Siebie, która rodzi się na Litwie. Wtedy zadawałam sobie pytanie: jak by wyglądało moje życie? Przecież mogłam się tam urodzić. Mała wieś, domy rozrzucone po pagórkach, rzeczki. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień z pracy. Do tego reżyserował pan Tadeusz Konwicki – cudny, ciepły człowiek, też z Litwy, i jak ja – zodiakalny Rak.

Co by pani powiedziała tej dziewczynie? Śmiej się z głupot. Nie bierz wszystkiego do siebie. Nie bój się. Jeżeli przychodzi złe, a do każdego przychodzi, to odejdzie. Na końcu jest światło. Póki człowiek żyje, daje radę. Czasem trzeba popełnić głupstwo, podjąć trudną decyzję, zaryzykować.

Tak zaryzykowała pani tuż po szkole teatralnej, wyjeżdżając do Słupska. Skąd taki pomysł? To było rok przed stanem wojennym. Marek Grzesiński, który reżyserował nasz dyplom, wyjeżdżał objąć tam teatr, montował drużynę. Mieliśmy robić wielkie rzeczy. Całą grupą zdecydowaliśmy, że jedziemy. Tymczasem dostałam telefon z Teatru Współczesnego. Poszłam na spotkanie i powiedziałam dyrektorowi Maciejowi Englertowi, że jestem po słowie z ludźmi z mojego roku. W tamtej sekundzie nie pomyślałam, jaką szansę mi daje. To do mnie dotarło, kiedy wyszłam z teatru. Wpadłam w rozpacz. Powiedziałam kolegom, że chyba zostanę w Warszawie. Odpowiedzieli, że wobec tego też nie jadą. Poczułam odpowiedzialność za wszystkich, ale byłam załamana. Nie było nikogo, kto by mi poradził. Wtedy zadzwonił dyrektor Englert i powiedział, że rozumie, bo sam był kiedyś w podobnej sytuacji. „Do zobaczenia za rok” – usłyszałam. To był moment euforii. Wyjechaliśmy. Wytrzymaliśmy jeden sezon. Kiedy zrobiła się zupełna beznadzieja, podobnie jak wszędzie, zrozumieliśmy, że coś się szykuje, że trzeba szybko wracać. Tak się szczęśliwie złożyło, że Maciej Englert po roku przyjął mnie do zespołu. Bardzo szybko zrozumiałam, że najważniejszy jest start przy wybitnych artystach, mistrzach.

Krzysztof Zaleski powiedział pani, co pomyślał, widząc panią po raz pierwszy? Myśmy o sobie nie mówili. Bankietowaliśmy, szczególnie w stanie wojennym, bo kiedy chcieliśmy się wieczorem spotkać i pogadać, to musieliśmy siedzieć do rana z powodu godziny policyjnej. Kiedy Krzysztof mnie zobaczył, byli wokół mnie ludzie, to było spontaniczne spotkanie. Słuchaliśmy świetnego jazzu, rozmawialiśmy o spektaklu, do którego się szykował. Lubiłam go, bardzo mi się podobał, ale zakochaliśmy się w sobie jakoś tak po drodze. Tak wówczas było – chemia między ludźmi rodziła się z rozmów, poznawania się. Krzysztof był erudytą, rozmowy z nim były fascynujące. W ogóle tyle brało się z bycia z ludźmi. To było najważniejsze. Pierwszy festiwal filmowy odbywał się jeszcze w Gdańsku, nie było czerwonych dywanów, przebierania się. Liczyły się filmy. Po projekcjach były nasiadówki albo spacery. Pamiętam, jak Sławek Idziak prowadził nas, wesołą grupę, nocnym Gdańskiem. Taki był nasz świat, prosty, zwyczajny. Trzymaliśmy się razem, bo byliśmy na siebie zdani. Filmy powstawały bez gonitwy, szarpania się. Naszą świętością był teatr. Każde słowo wypowiadane ze sceny coś znaczyło.

Aktorstwo to terapia? Oczywiście, bardzo mi pomogło, bo długo nie wiedziałam, kim jestem. Bywałam różnymi postaciami. Mierzyłam się z psychiką obcych postaci, wchodziłam w nią głęboko, stawałam się nimi i w ten sposób szukałam swojej tożsamości. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Grając, mogłam pewne sprawy wykrzyczeć, wypowiedzieć, przeżyć. Kim jestem? To pytanie nieustannie we mnie było. Co ty, człowieku, możesz dać drugiemu i sobie?

Pani mąż mówił, że można być pokonanym, ale nie zwyciężonym. Teraz, po tylu latach, osiągnęłam już pewien spokój i pełną świadomość tego, na co mnie stać. Ale na pewno przez całe życie przepracowywałam masę tematów. To za długa rozmowa by była… Pewność siebie i swoich decyzji zabija wrażliwość. Kiedy urodziłam syna, uczyłam się relacji z tym małym człowiekiem, uczyłam się tak patrzeć, żeby go zrozumieć i coś mu przekazać. Zalewałam małego Jasia miłością, jakiej sama nie miałam. Byłam już dojrzałą matką, najstarszą na oddziale położniczym. Miałam 33 lata i byłam starą pierworódką. Wiedziałam, że skoro zdecydowałam się na dziecko, to teraz będę je kochać, kochać, kochać.

A kiedy syn się do pani przytulał? Rozpływałam się szczęśliwa. Nawet dzisiaj to czuję, kiedy mój wyższy ode mnie i dorosły syn obejmuje mnie ramieniem i mówi: „Matka, kocham cię. Jesteś moim największym przyjacielem”. Pamiętam, kiedy pierwszy raz powiedział do mnie: „Mama”. Narodziło się uczucie nie do opisania.

Zawsze była pani gotowa tworzyć dom, dawać go innym? Pytam o to, pamiętając pani rolę Marii Osieckiej. Nigdy nie skupiałam się na tym, żeby leżeć, pachnieć i uczyć się ról. Twardo chodzę po ziemi. Musiałam wszystko zabezpieczyć, tak by dom w pełni funkcjonował. U mnie zawsze wszystko było przygotowane, zorganizowane, łącznie z wakacjami. Zawsze ogarniałam wiele frontów. Pełna logistyka – zakupy, gotowanie, żeby ugościć przyjaciół, uszczęśliwić, dawać dobro, tak, dawać dom.

A za panią ktoś ogarniał sprawy? Niekoniecznie.

Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak) Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak)

Widziałem panią w teatrze Komedia. Ma pani frajdę z dawania radości widzom? Ostatnią moją rolą w teatrze Ateneum była matka, która straciła dziecko, w „Trash Story”, dojmującym spektaklu. Mam piękne wspomnienia z tej pracy, bo spotkałam Jadzię Jankowską-Cieślak, która zawsze była dla mnie mistrzynią. Ale był to czas, kiedy odchodził mój mąż. Przez dwa lata zajmowałam się nim. Moje umiejętności pielęgniarskie bardzo się przydały. Po śmierci Krzysztofa poczułam się psychicznie zmuszona do odejścia z teatru. Podjęłam wielkie ryzyko, po 20 latach na etacie, ale poczucie krzywdy, niezgoda na to, jak mnie potraktowano, i duma Litwinki wzięły górę. Zostałam sama z dzieckiem i musiałam na nowo zbudować rzeczywistość. Moim jedynym zabezpieczeniem było mieszkanie. Wpadłam w panikę. Wtedy Tomasz Dutkiewicz zaproponował mi udział w spektaklu „Dziewczyny z kalendarza” w teatrze Komedia. Znałam film, tekst był dobry. Z przyjemnością zagrałam. Spektakl bardzo podobał się publiczności. Pojawiły się kolejne lekkie role. Każde zadanie traktowałam zawsze jako kształtowanie warsztatu. Jestem wdzięczna Tomkowi, dzięki niemu mogłam żyć normalnie i się rozwijać. Umiem przekazać głębokie treści, ale też widza rozśmieszyć, co jest jeszcze trudniejsze, by po sekundzie go wzruszyć, pozwolić mu w siebie zajrzeć.

Do stawania się dojrzałym człowiekiem potrzeba wybaczenia? Oczywiście. Dawno wybaczyłam wszystkim, którzy mnie skrzywdzili, niesprawiedliwie oceniali. Sama nauczyłam się nikogo nie oceniać.

Pani zajmowała się mamą pod koniec jej życia. Tak.

Wyjaśniłyście to sobie? Nie umiałyśmy nawiązać kontaktu. Po prostu wypełniałam obowiązki. Nie wiem, na czym polegała ta przepaść między nami. Może nie umiała inaczej?

Powiedziała jej to pani? Cały czas żyła tak, jakby nie opuściła Litwy. Nie musiała tego mówić. Wiedziałam, co się dzieje. Była tylko tęsknota. To życie tu, teraz nie liczyło się. Wspominała piękne dzieciństwo, młodość, spotkania, powozy, przyjęcia… To był jej świat. Też mam bardzo pojemną pamięć, ale żyję tu i teraz. Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. 

Maria Pakulnis aktorka. Była związana z warszawskimi teatrami: Współczesnym, Dramatycznym, Ateneum. W kinie debiutowała na studiach („Dolina Issy”). Ważniejsze role stworzyła w filmach: „Bez końca”, „Dekalog III”, „Jezioro Bodeńskie”, „Obywatel Piszczyk”, „Konsul”, „Pajęczarki”, „Bezmiar sprawiedliwości”, a także w serialach: „Ekstradycja”, „Tylko miłość”, „Prawo Agaty”, a ostatnio także „Osiecka” i „Żywioły Saszy”. Laureatka nagród: im. Zbigniewa Cybulskiego, aktorskiej na MFF w Taorminie, Brązowych Lwów na FPFF w Gdańsku, Złotego Ekranu, Wielkiego Splendoru, a także za kreację aktorską na festiwalu Dwa Teatry.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Mariusz Wilczyński: "Wolę stawiać pytania"

 Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Film jest właściwie czarno-biały. Na takim tle bardzo wyróżnia się różowa kokardka we włosach twojej mamy. Zrobiłeś ten film dla niej? Tak, ale i dla Tadeusza Nalepy, i paru innych osób, także dla siebie.

Czy ta kokardka jakoś mamę charakteryzuje? Była kolorowa, wyróżniała się, jak ten róż? Mama była bardzo kolorowa, ale także, niestety, niespełniona. Rodzina mamy to byli repatrianci z Wilna. Mój dziadek, ceniony w Łodzi adwokat, nie zrobił jednak kariery, bo nigdy nie zapisał się do PZPR. W młodości miał bardzo ciężkie życie. Jego ojciec zmarł tragicznie, dziadek miał wtedy 16 lat. Musiał odtąd pracować na utrzymanie swojej mamy i czterech młodszych sióstr. Nazywał się Józef Rodziewicz, podkreślam to, bo Maria Rodziewiczówna to nasza rodzina. Dziadek studiował polonistykę i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i udzielał korepetycji z polskiego swoim kolegom z roku, Czesławowi Miłoszowi i późniejszemu aktorowi Igorowi Śmiałowskiemu. Przed wojną poślubił Irenę Czarnocką, której matka studiowała jako jedna z pierwszych kobiet na Sorbonie. Gdy wybuchła wojna, dziadek wywinął się z wojska, zapisując się do Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie, podobno komuniści nie brali do wojska artystów. Dziadkowie z dwoma córkami, moją mamą i jej siostrą, po wojnie osiedlili się w Łodzi. Mama zrobiła w jeden rok dwie albo trzy klasy, co skutkowało tym, że jak skończyła szkołę średnią, nie miała 18 lat. W tajemnicy przed dziadkiem zdawała do szkoły filmowej na aktorstwo. I dostała się na pierwszym miejscu. Była naprawdę dobra z recytacji. Do końca życia dziadka w jego domu wisiał dyplom mamy z konkursu recytatorskiego wierszy Mickiewicza, na którym było napisane: pierwsze miejsce – Barbara Rodziewicz, drugie – Jadwiga Barańska.

Utalentowana! Dlaczego nie poszła w tym kierunku? Nie miała skończonych 18 lat, w szkole aktorskiej powiedziano jej więc, że przyjmą ją za rok. Mama niestety wygadała się swoim rodzicom, i tu odezwał się konserwatyzm dziadka. Jego naciski były zapewne tak duże, że mama zrezygnowała z aktorstwa i zdała na chemię spożywczą. No a później wyszła za mojego ojca, potem ja się urodziłem, a kiedy miałem trzy latka, ojciec wyprowadził się z domu, wyjechał do innego miasta i mama musiała radzić sobie sama, bo to były takie czasy, że ojcowie nie płacili alimentów. Myślę, że mama miała ogromne poczucie niespełnienia, że nie została artystką.

