1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Iza Kuna: "Romansowałam za mało"

Iza Kuna: "Romansowałam za mało"

Iza Kuna: Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. (Fot. Justyna Dudek)
Iza Kuna: Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. (Fot. Justyna Dudek)
Pełna sprzeczności. Lubi być osobna, a potem prosi ukochanego: „Przytul mnie”. Mówi: „Mam gdzieś pięćdziesiątkę”, a po chwili wpada w rozpacz: „Kiedy to minęło?”. Postanawia: „W pandemię nie kupię nowego ciucha”, a potem tłumaczy: „Nie mogłam się oprzeć”. U Izy Kuny nie ma nic pośrodku.

Można się cieszyć, mając pół wieku na karku?
Nieszczególnie. Pamiętam, jak przed laty pewna starsza aktorka powiedziała mi: „Do pięćdziesiątki żyjesz. A potem cię nie ma”. Przyjęłam to bez emocji, paląc papierosa, pijąc wino i mając wszystko w dupie. Ale rok temu byłam w Londynie u mojej przyjaciółki Izy Zwierzyńskiej, szłyśmy ulicą i widziałam, że mężczyźni patrzą tylko na nią. Wiadomo, jest młoda i śliczna. Wtedy zrozumiałam, że kobiety w pewnym wieku stają się po prostu niewidzialne. Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek czwartego sezonu „The Crown”. Uśmiechnęłam się, kiedy mąż Margaret Thatcher powiedział: „Dwie kobiety z menopauzą będą rządzić Anglią”. To cieszy, ale potem zrobiło mi się smutno. Że mniej niż połowa życia mi została. I mniej mężczyzn się za mną ogląda [śmiech].

Menopauza przeraża?
Wyrosłam w przekonaniu, że wszystko związane z ciałem jest wstydliwe, zatem pojawienie się okresu nie było radością, a jego zakończenie wiązało się z poczuciem, że przestajesz być kobietą. W moich czasach to było tabu. Nie pamiętam, żeby przyjaciółki mamy o tym rozmawiały. Byłam obecna, kiedy piły kawę i plotkowały, a nie zanotowałam nigdy słowa „menopauza”. To było zbyt intymne. Takich tematów, jak dojrzewanie, seks, pierwsza miesiączka i ostatnia, po prostu się nie poruszało. O tym rozmawiałam z koleżankami, a i to z wypiekami na twarzy. Dziś nareszcie bez wstydu możemy mówić o tym, co się z nami dzieje. Chociaż mam wrażenie, że ciągle za mało.

I jak to jest, gdy ma się 50 lat?
Najbardziej smuci mnie to, że wielu rzeczy już nie zrobię, bo jest za późno. Nie urodzę dziecka, nie zatańczę w balecie, nie nauczę się biegle mówić w kilku językach, nie zagram na pianinie, nie zrobię kariery w Ameryce jako 20-latka i nie wygładzę sobie szyi… Ale nie poddaję się, zdobędę Amerykę po pięćdziesiątce!

Możesz też wstrzyknąć botoks albo kolagen czy pójść do chirurga plastycznego.
Babcia Aniela mówiła: „Nie pomoże puder róż, kiedy dupa stara już”, ale ja nie zamierzam starzeć się z godnością. Zamierzam starzeć się fajnie. Dzisiaj przeczytałam, że Amerykanie wynaleźli eliksir młodości. Ciągnie mnie do Ameryki, widzisz?

W filmie „Wielkie piękno” stary pisarz celebryta mówi: „W wieku 60 lat zrozumiałem, że nie mam czasu tracić go na robienie tego, na co nie mam ochoty”. U ciebie ta pięćdziesiątka coś zmieniła?
Nie zmuszam się już do robienia niczego, na co nie mam ochoty albo co nie przynosi mi radości. Nie chcę już grać ról, które mnie nie rozwijają, bo przez lata przetarzałam się przez drugie plany, czekając na pierwsze, myślałam, że w tym jest jakaś logika, ale nie ma. Kiedyś cieszyła mnie każda propozycja roli, dziś mam poczucie, że zasługuję na coś więcej. Chodzi mi o czas, który pozostał – chciałabym go przeżyć jak najlepiej, żeby zadowolić siebie, żeby decydować o sobie, a nie czekać na nie wiadomo co, nie chcę się powtarzać, marnować. Mniej też baluję, i to nie tylko z powodu pandemii. To kwestia moich wyborów. Tyle mam rzeczy do zrobienia, a czasu tak mało, że muszę go uważniej dzielić. Zresztą już nie mam siły balować jak dawniej do białego rana, a potem iść do pracy. Muszę odpoczywać. Chcę pobyć w domu.

„Teresa, ty amerykański gamoniu! Skończyłam 50 lat i mam wszystko w dupie…” – piszesz w cyklu swojej instagramowej korespondencji z siostrą. Naprawdę masz wszystko gdzieś?
I tu znowu odzywa się ta moja nieznośna niespójność. Jak to Marek powiedział: „Iza, u ciebie nie ma nic pośrodku. Albo wpadasz w euforię, albo w rozpacz”. I tak jest z moją pięćdziesiątką. Raz mówię: „Pier… to wszystko. Teraz mogę już robić, co chcę”, ale po chwili jest mi smutno, mam lęki, nie mogę spać, boję się, co dalej. I chyba byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie zależy mi na tym, co inni o mnie myślą. Zależy, tylko trochę mniej. Zależy mi, co myślą o mnie moje dzieci, Marek, moi studenci.

Kłócicie się z Markiem?
Jesteśmy typem włoskiego małżeństwa. Ja reaguję spontanicznie, Marek histerycznie [śmiech]. W rodzinnym domu w Tomaszowie wciąż słyszałam: „Nie krzycz, bo sąsiedzi słyszą, nie krzycz, bo co inni pomyślą, nie wolno tak się zachowywać przy gościach”. Dziś liczy się tylko to, żeby jak najszybciej wyjaśnić sytuację. Wszyscy nas znają i wiedzą, że jak się ma coś wydarzyć, to się wydarzy. I żadne z nas nie będzie czekać, aż wszyscy pójdą do domu [śmiech]. I uważam, że to jest lepsze niż udawanie, że nic się nie stało. Dobre wychowanie można pomylić z zakłamaniem.

Nadia wcześnie wyprowadziła się z domu. Nie bałaś się o nią?
No pewnie, że się bałam, wciąż się boję, choć ma już 24 lata. Zawsze byłam matką nadopiekuńczą, nadgorliwą. Mój ojciec stał nade mną i wspierał we wszystkim, i taka chciałam być dla moich dzieci. Wychowywałam Nadię sama bardzo długo, chciałam zrekompensować jej to, że rozpadła nam się rodzina. Nadia nauczyła mnie, że w pewnym momencie dzieci trzeba zostawić samym sobie. Uświadomił mi to jej wyjazd do Australii. Cieszę się, że jest niezależna i samodzielna, ma własne zdanie na każdy temat i nie boi się go powiedzieć. Rozmawiamy o wszystkim. Cieszę się, że kiedy marudzę czasem na swój wygląd lub życie, potrafi sprowadzić mnie na ziemię: „Mamo, nie pier... Czy nie widzisz, jak pięknie wyglądasz? Jak wiele osiągnęłaś?”. Nie miałam takiego porozumienia ze swoją mamą. To były inne czasy, tak zwanego zimnego chowu. Nie było za dużo czułości, przytulania, pochylania się nad dzieckiem. Kiedyś miałam do niej o to żal, ale dziś myślę, że dała mi tyle, ile mogła dać. Ojciec dawał mi w dwójnasób miłość i czułość. Z domu wyniosłam też radość życia. Rodzice lubili chodzić na dansingi, takie dansingi urządzali też w domu. Nasz dom był otwarty. Wciąż ktoś przychodził. Ojciec wyciągał wtedy jedzenie z lodówki, a mama nakrywała do stołu i zabawiała gości. A potem ja urządzałam imprezy w domu i tańce do białego rana. Nawet gdy już goście wyszli, Marek sprzątał, leżałam na podłodze, paliłam papierosa, słuchałam muzyki i płakałam przy Annie Jantar i przy „Nie spoczniemy, nim dojdziemy”. A czasem długo jeszcze tańczyłam sama. „Marek, tak dawno nie tańczyliśmy” – powiedziałam wczoraj, bo tęsknię za tymi czasami.

Na instagramowym profilu określasz siebie: koleżanka Marka.
Marek zawsze śmiał się, gdy przedstawiałam go znajomym: „Mój kolega Marek”. No ale jak mam na niego mówić? Mąż? Nie jesteśmy małżeństwem. Konkubent? Okropnie brzmi. Narzeczony? Przyjaciel? Banał. Może brat?

A właściwie, dlaczego nie mąż?
Marek oświadczał mi się dwa razy. Raz już było nawet blisko. Nadia zrobiła długą listę gości, zaplanowaliśmy nawet, gdzie będą spać, wszystko opracowane było w najdrobniejszych szczegółach. Ale coś poszło nie tak. A teraz chyba oboje nie widzimy powodu, dla którego na starość mielibyśmy zmieniać coś, co od 17 lat jakoś funkcjonuje. Ale może na starość ja się oświadczę i to będzie impreza staruszków, jakiej świat nie widział.

Lubię oglądać wasze „scenki małżeńskie” na twoim Instagramie. Zaprzeczacie regule, że im dalej, tym… zwyczajniej.
Powiedziałabym nawet: Im dalej, tym jest dużo zwyczajniej [śmiech]. Może dlatego urozmaicamy sobie życie zabawami na Instagramie. Bo my się dobrze bawimy ze sobą. A #maareek i #izamarek to już brand [śmiech].

Jak przeżyć z jednym facetem tyle lat i wciąż chcieć ze sobą być?
Nie ma sensu robić, jak to mówią, z igły widły. Nasz staż nie jest znowu aż tak imponujący, żeby się wymądrzać. Ale chciałabym przeżyć z Markiem 30 lat albo i więcej. To moje marzenie.

Jesteś o niego zazdrosna?
Podoba mi się to, że Marek podoba się kobietom. Kiedyś miałam narzeczonego, który nie podobał się nikomu, raz nawet usłyszałam od Gabrysi Kownackiej: „Dziecko, Pan Bóg cię opuścił?”. No to wolę, żeby mój chłopak się podobał. Marek bardzo lubi kobiety. Podobnie jak ja lubię mężczyzn i nigdy nie ukrywaliśmy przed sobą naszych chwilowych fascynacji. Lubię flirtować z mężczyznami, on – z kobietami. Ale tak, jestem zazdrosna.

To po czym poznajesz, że ciebie kocha?
Że ciągle wraca do domu [śmiech].

W dodatku sprząta, zmywa, pierze… W przeciwieństwie do ciebie [śmiech].
Marek to lubi.

A ty od czego jesteś w domu?
Marek mówi, że w domu jestem panią dyrektor. „Dziś mamy to, Staszek idzie tu, na obiad zrobię lub zamówię to…” – to jestem cała ja. Wszystko muszę mieć pod kontrolą, a najlepiej o tydzień wcześniej. Lubię organizować dzień i życie. Choć już zdarza mi się zapominać, co zaplanowałam [śmiech].

Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek) Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek)

Co oznacza dla ciebie bycie w związku?
Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że wszędzie chodzą z mężem razem, w kinie śmieją się w tych samych momentach i myślą identycznie na każdy temat. Najciekawsze w tym zwierzeniu było to, że za jakiś czas się rozstali z hukiem. Ja rzadko chodzę z Markiem do kina, bo lubię sama, mam swoich znajomych, Marek ma swoich, nie wisimy sobie na ramieniu. Nawet zakupów nie robimy wspólnie. Przez 17 lat może dwa razy byliśmy razem w sklepie. Myślę, że Marek jest nawet bardziej osobny niż ja. To moje słynne: „Porozmawiaj ze mną, przytul mnie”, świadczy o tym, że bardziej potrzebuję towarzystwa niż on. Jego autonomia jest poważniejsza niż moja. Jesteśmy różni – Marek nie lubi hałasu, ja uwielbiam, Marek nie lubi bałaganu, ja się w nim znakomicie odnajduję, Marek mniej lubi towarzystwo ludzi niż ja. Jednak lubię nasz związek. Ale może na tym poprzestańmy, bo zawsze takie zachwyty kończą się rozwodem albo spektakularną zdradą, czego chciałabym uniknąć [śmiech].

Co lubisz w sobie najbardziej?
Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że jestem nie dość dobra. Wszystko, co robiłam, robiłam źle, a nawet jak zrobiłam dobrze, mogłam zrobić lepiej. Wciąż czułam się jak koń wyścigowy, który cały czas musi biec, pokonywać kolejne przeszkody i najlepiej, żeby do mety dobiegł jako pierwszy. Nigdy nie byłam z siebie zadowolona. Polubiłam siebie po rozwodzie, ale prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”.

W młodości często porównywałaś się do innych? Zazdrościłaś czegoś koleżankom?
Oczywiście. Głównie zabawek. Zawsze marzyłam o domku z mebelkami dla lalek. Ale za to byłam ładnie ubrana. Mama miała świetny gust. Projektowała ubranie, a potem niosła do pani Lodzi, krawcowej, żeby to uszyła. Pani Lodzia szyła również dla mnie, a pan Pawełek szył nam płaszcze. Stylu uczyłam się od mamy. Nie przeszkadzało mi to, że nie mieliśmy dużo pieniędzy, bo na wszystko nam starczało, tylko rzeczywiście zazdrościłam dzieciom zabawek. I zwierząt. Chciałam mieć psa.

Na co nie żałujesz pieniędzy?
Na nic. Uwielbiam wydawać. Jak tylko mam pieniądze, natychmiast ich nie mam. Nie wiem, w kogo się wrodziłam, jak to mówią. Jestem hojna, co w sobie lubię, bo uwielbiam sprawiać prezenty, obdarowywać, opiekować się, karmić. Wystarczy, że ktoś powie, że mu się coś podoba, mówię: „To sobie weź”. Lubię sprawiać radość innym.

