1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Śladami Winnych – spotkanie z Ałbeną Grabowską w Brwinowie

Śladami Winnych – spotkanie z Ałbeną Grabowską w Brwinowie

Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana 
dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Najpierw ona podarowała im dom oraz burzliwe losy. Teraz wspólnie dają nowe życie miastu, w którym zaczęła się ta historia. Po Brwinowie ze „Stulecia Winnych” oraz tym współczesnym oprowadza nas pisarka Ałbena Grabowska.

Urokliwe miasteczko położone 25 kilometrów od Warszawy, dawne letnisko, dziś liczące ponad 10 tysięcy mieszkańców. Miasto powieściowej rodziny Winnych, do którego ściągają dziś fani, by zobaczyć choćby słynne Glinki, kościół Świętego Floriana, ale też ulicę Mickiewicza, przy której miał stać dom Winnych. A może też spotkać samą Ałbenę Grabowską, na co zresztą są duże szanse, bo jej egzotyczna uroda nie pomaga ukryć się w tłumie.

Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)

Zapraszamy do ogrodów

Kiedy zastanawiała się, gdzie umieścić akcję trylogii, do której pisania właśnie zasiadała przy kuchennym stole, Brwinów był wyborem oczywistym. – Miasto ze wspaniałą historią, z cudownymi miejscami i mieszkańcami. Tu działy się rzeczy niezwykłe, kluczowe dla historii Polski – opowiada. – Poza tym ważne jest dla mnie, by identyfikować się z miejscem, w którym mieszkam. I z jego społecznością. Robię zakupy po sąsiedzku, staram się wspierać lokalnych producentów oraz mieszkańców w potrzebie. My w ogóle wszyscy lubimy sobie pomagać. Ta sąsiedzka otwartość ma swoje odbicie w corocznej imprezie Festiwal Otwarte Ogrody, podczas której w Brwinowie, Podkowie Leśnej i Milanówku w kolejne weekendy czerwca mieszkańcy otwierają swoje prywatne ogrody dla zwiedzających. Pokazują, czym się zajmują, a że mieszka tu wielu malarzy, muzyków, pisarzy czy innej maści artystów, w takim ogrodzie często można posłuchać kameralnego koncertu czy krótkiego wykładu o konserwacji obrazów. Dziś Podkowa, Milanówek i Brwinów tworzą Podwarszawskie Trójmiasto Ogrodów. – To piękna kontynuacja idei Stanisława Lilpopa, przemysłowca, właściciela ziemskiego i wielkiego wizjonera. Miał marzenie, by z Podkowy Leśnej stworzyć miasto ogród – opowiada pisarka. – Uważał, że w otoczeniu przyrody można się świetnie rozwijać intelektualnie i tworzyć silne lokalne więzi. Powiedział profesorskim rodzinom z Warszawy: „Przyjedźcie do Podkowy, ja wam daję ziemię na bardzo korzystnych warunkach, nie bierzcie służby, tu jest Brwinów-Letnisko, tu są ludzie, oni powinni dla was pracować. Trzeba integrować tę społeczność”.

Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)

Stanisław Lilpop jest pochowany na cmentarzu w Brwinowie, a jego willa „Aida” jest wprawdzie w prywatnych rękach, ale kustosz tego miejsca udostępnia je zwiedzającym. To w „Aidzie” były kręcone zdjęcia do serialowego wesela Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, choć prawdziwe odbyło się w hotelu Bristol. – Ale ślub był w Brwinowie, ten prawdziwy i ten opisany przeze mnie – podkreśla Ałbena. W serialu wystąpiło też Stawisko, położone w pobliskiej Podkowie Leśnej, miejsce zamieszkania Iwaszkiewiczów, a w czasie wojny przytulisko dla literatów, poetów, ale też ludzi biednych, wykluczonych, głodnych. – Oni tu naprawdę dzielili się wszystkim, co mieli. Uratowali niejedno życie – mówi. Dziś w Stawisku mieści się muzeum Jarosława Iwaszkiewicza. – Pani kustosz przyznała mi niedawno, że obecnie zainteresowanie tym miejscem jest kilkukrotnie większe. I wszyscy pytają o serial, o książki. Cieszę się, że przywołałam tego cudownego pisarza. Mnie miłość do niego zaszczepił dziadek. Dał mi opowiadania, zaprowadził na jego grób.

Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)

Ludzie i miejsca

– Oczywiście planujemy wycieczki śladami Winnych. I niewykluczone, że czasem będę sama je oprowadzała, w szczególnych momentach, jak Noc Muzeów, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, a może i rocznica bitwy pod Brwinowem – zapewnia pisarka.

Co dwa lata w Brwinowie 12 września ma miejsce rekonstrukcja tego ważnego dla brwinowian wydarzenia, obecnego też na kartach „Stulecia Winnych”. – Kiedy byłam tu pierwszy raz, zachwyciły mnie jego rozmach, liczba osób zaangażowanych w rekonstrukcję, w tym wojsko. Gdy zobaczy się ludzi, którzy stoją kilka metrów od siebie i otwierają ogień, a do tego ostrzał z samolotu – to zmienia się nastawienie do samej wojny. Już się nie wydaje, że to jest taka przygoda albo gra komputerowa.

Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Co będzie na trasie oprowadzania? – Oczywiście ulica Mickiewicza, kościół Świętego Floriana, który wygląda inaczej niż w serialu, ale stoi w tym samym miejscu. Stawisko, „Aida” – wylicza. – Zaprowadziłabym też ludzi na Glinki. Na jednym z jeziorek jest wakepark, skąd można wypożyczyć sprzęt do surfowania. No i do cukierni „Jarzyna”. Kawiarnia jest utrzymana w stylu art déco, można przycupnąć też w ogródku, zjeść cudowne ciasto albo pączka – naprawdę lepszych w życiu nie jadłam. Latem sprzedawane są pyszne lody. Moje ulubione smaki to słony karmel i śliwka z czekoladą.

Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Ale Brwinów to coś więcej niż miejsca. – Z tym miastem byli związani wspaniali ludzie, nie tylko Stanisław Lilpop czy Jarosław Iwaszkiewicz. Na przykład Helena Bartkiewiczówna, ciotka literata Zygmunta Bartkiewicza. Była pierwszą kobietą, która otworzyła w Warszawie salon fotograficzny, w sumie pierwszą kobietą w Polsce. W roku 1865! To naprawdę coś!

Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

W pobliżu mieszkał profesor Kazimierz Michałowski, wybitny egiptolog, ale też rodzina Regulskich, pokazana zresztą w serialu. Ona, Halina, była feministką, on, Janusz, naukowcem. Był jeszcze Stefan Kiedrzyński, dziś zapomniany literat, ale przed wojną jego książki miały więcej ekranizacji niż Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. – I uchodził za o wiele lepszego pisarza. Dołęga mu ogromnie zazdrościł. Dziś wszyscy znają Dołęgę, natomiast większość książek Kiedrzyńskiego spłonęła podczas wojny. Zachowały się nieliczne ekranizacje, choćby „Kłamstwo Krystyny”. Pamiętam, że jak byłam mała, leciało co święta w telewizji.

Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Dobre duchy

Współczesny Brwinów nadal ma coś z klimatu letniska. – Latem powietrze wręcz stoi i panuje tu taka cisza, że czuję się jak na wakacjach. Zwłaszcza że dom mam drewniany – mówi pisarka. – Żyjemy sobie w takiej enklawie, w mieście ogrodzie, ale z dobrym transportem do cywilizacji. Nie narzekamy. Zresztą u nas są centra handlowe i targ, piekarnie i banki. Mamy blisko autostradę, pociąg, który w 30 minut dowozi nas do centrum Warszawy, a w Podkowie Leśnej – kolejkę WKD, do której mam niezwykły sentyment: 40 minut i jesteś w stolicy, a do tego po drodze podziwiasz piękne krajobrazy. Mamy też, już trzecią kadencję, wspaniałego gospodarza Brwinowa. Dzięki niemu miasto rozkwita. Teraz czekamy na wiosnę, bo zrewitalizowano miejski park. Kiedyś to było miejsce, o którym starzy brwinowianie mówili tylko, jeśli chcieli przestrzec dzieci: „Obejdź naokoło, nie idź przez park”. No to teraz park mamy piękny, są tam staw, plac zabaw, stojące szachy, a niedługo wyrośnie i zakwitnie też ogród botaniczny.

Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Na terenie parku stoi pałac Wierusz-Kowalskich, również uwieczniony w „Stuleciu...”. Park i pałac kiedyś należały do SGGW i prowadzono tam zajęcia. Niedawno miastu udało się pozyskać te tereny i rozpocząć remont. Ma być w nim ośrodek kultury. – Choć nie miałam żadnego udziału w odzyskaniu i rewitalizacji, to czuję się tak, jakby to też moja opowieść sprawiła, że park i pałac na powrót są nasze, brwinowskie. Tak jakbym pisząc o Wieruszach, w jakiś sposób przywołała dobre duchy – twierdzi Ałbena Grabowska.

Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.

Podziękowania dla Urzędu Gminy Brwinów za udostępnienie zdjęć związanych z Brwinowem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Ałbena Grabowska: "Wierzę w drugie szanse"

– Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości – mówi Ałbena Grabowska. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
– Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości – mówi Ałbena Grabowska. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ma mózg naukowca, ale duszę pisarki. Serce - w połowie polskie, w połowie bułgarskie. Wierzy w bałkańskie gusła, ale też coraz bardziej w siebie. Życie Ałbeny Grabowskiej, autorki bestsellerowego "Stulecia Winnych", jest też pięknym dowodem na to, że warto samej sobie dać drugą szansę.

Dlaczego właściwie piszesz?
Taka po prostu miała być moja droga życiowa, choć długo tego nie rozumiałam. Wcześniej myślałam, że jest nią medycyna, i swoje młodzieńcze marzenia o aktorstwie zostawiłam na ołtarzu tego bardzo szlachetnego i pragmatycznego zawodu, który nadal wykonuję. A pisanie towarzyszyło mi od zawsze. Gdy w podstawówce chwalono moje wypracowania i kiedy wygrałam olimpiadę polonistyczną, to wydawało mi się, że to po prostu bardzo miłe. Kiedy potem przez osiem lat pisałam teksty do prasy kobiecej o zdrowiu i psychologii, ale też opowieści o miłości, z życia wzięte – to byłam przekonana, że po prostu zarabiam pieniądze, a przy tym nie jest to żadna harówka, tylko sama przyjemność. Kiedy wpadłam na pomysł, że spiszę historię mojej bułgarskiej rodziny w Rodopach, czyli swoich korzeni, to przecież tylko zostawiałam dziedzictwo moim dzieciom. I tak było latami. Pisząc bajkę terapeutyczną, tylko oswajałam chore dzieci z ich chorobą. Wymyślając przygody chłopca i dziewczynki w ludzkim mózgu, tworzyłam nić porozumienia między mną a najmłodszym synkiem, który coraz więcej czasu spędzał w Internecie i twierdził, że jego największym marzeniem jest znaleźć się w środku gry komputerowej. Dopiero kiedy te wszystkie książki odniosły sukces i zaczęłam pisać drugą część przygód Julka i Mai, zrozumiałam, że piszę, bo chcę, piszę, bo mam pomysły, i piszę, bo po prostu jestem pisarką.

Ucieszyłaś się?
Bardzo się ucieszyłam. Odkrycie, że jestem pisarką, a to, co piszę, podoba się mnie samej i innym ludziom – było jak olśnienie. Kiedyś wydawało mi się, że pisarz to ktoś stojący na piedestale, obdarzony niemal boskimi mocami. Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś taki jak ja, w domyśle zupełnie zwyczajny, też może być pisarką. I to dobrą! Nigdy nie czułam też żadnego brzemienia czy zobowiązania. Ani przymusu ze strony wydawców. Zawsze pozwalali mi do woli rozwijać wodze wyobraźni.

No właśnie, jako pisarka raczej ilustrujesz rzeczywistość czy stwarzasz nowe światy? Co jest ci bliższe?
Zdecydowanie nowe światy. Mam tak rozbudowaną wyobraźnię i sferę przeżyć wewnętrznych, że starczy na fabułę jeszcze wielu książek. Bardzo rzadko korzystam z rzeczywistości, nie mówię tu oczywiście o powieściach z historią w tle, tylko o kreowaniu bohaterów świata, który znam, ale w jakiś sposób go modyfikuję. Przez lata miałam wiele propozycji polegających na tym, że ktoś mi opowie swoją historię, a ja ją spiszę, albo ktoś mi opowie historię swojej rodziny i wtedy napiszę drugie „Stulecie Winnych”. Nigdy z tego nie korzystałam, bo po prostu nie umiem czerpać z cudzych pomysłów. Dostaję też propozycje zupełnie oryginalne, jak od transpłciowych przyjaciół, którzy też chcieliby mi opowiedzieć swoją historię, ale zupełnie nie czuję się kompetentna, żeby to zrobić.