Jak to niespełnienie mamy się przejawiało? Mieszkaliśmy w kawalerce, 16 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią, pokojem przedzielonym szafą. Obserwowałem często, jak mama śpiewa do słuchawki prysznicowej piosenki Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej. Narysowałem tę scenę w filmie – Małgorzata Kożuchowska śpiewa do tłuczka, którym potem zabija ryby. Mama na pewno żyła nie tak, jak chciała. Była laborantką w sanepidzie w Łodzi, mało zarabiała, pomagali nam dziadkowie.

Wygląda na to, że talent artystyczny odziedziczyłeś po niej. Od kiedy pamiętam, miałem zamiłowanie do rysowania. A czy mam to po mamie? Niedawno uknułem sobie, że być może artystą zostaje się łatwiej, jak się ma jakieś wady w urodzie. Mój profesor na ASP, Stanisław Fijałkowski, wybitny malarz drugiej połowy XX wieku, z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ostatnich latach jego życia, był malutki, podobny do szczurka, z drobną buźką i odstającymi uszami. Tak sobie siedzieliśmy, piliśmy naleweczkę i patrzyliśmy na siebie – on i ja, guliweryczny grubas. Jako dziecko nie wychodziłem z domu, mama dawała mi kredki albo włączała bajki, które zazwyczaj czytała Irena Kwiatkowska. Mama ubierała się bardzo awangardowo, zakładała często czerwone rajstopy, a wszyscy ubierali się wtedy na szaro, może poza Czesławem Niemenem i zespołem Breakout. I pamiętam, że kiedy wychodziliśmy na ulicę, ludzie krzyczeli za nami: „O, kurwa idzie”. Albo wyzywali od Żydów, bo nie chodziliśmy do kościoła. Mieszkaliśmy na parterze, pewnego dnia ukradli nam i oskórowali kota. Kiedyś związali mnie drutem i nakarmili psim gównem.

Hardcorowe dzieciństwo. Takie były czasy, taka była Łódź. Dostawałem wpierdol, sam dawałem wpierdol. Dotknąłem prawdziwego życia. Zamykałem się w swoim świecie, cały czas rysowałem, głównie bitwę pod Grunwaldem. Rysowałem po kawałku i doklejałem, robiły się z tego ciągi po pięć metrów. Nasi rycerze na tych rysunkach na różne sposoby zwyciężali Krzyżaków.

Mama cię w tym wspierała? Tak, bardzo. Zwłaszcza wtedy, gdy dostawałem w szkole dwóje z plastyki. Narysowałem kiedyś Zawiszę Czarnego na ogierze, a ogier miał dużego siusiaka, co zaobserwowałem, będąc na wsi. Innym razem zobaczyłem w telewizji, jak ciężarowiec, nazywał się chyba Baszanowski, dźwiga ciężary. Zauważyłem, że ma włosy pod pachami i duże przyrodzenie, co potem odwzorowałem na rysunku. Pamiętam, że chcieli mnie za to wyrzucić ze szkoły. Wezwali moją matkę, psychologa, przechodziłem jakieś testy psychologiczne. Do dzisiaj pamiętam, jak pokazywano mi na przykład żabę i pytano, czy to ryba. Sprawdzano, czy nie jestem aby szurnięty. Test zdałem, ale od tego momentu miałem w szkole kłopoty. W liceum zarywałem lekcje, bo chodziłem z kumplami na wagary rysować, chodziłem też na kółko plastyczne, to była moja pasja. Mama zawsze mnie wspierała, choć było jej trudno, bo dziadkowie wywierali presję, żebym wybrał porządny zawód.

A ojciec? Był wojskowym lekarzem, chciał, żebym wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Miał wobec mnie takie oczekiwania, jakie zazwyczaj ojcowie mają wobec synów. Ja ich nie spełniałem, do dzisiaj nie umiem wbić gwoździa czy wkręcić śrubki, ojciec był tym zawiedziony. Mama mnie chroniła, i przed dziadkami, i przed ojcem. Potem znalazła partnera, jestem mu wdzięczny, bo opiekował się mamą i mną, ale oczekiwania wobec mnie miał trochę podobne jak mój ojciec. Dosyć szybko, bo w wieku 19 lat, wyprowadziłem się z domu. Mama, mimo pewnych obaw, była przeszczęśliwa, jak poznałem Nalepę, mojego przewodnika, takiego trochę ojca. On mnie nauczył, co to znaczy być artystą.

Mama doczekała twojego sukcesu? Umarła w 2000 roku, więc doczekała jedynie moich „Księgoklipów” pokazywanych w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Była bardzo z tego dumna.

Nie mogła cieszyć się twoim wielkim sukcesem, czyli retrospektywą w nowojorskim Museum of Modern Art. Od tej retrospektywy wszystko się zaczęło. Żałuję, bo mama nie dowiedziała się, że wspierając mnie, miała rację.

Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

W filmie jest niesamowicie poruszająca scena przy szpitalnym łóżku. Myślę, że wielu ludzi zobaczy w niej nieodbyte rozmowy ze swoimi rodzicami. Po projekcji na festiwalu w Berlinie podchodzili do mnie ludzie ze wszystkich kontynentów i to mówili. Potem, jak film krążył już w sieci, wiele osób pisało mi, że dzięki temu, że go obejrzeli, zaczęli dbać o rodziców. Nie spodziewałem się takiej reakcji, że oto mój film spowoduje, że dzieci okażą rodzicom trochę serca. Tu nie chodzi o heroiczne rzeczy, tylko o drobne gesty, które niewiele kosztują.

Ty tego nie dałeś mamie? Miałeś chyba z nią dobrą relację, byłeś jej ukochanym synkiem. Miałem dziwną relację. Ona o mnie bardzo walczyła, ale też przytłaczała w moim dorosłym życiu z kobietami. A ja potrafiłem zawalczyć o swoje. Kiedyś nawet wyprosiłem mamę z mojego domu, jak zaczęła otwierać szafę i mówić, co to za bałagan, a w podtekście były wyrzuty skierowane do mojej narzeczonej. Wtedy moja relacja z mamą się ochłodziła. I tak jakoś się stało, że nie zauważyłem tego, iż powinienem bardziej o nią dbać, częściej dzwonić, jeździć do niej. Rozmowa w filmie jest w sporej części rekonstrukcją mojej rozmowy z mamą w szpitalu. Miałem przyjechać w poniedziałek, ale już nie zdążyłem. Trudno pogodzić się z tym, że mama umierała w samotności, że jej nie przytuliłem, nie powiedziałem, że ją kocham, nie pożegnałem po prostu. Zacząłem rysować ten film, żeby wrócić do tego, co umknęło. I tak powoli rysowanie stało się dla mnie światem realnym, a ten realny świat – obcym, trwało to kilkanaście lat.