A co mówi Marek, gdy wchodzisz obładowana torbami z zakupami?
Śmieje się. Ale może się śmieje, bo to nie są jego pieniądze. Podczas pandemii postanowiłam jednak, że nie kupię sobie nic. Nie jestem taką kretynką, żeby kupować, skoro nie zarabiam. I chociaż często mi się zdarzało, że kupowałam za pożyczone, to zawsze miałam perspektywę szybkiego zarobku. Pandemia zmieniła sytuację. Ale kiedy znów zaczęłam zarabiać, wróciły dawne nawyki. „Nie powinnam, ale nie potrafiłam się oprzeć” – mówię do Marka. „Dobrze, kochanie” – słyszę. Albo gdy coś mi się podoba, po prostu płaci. „Marek, jaka ładna sukienka” – mówię, a on na to: „To ja ci kupię”.

Pieniądze kojarzą ci się z bezpieczeństwem?
Bardziej z luksusem. Ale nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Może dlatego, że nigdy nie miałam ich aż tyle, żeby mnie zepsuły. I zawsze ciężko pracowałam, żeby je mieć.

Podczas pandemii nie pomyślałaś: „Czemu nie oszczędzałam całe życie? Dziś mogłabym być spokojna”.
Nie pomyślałam tak, bo to, że nie zarabiałam takich pieniędzy, żeby oszczędzić, nie było moją winą. Poza tym lubię pracować, praca daje mi poczucie, że jestem potrzebna. Ten czas, kiedy nagle wszystko stanęło i zostaliśmy zamknięci w domach, był trudny. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że na kilka miesięcy utknę bez pracy, nie uwierzyłabym, że mogę to przetrwać. Tymczasem okazało się, że dałam radę. „Usiadłam na dupie”, jak to mówią. Napisałam doktorat, skończyłam kolejną książkę, zajęłam się Stachem i sobą. Myślę o kolejnych projektach. Nie marudzę.

Zaczęłaś też pisać na Instagramie „Listy do siostry”. To właściwie pełna humoru i czułości saga rodzinna.
Nigdy nie lubiłam mówić o sobie i mocno chroniłam prywatność, tymczasem znalazłam formę, w której doskonale się odnajduję. Robię to, co chcę, to mi sprawia przyjemność. Lubię te nasze instagramowe scenki, które pokazują kawałek naszego życia, ale z przymrużeniem oka. Odpowiadam na wszystkie komentarze.

Masz na to czas?
Nie mam, ale jak ktoś do ciebie pisze list, trzeba odpowiedzieć. To kindersztuba wyniesiona z domu i po pięćdziesiątce miałabym to zmieniać!? Zresztą bardzo to lubię. „Listy do siostry” narodziły się w mojej głowie w naturalny sposób – po prostu chciałam być Teresą. To jest kobieta, która ma wszystko, czego ja nie mam. Każdy takie relacje ma w swojej rodzinie. Ciotka Lutka, babcia Aniela, matka – to kobiety, które każdego z nas otaczały w różnych momentach życia. Spoglądam na moją rodzinę delikatniej niż kiedyś, nie obarczam rodziców winą za wszystkie moje błędy i niepowodzenia. Żal staram się zastąpić humorem i czułością. Jeśli się da.

Pandemia zmieniła spojrzenie wielu z nas na rodzinę i związki.
Pandemia zatrzymała mnie w domu, zbliżyła do rodziny. Wreszcie mogłam być cały czas z dzieckiem. Ten nieustanny kontakt ze Staszkiem, na który wcześniej brakowało mi czasu, to najpiękniejsze, co mogło mi się przytrafić. Marek na szczęście pracował dużo, więc aż tak się nie zbliżyliśmy, może i dobrze.

Coś nowego odkryłaś w waszej relacji z Markiem, czego w tym pędzie nie zauważałaś?
Że wciąż go lubię i mi się podoba. Jest mi z nim bardzo dobrze. Marek jest pierwszym mężczyzną, poza moim ojcem, który jest dla mnie dobry, co w moim życiu nie było takie oczywiste. Nigdy nie starałam się go zmienić, przerobić według swoich oczekiwań, podobnie zresztą Marek zawsze dawał mi wolność i akceptował we mnie wszystko. Są rzeczy, które wkurzają nas w sobie nawzajem na maksa, ale nauczyliśmy się z tym żyć. Ludzie się nie zmieniają i nie należy ich do tego zmuszać, lepiej się przyzwyczaić albo dać sobie spokój. Praca nad związkiem kojarzy mi się źle.

Gdybyś mogła przeżyć jedno życie na brudno, a drugie na czysto, coś byś zmieniła?
Jeśli prawdziwa jest teoria, że przeżywamy swoje życie w ten sam sposób, to wyboru nie mam, ale gdyby jednak inny wybór w jakimś momencie życia miał doprowadzić do innego finału, tobym się nie zdecydowała. Moje obecne życie bardzo mi się podoba.

A co byś powiedziała dzisiaj 20-letniej Izie Kunie?
Żeby się nie bała. I że da sobie radę sama. I żeby bardziej w siebie wierzyła. Że jest fajna. I ładna. I zgrabna. I mądra. I bystra. I żeby chodziła w krótkich spódniczkach. Żeby żyła i bawiła się.

Do jakiej fantazji byś ją namówiła?
Powiedziałabym jej, żeby wdawała się w romans za romansem. Ja romansowałam za mało.

Izabela Kuna, ur. w 1970 r. w Tomaszowie Mazowieckim. Jest wykładowcą w Akademii Teatralnej w Warszawie. Popularność przyniosła jej rola w filmie „Lejdis”, potem były między innymi: „Galerianki”, „Supermarket”, „Pod Mocnym Aniołem” czy „Wołyń”. Nie unika telewizji, teraz możemy ją oglądać w serialu TVN „Nieobecni”. Jest autorką książki „Klara” i scenariusza „Czwarta godzina”, za który otrzymała Nagrodę Hartley-Merrill. Prowadzi instagramowego bloga – rodzajowe scenki z Markiem i „Listy do siostry”. Prywatnie związana ze scenarzystą i lekarzem Markiem Modzelewskim. Wychowuje z nim syna Stanisława i córkę z pierwszego małżeństwa – Nadię.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Beata Poźniak - zdobywczyni Voice Arts Award, najlepszy polski głos w Amercyce

Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Beata Poźniak, Polka w Hollywood. Głos to w jej przypadku dobry pretekst do rozmowy. Bo oprócz ról w filmach i teatrze ma też na koncie role, których nie widać. Jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. A od trzech dekad walczy, żeby miały szansę wybrzmieć głosy innych kobiet.

Dykcja, akcent, melodia i tempo mówienia – jest pani na takie rzeczy wyczulona, zwraca pani na nie szczególną uwagę?
Faktycznie, zwracam. Szukam emocji, jakiejś prawdy w głosie. Spotykam się ze znajomymi, ktoś coś w specyficzny sposób powie, głos mu ciekawie zadrży, a ja od razu robię sobie notatkę w głowie, myślę, jak tę rzecz można dodać do postaci, nad którą pracuję.

Jest pani zdobywczynią Voice Arts Award. Wśród laureatów i nominowanych do tych nagród, wręczanych między innymi za audiobooki i dubbing, znaleźli się: Holly Hunter, Tom Hanks czy Cate Blanchett. Dotąd nikomu, dla kogo angielski nie jest pierwszym językiem, nie udało się zdobyć tej statuetki. W dodatku w jednym roku nominowano panią w aż trzech kategoriach.
Byłam bardzo wzruszona i szczęśliwa. Zdarzały się wcześniej nagrody dla aktorów urodzonych w innych krajach. Ale te osoby wyemigrowały na tyle wcześnie, żeby szkoły kończyć już w Stanach albo w Anglii. A ja przyjechałam tu z Polski w wieku 25 lat, po studiach na filmówce w Łodzi, ukształtowana, dorosła kobieta. I to, nieskromnie powiem, wzbudza tutaj szacunek [śmiech].

Z jaką umiejętnością języka przyjechała pani do Stanów?
W Polsce uczyłam się angielskiego w szkole, podobały mi się amerykańskie filmy, muzyka. Ale początki tutaj były bardzo trudne. Pamiętam, jak zaraz po przyjeździe włączyłam telewizor, żeby obejrzeć newsy, i rozumiałam może co trzecie słowo.

Pewnie sporo osób chciałoby wiedzieć, co zrobić, żeby dojść do takiej perfekcji. Co pomaga, rozwija językowe umiejętności?
Moi studenci czasem o to pytają, a ja wzruszam ramionami. Chciałabym odpowiedzieć coś fajnego, mądrego, ale najbardziej szczera odpowiedź jest taka, że nie wiem. Każdy z nas ma inne predyspozycje, każdy musi znaleźć własną drogę. Mam wrażenie, że w moim przypadku to się po prostu stało. Nagle. Moment, i jesteś po drugiej stronie.

Dykcja, język to jedno, ale w pani przypadku możemy mówić też o głosie w zupełnie innym kontekście. Głos w słusznej sprawie – od dawna działa pani na rzecz kobiet. Gloria Allred, feministka, prawniczka znana z najgłośniejszych w Stanach spraw, choćby ostatnio przeciwko Harveyowi Weinsteinowi, publicznie nazwała panią bohaterką. Przyczyniła się pani do tego, że w USA zaczęto obchodzić 8 marca Międzynarodowy Dzień Kobiet, który stał się pretekstem do spotkań i dyskusji. Skąd wziął się ten projekt?
Chciałam wspierać kobiety, wydobyć ich historie. Dlatego stworzyłam ten ruch. Nazwałam go Women’s Day USA, bo uznałam, że Międzynarodowy Dzień Kobiet to dobra okazja, żeby coś ważnego powiedzieć. Zaczęłam organizować coroczne zjazdy, gale, na które zapraszamy wyjątkowe prelegentki. Gościła u nas między innymi Japonka, która przeżyła w czasie drugiej wojny światowej obóz internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia. Dolores Huerta, przywódczyni amerykańskich związków zawodowych, matka 11 dzieci. Mae Jemison, pierwsza czarnoskóra kobieta, która poleciała w kosmos. Mogę tak wymieniać bez końca.

Wspomniane wystąpienie Glorii Allred miało miejsce w latach 90., krótko po pani udziale w „JFK” Olivera Stone’a. Zagrała tam pani Marinę Oswald, rosyjską imigrantkę, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. To właśnie ta rola była iskrą do powstania ruchu?
„JFK” był spełnieniem snu, wreszcie mogłam zobaczyć, jak to jest w tym prawdziwym Hollywood. Moja pierwsza filmowa rola w Stanach, trochę drzwi rzeczywiście się potem otworzyło. W dodatku, ku mojemu zaskoczeniu, kiedy się do filmu przygotowywałam, udało mi się namówić prawdziwą Marinę na spotkanie. Wcześniej konsekwentnie wszystkim odmawiała. Miało być „szybkie pół godzinki”, ale najpierw się przedłużyło, potem spotkałyśmy się znowu i znowu, już bez jej obstawy. Nawet u niej pomieszkiwałam, chyba żadna z nas nie spodziewała się, że tak się do siebie zbliżymy. Niesamowita przygoda i doświadczenie aktorskie: zagrać postać historyczną, która nadal żyje i którą się osobiście poznało. Ale ruch kobiecy to był w moim życiu niezależny wątek. Który urodził się wcześniej, krótko po przyjeździe, kiedy trafiłam do Nowego Jorku. Chciałam wtedy podjąć jakąkolwiek pracę, żeby się utrzymać, ale gdziekolwiek poszłam, to mi odmawiali. W końcu zebrałam się na odwagę i za którymś razem zapytałam, dlaczego nie chcą mnie na taki basic job. Usłyszałam, że jestem over­qualified, za wysoko wykwalifikowana. Błędne koło. Szukałam tu w Stanach nowej tożsamości i coraz wyraźniej coś do mnie docierało. Często się mówi, że USA to kraj imigrantów. Tak, ale to nie jest kraj imigrantek. Wszystkie te nazwiska imigrantów, które wypowiada się z dumą, to nazwiska mężczyzn: Einstein, Pulitzer. Zaczęłam robić research, Internetu nie było, siedziałam w bibliotekach nad mikrofilmami. Nie wiem, czy pamięta pani, że istniało coś takiego [śmiech]?

Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe)

No dobrze, ale jak dziewczynie, która świeżo przyjechała z Polski, udało się rozkręcić społeczny projekt, który wkrótce nabrał takiego rozpędu?
Wiele rzeczy stało się możliwe już po przeprowadzce do Los Angeles. Mówi się, że Nowy Jork to teatr, głównie Broadway, a Hollywood – kino i telewizja. Coś w tym jest, chociaż to oczywiście bardziej skomplikowane. Ja pojechałam do Los Angeles z myślą o filmach i telewizji, ale też od razu po przyjeździe założyłam własny niezależny, eksperymentalny teatr Discordia. Spotkałam też Kazimierza Brauna, który reżyserował tutaj w amerykańskiej obsadzie „Szewców” i od razu zaproponował mi rolę Księżnej. W tym czasie niezależnie pracowałam nad kobiecym projektem, szukałam imigrantek z ciekawą historią. W pewnym momencie ktoś opowiedział o moich poszukiwaniach żonie konsula Finlandii. Ta do mnie zadzwoniła, mówiąc, że takie inicjatywy są jej bardzo bliskie, i pytając, czy nie wpadłabym do niej pogadać. Nie marnując ani minuty, wsiadłam w samochód i pół godziny później byłam u niej. Przywitała mnie z grupą koleżanek bardzo, powiedziałabym, po fińsku. Z lampką wina i w saunie. Z tego spotkania wyniknęło wiele przyjaźni i cennych kontaktów, zaczęła się rozrastać sieć, ktoś polecił kogoś, ktoś inny słyszał, że gdzieś mieszka pani, którą można by zaprosić. Dzięki kobietom poznanym wtedy u pani konsul zaczęłam też inaczej myśleć o Dniu Kobiet. Ja, wychowana w PRL, gdzieś z tyłu głowy nadal miałam goździki i pończochy z zakładu pracy. A tu nikt nie miał takiego obciążenia. Wtedy na spotkaniu w saunie była też na przykład Australijka, dla której ważny był temat Nowej Zelandii, gdzie obywatelkom przyznano prawo głosu już w 1893 roku. Dla nich Dzień Kobiet to było święto wolności, wzajemnego wsparcia i równouprawnienia.