Ałbena Grabowska przed kawiarnią 'Jarzyna' w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Ałbena Grabowska przed kawiarnią "Jarzyna" w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

To duża odpowiedzialność opowiadać losy prawdziwych postaci, w dodatku jeszcze żyjących.
Kiedy kreuję bohatera fikcyjnego, nie mam żadnych oporów przed pisaniem o nim w taki, a nie inny sposób, bo jest, jaki jest, i taki właśnie jest mi potrzebny, co więcej, on jest wolny w tym sensie, że może pójść w dowolną stronę. Nie byłabym w stanie napisać rzetelnej biografii osoby historycznej, choć lubię brać z życia znanych postaci to, co jest mi potrzebne, żeby ożywić bohaterów fikcyjnych. Wtedy, niejako w odbiciu, stają się tak bardzo rzeczywiści, że z kolei oni nadają bohaterowi autentycznemu rys prawdziwości. Ale ponieważ lubię wyzwania, właśnie napisałam książkę, która jest fabularyzowaną biografią. Podjęłam się tego nietypowego dla mnie zadania z dwóch powodów. Po raz pierwszy poczułam misję i ogromną chęć, by opowiedzieć o tej postaci. No i jest to ktoś, kto od dawna nie żyje, a do tego był bardzo szlachetny, wręcz kryształowy. Tą postacią jest Anna Dobrska, czyli pierwsza polska dyplomowana lekarka. Prawdziwa feministka, która zrobiła dla kobiet bardzo, bardzo dużo. Znam tylko pewne fakty z jej życia, dzięki nim poznaję jej charakter. A czyny mówią o nas więcej, niż byśmy chcieli. Ale, zaznaczam, nie jest to jej biografia, a fabularyzowana opowieść o niezwykłej kobiecie, która wykształciła wielu lekarzy i lekarek, pielęgniarek ginekologicznych oraz położnych.

Pamiętam takie zdanie z „Mam na imię Lucy” Elisabeth Strout, gdzie bohaterka, ale też w pewnym sensie sama pisarka, mówi, że pisze, by ludzie czuli się mniej samotni. Czy to jest ci w jakiś sposób bliskie?
Strout to niesamowita pisarka. Kiedy zaczyna się czytać jej książki, wydaje się, że to, o czym pisze, jest tak zwyczajne, że właściwie człowiek zadaje sobie pytanie, czemu to czyta, a z drugiej strony nie można się od tego oderwać. Ale ja nigdy bym nie powiedziała o sobie tak jak ona – bo to by znaczyło, że piszę do określonej grupy odbiorców, że widzę tego czytelnika czy tę czytelniczkę jako konkretną osobę i uważam, że mogłabym w jakiś sposób swoim pisaniem wpłynąć na jego czy jej życie. Takiej mocy w sobie nie czuję, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Nie oczekuję, że ktoś się będzie utożsamiał z moimi bohaterami. A kiedy słyszę, że moja powieść pomogła komuś się z czymś zmierzyć lub unaoczniła mu pewną sytuację, w której się znajduje, to jestem zdumiona, że mogłam coś takiego wygenerować. I wtedy myślę, że w sumie każdy pisarz mógłby znaleźć sobie takiego idealnego czytelnika. Pytanie, czy to jest jego intencją. Elisabeth Strout – jest; moją – nie. Nigdy nie odsłaniam się w książkach, nie dlatego, że nie chcę nic o sobie mówić, bo chętnie to robię – na spotkaniach autorskich czy podczas wywiadów; po prostu nie wydaje mi się, że w moich książkach powinny się znajdować moje przeżycia. Jedynym wyjątkiem jest „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Żadna z moich fikcyjnych bohaterek nie jest też mną. Bo nie jest mi to potrzebne – umiem i wolę wykreować nowe postacie. Natomiast często prowokuję czytelnika, zderzając z bohaterem, którego nie może czy nie powinien zaakceptować albo który jest inny w sposób literacki. Sugeruję na przykład, że Alicja Księgopolska, bohaterka „Alicji w krainie czasów”, to tak naprawdę ja.