Dlaczego tak długo? To był mozół niedający się skończyć czy przeciwnie – radość, której celowo nie chciałeś przerywać? I to, i to. Z jednej strony to był oczywiście duży wysiłek podzielony na różne etapy. Miałem zwątpienia, a największe po zamkniętym pokazie, kiedy pewna krytyczka sztuki podeszła do mnie i powiedziała: „To już jest trochę lepsze od tych twoich kotków i piesków z TVP Kultura, ale zdecydowanie za długie”. Bardzo się przejąłem jej opinią, bo to najbardziej znana polska krytyczka sztuki. Ale zaraz potem powiedziałem sobie trochę bezczelnie: „Kurczę, to ja miałem wystawę w MoMie, a nie ty”. Te 14 lat pracy nad filmem to był najbardziej sensowny czas w moim życiu. Czułem, że robię coś ważnego. Świat się zmieniał, a ja rysowałem i doklejałem kolejne kartki. Trwało to tak długo dlatego, że na początku planowałem góra 15 minut. W pewnym momencie film wydłużył się do 130 minut, ostatecznie ma 88. To jest trochę tak, jakbyś zaczynała szyć chusteczkę do nosa, a potem okazuje się, że jednak chciałaś uszyć garnitur. Nie postrzegam swojej pracy w kategoriach znoju. Bo to coś najpiękniejszego, co mogło mi się przytrafić. Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony.

Zaprosiłeś do filmu wielkich artystów, na pewno nieprzypadkowo akurat tych. Chciałem przede wszystkim zaangażować tych, którzy kształtowali mój świat wyobraźni i moją wrażliwość. Jako dziecko słuchałem bajek czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Podziwiałem Gustawa Holoubka, dla którego aktorstwo było posłannictwem. Potem przyjaźniłem się z Tadeuszem Nalepą, Tomaszem Stańką. Oni byli kapłanami wartości, które przejąłem. Kształtowali moją wiarę w sztukę jako coś najważniejszego. Jak nie miałem pieniędzy, to brałem kredyt, a odrzucałem propozycję udziału w reklamach, bo wydawało mi się, że nie wszystko jest na sprzedaż. Ci artyści wnieśli do mojego filmu swoje emploi, osobowość, wszystkie znaczenia kulturowe, jakie się z nimi wiążą. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Najpierw nagrałem panią Irenę, potem wymyśliłem pana Andrzeja Wajdę.

Nieodkryty, przynajmniej dla mnie, talent aktorski! Pan Andrzej nie zdążył dokończyć dzieła, zastąpił go, zresztą z polecenia pana Andrzeja, Marek Kondrat. Tak więc ostateczny efekt granej przez niego postaci to miks gry tych dwóch artystów. Marek Kondrat, jak już skończył grać Andrzeja Wajdę, zapytał, co może jeszcze zrobić dla filmu. Poprosiłem, żeby zagrał mojego ojca. To dla mnie ogromny zaszczyt, podobnie zresztą jak zaszczytem była współpraca z Krystyną Jandą, Anną Dymną, Barbarą Krafftówną…

Genialna Krafftówna w roli twojej mamy rozrywa serce. Pamiętam do dzisiaj ten dzień, wszyscy w studiu mieli łzy w oczach. Jak odprowadzałem potem panią Barbarę do taksówki, dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej zmarł jej jedyny syn, a kilka dni przed nagraniem przyszła do Polski urna z jego prochami. Myślę, że tę scenę w szpitalu grała dla niego. Może dlatego jest tak poruszająca.

Film ma też momenty zabawne. Andrzej Chyra powiedział mi kilka razy, że to jego najlepsza rola komediowa.

Powiedz, proszę, co to jest TO w tytule filmu, które każesz zabić. Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałbym być poetą haiku. Nie umiem tak operować słowami, jak wydaje mi się, że umiem rysować. Boję się, że mówiąc o tym, byłbym jak słoń w składzie porcelany. A poza tym nie lubię w filmach dawać odpowiedzi, wolę zadawać pytania, które widz może starać się rozwikłać.

Może tęsknota albo balast przeszłości? Łódź? W końcu porzuciłeś miasto i wyjechałeś na wieś. Nie zabijam w sobie Łodzi, to moje miasto, ono mnie ukształtowało. Może TO jest czymś takim, co nas zatrzymuje, co nie pozwala iść dalej? Przez lata pracy nad tym filmem moja pracownia była zapełniona duchami z filmu. W pewnym momencie chciałem już ten świat opuścić. Ale nie chcę brnąć dalej w tłumaczenia. Widzisz, że mówię nieudolnie.

Następny film będziesz robił przez kolejne 14 lat? Na pewno krócej, ponieważ zamierzam zrealizować film 80-minutowy, mam już treatment, więc już wiem, ile potrzeba materiału na ten garnitur. Wtedy tego nie wiedziałem.

To będzie też osobisty film? Z grubsza rzecz ujmując, to będzie film o starzejącym się artyście ruszającym w świat w poszukiwaniu kogoś, komu przekaże swój dorobek, który by uszczęśliwił obdarowanego, a jednocześnie nadał sens życia temu artyście. Lubię pracować na uczuciach, które znam, które przeżyłem, ponieważ wtedy – tak sądzę – mogę je prawdziwie przedstawić. W tym więc sensie to będzie film osobisty. Ale też taka trochę bajka. Bo ja lubię opowiadać bajki. Teraz jednak czeka mnie oscarowa promocja „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Znów wracam do MoMy, najważniejszego muzeum sztuki na świecie. Bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Mamo, to też dzięki Tobie.

Mariusz Wilczyński, reżyser filmów animowanych, malarz, performer, scenograf, wykładowca animacji w szkołach filmowych. Autor pierwszej oprawy TVP Kultura, twórca ponad 200 „Księgoklipów” w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Pierwszy Polak zaproszony na indywidualny przegląd twórczości w nowojorskim Museum of Modern Art. Laureat Złotych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za animowany film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” (dostępny na platformie Nowe Horyzonty VOD).

  1. Kultura

Al Pacino - ikona kina, marzyciel, prowokator

 Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)
Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Pretekstem do naszego spotkania jest serial „Hunters”. Sprawdziłam: pomijając dość jednak nietypowe „Anioły w Ameryce”, w klasycznym telewizyjnym serialu zagrał pan tylko raz, w „N.Y.P.D.” z... 1968 roku. A rzeczywiście, nie zwykłem grać w tego typu produkcjach. Ale zdaje się, że to jest teraz to, co robią koleżanki i koledzy aktorzy w tak zwanym wolnym czasie. A mamy go całkiem sporo, biorąc pod uwagę okoliczności.