Spotykamy się w szczególnym momencie. Rządy zaczyna wiceprezydentka Kamala Harris. Jest szansa na przełom? Uważa pani, że Harris będzie rzeczniczką praw amerykańskich obywatelek?
Przekonamy się w praktyce. Jestem szczęśliwa za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś kobieta zostaje head [szefem, liderką], nieważne, czy to polityka, biznes, czy branża filmowa. Działając w ruchu, współpracowałam z obydwiema opcjami politycznymi, byłam wyróżniona i przez burmistrza demokratę, i przez republikanina, i głęboko wierzę, że jak się uważniej przyjrzeć, zawsze wyjdzie na to, że mimo różnic w poglądach więcej nas łączy, niż dzieli. To, że Kamala Harris doszła do takiej pozycji, jest nieprawdopodobnym sukcesem. Pokazała dziewczynom w całym kraju, że to możliwe, że jest szansa dla przyszłych pokoleń. Ale też marzę o takim dniu, kiedy już nikt nie będzie mówił „pierwsza prezydentka USA” czy „pierwsza prezydentka Warszawy”, że nie będą miały znaczenia ani płeć, ani rasa, tylko kompetencje. Może nadejdą takie czasy, że Dzień Kobiet w ogóle nie będzie potrzebny.

Kto jest pani największą idolką?
Mama. Dorastając, obserwowałam, jak sama mnie wychowuje, bez żadnego wsparcia. A wychowałam się w czasach, kiedy samotne macierzyństwo nie było powodem do dumy. Mama, z zawodu lekarka, nie tylko sobie radziła, ale też, od kiedy pamiętam, pomagała innym. Zawsze miała ze sobą w torbie leki w razie nagłych przypadków. Insulinę dla cukrzyków, coś na serce. I nieraz byłam świadkiem, jak ratowała kogoś na ulicy, zanim przyjechała karetka. Przez jakiś czas pracowała w Spółdzielni Inwalidów „Wybrzeże”. Siedziała po godzinach, pamiętam, jak przychodziłam do niej po szkole i jak odrabiałam u niej w gabinecie lekcje. Pamiętam też, jak mnie wysyłała pod bramę stoczni. Bo nasz dom na Piwnej w Gdańsku stał ciekawie: akurat między siedzibą ZOMO a stocznią, do której chodziłam na piechotę i zanosiłam strajkującym papierosy i kiełbasę ręcznie robioną przez mamę. Potem ktoś po latach, jak już żyłam w Stanach, zapytał mnie, czy wiem, że widać mnie w „Człowieku z żelaza”, w tych dokumentalnych fragmentach. Nakręcili mnie, chociaż bez przerwy słyszałam od mamy, żebym tylko uważała, czy nie kręcą [śmiech]. Jeszcze inny obrazek z Gdańska: „Znam Beatę z podwórka. Jej mama była damą, co odziedziczyła też Beata. Kiedyś ich bokser zwiał, zaprowadziłem uciekiniera do właścicielki”. Ten komentarz znalazłam w sieci. Domyśla się pani, kto go napisał? Niestety nie, ale rzeczywiście miałyśmy boksera. A nawet dwa – suczkę Brendę i Feniksa Otago Konrada [śmiech], medalistę. Byłam w nim tak zakochana, że w czasie jednego z konkursów recytowania poezji specjalnie wybrałam sobie „Listy do pani Z.” Kazimierza Brandysa i taki fragment o bokserku [śmiech]. A mama rzeczywiście jest bardzo kobieca, elegancka z tymi włosami uczesanymi do góry, porównywali ją do Sophii Loren. Ona dama, wysokie obcasy, ale ja byłam zupełnie inna, raczej typ tomboy. Wołali na mnie Pippi Långstrump, bo piegi i rude włosy, bujna wyobraźnia. Jak koleżanki chciały iść oglądać ciuchy, ja wolałam lecieć na podwórko z kolegami pokopać nawet jakąś znalezioną puszkę, to mnie dużo bardziej interesowało. Byłyśmy kompletnie różne, ale do tej pory mama jest moją największą przyjaciółką. Rozmawiamy przez telefon codziennie, chociaż po kilka minut, żeby powiedzieć, co u której słychać.

Już na studiach obsadzili panią w serialu „Życie Kamila Kuranta”, zagrała pani u Wajdy w „Kronice wypadków miłosnych”. Dlaczego pani wyjechała?
Przede wszystkim przyjechałam do ojca. Wysłał mi bilet, myślałam, że w końcu odnalazłam rodzinę, że to jest szansa na pojednanie. Rzeczywistość okazała się inna, ojciec znowu zniknął z mojego życia. Musiałam sobie poradzić.

„JFK” i „Dzikie palmy” Olivera Stone’a, „Kroniki młodego Indiany Jonesa” George’a Lucasa, „Melrose Place”. Pani hollywoodzki sen się spełnił? Ma pani poczucie satysfakcji czy niedosytu?
Na pewno lubię iść tam, gdzie ścieżki mam jeszcze niewydeptane. To normalne, że człowiek chce się powtarzać, wracać do tego, co bezpieczne, co się okazało sukcesem, tak jesteśmy zbudowani. Ale dla mnie bardziej ekscytujące jest próbować czegoś, czego zupełnie nie znam, zaryzykować.

A jak pojawiły się w pani życiu audiobooki?
Aktorstwo dźwiękowe to w Stanach cała osobna gałąź. Jedni aktorzy specjalizują się w audiobookach, inni w dubbingu, jeszcze inni w background voices. Ten odłam ma swoje gwiazdy, to są osoby, które mają na koncie po kilkaset tytułów, choć oczywiście wydawnictwa i twórcy gier wideo zapraszają też znanych aktorów z przemysłu filmowego, żeby wystąpili w ich produkcjach. U mnie to był przypadek. Nie znałam tej branży, nigdy nie starałam się o takie zlecenie. Właściwie to kiedy się do mnie odezwali, myślałam, że koledzy robią mi dowcip.

Dlaczego?
Wiedzą, że jestem znana z ról bojowych i silnych kobiet. I jak producenci wysyłają mi scenariusz i pytają, którą rolę chciałabym zagrać, to mnie interesuje bardziej „John” niż „Mary”, bo „John” ma coś do powiedzenia i do zagrania, a ona zwykle jest tylko ozdobnikiem. Poza tym w Hollywood trzeba iść na casting, potem czekasz na odpowiedź, a tu od razu przyszła mejlem konkretna propozycja: czy chciałabym nagrać audiobooka o jednej z najbardziej wpływowych kobiet świata, Katarzynie Wielkiej. Podpisano: „Wydawnictwo Random House”, gigant na rynku. Do tego tylko numer telefonu. Oddzwaniałam z myślą: „Ciekawe, który to dowcipniś mnie podpuszcza”. Wystukuję numer, mówię rozbawiona do słuchawki: „No halo, halo…”, na co odzywa się kobiecy głos. Tu się już mocno zdziwiłam. Usłyszałam: „Czy ta propozycja pani odpowiada? Pasują pani terminy?”. Dowiedziałam się, że producentka widziała mnie w roli prezydentki świata w „Babylon 5” i jak obalam rząd w serialu George’a Lucasa. Najpierw mnie zatkało, a potem wielka radość! Rzuciłam się na głęboką wodę. To audiobook kolos, trwa 19 godzin. 78 postaci do zinterpretowania!

Mieszka pani w Beverly Hills. To miejsce, które wydaje się kwintesencją pewnego stylu życia: śnieżnobiałe uśmiechy, filozofia sukcesu, walka o siebie, niezrażanie się porażkami, pozytywne myślenie. Dla pani to było zderzenie kulturowe?
Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. A walka o siebie, niezrażanie się porażkami? Myślę, że niezależnie od miejsca ludzie starają się tak żyć. Ale u nas na pytanie: „Jak tam u ciebie?”, raczej nie odpowiadamy „Świetnie”. Lubimy sobie ponarzekać, kultura polskiego small talku też nie jest szczególnie rozwinięta. Mnie to sobie trudno wyobrazić, bo ja zawsze zagadam kogoś na ulicy i strasznie lubię, jak mnie zagadują. Nieważne, czy o pogodę, czy że kwiaty takie piękne wokoło. A narzekanie? Szkoda życia, w tym czasie to ja zdążę wiersz napisać.

Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta) Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)

Wiersze, scenariusze, telewizja, audiobooki, ruch kobiecy, obrazy i własne wystawy; zajęła się pani też produkcją eksperymentalnych filmów. Próbuję zrozumieć, jak pani jest w stanie łączyć wszystkie te rzeczy i skąd ta potrzeba.
No tu odpowiem pani bardzo po amerykańsku: Why not?

A jednak sporo projektów, którymi się pani zajmuje, ma związek z Polską. Voice Arts Awards dostała pani za użyczenie głosu postaci z gry „Mortal Kombat”, ale pozostałe nominacje dotyczą czytanej po angielsku poezji Wisławy Szymborskiej oraz książki o Stefanii Podgórskiej, która w czasie wojny w Przemyślu ukrywała Żydów. Wcześniej dostała pani Earphones Award za „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.
Dlaczego się nie pochwalić naszą kulturą za oceanem? To dla mnie tak samo ważne i oczywiste jak to, że mojego syna (w domu mówimy po angielsku, ponieważ mój mąż jest Amerykaninem) zapisałam do weekendowej polskiej szkoły, do której chodził przez dziesięć lat i zdał egzamin państwowy. Dzięki temu mówi płynnie po polsku, wie, kim są Kościuszko, Brzechwa, Skłodowska-Curie, no i teraz też Tokarczuk [śmiech]. Rylan jest nastolatkiem, stypendystą filharmonii w Los Angeles i byłam z niego bardzo dumna, kiedy skomponował własne wariacje na temat muzyki Chopina, miał premierę w Walt Disney Hall.

Trochę trwało, zanim się umówiłyśmy na rozmowę. Mam wrażenie, że także czas lockdownu jest dla pani bardzo pracowity.
Bez przerwy coś się dzieje. Skończyłam nagrywać nowy audiobook „A Wolf for a Spell”, zaraz wyjdzie antologia poezji poświęconej wolności wydawana w ramach akcji Black Lives Matter, zostałam poproszona o udział i napisałam o kobietach i ich prawie do głosu. A właśnie teraz kończę bardzo osobisty rodzinny projekt. Mój syn napisał do niego muzykę. I to znowu jest opowieść o niezwykłej kobiecie. Historia sprzed trzech lat: pojechałam do Polski, żeby zagrać u Agnieszki Holland w „Obywatelu Jonesie”. W drodze do Katowic, gdzie kręciliśmy, wpadłam do Warszawy, żeby spotkać się z moją krewną Barbarą. I Basia przekazała mi swoje zapiski, wiersze. Nie miałam pojęcia, że cokolwiek pisze. Powiedziałam jej nawet: „Basia, ty?! Specjalistka od liczb i finansów?!”. „Przekazuję, zobacz, co o tym myślisz”. W pociągu do Katowic zaczęłam czytać i niesamowicie się wzruszyłam. Pojechałam na plan, kręciliśmy, a w tym czasie Basia umarła. Ciarki przechodzą mi po plecach, kiedy o tym myślę, bo to było tak nagłe i niespodziewane. Może coś przeczuwała? Basia się przyznała, że chciała zostać pisarką, ale nie miała odwagi, życie się inaczej ułożyło. Ciągnę tę jej nitkę twórczą, wydaję audiobook i e-book „Chwile zamyślenia”. Do wierszy napisałam wstęp z przesłaniem, żeby niczego nie odkładać. Jeśli jest jakiś czas na to, żeby odrobić zaległości, to teraz. Żeby powiedzieć najbliższej osobie „kocham cię”. Potraktować to życie w pandemii nie jak wymówkę, tylko okazję. 

Beata Poźniak, rocznik 1960. W grudniu 2020 roku przyznano jej Voice Arts Award za rolę Krwawej Królowej w grze „Mortal Kombat”. Do tej pory była do tej nagrody nominowana pięciokrotnie. „Washington Post” wyróżnił ją za nagranie najlepszego audiobooka roku 2015 w USA. W Polsce jako aktorka debiutowała w serialu „Życie Kamila Kuranta”, a w Stanach w filmie „JFK”. Ma na koncie role w teatrze telewizji („Hamlet we wsi Głucha Dolna”) i w serialach („Melrose Place”, „Złotopolscy”, „Ojciec Mateusz”). Za kampanię na rzecz ustanowienia Dnia Kobiet oficjalnym świętem w USA została wyróżniona w amerykańskim Kongresie.

  1. Kultura

Monica Bellucci i jej manifest dojrzałości

Monica Belluci: Ciała aktorów to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. Wybieram takie role, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale też w widzu. (Fot. East News)
Monica Belluci: Ciała aktorów to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. Wybieram takie role, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale też w widzu. (Fot. East News)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Udowadnia, że uroda nie tylko nie przemija z wiekiem, ale zyskuje nowy wymiar. Jej droga z małego miasteczka w Umbrii na światowe ekrany i festiwale sama mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Monica Bellucci to dziś ikona kina na miarę Sofii Loren czy Moniki Vitti. W wieku 56 lat pozostaje symbolem seksu, elegancji i wyrafinowania. Oto jej manifest dojrzałości.

Cicha, nieśmiała. Generalnie – nic specjalnego. Spokojna jedynaczka, która ze zdziwieniem zauważyła, że kiedy z przeciętnej dziewczynki zaczęła wyrastać na piękną nastolatkę, ludzie zaczęli być dla niej milsi.

– Nie rozumiałam, dlaczego do tej pory to ja musiałam o wszystko się starać, a potem, w ciągu jednego roku, nagle stałam się popularna.