Nawet jest twoje zdjęcie na okładce każdego tomu!
Nieprzypadkowo. To przecież ja się urodziłam w roku 1880 w dworku pod Warszawą. Teraz mam 50 lat i po prostu wolno się starzeję. Za to trzy razy kończyłam medycynę. Ale nikt mi nie wierzy, kiedy to mówię, mimo że wszystkie tropy w książce prowadzą do mojej biografii. Chyba nie jestem przez czytelników postrzegana jako osoba z poczuciem humoru. A taki wizerunek miałam wśród kolegów ze szkoły i pracy, zawsze lubiłam odtwarzać scenki, naśladować innych, stąd też marzenie o aktorstwie. Mam wiele twarzy, ale widocznie nie wszystkie publiczność jest w stanie zaakceptować.

Może jeszcze nie jest na to gotowa? Jako autorka „Stulecia” jawisz się im pewnie jako 100-letnia staruszka, która poznała już całą prawdę o życiu.
Ale ja wcale nie jestem mądra życiowo i wielu rzeczy powinnam się jeszcze nauczyć. To, co już wiem na temat życia, mogę włożyć w usta Broni Winnej, mam na myśli takie proste prawdy, jak ta, że jak nie umiesz wziąć, to nie umiesz też dać. Albo że czasami trzeba kogoś zranić i wbić mu nóż w serce, ale nigdy w plecy. I najważniejsza, którą wygłasza prawie stuletnia Ania: „Wierzyłam w życiu w wiele spraw i równie często wątpiłam. Sądzę jednak, że najważniejsza jest w życiu miłość”.

Serialowi Winni. Od lewej: Mania, Staszek, Andzia i Ania. Trzeci sezon można oglądać na antenie TVP1. (Fot. Damian Hornet/materiały prasowe)Serialowi Winni. Od lewej: Mania, Staszek, Andzia i Ania. Trzeci sezon można oglądać na antenie TVP1. (Fot. Damian Hornet/materiały prasowe)

W jednej ze scen trzeciego sezonu serialu Andzia mówi, że najpierw do domu trzeba wnieść stół, a dopiero potem inne meble. Bo stół to rodzina, wspólnota. I to dobrze wróży zgodzie w domu. Wierzysz w takie rzeczy?
Ponieważ ze strony mamy jestem silnie związana z kulturą bałkańską, słynącą z guseł, sama też jestem pod ich wpływem. Obecnie jestem w trakcie przebudowy domu i żeby wszystko się udało, „po bałkańsku” kupiłam sobie dwie świeczki: białą i czarną. Biała to dobra energia, czarna – zła. One muszą się palić jednocześnie, ale najpierw zapala się białą i powinna się palić dłużej niż czarna. Na Bałkanach wierzy się, że jeżeli mają być jakieś zawirowania, to one spalą się razem z czarną świeczką, natomiast biała będzie wzmacniać wpływ dobrych rzeczy. Niektórym taki rytuał może wydać się śmieszny, ale ja uważam, że koncentrowanie się na pozytywnych rzeczach i dobrych zakończeniach daje bardzo dużo człowiekowi, a przynajmniej mnie. Lubię w sobie to guślarstwo, choć z drugiej strony mam zaufanie do rozumu, a jako lekarz neurolog o ludzkim mózgu wiem prawie wszystko. Nie przeszkadza mi to zupełnie przełączać się na różne tryby postrzegania i odczuwania.

W serialach lekarze to ci, którzy mogą doświadczyć w pracy cudów: śmierci mózgu pacjenta, a potem uzdrowienia...
Nie do końca zgadzam się z takim podejściem, według mnie jest to romantyzowanie naszego zawodu. Kiedy umiera pień mózgu, to mówimy o śmierci w pełnym tego słowa znaczeniu, tu nie ma już odwołania. Ale można się wybudzić z wieloletniej śpiączki, choć można też się nie wybudzić. Kiedyś spytałam naszego wykładowcę, profesora onkologii, czy podczas kilkudziesięciu lat pracy spotkał się z jakimiś medycznymi cudami – odpowiedział, że nigdy. Mówimy tu oczywiście o cudzie, a nie o wyzdrowieniu z ciężkiego stanu.