Co pana, prócz wolnego czasu, skłoniło do tego projektu? Pieniądze. Brak innych interesujących ofert. Aktorstwo trzeba ćwiczyć, niemal jak mięśnie. Pamięć należy trenować, tak samo jak interakcje z ludźmi czy nowe formy komunikacji. Ja, mimo wieku, wciąż potrzebuję wyzwań, a serial „Hunters” miał szalenie ciekawy scenariusz. I choć początkowo otrzymałem tylko zarys pilotażowego odcinka, znałem zamysł całej fabuły. Był nieco kontrowersyjny, i to podobało mi się najbardziej. Zawsze lubiłem ryzyko wpisane w ten zawód.

To opowieść o grupie zapaleńców, która próbuje zwalczać neonazistowskie nowojorskie formacje. Gram kogoś, kto – można powiedzieć – stoi na czele całej tej zabójczej bandy. A jest to swoista galeria postaci. Mój bohater, Meyer Offerman, jest człowiekiem pełnym tajemnic, przetrwał obóz koncentracyjny i po wojnie wyemigrował z Europy do Stanów. Jego walka jest nie tyle formą zemsty, co świadomie wybranym sposobem na życie po traumie, której doświadczył w Auschwitz. To jest pytanie, które zresztą sam często stawiałem sobie w życiu: czy po formacyjnych, traumatyzujących doświadczeniach możliwy jest powrót do normalności? Meyer musi robić to, co robi, to jest jego forma na przepracowanie lęków i wspomnień. Próba zadośćuczynienia tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, ile on.

Były protesty, że ta kryminalno-popkulturowa forma serialu nie licuje z tematem poobozowej traumy. Nie wiem, co z nim licuje, a co nie. Czasy mamy takie, że poprawność polityczna wydaje się delikatną formą cenzury. W sumie dość nieinwazyjną. Świat w związku z akcjami typu #MeToo wiele zyskał, ale też coś stracił.

Co? Brawurę, odwagę, świeżość, ryzyko, dystans. Obecnie sztuka i artyści cenzurują się sami. Zamiast tworzyć i bulwersować, zastanawiamy się, co wypada i kto pierwszy wytoczy nam proces. Sztuka i kultura nie powinny mieć tego typu ograniczeń. Prawdziwa twórczość, o czystej intencji, obroni się sama. A współcześni ludzie są na tyle wyczuleni i obyci, że są w stanie odróżnić chłam od czegoś wartościowego, nawet jeśli będzie to kontrowersyjne w wydźwięku. Wszystko jest kwestią intencji, od lat toczy się ta dyskusja, obecnie jednak przybiera ona karykaturalną formę. Inna sprawa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego uczucia i poglądy w taki czy inny sposób zostały urażone. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że zaczęto cenzurować kreskówki. Ludzie! Wolność polega między innym na tym, że mamy wybór. Takie zjawiska jak cancel culture czy online shaming [wykluczanie i ostracyzm, głównie w przestrzeni wirtualnych mediów – przyp. red.] bardzo mnie niepokoją czy wręcz złoszczą. Założę się, że w połowie filmów, w których grałem, pewnie dziś nie mógłbym wziąć udziału, bo uznane by zostały za szkodliwe obyczajowo i nie dopuszczono by ich do realizacji.

Któryś jest panu szczególnie bliski? „Człowiek z blizną”. A wie pani dlaczego? To jest mój nieodżałowany tytuł, bo jak tylko wszedł na ekrany, krytyka go zmiażdżyła. Ikoniczny i kultowy dla wielu film Briana De Palmy, do którego scenariusz napisał Oliver Stone, został zniszczony przez dziennikarzy i opinię publiczną. To było jak kubeł zimnej wody, którego nikt z nas się nie spodziewał. Dziś jest rzecz jasna inaczej, ale proszę mi wierzyć, o „Człowieku z blizną”, mimo nominacji do Złotych Globów, pisano niesłychanie niepochlebne rzeczy. I właśnie w takich okolicznościach, tuż po rozdaniu Oscarów – to był bodaj 1984 rok – któregoś dnia wychodziłem z knajpy i szedłem do auta. Patrzę, a tu nagle otacza mnie grupka osób. Nie miałem pojęcia, kim są ci ludzie.

Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW) Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)

Wyglądali groźnie? Nie, po prostu nie spodziewałem się zbiegowiska. Tymczasem oni stanęli w kręgu, poczułem się dosyć nieswojo, próbowałem żartować. Milczeli chwilę, po czym nagle jeden z mężczyzn wyciągnął statuetkę, która bardzo przypominała Oscara. Podał mi ją ze słowami: „To za rolę w »Człowieku z blizną«. Był pan najlepszy! Niech żyje Tony Montana! Dziękujemy!”. Zaczęli wiwatować, klaskać, gratulować. Po czym równie szybko jak się zebrali, rozpłynęli się w tłumie, a ja zostałem sam na środku pustego parkingu z fałszywym Oscarem w ręku [śmiech]. Mógłbym po latach pomyśleć, że wszystko to mi się przyśniło, ale ten nieprawdziwy, choć nie mniej ważny Oscar stoi do dziś na półce w moim biurze, obok tego, którego otrzymałem za rolę w „Zapachu kobiety”. Niech pani zgadnie, na którego patrzę z większą czułością.

Domyślam się. Piękna historia! Dzięki kinu mam takich wiele.

Przy okazji muszę spytać o Nowy Jork. W tym mieście zrealizował pan, oprócz „Człowieka z blizną”, wiele innych filmów, także akcja serialu „Hunters” rozgrywa się właśnie tutaj. Na ile to miasto jest dla pana ważne? Urodziłem się we wschodnim Harlemie, wychowałem w Bronksie. Kocham Nowy Jork, to mój dom. Ten prawdziwy, rodzinny, jedyny, do którego wraca się zawsze z dziwnym kołataniem w głowie... Oczy mi łzawią, serce się raduje. I z pewnością osadzenie serialu właśnie w tym miejscu i w tym czasie wpłynęło na moją przychylność względem projektu. Wszystko w „Hunters” zostało wystylizowane na koniec lat 70. Przywołano świat, którego już nie ma, a który jest mi szalenie bliski.