Lokalny entuzjasta fotografii poprosił, aby pozowała mu do zdjęć, kiedy miała 13 lat. Wiadomo, że tylko dla zabawy – Monica miała poważne plany, bo chciała zostać prawniczką, a nie wdzięczyć się do aparatu za pieniądze.

Studia na uniwersytecie w Perugii dowiodły jednak, że kiedy z braku pieniędzy trzeba jeść najtańszy makaron, a można dorobić sobie modelowaniem, to należy przynajmniej spróbować. Zaproszenie do Mediolanu i podpisanie kontraktu z agencją Elite zmieniły jednak wszystko. Może zabawa w modę – koncept nieznany w jej rodzinnym Città di Castello – nie jest jednak złym pomysłem, przynajmniej na jakiś czas? Skoro płacą jej tylko za to, jak wygląda, a przy okazji świetnie się bawi na sesjach u Dolcego i Gabbany, głupotą byłoby zmarnować tę okazję. W ciągu dwóch lat była już znana po obu stronach oceanu, a jej twarz znalazła się na okładkach „Elle”, „Esquire” i „Maxima”.

Monica Bellucci wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. (Fot. East News) Monica Bellucci wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. (Fot. East News)

Bellucci chciała się jednak rozwijać, więc zaczęła chodzić na lekcje aktorstwa. Po dwóch mniejszych rolach przyszedł przełom – nagroda dla najlepszej aktorki drugoplanowej w filmie „Apartament”. Film zdobył BAFT-ę, Monica umocniła swoją pozycję w show-biznesie, a poznany na planie francuski gwiazdor Vincent Cassel trzy lata później został jej mężem.

Kto wciąż kojarzył Bellucci tylko z reklam, wybiegów i okładek, w 2000 roku musiał już ją znać jako „Malenę” – rola w tym filmie przyniosła jej międzynarodową sławę. Po niej mogła na zawsze zostać w szufladzie śródziemnomorskiej piękności, na której widok mężczyźni tracą głowę i zatrzymuje się ruch uliczny. Dlatego kinomani ze zdziwieniem przyjęli jej udział w „Nieodwracalnym” – dziele Gaspara Noégo, w którym postać grana przez Bellucci zostaje brutalnie zgwałcona. Film wywołał skandal, krytycy wychodzili z kin. Obraz stał się przedmiotem publicznej debaty, w której dyskutowano zasadność pokazywania tak drastycznych scen.

To kreacja tytułowej „Maleny” (2000) w reżyserii Giuseppego Tornatorego, w filmie, który zdobył Złoty Glob i dwie nominacje do Oscara (za muzykę i zdjęcia), przyniosła Bellucci międzynarodową sławę i zrobiła z niej symbol seksu. (Fot. BEW) To kreacja tytułowej „Maleny” (2000) w reżyserii Giuseppego Tornatorego, w filmie, który zdobył Złoty Glob i dwie nominacje do Oscara (za muzykę i zdjęcia), przyniosła Bellucci międzynarodową sławę i zrobiła z niej symbol seksu. (Fot. BEW)

– Aktorzy nie decydują o tym, jakie role im się oferuje. Jedyny sposób kierowania naszą karierą to wybór tych, które chcemy zagrać. Ja dokonuję wyborów, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale i w widzu – mówiła Monica magazynowi „The Film Review”. – Nasze ciała to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. One pozwalają nam wyrażać wizję scenarzysty i reżysera. Jeżeli sceny przedstawiają coś, co prywatnie kwestionuję, proszę reżysera o uzasadnienie. Ten film, swego czasu uznany za skandaliczny, dziś ma status kultowego i omawia się go w szkołach filmowych. Dlatego trzeba szukać nowych rozwiązań, pokazywać coś inaczej, prowokować do myślenia, a czasem wywoływać oburzenie.

Kobieta, nie dziewczyna

– Jestem Włoszką i jak dla wszystkich Włochów najważniejsi są dla mnie przyjaciele, dobre jedzenie i rodzina. Bardzo chciałam mieć dzieci, ale wiedziałam też, że najpierw muszę zbudować karierę, aby później móc spokojnie poświęcić się ich wychowaniu – mówiła w jednym z wywiadów. – Patrzyłam na koleżanki aktorki, które musiały zostawiać dzieci z nianiami na długie tygodnie, kiedy trzeba było wyjechać na zdjęcia. Obiecywałam sobie wtedy, że ja zorganizuję to inaczej.

Na planie kontrowersyjnej „Pasji” Mela Gibsona, w której grała Marię Magdalenę, była w ciąży. – Ciąża to nie choroba, a skoro zobowiązałam się, że zagram w tym filmie, to przecież nie mogłam odmówić – mówiła. Pierwszą córkę, Devę, urodziła, kiedy miała 40 lat. Zanim druga, Leonie, przyszła na świat pięć lat później, jej mama zdążyła wystąpić w kilkunastu filmach. Gdyby jej kariera oparta była tylko na hollywoodzkich produkcjach, prawdopodobnie przestałaby dostawać w tym wieku propozycje ról. Na szczęście mieszka we Francji, gdzie aktorki, takie jak Catherine Deneuve, Isabelle Huppert czy Charlotte Rampling, wciąż przyciągają publiczność, a ich agenci mają pełne ręce roboty. Praca jest ważna, ale dzieci były ważniejsze.

– Nie przesadzajmy, że udział w dwóch projektach rocznie to taka ciężka praca – mówiła aktorka przy okazji wywiadów do filmu Emira Kusturicy „Na mlecznej drodze”. – To nie praca w fabryce. Ja przecież jestem szczęściarą, a nie bohaterką, jak miliony innych kobiet.

„Pasja” (2004). W tym kontrowersyjnym filmie Mela Gibsona zagrała Marię Magdalenę, w dodatku w języku aramejskim. (Fot. BEW) „Pasja” (2004). W tym kontrowersyjnym filmie Mela Gibsona zagrała Marię Magdalenę, w dodatku w języku aramejskim. (Fot. BEW)

Czasem trzeba wyjechać, ale jej dzieci mają dwoje rodziców, więc któryś może przejąć pałeczkę. Gdy nie była na zdjęciach, nie było dnia, żeby nie odprowadziła córek do szkoły, nie zrobiła im kanapek, obiadu, nie odrobiła z nimi lekcji. Jak większość matek, jeśli tylko mają na to czas. Ewentualna rezygnacja z pracy nigdy nie była tematem do rozważania, bez względu na to, czy ją na to stać, czy nie. Artysta musi pracować, bo proces kreatywny potrzebny mu jest do życia. A matka musi wpoić swoim córkom, najlepiej na własnym przykładzie, że tylko praca i realizacja własnych pasji są paszportami do lepszego, spełnionego życia. Małą Devę zabierała ze sobą przez cztery lata na każdy plan filmowy, dopóki mała nie zaczęła szkoły. Kiedy na świat przyszła jej młodsza siostra, pora było zmienić styl życia. Dopiero wtedy zdecydowała się zamieszkać na stałe w Paryżu. Aktorka strzeże prywatności swojej rodziny i nigdy nie karmi mediów plotkami. Gdy siedem lat temu pytano ją o to, jak radzi sobie jako singielka po rozwodzie z Casselem, odpowiadała: „Czuję się doskonale. Samotność nie powinna nas przerażać. Zwłaszcza po wielu latach małżeństwa czy bycia w związku nie ma nic lepszego niż pobyć samemu ze sobą”. Zawsze też podkreśla, że jej córki mają świetny kontakt z ojcem. Zeszłoroczną, wiosenną kwarantannę spędzili wszyscy razem w okolicach Biarritz, gdzie Cassel ma dom. Monica przeniosła się tam na kilka miesięcy, żeby – z zachowaniem zasad bezpieczeństwa – dziewczynki mogły się z nim widywać. Ona nadzorowała ich lekcje przez Internet i gotowała.

Monica Bellucci na wybiegu podczas pokazów kolekcji Dolce & Gabbana wiosna/lato 2019. oraz w akcji wspierającej stowarzyszenie Corri la Vita działające na rzecz kobiet dotkniętych rakiem piersi, 2020 rok. Monica Bellucci na wybiegu podczas pokazów kolekcji Dolce & Gabbana wiosna/lato 2019. oraz w akcji wspierającej stowarzyszenie Corri la Vita działające na rzecz kobiet dotkniętych rakiem piersi, 2020 rok.

Bellucci dziewczyną Bonda? Chyba komuś się coś pomyliło – spekulowała prasa plotkarska, gdy wyszło na jaw, że Monica ma zagrać obiekt pożądania Daniela Craiga w „Spectre”. – Kiedy Sam Mendes zadzwonił do mnie z propozycją, myślałam, że mam przejąć rolę po Judi Dench, która zmarła w poprzedniej części przygód agenta 007 – śmiała się aktorka. – Gdy wyznał, że chodzi mu o „dziewczynę Bonda”, uświadomiłam mu prostą rzecz: film wejdzie na ekrany, kiedy będę miała 51 lat. Ja nie jestem już dziewczyną, więc sam pomysł jest kuriozalny. Ale kobieta Bonda – proszę bardzo!

„Spectre” (2015) – w objęciach Daniela Craiga jako kobieta Bonda. (Fot. BEW) „Spectre” (2015) – w objęciach Daniela Craiga jako kobieta Bonda. (Fot. BEW)

Mendes chciał wywołać ferment w filmowym światku i z pewnością mu się udało. Reakcje w Europie były entuzjastyczne. W Hollywood – niekoniecznie. – Świat wciąż urządzany jest przez mężczyzn – tłumaczyła to Bellucci w wywiadzie dla „Guardiana”. – To oni trzymają władzę: w dziennikarstwie, bankach, finansach, edukacji. Prawo też jest tworzone przez mężczyzn. I oni myślą, że kobieta, która nie może już mieć dzieci, jest stara. Powinna być niewidzialna. Co jest bzdurą, bo takie kobiety są wciąż wspaniałe. Dlatego myślę, że Mendes, wybierając dojrzałą kobietę do tej roli, wywołał małą rewolucję. A ja uważam, że Bond jest najwspanialszym mężczyzną. Dlaczego? Bo nie istnieje!

Podczas festiwalu w Cannes w 2006 roku aktorka była członkinią jury, na czerwonym dywanie z ówczesnym mężem Vincentem Casselem. (Fot. Getty Images) Podczas festiwalu w Cannes w 2006 roku aktorka była członkinią jury, na czerwonym dywanie z ówczesnym mężem Vincentem Casselem. (Fot. Getty Images)

Wieczór z Marią Callas

Bellucci nie byłaby sobą, gdyby spoczęła na laurach i przykleiła sobie etykietkę „tej seksownej aktorki po pięćdziesiątce”. Uważa, że upływ czasu wyzwala nas, kobiety, z wdrukowanego nam kulturowo obowiązku podobania się mężczyznom. Choć podwalinami jej kariery z pewnością była uroda, przez ponad 20 lat pracowała nad tym, aby zbudować własną pozycję, majątek i mieć zawodową wolność w angażowaniu się w projekty, które ją interesują, bez względu na wypłatę. Teraz zbiera żniwo tej strategii. Aby zagrać w filmie Emira Kusturicy, nauczyła się serbskiego, w filmie irańskim grała po persku.

Od kilku lat, zgodnie z duchem zmieniających się mediów, próbuje zasmakować nowej zawodowej przygody, grając w serialach HBO, Netflix czy Amazon Prime, takich jak: „Mozart w miejskiej dżungli”, „Gdzie jest mój agent?” czy nowa wersja „Twin Peaks”. Jeszcze kilka lat temu zarzekała się, że granie w teatrze zupełnie jej nie interesuje. Tym większą sensację wywołała zeszłoroczna premiera sztuki Toma Volfa w paryskim teatrze Bouffes-Parisiens, w której Bellucci wciela się w rolę samej Marii Callas. Spektakl oparty jest na listach i wspomnieniach słynnej śpiewaczki. Pokazuje prawdziwą kobietę za maską diwy światowej sławy. Sztuka cieszyła się uznaniem krytyków i publiczności, ale Monica twierdzi, że było to najtrudniejsze zawodowe zadanie, z którym się zmierzyła, bo co wieczór musiała walczyć z potwornymi atakami tremy.

– To czysty, paraliżujący strach. Fizycznie się trzęsłam – mówiła agencji AFP. – Zmuszanie się do wyjścia na scenę było jak akt przemocy, który sama sobie zadawałam. W filmach gra się pojedyncze sceny, człowiek jest jak w bańce, chroniony od świata. W teatrze oddychasz tym samym powietrzem co twoja publiczność, czerpiesz od nich energię. I ani przez chwilę nie możesz się rozproszyć.

W zeszłym roku Bellucci wystąpiła w teatrze w roli samej Marii Callas. (Fot. East News) W zeszłym roku Bellucci wystąpiła w teatrze w roli samej Marii Callas. (Fot. East News)

Jej najnowszy projekt to przybliżenie telewidzom postaci Tiny Modotti – włoskiej modelki, aktorki i fotografki, która przed pierwszą wojną światową wyemigrowała do USA i do Meksyku i została komunistką. Ten projekt, meksykański miniserial, z racji pandemii wciąż czeka na realizację. Bellucci od dawna zafascynowana jest Modotti, która była nie tylko niezwykłą artystką, ale przede wszystkim kobietą, która żyła na własnych warunkach, i jedną z ikon feminizmu.

Chciałaby przekazać swoim córkom to, czego nauczyła ją jej długa kariera. Powiedzieć im, że pewnego dnia spojrzą za siebie i będą się zastanawiać, dlaczego przejmowały się drobiazgami. Chce też przekonać je, że najważniejsza jest wiara w siebie, a jeśli jej brak, to dobra fasada zupełnie wystarczy – ważne, żeby reszta świata uwierzyła, że ją masz, a życie stanie się prostsze.

Deva Cassel, córka Moniki Bellucci i Vincenta Cassela, w kampanii perfum Dolce & Gabbana. Deva Cassel, córka Moniki Bellucci i Vincenta Cassela, w kampanii perfum Dolce & Gabbana.