Dlatego też niespecjalnie przepadam za serialami medycznymi, bo męczy mnie rozdźwięk między tym, jak są tam ukazywani lekarze, a rzeczywistością. To bardzo przyjemnie się ogląda, ale zwykle ma niewiele wspólnego z prawdą. Na przykład to, ile lekarze poświęcają tam czasu każdemu pacjentowi i jego rodzinie – fizycznie to jest po prostu niemożliwe. Albo taka scena: pacjent onkologiczny pyta lekarza, ile czasu mu zostało, a on odpowiada dajmy na to, że trzy miesiące. Zawsze się zastanawiam, na jakiej podstawie to wyliczył. Ja bym w życiu tak nie powiedziała ani też nie powiedziałabym, że te leki sprawią, że pacjent nie będzie miał już napadów padaczkowych – mogę domniemywać, że tak się stanie, ale nie, że tak będzie na pewno. Wierzę w bałkańskie gusła i potęgę podświadomości, ale praktyka lekarska to dla mnie czysta pragmatyka. Jestem bardzo racjonalnym lekarzem...

...ale nie do końca racjonalną pisarką.
Bo tworzę fikcję, tak? Potrafię i lubię zmyślać, jednak absolutna dyscyplina w tworzeniu fikcji jest bardzo ważna. Pracuję jak naukowiec. Każda książka zawiera niezwykle spójną opowieść, z logicznymi wątkami, żelazną konsekwencją zdarzeń. Osobowościowo bardzo się różnię jako pisarka, lekarka i jako matka. Gdybym była taką matką, jaką jestem pisarką, to dzieci by mi chyba weszły na głowę. A gdybym była taką matką jak lekarką, to zamęczyłabym je wymaganiami.

Jaka więc jesteś jako matka?
Z jednej strony stanowcza, a z drugiej – wspierająca. Uważam, że jestem tylko towarzyszem. Kiedy mnie o to proszą lub sytuacja tego wymaga, bywam też przewodnikiem, ale zdecydowanie wolę być towarzyszem i jako ten towarzysz zamierzam się w pewnym momencie pożegnać i powiedzieć: „świat należy do was, tu moje zadanie się kończy”. Bardzo chciałam mieć dzieci i o to walczyłam, ale nie mam poczucia własności czy przekonania, że mają robić to, co chcę. Daleko mi od podejścia bałkańskiego...

Czyli jakiego?
W kulturze bałkańskiej oczywiste jest, że dzieci mają się na starość opiekować rodzicami. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Opieka nad starszymi jest wyrazem szacunku, wdzięczności i miłości. Jestem jednak przeciwna temu, żeby rodzić dzieci tylko w tym celu. Bo kiedy w miejsce miłości pojawia się obowiązek, tworzą się więzy, nie więź. Wolałabym, by to była kwestia wyboru i decyzji ze strony dzieci. Nie uważam także, aby posiadanie dzieci było obowiązkiem kobiety, bo biologia, bo powinność, bo rola społeczna. Nie cierpię takiego biadolenia: „nie masz dzieci, to kto ci na starość poda szklankę wody?”.

Z twoich książek przebija szacunek do starszych pokoleń oraz do historii. Może bierze się to z tego, że jako dziewczynka miałaś tak dobrą relację z bułgarską babcią i polskim dziadkiem?
To były dwie ważne figury w moim życiu. Dziadek Stefan był cudownym człowiekiem, wywodził się z bardzo biednej rodziny i jest żywym dowodem na to, że Pan Bóg czy Pani Bogini rzuca talentami z góry i jeden trafił właśnie w mojego dziadka. Jego siostra ledwo pisała, a tymczasem on został nauczycielem historii i geografii, znał niemiecki, fascynował się też kulturą i literaturą polską, Do tego znał wiele piosenek i pięknie śpiewał. Znał na pamięć całą „Halkę” i „Straszny dwór”. Byłam jego ulubioną wnuczką, trzecią z kolei, uważał, że jestem niezwykła. A ja kochałam z nim spędzać czas. Opowiadał mi mnóstwo bajek – polskich, łużyckich, łemkowskich i łomżyńskich. Recytował Gałczyńskiego, Staffa, Leśmiana czy Tuwima, ale też mniej znanych poetów, jak Kubiaka. To on jako pierwszy zaprowadził mnie na grób Jarosława Iwaszkiewicza, którego bardzo cenił, pożyczył mi też jego „Młyny”. I podarował wszystkie dzieła Szopena. W miejscu, w którym stoi dziś mój dom, była działka, na której hodował warzywa, które wtedy były bardzo egzotyczne: patisony, cukinie, kabaczki. Z kolei babcia Kateryna imponowała mi tym, że była niezależna i trochę dziwna, w dobrym tego słowa znaczeniu. Ojciec wydał ją za mąż za pana, który przedstawił się jako bogaty kawaler. Babcia go nie znała i nie kochała, nie było to też udane małżeństwo. Babcia była pierwszą rozwódką w małej miejscowości Czepełare. Uparła się, że wykształci córkę, i dopięła swego. A kiedy mama wyprowadziła się za granicę, nie usłyszała od niej: „zostawiasz mnie, opuszczasz”. Bardzo ją za to podziwiałam. Jako dziecko nie do końca rozumiałam babcię, ale uwielbiałam jej słuchać. Rzadko mówiła, ale kiedy już powiedziała, zapadało to w pamięć na długo.

– Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena 'ja się dostosuję' Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)– Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena "ja się dostosuję" Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Twoje pokazywanie historii z perspektywy kobiet wzięło się właśnie z tego słuchania babci?
Jeśli już skądś się wzięło, to bardziej z obserwacji bałkańskiej rzeczywistości. Zawsze kiedy przyjeżdżałam do Bułgarii, dziwiło mnie, jak bardzo tamtejsze kobiety żyją w cieniu mężczyzn. Nawet jeśli pracują i zarabiają na rodziny. Zawsze musiały godzić się z tym, co im przynosi los. Rola kobiety w dawnych czasach taka była. Ale były też takie momenty, choćby w historii Polski, co też opisałam w książce o Annie Dobrskiej, że tuż po powstaniu styczniowym, gdy bardzo dużo mężczyzn zostało zabitych, uwięzionych lub wysłanych na Syberię, kobiety musiały się wyemancypować, czyli zacząć pracować, by utrzymać rodzinę. Zresztą co innego miały zrobić: usiąść i płakać? Robiły więc bardzo wiele rzeczy, brały się do introligatorstwa, przepisywania nut czy drukowania książek. W książce opisałam pierwszą kobietę, która założyła atelier fotograficzne w 1865 roku. To była Helena Bartkiewiczówna, ciotka Zygmunta Bartkiewicza z mojego rodzinnego Brwinowa. Jej zakład mieścił się w Warszawie na ulicy Senatorskiej, miał niższe ceny niż u konkurencji i bardzo szeroką ofertę. Helenie pomagały siostry. Nie narzekały, tylko brały sprawy w swoje ręce. Ja też taka jestem.

Zawsze zastanawiałam się, jak ty dajesz radę: z trójką dzieci, lekarską praktyką i karierą pisarską.
Jeśli dopuścimy możliwość inkarnacji, to z pewnością mam w sobie ducha jakiejś kobiety z czasów powstania styczniowego. Może na Syberii nie byłam, bo jestem strasznym zmarzluchem, choć za ukochanym mężczyzną poszłabym i tam. A jeśli nie byłby ukochany, pewnie bym została w kraju i pracowała. Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości. Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena „Ja się dostosuję” Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki.

Co spowodowało tę zmianę?
Ona dokonuje się we mnie cały czas i jest związana z coraz większym poczuciem własnej wartości. Długo czułam się nie dość dobra, a teraz uważam, że jestem wystarczająco dobra i mogę być jeszcze lepsza. Jestem skromna tam, gdzie trzeba, ale uważam, że czasy „siedź w kącie, a znajdą cię” bezpowrotnie minęły. Skoro tyle się napracowałam i tyle osiągnęłam, mam udawać, że tak nie jest?

Jesteś z siebie dumna?
Tak, jestem. I uważam, że nawet gdybym zrobiła połowę tego, co zrobiłam, i tak miałabym mnóstwo powodów do zadowolenia, radości i dumy. Ciągle się rozwijam i zmieniam, może jeszcze czymś nowym się zajmę... A może nie. Staram się być otwarta na wszystko. Nie chcę się spierać ze światem czy próbować mu coś udowodnić, ale twórczo na niego reagować. Bo świat potrafi być zaskakujący. Rok temu pokazał to dobitnie i trzeba było przyjąć to do wiadomości. Mój nawyk dostosowywania się do życia, świata, oczekiwań innych i własnych – stał się bardzo przydatny w obliczu pandemii. Widziałam, że ludzie mieli z tym trudności, ja miałam o wiele mniejsze. A skoro nie musiałam wyjeżdżać kilka razy dziennie z dziećmi, bo wszystkie lekcje odbywały się online, to w zeszłym roku napisałam trzy powieści, scenariusz filmowy i libretto musicalu.