Stare nowojorskie przyjaźnie przetrwały? Czy w show-biznesie w ogóle możliwa jest prawdziwa przyjaźń? Oczywiście. Dam przykład jeden z wielu: to, że mogłem zagrać Jimmy’ego Hoffę w „Irlandczyku”, zawdzięczam mojemu serdecznemu przyjacielowi Robertowi De Niro. To on powiedział Martinowi Scorsesemu, że rola Hoffy jest stworzona dla mnie i nikt inny tego lepiej nie zagra.

Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW) Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW)

Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że ze Scorsesem spotkał się pan po raz pierwszy dopiero teraz, na planie „Irlandczyka”. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, też wydało mi się to niewiarygodne. Ale to prawda, przez lata nasze drogi się nie przecinały, przynajmniej nie zawodowo, towarzysko znaliśmy się przecież, rozmawialiśmy nieraz. Z De Niro pracowaliśmy kilkakrotnie [„Ojciec chrzestny II”, „Gorączka”, „Zawodowcy” – przyp. aut.], a ze Scorsesem nie było nam dane, nad czym dziś, po latach, ubolewam. Wiem, że ominęła mnie praca z geniuszem kinematografii. Ale wracając do przyjaźni, proszę sobie wyobrazić, że kiedy Robert powiedział Martinowi, że to ja powinienem zagrać Hoffę, ten nie był przekonany.

Kręcił nosem? Niedorzeczne, prawda? [śmiech] De Niro nalegał jednak, żeby zaprosić mnie na zdjęcia próbne. Spotkaliśmy się najpierw we trzech, producent dołączył po godzinie, przeczytaliśmy kilka scen razem, dość szybko stało się jasne, że postać Hoffy jest na miarę moich możliwości. I mówiąc „dość szybko”, nie przesadzam, mam tu na myśli 40 minut. Scorsese natychmiast potwierdził mój angaż, agenci zaczęli sprawdzać terminy, kwestia gaży była drugorzędna. Ale gdyby nie konsekwencja, wręcz upór i siła perswazji De Niro, nie stanąłbym na planie „Irlandczyka”. To jedna z wielu odsłon przyjacielskiego gestu, solidarności i oddania. Robert wykazywał się taką postawą wielokrotnie, nie mówiąc o lojalności w życiu prywatnym.

A przecież mógł nie chcieć spotykać na planie innego aktora wielkiego formatu – fakt, przyjaciela, ale potencjalnie kogoś, kto może odebrać mu część splendoru, skraść uwagę widzów. Że niby ja Robertowi miałbym uszczuplić rzesze fanów? Po pierwsze, kumplujemy się, a kumple nie są o siebie zazdrośni. Raz się poróżniliśmy, ale było to wiele lat temu, chodziło o pewne autko, które zarówno ja, jak i Robert chcieliśmy mieć, a istniał tylko jeden egzemplarz. Po drugie, Robert to najskromniejszy facet, jakiego znam. Po trzecie, doskonale zna swoją wartość, a ktoś, kto wie, ile znaczy i co potrafi, nie będzie rozpatrywał obecności kolegi na planie w kategorii zagrożenia dla swojej pozycji. Obaj wiemy, na co nas stać. Dobrze nam się razem pracuje, co wcale nie oznacza, że jest to sam lukier i bita śmietana.

To jak by pan nazwał łączącą was relację? Pistacje z chili. Moja córka zaserwowała mi kiedyś taki deser. Dosłownie były to pistacje i płatki ostrych papryczek, wszystko zalane płynną gorzką czekoladą, a do tego koniaczek. Wybuchowa mieszanka, proszę mi wierzyć.

To jeszcze proszę powiedzieć, jak się zakończyła ta sprawa z autem. Ostatecznie kupiłem je ja, po czym jeździliśmy nim na przemian, miesiąc ja, miesiąc Robert. Nie wiem zresztą, o co było tyle hałasu, nigdy nie lubiliśmy sportowych samochodów [śmiech]. Byłem wtedy dość młodym chłopakiem, może pierwsza sława uderzyła mi do głowy? Ale nigdy też nie byłem gadżeciarzem, nie przywiązywałem wagi do materialnych wygód, moje partnerki wielokrotnie zarzucały mi, że jestem wręcz abnegatem, jeśli chodzi o życiowe udogodnienia czy jakiekolwiek objawy umiłowania luksusu. No, ale dziwnym trafem ów samochód, corvette, skradł moje serce. Z tamtego naszego sporu czy też rywalizacji o to, kto kupi auto, najbardziej cieszył się agent sprzedaży, umiejętnie windując cenę. Dzwonił do De Niro, mówiąc, że Pacino podwoił sumę, którą jest gotów zapłacić, a zaraz potem do mnie z informacją, że Robert przebija moją propozycję. I jaki morał z tej bajki?

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta? To też, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim nie warto zajmować się w życiu sprawami błahymi, nieistotnymi. Po latach oddałem corvette’ę Robertowi w prezencie urodzinowym, a zaledwie kilka miesięcy później skradziono mu to auto. Nawet mnie to nie obeszło, martwiłem się jedynie o kumpla, że nie mógł nieco dłużej cieszyć się prezentem. Swoją drogą, choć samochód był bardzo efektowny, okazał się szalenie niewygodny w eksploatacji. Spotkaliśmy się z Robertem jakiś czas po kradzieży i pierwsze, co usłyszałem od mojego przyjaciela, to: „A wiesz, że odetchnąłem z ulgą”. Pytam więc, co się stało, a on na to: „Ile to cholerstwo paliło! Wystarczyło otworzyć drzwiczki i już spalałeś połowę baku! Doprowadzało mnie to do szału”. Dużo było z tego śmiechu, tym bardziej że obaj mamy opinię raczej mało rozrzutnych. Wiadomo – co innego było jeździć takim autem od czasu do czasu. Sprawy nabrały nowego wymiaru, kiedy Robert przesiadł się do corvette’y na co dzień. Wciąż drwimy z tej naszej dawnej, chwilowej fanaberii. No bo kto przy zdrowych zmysłach jeździłby corvette’ą do spożywczaka?! 

Al Pacino właśc. Alfredo James Pacino, rocznik 1940. Dzięwięciokrotnie nominowany do Oscara – statuetkę zdobył w 1992 roku za rolę niewidomego podpułkownika Franka Slade’a w dramacie „Zapach kobiety”. W jego dorobku są także cztery Złote Globy, jedna BAFTA , dwie Emmy, nagroda Amerykańskiego Instytutu Filmowego za całokształt twórczości. W 2011 roku został odznaczony amerykańskim Narodowym Medalem Sztuki.