– Przeraża mnie świat mediów społecznościowych, w którym moje dziewczynki biorą udział – mówiła niedawno magazynowi „Glass”. – Tłumaczę im, że na Instagramie ludzie sprzedają ułudę, że każdy może się wykreować na to, co chce, a co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ja przecież coś wiem o sprzedawaniu marzeń – byłam i wciąż bywam modelką. Czy naprawdę ktoś myśli, że na co dzień wyglądam tak jak na reklamach? One, widząc mnie rano w szlafroku czy w dresie, najlepiej wiedzą, że to tylko gra złudzeń. Muszę im jednak pozwolić na znalezienie własnej drogi – tak jak moi rodzice pozwolili mnie. Moja rola to być oparciem i drogowskazem. I zawsze, zawsze kochać.

Monica Bellucci ma 56 lat, urodziła się w Città de Castello w Umbrii. W trakcie studiowania prawa zaczęła zarabiać jako modelka i przeprowadziła się do Mediolanu, jej agencją jest Elite. Rzuciła studia i w ciągu dwóch lat zrobiła karierę po obu stronach oceanu. Do dziś jest jedną z ulubionych modelek Diora i Dolce & Gabbana oraz ambasadorką kosmetyków tej marki i biżuterii Cartier. Na początku lat 90. zaczęła grać w filmach, rola w „Apartamencie” przyniosła jej nagrodę Cezara, a za „Malenę” trafiła do niej Europejska Nagroda Filmowa (nagroda publiczności). Wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. Przez 14 lat była żoną aktora Vincenta Cassela, z którym ma dwie nastoletnie córki. Na stałe mieszka w Paryżu.

  1. Kultura

Carey Mulligan: "Chcę wpadać w zachwyt"

Carey Mulligan, brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”. (Fot.
Carey Mulligan, brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”. (Fot.
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jest gwarancją dobrego kina. Bo jeśli Carey Mulligan pojawia się na ekranie, wiadomo, że i jej bohaterka, i cała historia są nietuzinkowe. Dotyczy to także najnowszej roli w filmie „Wykopaliska”. Kameralnej historii o dużej sile rażenia.

Zanim w pani ręce trafił scenariusz „Wykopalisk”, ile pani wiedziała na temat opisanych w nim wydarzeń?
Byłam świadoma, że jest coś takiego jak Sutton Hoo [stanowisko archeologiczne i odnaleziony skarb, anglosaska łódź-grobowiec, jedno z najcenniejszych odkryć tego typu w Europie – przyp. red.]. W Anglii jest to temat omawiany na kursie do egzaminów kończących szkołę średnią. Wydaje mi się, że jako dziewczynka byłam też z klasą w muzeum, gdzie wystawiane są znalezione w łodzi eksponaty, widziałam maskę i hełm, zestaw, który wyświetli się pani pewnie w Google po wpisaniu hasła „Sutton Hoo”. Można więc powiedzieć, że zanim przeczytałam scenariusz, wiedziałam, że gdzieś dzwoni, ale w którym kościele już nie bardzo [śmiech].

Wy, tworzący ten film, odkłamujecie historię. Opowiadacie o ludziach, bez których tytułowego wykopaliska by nie było, tyle że ich zasługi przypisali sobie inni, „poważni” naukowcy. Nie tacy amatorzy jak pani bohaterka Edith Pretty i genialny archeolog samouk, „człowiek z ludu” Basil Brown [w tej roli Ralph Fiennes – przyp. red.]. W jego przypadku chodzi jeszcze o pochodzenie. Jako ktoś z niższej klasy społecznej bez mrugnięcia okiem został pominięty, wymazany z historii.
Dzieci wychowywano wówczas w przekonaniu, że istnieje coś takiego jak „ich miejsce” w społecznej tkance – i było to miejsce bardzo ciasne i precyzyjnie określone. Nie kwestionowano tego. Dziś oficjalnie takie przekonania uznaje się za dyskryminację, ale to, że w XXI wieku już „nie wypada” tak myśleć, nie znaczy, że klasizm zniknął. Istnieje, tyle że za zamkniętymi drzwiami. Kiedy z ciekawości sprawdziłam, w podręczniku znalazłam o Basilu Brownie taki mikroskopijny [Mulligan pokazuje palcami odcinek około pięciu centymetrów] ustęp. Dla kogoś zainteresowanego tematem znalezienie informacji o nim do niedawna nie było łatwe. Z kolei rolę Edith Pretty, właścicielki terenu, na którym odkryto anglosaską łódź, umniejszano, bo była kobietą. Edith fascynuje mnie na równi z Basilem.

Co w niej zaintrygowało panią najbardziej?
Była skrępowana więzami czasów, w których przyszło jej żyć. Na planie filmowym cały czas miałam poczucie, że ona nie chce być damulką siedzącą w wiklinowym fotelu i obserwującą, jak inni się pocą. Że sama najchętniej złapałaby za szpadel i wykopała z błota ten skarb.

Widać, że jest przedsiębiorcza, silna psychicznie, konkretna. Kiedy na Basila Browna spada góra osuwającej się ziemi, ona – delikatna, filigranowa, słabego zdrowia – reaguje szybko i skutecznie, żeby uratować postawnego mężczyznę.
Na marginesie dodam, że scena z odkopywaniem Ralpha była bardzo stresująca. Oczywiście uniosłam się dumą i nie chciałam oddać zadania kaskaderowi, Ralph też nie. Robiliśmy wiele dubli, Ralph raz za razem lądował pod górą ziemi, a ja byłam odpowiedzialna za odkopywanie jego twarzy, nozdrzy. W pewnym momencie w moich rękach było więc życie skarbu brytyjskiej kinematografii! Śmieję się, ale wtedy to było mało zabawne. A wracając do Edith – proszę zauważyć, że tak, była głodna przygody, ale jednocześnie pozostawała niezwykle skromna, pokorna, empatyczna.

Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie 'Wykopaliska'. (Fot. materiały prasowe Netflix) Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie "Wykopaliska". (Fot. materiały prasowe Netflix)

Na ile jest pani podobna do tej postaci? Chodzi mi o jej pasję odkrywczyni. W dzieciństwie wśród pani planów i marzeń nie znalazło się przypadkiem także to o byciu archeolożką?
Chciałam być fryzjerką. I strażakiem. A potem, mniej więcej od siódmych urodzin, już tylko aktorką. Wiem, mało w tym tajemnicy, ale taka jest prawda. Faktycznie, po pracy przy „Wykopaliskach” myślę sobie, że i ja chcę znajdować w swoim życiu więcej czasu na zachwyt. „To przecież jest łodź!” – zdanie wypowiadane w filmie przez moją bohaterkę jest dla mnie kwintesencją „Wykopalisk”. Edith, jej synek i Basil wychodzą we trójkę na pole, stają przed stanowiskiem archeologicznym i nagle przychodzi oświecenie: „To jest łódź!”. Człowiek znajdzie na spacerze zagubiony kolczyk albo monetę na plaży i to już jest miłe uczucie: „O rety! Jestem odkrywcą, a to kawałek czyjejś historii”. A znaleźć na własnym polu anglosaską łódź? Która okazuje się grobowcem króla przeciągniętym z wody na pole przez setki ludzi tysiące lat temu? Czy potrafi sobie pani wyobrazić, jakie to uczucie? Ja – nie. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz widziałam na ekranie tak pięknie uchwycone uczucie zachwytu, cudownego zadziwienia. Coś tak rzadkiego, niecodziennego przesyca cały nasz film. To zasługa reżysera, Simona Stone’a, który nigdzie się nie spieszył. Nie zależało mu na efekciarskim montażu, Simon pozwala filmowi i widzom kontemplować w ciszy wiele pięknych ujęć, co, uważam, wspaniale się sprawdza, ale też świetnie oddaje dynamikę postaci, bo Edith i Basil w pewnym momencie rozumieli się już tak dobrze, że mogli razem siedzieć w milczeniu.

To także film o tym, że czas płynie nieubłaganie. Macie go coraz mniej. I pani bohaterka, i reszta postaci.
Prawdziwa Edith Pretty zmarła w 1942 roku, nigdy nie doczekawszy wystawienia znalezisk w British Museum. Skarb znaleziono krótko przed atakiem Hitlera na Polskę, potem bezpiecznie przeczekał całą wojnę schowany pod ziemią, na stacji metra. Podczas wojny teren wykopalisk był wykorzystywany przez wojsko jako poligon ćwiczeniowy, więc żołnierze, gdyby stanowiska archeologicznego nie zasypano, wszystko by zadeptali. Gdyby nie rozsądne szybkie działanie, świat w ogóle nie dowiedziałby się o pradawnej łodzi ze szczątkami króla Rædwalda zakopanej w środku pola. Bohaterowie filmu wiedzą, że wojna zbliża się nieubłaganie, codziennie czytają o tym w gazetach. Pamiętam, jak na planie któregoś dnia w moje ręce wpadł rekwizyt: odtworzona gazeta z lata 1945. Znajdował się tam artykuł o ewakuacji londyńskiego zoo. Niektóre zwierzęta miały być odesłane, inne czekała śmierć. Wyobraziłam sobie ten widok, strzelanie do zwierząt. Wstrząsające. Powietrze musiało dosłownie pachnieć wojną, nie można było zrobić kroku, by nie natrafić na zakrojone na szeroką skalę przygotowania, jakieś przegrupowania, apele, samoloty nad głową. A przecież spora część ekipy pracującej przy Sutton Hoo miała już na koncie doświadczenie wojny. Nie umiem sobie wyobrazić, jak musieli się czuć, wiedząc, że zaraz czeka ich znowu to samo. Mam wrażenie, że ludzi zaangażowanych w wykopaliska w Suffolku cechowały cicha odwaga i stoicyzm. Mimo że to był wyścig z czasem. Musieli się zjednoczyć jako zespół i ukończyć swoje zadanie. I jeszcze choroba Edith. Moja bohaterka zdawała sobie sprawę ze swojego stanu. Ona musiała zdążyć, zanim umrze, inni – zanim znowu zapali się świat.

„Wykopaliska” to kolejny film, w którym wraca pani do przeszłości. Londyn lat 60. w „Była sobie dziewczyna”, południe Stanów Zjednoczonych zaraz po wojnie w „Mudbound”, Nowy Jork lat 20. w „Wielkim Gatsbym”. Pani szczególnie ceni sobie role w kostiumowych dramatach?
Na pewno taka wyprawa przez epoki to za każdym razem ogromny przywilej. Na krótką chwilę mogę zostać w tamtym czasie, realiach, wyobrazić sobie, jakby to było, gdybym rzeczywiście wtedy się urodziła. Tak, nie bez powodu w moim dorobku dominują takie filmy: to tam kryją się najciekawsze historie. Mnie osobiście najciekawszy wydaje się chyba okres walki o prawa wyborcze kobiet. Przed udziałem w „Sufrażystce” wyobrażałam sobie te protesty jako jakąś pokojową, delikatną rewolucję. Kwiatki, marsze, i załatwione. W szkole niestety ledwie się tego tematu dotyka, nie wchodzi się w szczegóły. Zetknięcie z wymagającymi realiami tamtych czasów, z trudem i znojem, koszmarnymi przeciwnościami losu, z jakimi codziennie mierzyły się kobiety, było dla mnie wielkim i ważnym doświadczeniem. W gruncie rzeczy interesują mnie historie, w których jest prawda, życie. Chcę zobaczyć na kartach scenariusza kogoś, z kim poczuję więź, kogo jestem w stanie zrozumieć. Nawet jeśli nie zgadzam się z tej osoby postępowaniem.

Widać, że uwielbia pani swoją pracę.
Jestem wdzięczna losowi, że dane jest mi nie tylko wykonywać zawód, który dla większości jest marzeniem ściętej głowy, ale wykonywać go z sukcesami od kilkunastu lat. Dostawać zlecenie za zleceniem, być aktorką aktywnie pracującą. Mówiłyśmy o „Wykopaliskach” w kontekście klasowym, przywilejów. I ja doskonale wiem, że na pierwsze przesłuchanie zaproszono mnie tylko dlatego, że w szkole poznałam kogoś, kto miał znajomości wśród aktorów i polecił mnie organizatorom castingu [w 2004 roku, mając 18 lat, Mulligan zadebiutowała jako czwarta córka państwa Bennet w „Dumie i uprzedzeniu” u boku Keiry Knightley, a pomogła jej dyrektorka szkoły średniej, która skierowała dziewczynę do znajomego scenarzysty Juliana Fellowesa. Po spotkaniu z Mulligan żona Fellowesa umówiła ją na rozmowę z osobą odpowiedzialną za casting – przyp. aut.]. Czyli, w pewnym sensie, był to taki łańcuch przywilejów, tylko nie wynikających z mojej klasy społecznej, ale z innych przesłanek. W środowisku aktorów takie zależności są bardzo istotne. Przywilej to aktorska codzienność. Poza naszą bańką większość ludzi nie może sobie pozwolić na takie funkcjonowanie: ciągłe próbowanie, tracenie zleceń, czekanie na to, aż w końcu może się uda. Czyli de facto przez ogromną część czasu niepracowanie. W tym sensie kategoria przywileju ma przełożenie na nasze życie.

Czyli równe szanse w branży kinowej to nadal, niestety, mit.
Proszę zauważyć, że w „Wykopaliskach” mamy w centrum relację damsko-męską, która nie jest miłosna ani erotyczna. To relacja intelektualna, oparta na dzielonej pasji. Nadal trudno znaleźć scenariusze, w których kobieta nie jest definiowana jako czyjaś żona czy dziewczyna, a do działania nie napędza jej romantyczna miłość.

Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW) Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW)

Ta zależność rzadko kiedy dotyczy granych przez panią bohaterek. Przełamuje pani w kinie ten stereotyp. Z niecierpliwością czekam na kinową premierę „Obiecującej . Młodej. Kobiety”. W filmie pani Cassandra staje się głosem tych, których wcześniej nie słuchano: ofiar seksualnej przemocy i victim blamingu [kiedy ofiara jest obwiniana, sugeruje się, że „sama jest sobie winna” – przyp. red.].
W tej opowieści nie ma ani jednego przykładu przemocy i prób jej usprawiedliwiania, którego ja czy moje znajome nie znałybyśmy z własnych doświadczeń lub z doświadczeń innych bliskich nam kobiet. Albo same coś takiego przeżyłyśmy, albo dotknęło to kuzynkę, przyjaciółkę, sąsiadkę. O przemocy seksualnej i jej konsekwencjach mówi się często, ale trochę tak, jakby to było coś wstydliwego. A to nie żadne tabu. Powodem do wstydu jest, że w „Obiecującej. Młodej. Kobiecie” opowiadamy o czymś boleśnie prawdziwym i boleśnie powszechnym.

Carey Mulligan, rocznik 1985. Brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”.

  1. Kultura

Kate Winslet: "Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz"

Kate Winslet:
Kate Winslet: "To, gdzie dziś jestem, nie jest darem z niebios ani mieszanką szczęścia i przypadku. To efekt wytrwałości w dążeniu do celu". (Fot. Longines)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Pandemia zastała ją w Filadelfii na planie serialu. Kiedy zdjęcia przerwano, wyjechała do Anglii i zaszyła się z dziećmi w swoim domu na wsi. To stąd zdalnie udziela wywiadów. Kate Winslet właśnie skończyła 45 lat. Lubi siebie coraz starszą, w wersji domowej, a na pytania o blichtr i sławę odpowiada: – Gwiazdą jest się tak długo, jak długo trwa ceremonia wręczania Oscarów.

Życie dogania scenariusze. Nie mogę przestać myśleć o twojej roli sprzed dziewięciu lat – „Contagion – Epidemia strachu”. Zagrałaś odważną epidemiolożkę próbującą powstrzymać rozprzestrzenianie się śmiertelnego wirusa.
Tak, to przerażający film i zaskoczyło mnie, że kiedy koronawirus uderzył na wiosnę w Europie i w USA, ludzie zaczęli  masowo oglądać go na Netflixie. W ogóle wzrosła oglądalność filmów katastroficznych. Nie wiem, może niektórzy tego potrzebują? Szukają analogii, próbują jakoś nazwać, oswoić swoje lęki. Steven Soderbergh, realizując „Contagion…”, nie musiał daleko szukać – świat w 2011 roku miał już za sobą niepokojące, choć nie na tak wielką skalę jak dzisiaj, doświadczenia aż trzech epidemii: SARS, bardzo podobny do COVID-19, który pochłonął około 800 ofiar śmiertelnych, ptasia grypa – tutaj na szczęście nie dochodziło do zakażeń między ludźmi – i wreszcie świńska grypa, na którą zmarło kilkaset tysięcy ludzi. Tyle że to wszystko działo się gdzieś daleko, u nas odnotowano nieliczne przypadki. Dlatego szybko o tym zapomnieliśmy.

Jesteś świetnie zorientowana w temacie.
Wtedy, dziewięć lat temu, ponieważ sama grałam epidemiolożkę, podczas pracy nad filmem miałam kontakt z ekspertami ds. chorób z Centers for Disease Control. Musiałam sporo się nauczyć o pandemiach i wirusach. Tamto doświadczenie pomogło mi zresztą znaleźć się w obecnej sytuacji. Ludzie myśleli, że zwariowałam, bo już w marcu chodziłam w maseczce  do sklepu spożywczego i wycierałam wszystko alkoholem izopropylowym. Nosiłam rękawiczki, a po powrocie do domu dokładnie myłam ręce. Właśnie wtedy dwoje moich bliskich przyjaciół zachorowało na COVID-19. W filmie pokazaliśmy to, co dziś ludzie oglądają w wiadomościach telewizyjnych: epidemiologów w kombinezonach, ich stres, narażanie swojego zdrowia i życia, sytuacje, kiedy ze zmęczenia ciało odmawia posłuszeństwa.

Twoja bohaterka doktor Erin Mears jest ambitna i zdeterminowana. Podobnie jak inna postać, którą zagrałaś: Mary Anning. Paleontolożka, badaczka skamielin z XIX wieku, której sukcesy naukowe zostają zawłaszczone przez mężczyzn. „Amonit”, najnowszy film z twoim udziałem, to bez wątpienia opowieść o silnej kobiecie. Takiej, która ma odwagę powalczyć nie tylko o swoją pasję, ale i o miłość do drugiej kobiety. W całym twoim dorobku aktorskim jest sporo takich mocnych, odważnych bohaterek. To jeden z kluczy, według których dobierasz sobie role?
Granie silnych kobiet sprawia mi przyjemność, bo sama jestem dość odważna. Wyniosłam to z domu, od rodziców. Dorastałam w rodzinie aktorskiej. To było życie bez pieniędzy i w ciągłej niepewności jutra, a mimo to rodzice wspierali mnie w moich kolejnych szalonych pomysłach. Tata zawsze mawiał: „Zrób to, bo nawet jeśli ci się nie uda, nic nie tracisz. Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz”. I takie podejście mam w dorosłym życiu. Tak samo staram się wspierać we wszystkim moje dzieci. Im także zawdzięczam moją siłę i energię. Kiedy jest się samodzielnie wychowującą dzieci matką, trzeba być silną, pomysłową i niezależną kobietą. Taką jak Mildred Pierce z serialu HBO pod tym samym tytułem. Pamiętam, jak zaimponowały mi jej niezależność i trudna decyzja o tym, żeby rozwieść się z wiarołomnym mężem w czasach, gdy kobiety nie pracowały zawodowo i zajmowały się wyłącznie domem.

Kate Winslet: 'Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz'. (Fot. Longines) Kate Winslet: "Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz". (Fot. Longines)

Przypomniała mi się nasza rozmowa à propos „Rzezi” Romana Polańskiego. Powiedziałaś wtedy, że w filmowej Nancy jest dużo z ciebie prywatnie. Co miałaś na myśli?
Że też bywam nerwusem, miewam niewyparzony język [śmiech] i że klnę, bo to mnie odpręża, choć nie robię tego przy moich dzieciach. Poza tym palę papierosy, bo lubię, a jak mam zły dzień, to nalewam sobie whisky, jak moja Nancy. Tylko nie głodzę się, bo kocham jeść.

Wspomniane przed chwilą bohaterki łączy jeszcze coś – nieobcy jest im temat rozwodu i rodzinnych problemów. Do jakiego stopnia bazujesz w takich przypadkach na własnych doświadczeniach i emocjach?
W 2010 roku zakończyło się moje małżeństwo z Samem Mendesem i od tej chwili niektórzy dziennikarze zaczęli szukać analogii pomiędzy moim życiem prywatnym i moimi rolami, ale to oczywiście nie jest takie proste przełożenie. Mam za sobą także kilka innych wspaniałych związków, znowu jestem zamężna. Nie odgrywam na ekranie swojego życia, tu chodzi bardziej o mój bagaż doświadczeń, który w takich sytuacjach faktycznie jest bardzo pomocny. Jak każdy mam na koncie i sukcesy, i porażki. Popełniałam błędy, ale nigdy z żadnego bym nie zrezygnowała.

Bo…
Bo one są częścią mnie, mojej osobowości. Dzięki nim człowiek się zmienia i dojrzewa. Dzięki macierzyństwu na przykład stałam się lepszą aktorką, zyskałam dostęp do nowych emocji, do świata wrażliwości i fantazji dzieci. Dlatego przyjęłam rolę Sylvii w „Marzycielach”, matki czwórki dzieci. Gdybym nie miała swoich doświadczeń, nie dałabym rady tego zagrać. Ale, powtórzę znowu, moje role to nie ja. Mam komfortową sytuację, męża, którego kocham, dzieci, zawód, który uwielbiam i który pomaga mi realizować moje marzenia. Mogę dokonywać wyborów, których wiele z kobiet, jakie zagrałam, jest pozbawiona. Weźmy taką Hannę Schmitz z „Lektora”…

Niemkę, która pracowała dla nazistów. Za tę rolę otrzymałaś zresztą Oscara.
Żadna postać nie budziła we mnie tyle wątpliwości. Nie wiedziałam, czy potrafię ją zagrać. Hanna nie tyle nie miała ze mną nic wspólnego, ile była moim całkowitym przeciwieństwem. Musiałam więc stać się kimś, kto był mi kompletnie obcy. Bałam się, że nie podołam, że nie czuję jej emocjonalnych rozterek, nie rozumiem jej psychicznej konstrukcji. Obawiałam się, że to mnie przerośnie. A jednak się udało.

„Lektor” (2008). Oscarowa rola Hanny Schmitz, nazistowskiej strażniczki z Auschwitz. „Lektor” (2008). Oscarowa rola Hanny Schmitz, nazistowskiej strażniczki z Auschwitz.

Nie mogę nie zapytać o polski wątek w twojej karierze. Pięć lat temu w filmie „Steve Jobs” zagrałaś Polkę Joannę Hoffman. Prawą rękę legendarnego założyciela Apple’a oraz córkę znanego u nas reżysera Jerzego Hoffmana. Za kreację Joanny otrzymałaś zresztą kolejną oscarową nominację.
Tak. Hoffman piastowała stanowisko dyrektora marketingu, chociaż twierdziła, że miała zerowe doświadczenie w tej dziedzinie. Steve Jobs polegał na niej w sferze zawodowej, ale Joanna była też jego przyjaciółką. Przygotowując się do roli, musiałam się nauczyć sposobu, w jaki mówiła, i nie przyszło mi to tak łatwo, jak się spodziewałam. Ta praca wymagała ode mnie dużo cierpliwości. Poza tym sporo czasu spędziłam z prawdziwą Joanną. Podzieliła się ze mną wieloma historiami. Na szczęście nie musiałam się do tej roli uczyć polskiego [śmiech].

Jak sądzisz, jakie cechy twojego charakteru zaprowadziły cię w miejsce, w którym dziś jesteś?
[Śmiech]. Ambicja, upór, ciężka praca i przekora. 25 lat temu nikt nie wróżył mi hollywoodzkiej kariery. Mój nauczyciel i koledzy w szkole teatralnej ze względu na moją wagę porównywali mnie do pucułowatego prosiaczka. Na szczęście byłam krnąbrną nastolatką. Do tego bardzo zdeterminowaną, żeby zostać aktorką. A jeśli już sobie coś postanowiłam, nic mnie nie mogło powstrzymać. To, gdzie jestem dziś, to nie dar z niebios ani mieszanka szczęścia i przypadku. To efekt wytrwałości w dążeniu do celu i ciężkiej pracy. Miłość do aktorstwa odziedziczyłam po rodzicach, którzy sami w tym zawodzie radzili sobie umiarkowanie. Po to, żeby utrzymać sześcioosobową rodzinę, matka pracowała jako kelnerka, a ojciec był między innymi budowlańcem. Mimo to rodzice wspierali nasze teatralne ciągoty, a było nas w domu czworo rodzeństwa. Jako 11-latka zaczęłam pobierać lekcje aktorstwa. Debiut na dużym ekranie zaliczyłam w „Niebiańskich istotach” Petera Jacksona. To był taki czas, że aby opłacać sobie podróże na castingi, pracowałam w delikatesach, serwując klientom kanapki z indykiem. Nie zapomnę tego momentu, w którym zadzwonił telefon z castingu, ktoś poinformował mnie, że dostałam rolę i wyjadę do Nowej Zelandii na zdjęcia. Rozpłakałam się, zrzuciłam fartuch i bez słowa wybiegłam ze sklepu.

Kate Winslet: 'Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz'. Kate Winslet: "Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz".

O rolę w „Titanicu” walczyłaś jak lwica.
Droga do „Titanica” była wyboista. Gdy propozycję odrzuciły Gwyneth Paltrow i Claire Danes, zaczęłam o nią walczyć. Zasypywałam Jamesa Camerona rozlicznymi listami, aż wreszcie zaprosił mnie do Los Angeles na casting, który wcale nie rozwiał jego wątpliwości. W roli Rose widział subtelną aktorkę w typie Audrey Hepburn i nie był przekonany, czy się sprawdzę. Byłam jednak uparta. Wydzwaniałam do reżysera i przekonywałam go, że to właśnie ja jestem Rose, wysłałam mu nawet różę podpisaną „Od twojej Rose”. Nieustępliwość się opłaciła i w końcu dostałam tę rolę.

Po „Titanicu” wszystkie drzwi stanęły przed tobą otworem. A ty zamiast stawiać na hollywoodzkie megaprodukcje, wróciłaś do ról w filmach niezależnych.
Kiedy „Titanic” pływał po całym świecie, od sukcesu do sukcesu, zdecydowałam się wyjechać do Maroka, żeby nakręcić skromny film realizowany przez szkockiego reżysera Gilliesa Mackinnona. Ucieszyłam się, że tym razem nie będę musiała wciskać się w gorset [śmiech]. A mówiąc poważnie, potrzebowałam radykalnej zmiany. Byłam bardzo zmęczona po kręceniu „Titanica”, przede wszystkim psychicznie. Wiedziałam, że muszę zagrać w jakimś filmie niskobudżetowym. Było dla mnie ważne, aby przypomnieć sobie, dlaczego tak chciałam grać.

Dlaczego?
Ponieważ to kocham. Po „Titanicu” czułam ogromną presję, żebym zrobiła znów coś „wielkiego”. Gdybym się na to zgodziła, wypaliłabym się w wieku 25 lat. Wróciłam do miejsca, w którym znów czułam się bezpiecznie. Świadomie unikałam Hollywood i nadchodzących stamtąd propozycji. Chciałam przychodzić na plan i znać imię każdego człowieka z kameralnej ekipy.