  1. Kultura

Dobre kino na Święta. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

 (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
(Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Bez względu na to, jak spędzacie tegoroczne Święta Wielkanocne, warto podczas ich trwania znaleźć chwilę wytchnienia. I spędzić ją na przykład oglądając dobre kino. Wśród filmów dostępnych online w zasięgu ręki są ciekawe produkcje z całego świata, ale co powiecie na te, które powstały tutaj i pokazują nasz kraj z różnych ciekawych perspektyw?

„Zabij to i wyjedź z tego miasta”

(Fot. materiały prasowe Gutek Film) (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Jeden z najgłośniejszych filmów zeszłego roku. Wielki zwycięzca festiwalu w Gdyni (pierwsza w historii animacja nagrodzona Złotymi Lwami), pokazywany premierowo na Berlinale, wyróżniony na festiwalu w Annency. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to opowieść bardzo intymna, projekt życia Mariusza Wilczyńskiego, który pracował nad tą niezwykłą produkcją aż 14 lat. To także hołd złożony przeszłości – mamie, bluesmanowi Tadeuszowi Nalepie, który był Wilczyńskiego przyjacielem i mentorem, a także, a może przede wszystkim rodzinnemu miastu, czyli Łodzi. Opowieść liryczna, rysowana charakterystyczną dla autora rozedrganą kreską. Niesamowite wrażenie robią także głosy osób, które Wilczyński przez lata zdołał zaprosić do współpracy. Jego film zdubbingowali m.in. Barbara Krafftówna, Krystyna Janda, Anna Dymna, Marek Kondrat, wystąpić zdążyli jeszcze Irena Kwiatkowska, Tomasz Stańko, Andrzej Wajda.

Do obejrzenia od 4 kwietnia w wirtualnej sali Kina Muranów (kinomuranow.pl/film/zabij-i-wyjedz-z-tego-miasta-seans-online) oraz na platformie Nowe Horyzonty VOD. 

„Prime Time”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nowość i spore zaskoczenie. Trudno uwierzyć, że „Prime Time” jest debiutem. Reżyser Jakub Piątek swoją pierwszą pełnometrażową fabułę nakręcił z dużym wyczuciem, dojrzale, dbając o najdrobniejszy szczegół. Akcja filmu toczy się w sylwestrowy wieczór, za kilka godzin zacznie się rok 2000. O latach 90. będzie się mówiło w czasie przeszłym, ale nadal doskonale widać je w tureckich swetrach, satynowych bluzkach, sztywnych od lakieru fryzurach z obowiązkowymi „pazurkami”. Do studia telewizyjnego, skąd nadawany jest konkurs audiotele, wdziera się uzbrojony napastnik (Bartosz Bielenia). Jego zakładnikami stają się przypadkowy ochroniarz (Andrzej Kłak) i prowadząca program (Magda Popławska). Chłopak z bronią ma jedno żądanie – chce ogłosić coś na żywo na wizji. W budynku telewizji pojawiają się policyjni negocjatorzy i ekipa antyterrorystyczna, liczy się każda minuta. Czy napastnikowi wymachującemu bronią można oddać we władanie antenę? Wszystko to brzmi być może jakby chodziło o klasyczne kino akcji, a jednak „Prime Time” jest czymś więcej. To film z mocnym przekazem, inteligentny, zaskakujący. Dodatkowy plus za mistrzów trzeciego planu, doskonale obsadzonych naturszczyków w rolach pracowników telewizji.

Do obejrzenia na platformie Netflix.

„Dzikie róże”

(Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Film nakręcony przez kobiety – wyreżyserowany przez Annę Jadowską i sfilmowany przez Małgorzatę – z rewelacyjną rolą Marty Nieradkiewicz. Jak go polecić, nie zdradzając zbyt wiele? Główna bohaterka Ewa mieszka na dolnośląskiej wsi. Z dwójką dzieci i mężem, choć w praktyce zwykle bez niego, bo ten pracuje w Norwegii, żeby zarobić na wykończenie ich domu. Ewa ma też, jak się wkrótce okazuje, romans z sąsiadem, zapatrzonym w nią nastolatkiem. To zresztą tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią kryje się więcej zagmatwanych relacji, emocji, starannie ukrywanych sekretów. Rzadko polskie kino tak wnikliwie przygląda się prowincji, bez oceniania, spłycania, poczucia wyższości. Rzadko kiedy twórcy tak wnikliwie i ze zrozumieniem przyglądają się kobiecie i powierzonym jej rolom, które tak często bardzo trudno pogodzić. Reżyserka odkrywa kawałek po kawałku różne prawdy, racje, motywy postępowania poszczególnych postaci. Wszystkie pokazane tu osoby mają coś na sumieniu, i właściwie wszystkie są tak samo niewinne, każdą da się jakoś zrozumieć, bo to kino kręcone z dużą empatią.

Do obejrzenia na platformach ncplusgo.pl, Nowe Horyzonty VOD, Chili, ipla.pl, vod.pl, vod.tvp.pl.

„Lekcja miłości”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dokument, który zwyciężył w konkursie „Zwierciadła” na zeszłorocznym festiwalu Docs Against Gravity. Festiwalu, który – przypominam – w tym roku rozpoczyna się 21 maja i odbędzie się najpierw na żywo, natomiast w czerwcu ruszy w wersji online. „Lekcję miłości” postanowiliśmy nagrodzić dlatego, że zakochaliśmy się w głównej bohaterce. Nie chodzi tylko o to, że pani Jola jest kobietą z niesamowitym wyczuciem stylu. Ale przede wszystkim o jej niezłomną wiarę, że ma prawo być kochana i szanowana. Po 45 latach małżeństwa decyduje się uwolnić z przemocowego związku i zaczyna wszystko od nowa. Opuszcza Włochy, gdzie kiedyś wyemigrowała z mężem i dziećmi, i wraca do rodzinnego Szczecina. Zapisuje się na lekcje śpiewu, spotyka się z dawnymi przyjaciółkami, chodzi na tańce i na tańcach właśnie poznaje mężczyznę, który jest jej szansą na miłość. Jest to więc, zgodnie z tytułem, opowieść o miłości (z happy endem!), o pani Joli, o kobietach różnych pokoleń, bo córki głównej bohaterki i jej przyjaciółki zabierają tu głos i mówią o sobie tak szczerze, jak to tylko możliwe.

Do obejrzenia na platformach: HBO GO, ipla.pl, player.pl, vod.mdag.pl.