„Titanic” (1997). Z Leonardem DiCapriem. Aktorka ostro walczyła, żeby móc zagrać Rose. (Fot. BEW) „Titanic” (1997). Z Leonardem DiCapriem. Aktorka ostro walczyła, żeby móc zagrać Rose. (Fot. BEW)

Po Oscarze coś zasadniczo się w twoim życiu zmieniło? Poczułaś różnicę? Że to już to, że teraz jesteś już prawdziwą międzynarodową gwiazdą?
Nigdy nie czułam się celebrytką. Gwiazdą jest się tak długo, jak długo trwa ceremonia wręczania Oscarów. Właściwie tylko w tym momencie, no, może jeszcze na czerwonych dywanach Berlina, Cannes lub Wenecji. No wiesz, pozujesz w supereleganckich kreacjach, obowiązuje cię cały ten sztywny ceremoniał. Ale prawdziwa Kate Winslet to ta, która zdejmuje suknię i wskakuje w dżinsy i podkoszulek. Jestem przede wszystkim brytyjską aktorką, a dopiero potem osobą publiczną. Nie mieszkam na stałe w Holly­wood, zagrałam w wielu małych, niezależnych produkcjach. Jestem wolną kobietą, która nie przejmuje się tym, co inni o niej mówią. Żyję po swojemu i cieszę się, że mogę sobie na to pozwolić. Dla mnie blichtr czerwonych dywanów nie definiuje szczęścia.

„Rozważna i Romantyczna” (1995). W filmie Anga Lee według scenariusza Emmy Thompson wystąpiła zaledwie rok po debiucie na dużym ekranie. (Fot. BEW) „Rozważna i Romantyczna” (1995). W filmie Anga Lee według scenariusza Emmy Thompson wystąpiła zaledwie rok po debiucie na dużym ekranie. (Fot. BEW)

Czym w takim razie jest dla ciebie szczęście?
To czas, jaki mogę poświęcić moim dzieciom i rodzinie. Nie ma nic piękniejszego, nawet Oscary. Im jestem starsza, tym silniej to odczuwam.

W październiku skończyłaś 45 lat.
To zabrzmiało jak wyrok [śmiech].

Aktorki często skarżą się na brak ciekawych ról po czterdziestce. Ciebie wydaje się to nie dotyczyć.
Odkąd skończyłam 13, może 14 lat, zawsze czułam się starsza niż w rzeczywistości. Rodzice powtarzali mi, że życie jest krótkie i szkoda je marnować. Trzeba żyć na całego, być sobą, po prostu. Nie boli mnie mój wiek. Kiedy miałam 20 lat, nie wiedziałam, kim jestem, chociaż wydawało mi się, że wiem doskonale. Wraz z wiekiem zmieniają się priorytety, znika próżność. Ja teraz nawet nieszczególnie patrzę w lustro, nie wysilam się. To najpiękniejsze, co przychodzi wraz z wiekiem – pewne rzeczy przestają być takie ważne. Jestem aktorką świadomą siebie i swojego wyglądu, akceptującą go. Całe szczęście, że powstaje coraz więcej scenariuszy dla aktorek w dojrzałym wieku. I łapię się na nie. A nawet jak ich zabraknie, zawsze zostaje teatr.

Podobno odmówiłaś zagrania w bardzo teatralnym filmie. Myślę tu o „Rzezi”.
W pierwszej chwili tak, bo nie wiedziałam jeszcze, że reżyserem jest Polański.

Jak wspominasz współpracę z nim?
To fascynujący reżyser. Potrafi tworzyć na planie atmo­sferę zaufania i to się udziela wszystkim. Pod warunkiem że jest zadowolony z tego, co robimy. Kiedy kręciliśmy „Rzeź”, zdarzało się, że mówił: „Okay, zagraj to tak, jak sama czujesz”, by po chwili dodać: „Moja wersja i tak jest lepsza” [śmiech]. Polański jest perfekcjonistą i jeśli trafi na aktora niedoświadczonego lub niewystarczająco bystrego, to taka współpraca może być dla obu traumatyczna.

„Rzeź” (2011). Na fali ruchu #MeToo Winslet wyraziła żal, że przyjęła rolę u Romana Polańskiego. (Fot. BEW) „Rzeź” (2011). Na fali ruchu #MeToo Winslet wyraziła żal, że przyjęła rolę u Romana Polańskiego. (Fot. BEW)

Kilka lat po nakręceniu „Rzezi”, nawiązując do ruchu #MeToo, wyraziłaś oburzenie, że zarówno Polański, jak i Woody Allen, z którym pracowałaś przy „Karuzeli życia”, tak długo mogli liczyć na szacunek ze strony Hollywood.
To prawda, że współpraca z  tymi reżyserami była dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Prawdą jest też to, że ciążące na nich oskarżenia o przestępstwa na tle seksualnym miały wtedy dla mnie znaczenie drugorzędne. O wyjątkowości pracy z Polańskim już mówiłam. Filmy Woody’ego Allena są fascynujące, bo to reżyser, który głęboko rozumie zawiłości uczuciowych relacji i pisze świetne kobiece role. Naprawdę nie myślałam wtedy o innych kontekstach. A dziś biorę odpowiedzialność za to, że z nimi pracowałam. Nie cofnę czasu.

A przyszłość? W tych dziwnych, niepewnych czasach masz odwagę snuć plany? Choćby te najbliższe: jak, gdzie i z kim spędzisz Gwiazdkę i Nowy Rok? (Artykuł pochodzi pochodzi ze styczniowego numeru "Zwierciadła", który ukazał się na początku grudnia, przyp. redakcji)
Nikt nie wie, jaka będzie sytuacja epidemiczna. Chciałabym, żeby było jak dawniej, żebyśmy mogli się spotkać i razem robić wielki pudding z suszonymi owocami. Mam dwie siostry, brata i aż ośmiu kuzynów, lubiliśmy spotykać się wszyscy z naszymi dziećmi i mieszać razem masę na pudding, w myślach wypowiadając swoje największe życzenie. Taki sposób obchodzenia świąt wyniosłam ze swojego domu, tak spędzaliśmy Gwiazdkę, kiedy byłam mała. Wtedy moim marzeniem było zostać aktorką. I wierzyłam, że to się spełni. Dziś marzę tylko o jednym: żebyśmy pozostali zdrowi.

Kate Winslet i Saoirse Ronan w najnowszym filmie z ich udziałem, „Amonit”. (Fot. materiały prasowe) Kate Winslet i Saoirse Ronan w najnowszym filmie z ich udziałem, „Amonit”. (Fot. materiały prasowe)

Kate Winslet, rocznik 1975. Jako pierwsza aktorka w historii już w wieku 33 lat miała na koncie sześć nominacji do Oscara (dziś ma ich siedem, w tym jedną statuetkę). Jako druga (po Sigourney Weaver) zgarnęła dwa Złote Globy podczas jednej gali – za pierwszoplanową rolę w „Drodze do szczęścia” i drugoplanową w „Lektorze”. Prywatnie Winslet jest mamą trójki dzieci: 20-letniej córki Mii Honey oraz synów, 17-letniego Joego Alfiego i siedmioletniego Beara. Ambasadorka marki Longines.

  1. Kultura

Joanna Kulig - Aśka, jesteś silna!

Joanna Kulig: Moim priorytetem jest higiena psychiczna, wyzbycie się poczucia winy, dobre planowanie czasu, szukanie wsparcia. (Fot. Magdalena Wosinska)
Joanna Kulig: Moim priorytetem jest higiena psychiczna, wyzbycie się poczucia winy, dobre planowanie czasu, szukanie wsparcia. (Fot. Magdalena Wosinska)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wciąż dostaje propozycje zza Oceanu, Właśnie rozpoczyna zdjęcia do kolejnego francuskiego filmu „Kompromat” w reżyserii Jérôme’a Salle’a. Joanna Kulig osiągnęła sukces i mogłaby gwiazdorzyć, budować dystans. A ona lubi chodzić w rozciągniętych swetrach, jeździ rowerem, wychowuje Jasia. Nadal jest tą samą Aśką, którą była dla przyjaciół i rodziny, żoną, po prostu sobą.

Obserwując panią, można dojść do wniosku, że w pani przypadku gorący czas nie mija. Nachodzą panią myśli: niech to się wreszcie skończy? Czy raczej: niech trwa?
Ten najgorętszy czas mam już za sobą. Teraz, owszem, dużo pracuję, ale nastał okres spokoju. Jak patrzę wstecz na zeszłoroczną jesień, to widzę, że było nerwowo. Wróciłam wtedy do Polski po długim okresie pracy za granicą, potwornie zmęczona, potrzebowałam więc czasu, żeby się zresetować. I właśnie kiedy miałam wyjeżdżać na urlop, wybuchła pandemia. Tak więc lockdown zbiegł się z moją potrzebą zwolnienia, wyciszenia. Pojechaliśmy wtedy z Jasiem do teściów na wieś pod Krakowem i tam złapałam oddech.

A teraz znów w biegu?
Może nie aż tak jak wcześniej, ale rzeczywiście po wiosennym przestoju nasza branża w Polsce wróciła do intensywnej pracy. Na szczęście udało nam się bez zakłóceń skończyć zdjęcia do polskiego filmu o rodzinie patchworkowej w reżyserii Michała Rogalskiego, do którego scenariusz napisał Krzysztof Rak. Zaczynam też zdjęcia do francuskiego filmu w duecie z Gilles’em Lellouche’em, zdjęcia kręcimy na Litwie. Mam trzy agencje, z którymi współpracuję: polską, francuską i amerykańską. Teraz nic nie jest jednak pewne, dużo produkcji się odwołuje. Dla artystów to potwornie trudny moment, w którym próbujemy jakoś się odnaleźć.

Mówi pani o spokoju, a wokół tyle powodów do zdenerwowania...
To, co dzieje się na świecie w związku z pandemią, budzi obawy. A lęk nie jest sprzymierzeńcem zdrowia. Dlatego nie oglądam wiadomości, nie wkręcam się w różne pesymistyczne teorie, tylko koncentruję na codziennym życiu i na trosce o bezpieczeństwo swoje i rodziny. Okrzepłam też już jako mama, co wymagało czasu. Początek mojego macierzyństwa nie był spokojny, dużo się działo, wszystko robiłam z zegarkiem w ręku, bez chwili wytchnienia. Wiele osób mówiło mi: „Aśka, podziwiamy cię”. A ja wcale nie chciałam być siłaczką, tylko czułam, że nie mam innego wyjścia. Przyjęłam przed urodzeniem Jasia rolę w serialu „The Eddy”, do końca nie zdając sobie sprawy, na co się piszę. Nie miałam pojęcia, co to znaczy małe dziecko.

Co z ostatnich zawodowych doświadczeń uważa pani za najważniejsze?
Na pewno wielkim przeżyciem zawodowym był dla mnie udział w kampanii oscarowej. Nagle znalazłam się w samym środku całej tej nieprawdopodobnej machiny, podlegałam jej prawom, co było dla mnie momentami wyczerpujące, ale też bardzo ciekawe. Wszystko od momentu, gdy film osiągnął sukces w Europie, poprzez miejsce na krótkiej liście do oscarowych nominacji, aż do finału w postaci gali, było bardzo precyzyjnie wymyślone.

Pani też walczyła o nominację, ale jej w końcu nie dostała. Było rozczarowanie?
Szczerze? W pewnym sensie poczułam ulgę. Tak na marginesie – od razu po ogłoszeniu nominacji dostałam e-maila od amerykańskiego dystrybutora z tematem „flight to Poland”. Tak właśnie działa ta machina.

Poczuła pani ulgę? Nie wierzę.
Tak, rozumiem, że może to dziwnie brzmieć, ale proszę mi uwierzyć, że tak właśnie było. Zbliżał się mój termin porodu, a ewentualna nominacja oznaczała potrojenie działań promocyjnych, w których musiałabym wziąć udział, a które już do tego momentu sporo mnie kosztowały. Po ogłoszeniu nominacji wiedziałam, że mogę się już skupić wyłącznie na ciąży. Ten okres to był prawdziwy rollercoaster. Do przyjazdu do Stanów skusiła mnie perspektywa współpracy z Bryną Rifkin, która prowadziła kampanię francuskiej aktorki, laureatki Oscara z 2008 roku, Marion Cotillard. Moja kampania była skonstruowana podobnie jak Cotillard: oto przylatuje do Stanów dziewczyna z Europy, którą przedstawiamy amerykańskiej publiczności. Powiedziano mi, że ponieważ film jest świetny, mamy szansę, aby na miejscu to o nas zabiegano, a nie na odwrót. Wtedy do mnie dotarło, jakie znaczenie w USA ma zagranie roli w dobrym filmie i że mam wielkie szczęście startować z tego poziomu, nie muszę się tam przebijać.

Poznała pani smak życia gwiazdy?
Trochę tak. Wszystko było doskonale zorganizowane. W Nowym Jorku dostałam mieszkanie przy Times Square. Były ze mną agentki: polska i amerykańska, kalendarz miałam wypełniony od rana do wieczora. Było bardzo intensywnie, ale jednocześnie czułam, że przydarza mi się coś niezwykłego, coś, o czym nawet nie marzyłam. No, jak zresztą miałam narzekać, gdy pod dom podjeżdżała limuzyna, a pan we fraku otwierał mi drzwi? [Śmiech]. Codziennie odbywały się liczne spotkania, lunche. Musiałam nauczyć się amerykańskiego sposobu promocji, poruszania się w świecie, który funkcjonuje zupełnie inaczej niż w Europie. U nas takie promowanie się budziłoby zdziwienie, tam jak ktoś przyjeżdża z filmem i mówi, że nie potrzebuje promocji, to pytają: „W takim razie po co tu przyleciałeś?”. Spotkaliśmy się jako ekipa z niebywałą serdecznością, otwartością. Zapraszano nas do swoich domów.