„Smak Pho”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ciekawy kulturowy miks, bo reżyserka „Smaku pho”, czyli Japonka Mariko Bobrik filmówkę kończyła w Łodzi i postanowiła nakręcić film o Wietnamczykach w Warszawie. W jednym z wywiadów Bobrik mówiła, że smak tytułowej pho kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa: miska pełnowartościowej zupy, która cię rozgrzeje i nasyci. Oglądamy tu codzienność pana Longa, kucharza, specjalisty od pysznej pho, pracującego w wietnamskiej knajpce w centrum Warszawy. Sam wychowuje córkę, elokwentną dziesięciolatkę Maję, która rozterki, kiedy być „bardziej wietnamska”, a kiedy „bardziej polska” rozstrzyga na bieżąco, według tylko sobie znanego klucza. I chociaż Maja wychodząc co rano na lekcje tuż za progiem mieszkania wyrzuca wietnamskie dania, które przygotowuje jej do szkoły tata (woli podkradać koledze „normalne” kanapki) i zmienia wyprasowaną przez tatę spódniczkę na „normalne” dżinsy, doskonale widać, że ojciec z córką są sobie bardzo bliscy. W ich życiu za chwilę nastąpią spore zmiany. Pracodawca pana Longa wraca do Wietnamu, a knajpę przejmuje nowy właściciel, zamieniając lokal w restaurację serwującą sushi, curry i kebab. Panu Longowi przez jakiś czas wydaje się, że to katastrofa, ale może niekoniecznie, może wystarczy zmienić podejście? Familijny, optymistyczny, nakręcony z humorem film o bliskości i wyobcowaniu, małej codzienności. Rozgrzewający od środka jak zupa pho.

Do obejrzenia na platformach: www.piecsmakow.pl/wdomu, HBO GO, player.pl, ipla.pl, ncplusgo.pl.

  1. Kultura

"Oto my" - pokaz specjalny z okazji Światowego Dnia Świadomości Autyzmu

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Oto my". (Fot. materiały prasowe Best Film)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
"Oto my" to wzruszająca historia jednoczesnego dorastania ojca i jego autystycznego syna oraz podróży, która odmieni ich życie. Już dziś zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Światowego Dnia Autyzmu.

Aharon z oddaniem wychowuje swojego syna, Uriego. Żyją we dwóch, zanurzeni we własnej codziennej rutynie, tak bardzo różniącej się od świata, jaki znamy. Gdy Uri staje się formalnie dorosły, ma zamieszkać w specjalistycznym domu opieki. Czy jest na to gotowy? Aharon uważa, że nie, ale może w rzeczywistości sam nie dorósł do rozstania… W drodze do placówki ojciec podejmuje decyzję o wspólnej ucieczce.

Chwytający za serce, pogodny, czuły i zaskakujący. Taki właśnie jest film "Oto my" wielokrotnie nagradzanego izraelskiego reżysera Nira Bergmana, który znalazł się w oficjalnej selekcji MFF Cannes 2020. Znakomite kreacje aktorskie na długo zapadają w pamięć. Szczególne brawa należą się odtwórcy roli autystycznego syna Noamowi Imberowi, który porywa niczym Dustin Hoffman w „Rain Manie”.

https://youtu.be/ZvRabEXRH-s

Razem z Best Film zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Międzynarodowego Dnia Autyzmu. Pokaz filmu odbędzie się 2 kwietnia o godz. 20:00 na platformie mojeekino.pl. Sprzedaż biletów rozpocznie się 2 kwietnia o godz. 18:00. Film będzie dostępny na platformie przez 24 godziny jednak nie dłużej niż do 3 kwietnia godz. 20:00. Po tej godzinie nie będzie możliwości obejrzenia filmu, nawet po zakupie biletów. Rekomendujemy aby rozpocząć oglądanie najpóźniej 3 kwietnia o godz. 18:00. Po zakupie biletów seans jest aktywny przez 4 godziny.

  1. Kultura

Debiut reżyserski Viggo Mortensena "Jeszcze jest czas" już na VOD

 Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)
Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Viggo Mortensen w swoim poruszającym i pełnym czułości debiucie reżyserskim oraz aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem z pewnością skradnie wasze serca. Film "Jeszcze jest czas" od dziś dostępny jest na platformach VOD. 

"Jeszcze jest czas" to subtelna historia o relacjach rodzinnych zawieszonych pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. John wiedzie szczęśliwe życie w Los Angeles, gdzie mieszka razem ze swoją rodziną. Kalifornia to przyjazny i otwarty dla wszystkich świat, zupełnie inny niż dom rodzinny Johna, w którym wciąż mieszka jego ojciec – farmer Willis przywiązany do ziemi i konserwatywnych wartości.

Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe) Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)

Kiedy Willis zaczyna podupadać na zdrowiu, przenosi się do Los Angeles, by zamieszkać z Johnem i jego rodziną. Czy ojciec i syn, których od lat dzieli wszystko, będą potrafili porozumieć się i zaakceptować dzielące ich różnice? W rolach głównych występują: jeden z najwszechstronniejszych aktorów swojego pokolenia Viggo Mortensen ("Władca Pierścieni", "Green Book"), Lance Henriksen ("Obcy - decydujące starcie", "Truposz") oraz Laura Linney ("Truman Show", "To właśnie miłość").

W filmie 'Jeszcze jest czas' Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe) W filmie \"Jeszcze jest czas\" Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe)

Zanim jeszcze świat zachwycił się jego interpretacją Aragorna w trylogii "Władca Pierścieni" Petera Jacksona, Viggo Mortensen błyszczał m.in. w dreszczowcu "Karmazynowy przypływ", hitchcockowskim kryminale "Morderstwo doskonałe", surrealistycznej satyrze "Ewangelia wg Harry'ego" czy dramatach akcji "Tunel" Roba Cohena i "G.I. Jane" Ridleya Scotta.

Mimo ogromnego sukcesu kasowego "Władcy Pierścieni", aktor nie związał się jednak nigdy z kinem komercyjnym. Poszukiwał w zamian ciekawych i niezależnych reżyserskich głosów. Zagrał m.in. u Davida Cronenberga w "Historii przemocy", "Wschodnich obietnicach" i "Niebezpiecznej metodzie", czy nagrodzonym Oscarem "Green Book" Petera Farrelly'ego. "Jeszcze jest czas" jest natomiast jego debiutem reżyserskim.

"Jeszcze jest czas" na VOD już od 31 marca.

https://www.youtube.com/watch?v=0sfMheC4FF4