Na zdjęciu Joanna Kulig ma na sobie garnitur MMC Studio, szpilki Saint Laurent, kolczyki W.Kruk, pierścionki W.Kruk.(Fot. Magdalena Wosinska) Na zdjęciu Joanna Kulig ma na sobie garnitur MMC Studio, szpilki Saint Laurent, kolczyki W.Kruk, pierścionki W.Kruk.(Fot. Magdalena Wosinska)

Czy to wszystko prysło jak bańka mydlana, czy przyniosło jakieś efekty?
Efekty przyszły chyba nawet za wcześnie [śmiech]. W pewnym momencie pojawiła się prawdziwa kumulacja. 24 lutego była ceremonia oscarowa, datę porodu miałam wyznaczoną na 7 lutego, a urodziłam 14. W planowanym dniu porodu poszłam na casting do Glena Ballarda [amerykański autor tekstów i producent muzyczny – przyp. red.], który przesłuchiwał aktorki do serialu „The Eddy”. Trzy godziny po tym spotkaniu przyszła wiadomość, że dostałam rolę. Strasznie się ucieszyłam, ale wiedziałam, że za chwilę mogę rodzić, zresztą nie rozstawałam się już wtedy z plecakiem z rzeczami do porodu. Na próbę nagrania poszłam z wielkim brzuchem, a tam pianista z filmu „La La Land”, muzycy Michaela Jacksona, moi idole z dzieciństwa! Glen pyta: „Czy jesteś w stanie przygotować 14 piosenek po angielsku?”. Odpowiedziałam euforycznie: „Tak, oczywiście”. Jakbym miała wtedy świadomość, co to znaczy mieć dziecko, tobym na pewno tak nie odpowiedziała, uciekałabym gdzie pieprz rośnie.

Po porodzie było aż tak ciężko?
Jak to po porodzie: spadek formy, nieprzespane noce, niedogodności po cesarskim cięciu. Dwa dni po porodzie przysłano do szpitala bukiet kwiatów z bilecikiem: „Welcome to Netflix Family”. W ten sposób zostałam powitana na pokładzie „The Eddy”. Dziesiątego dnia po porodzie padła propozycja nie do odrzucenia, że czas rozpocząć negocjacje. Musiałam wziąć się w garść. Oczywiście warunki miałam wspaniałe. Do domu w LA wjechało pianino. Mąż wychodził z synkiem na spacer, a ja uczyłam się piosenek. Po pięciu tygodniach przylecieliśmy do Warszawy. Udało mi się wynegocjować z producentami, że mogę zostać tu trzy tygodnie. Przyleciał do mnie coach muzyczny z LA, zamieszkał w hotelu Regent. Miałam opracowany dojazd do hotelu rowerem w osiem minut, jeździłam więc między karmieniami tam i z powrotem. I tak przez trzy tygodnie. Udało mi się przygotować siedem piosenek po angielsku.

A potem wyjazd na plan zdjęciowy do Paryża.
Tak, Jaś miał wtedy dwa miesiące. Tam też dostałam znakomite warunki: spektakularne, przestronne mieszkanie przy Champs-Élysées, w totalnie burżujskiej dzielnicy. Ale znów trzeba było instalować się w nowym domu, grać w obcym języku… I tak przez sześć miesięcy. To było najtrudniejsze zadanie: pogodzić bycie świeżo upieczoną matką z tak intensywnymi obowiązkami zawodowymi. Płakać mi się chce, jak to wspominam. Ale też jestem z siebie dumna.

Joanna Kulig ma na sobie sukienkę smokingową Maciej Zień/www.zien.pl, rajstopy Calzedonia, biżuteria W.Kruk. (Fot. Magdalena Wosinska) Joanna Kulig ma na sobie sukienkę smokingową Maciej Zień/www.zien.pl, rajstopy Calzedonia, biżuteria W.Kruk. (Fot. Magdalena Wosinska)

Kto pani wtedy pomógł?
Rodzina. Moja mama, siostry: Ania i Justyna. Justyna jest aktorką i mamą dwójki dzieci, więc wiedziała, czego potrzebuję. Jednocześnie uświadomiła mi, że w tym całym trudzie przecież mam szansę pracować z najlepszymi muzykami, w najlepszych studiach jazzowych. To mnie tak wzruszyło, że zapomniałam o wszystkich trudach. Tam był cały sztab ludzi, co chwilę ktoś do mnie przylatywał: przyjaciółki, moja kochana teściowa. Zresztą przez większość czasu towarzyszył mi mąż, do momentu, gdy musiał wyjechać na plan swojego filmu. Dopiero teraz widzę, jak dużo wydarzyło się w tak krótkim czasie.

To nie odbyło się zapewne bezkosztowo.
No tak, cena była wysoka, znalazłam się na skraju moich zasobów. Dałam radę, ale już nie chciałabym drugi raz dochodzić do granic możliwości.

Granie w obcym języku jest obciążające?
O tak. Co innego jest promować film w obcym języku, co innego prowadzić konwersację, a co innego grać. Komunikowanie uczuć w obcym języku było dla mnie trochę nienaturalne. Na początku nie potrafiłam wyczuć, jak zagrać pewne emocje. Zaczęłam więc do siebie mówić: „Nie stresuj się, pomyśl o podopiecznych fundacji Ani Dymnej, o Krzysiu Globiszu, który nie może mówić, oni to dopiero mają trudno”. To mi dodało siły. Jak się rodzi dziecko, to człowiek robi się sentymentalny, przypomina sobie własne dzieciństwo, rodzinne strony. Grając po angielsku, szukałam polskich akcentów. Usypiałam Jasia przy kołysankach Grzesia Turnaua i Magdy Umer. W sierpniu, już po skończeniu zdjęć, kierownik produkcji serialu powiedział mi: „Jesteś silną kobietą, takich potrzebujemy”.

Skąd w pani ta moc?
W dużej mierze z wiary w Boga, ale nie fanatycznej, tylko głęboko duchowej. Siłę daje mi oczywiście rodzina, mój kochany mąż, mama i rodzeństwo. Oraz natura: pola, lasy, łąki, kwiaty, czyli to wszystko, co mnie ukształtowało. Ćwiczę trening uważności, żeby nie rozdrapywać tego, co było, ani nie żyć tym, co będzie, tylko skupiać się na tu i teraz. Medytuję. Ale mam też szczęście do ludzi. Paweł Pawlikowski przeprowadził mnie przez początki aktorstwa, bardzo dużo się od niego nauczyłam. Ogromnie dużo pomogły mi otaczające mnie kobiety. Przy drugiej i trzeciej transzy „Eddy’ego” pracowały artystki matki. Kiedy miałam kryzys, mówiły, że to normalne, że można sobie popłakać, że czasem człowiek czuje się samotny. Nie zapomnę, jak nasza operatorka – szczupła dziewczyna z ciężką kamerą – pewnego dnia przyszła na plan z trójką dzieci. Powiedziała, że chce, żeby zobaczyły, dlaczego czasem mamę bolą plecy. Uważam, że to bardzo cenne, żeby kobiety matki się wspierały, dzieliły doświadczeniami, emocjami, nie tylko tymi pozytywnymi. Żebyśmy się nauczyły dawać sobie prawo do przeżywania smutku, strachu. Początki macierzyństwa to cała gama uczuć odczuwanych w tym krótkim okresie, a o tych negatywnych głośno się nie mówi. A jak się powie, to od razu z poczuciem winy, bo to znaczy, że nie jestem dobrą mamą. Musiałam się z tego wyleczyć.

Czy bycie mamą ma wpływ na pani role?
Tak, bo przestałam się koncentrować na sobie, zobaczyłam, że role da się przygotować w krótszym czasie. Oczywiście była presja, żeby oddać się bardziej aktorstwu, a dziecko zostawić pod opieką. Musiałam sama się dowiedzieć, co jest dla mnie ważne.

I co jest ważne?
Dziecko, rodzina – to bez dwóch zdań. Ale też praca. Czyli tak naprawdę zachowanie balansu. Chodzi o to, żeby nie być non stop na planie i nie być non stop w domu.

Jak pani się relaksuje, dba o siebie?
Przeczytałam gdzieś o dobowym rytmie życia. Mój najlepszy rytm jest taki: do 15 zostaję z Jasiem, tak na sto procent. A od 15 do 19 pracuję: uczę się roli, czytam scenariusze, prowadzę korespondencję. Potem kolacja w domu, czas dla dziecka i męża. Bardzo odprężają mnie masaże, jazda na rowerze, spacery. A także wyjście do kosmetyczki, fryzjera.

Nie ma pani wtedy wyrzutów sumienia, jak większość z nas?
Uczę się wyzbywać takiego myślenia, bo jest destrukcyjne. I umieć powiedzieć sobie: „To mój święty czas, jak się zregeneruję, będę miała siłę dla dziecka”. Dostałam ostatnio świetny scenariusz ze Stanów, ale roli nie przyjęłam. Nie dałabym rady pogodzić tej propozycji ze zdjęciami do filmu francuskiego i z zajmowaniem się Jasiem. Odmawianie jest najtrudniejszą częścią mojej pracy. Bo pojawia się myśl: „Taka rola może już nie przyjść”. Trudno. Chcę się skupić na korzyściach długofalowych, nie krótkoterminowych. Moim priorytetem jest higiena psychiczna, wyzbycie się poczucia winy, dobre planowanie czasu, szukanie wsparcia.

Nauczyła się tego pani w domu?
Wychowałam się w małej miejscowości, w wielopokoleniowej rodzinie, w której nie wspomagano się nianią. A ja bez niani nie mogłabym funkcjonować. Musiałam sobie wypracować własny model działania, bo wzorce z domu nie działają. Uważam, że każdy powinien czerpać ze swojej rodziny to, co najlepsze, i na tym fundamencie zbudować własny tryb życia. Kocham mój rodzinny dom, Muszynkę, ale od moich korzeni musiałam się w pewien sposób odciąć. Bo w tej chwili żyję i pracuję gdzie indziej.

Na zdjęciu Joanna Kulig ma na sobie wełniany płaszcz SEA NY/www.wonders.com.pl, rajstopy Calzedonia, kozaki i czapka z daszkiem – Hermès. (Fot. Magdalena Wosinska) Na zdjęciu Joanna Kulig ma na sobie wełniany płaszcz SEA NY/www.wonders.com.pl, rajstopy Calzedonia, kozaki i czapka z daszkiem – Hermès. (Fot. Magdalena Wosinska)

Nadszedł w pani życiu czas obfitości, ale bywało różnie. Na przykład dwukrotnie nie dostała się pani do szkoły jazzowej. Co zrobić, żeby takie niepowodzenia nie zabiły, tylko wzmocniły?
Uważam, że trzeba kierować się tym, co podpowiada intuicja. Mnie dużo ludzi mówiło: „nie”, a ja powtarzałam sobie: „idź”. Przewracałam się, wstawałam i szłam dalej. I ten jazz, okrężną drogą, do mnie wrócił. Zauważyłam, że jeśli słucham swojego wewnętrznego głosu, to zawsze wychodzę na tym dobrze.

Co ten głos teraz mówi? Ma pani jakieś artystyczne marzenia?
Może żeby zagrać u Almodóvara lub Woody’ego Allena? Ale największym marzeniem jest znalezienie czasu na realizację moich muzycznych projektów, które od lat mam w głowie. Proszę nie ciągnąć mnie za język, na razie ich nie zdradzę.

Sukces dał pani większe poczucie własnej wartości?
Ja to poczucie miałam. Sukces zdecydowanie zwiększył szansę na ciekawe role i teraz chcę się skoncentrować na tym, żeby dobrze ją wykorzystać. Ale nie za wszelką cenę. Czasem mam wrażenie, że ludzie odnoszą się do mnie, jakbym była nie wiadomo kim. A ja jestem tą samą Aśką, którą byłam. Mam poczucie swojej integralności. Nadal chcę być blisko prawdziwego życia, wspierać ludzi, których zawsze wspierałam, fundacje. Czasami, kiedy mam gorszy dzień, to sobie o nich myślę, o tym, jakie szczęście mam w życiu. Nie da się zbawić całego świata, ale uważam, że warto angażować się w działania na rzecz innych. Człowiek staje się wtedy choć trochę lepszy. Cieszę się odniesionym sukcesem, ale się nim nie zachłystuję. Wszystko jest tak ulotne!

Dlatego potrzebne jest w życiu coś stałego, niezmiennego? Na przykład miłość?
Oczywiście. Bez męża nic bym nie zrobiła. Śmieję się, że Maciek, stabilny, mądry, dobry, jest taką solidną ramą, a ja wypełnieniem. Jestem dość krucha, emocjonalna, więc niesamowicie się uzupełniamy. Mam duże szczęście, że przytrafiła mi się tak wielka miłość. Cieszę się, że przerodziła się w długoletni związek – jesteśmy razem 14 lat – że przetrwaliśmy kryzysy. No i że doczekaliśmy wspaniałego jej owocu, czyli Jasia.

Nie ma między wami zawodowej rywalizacji?
Mnie się wydaje, że nie ma, choć pewnie się pojawia. Czasami chciałabym czytać więcej książek, bo Maciek bardzo dużo czyta. Jego z kolei interesuje moja emocjonalność. Żartujemy czasem, że jak przetrwał ze mną na planie, to już żadna praca z aktorem nie powinna być dla niego trudna. [Śmiech]. Uważam, że warunkiem dobrej relacji jest rozmowa, szukanie tego, co wspólne, ale też pielęgnowanie własnych pasji, dzielenie się obowiązkami. Utrzymać związek w tej branży nie jest łatwo, to wymaga codziennej pracy.

Wiecie już, gdzie spędzicie święta Bożego Narodzenia?
W Warszawie, bo tu jest nasz dom. W tym roku chcemy ten fakt przypieczętować. Do tej pory byliśmy takimi kolędnikami, jeździliśmy od domu do domu. Wigilia była u teściów, a potem odwiedzaliśmy mamę, siostry, braci, kuzynów. W te święta zapraszamy do siebie. Chciałabym nie ulec przedświątecznej gorączce, w jaką wpadam co roku. Może, paradoksalnie, aktualna sytuacja pomoże skupić się na tym, co najważniejsze. A najważniejsze dla mnie to być razem i się tym cieszyć. 

Joanna Kulig rocznik 1982. Aktorka, piosenkarka, dwukrotna laureatka Orła za drugoplanową rolę w filmie „Sponsoring” i za pierwszoplanową w „Zimnej wojnie”, za którą otrzymała też Europejską Nagrodę Filmową.

stylizacja: Agnieszka Ścibior; asystentka stylistki: Stefania Lazar; Makijaż i fryzury: Waldemar Pokromski; Asystenci fotografki: Zbyszek Szych i Damian Tomaszewski. Produkcja: Dominika Zasłona-Dukielska.