Podziwiam! Na koniec wrócę do „Stulecia Winnych”, bo to opowieść o drugich szansach. Ty też sobie je podarowałaś – zawodowo, zyskując nowy zawód i osobiście – rozstając się z mężem.
Wierzę w drugie szanse. W życiu każdego z nas zdarzają się i takie momenty, kiedy trzeba zacząć wszystko od początku i to jest bardzo trudne, bo nie wiadomo, dokąd nas to zaprowadzi. Może spalimy za sobą mosty i już nigdy nie będzie powrotu? A może zostawimy przeszłość i wyruszymy we wspaniałą przygodę? Gdyby ktoś powiedział mi 12 lat temu, że będę siedziała i oglądała serial na podstawie mojej powieści, a potem będę czytała gorące dyskusje w Internecie o tym, jakim draniem jest ten Kazimierz, to nie tyle bym nie uwierzyła, co była ogromnie zdumiona, że taka droga jest mi pisana. Ale najwyraźniej była. A ja postanowiłam to zaakceptować i ruszyć nią z radością.

Ałbena Grabowska urodziła się w 1971 roku w Pruszkowie, mieszka w Brwinowie. Z wykształcenia lekarz neurolog i epileptolog. Jako pisarka zadebiutowała w 2011 roku powieścią „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Na podstawie jej „Stulecia Winnych” nakręcono serial. Mama Juliana, Aliny i Franka.

  1. Psychologia

Być blisko, tłumaczyć, czyli jak wychowuje Ałbena Grabowska

Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Ałbena Grabowska z dziećmi (Fot. Szymon SZcześniak/ LAF
Jako mama składam się z samych sprzeczności. Ale jestem ich świadoma i z nimi walczę – mówi Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana (18 lat), Aliny (16) i Franka (11).

Powieść „Stulecie Winnych” zmieniła nie tylko moje życie zawodowe, ale i rodzinne. Cztery lata od wydania pierwszego tomu już była ekranizacja! I ten fakt mocno wpłynął na moją rodzinę. Przede wszystkim zrezygnowałam z pracy w szpitalu, mogłam pozwolić sobie, żeby więcej czasu spędzać w domu i jeździć z Frankiem na terapie. Dzieci zauważyły też, że mama jest rozpoznawalna, że mówi się o „Stuleciu…”. Zachęcam je do czytania moich książek, ale nigdy nie powiedziałam „musicie” czy „powinniście”, nawet przy książce „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, napisanej specjalnie dla nich. Julian przeczytał pierwszy tom, teraz uczy się do matury, więc na pozostałe nie ma czasu. Córka też na początku sięgnęła tylko po pierwszy tom. Nie pytałam, dlaczego nie czyta drugiego i trzeciego, co się jej podobało, a co nie. Do tej rozmowy wróciłyśmy dopiero teraz, kiedy jest po lekturze wszystkich trzech tomów. Przyznała, że wcześniej trudno jej było wziąć moje książki do ręki, bo się denerwowała, że nawet jeżeli nie są o mnie, to może w jakiś sposób się w nich odsłaniam.

Przed pierwszym sezonem zapytałam dzieci, czy chcą wystąpić w filmie jako statyści, zwłaszcza że było wiadomo, że wystąpiłyby ze mną (zagrałam epizod). Znały moje młodzieńcze marzenia o byciu aktorką. Ale nie chciały statystować, a ja nie naciskałam.

Potem oglądaliśmy wspólnie serial, każdy odcinek z drżeniem serca, ja z powodu oglądalności, one – bo były ciekawe, jak losy moich bohaterów zostaną pokazane. Franek zadawał najwięcej pytań, przeżywał porażki bohaterów, a nawet wszedł ze mną w dyskusję o tym, dlaczego wymyślam ludzi, którzy cierpią, a nie szczęśliwych. Na koniec ostatniego odcinka wszyscy się wzruszyliśmy. Franek powiedział wtedy, że chciałby zagrać w drugim sezonie. Zapytałam producentów, czy może stanąć do castingu. Stanął, został wybrany i wypadł fantastycznie.

Nigdy nie wolno się poddawać

To był dla mnie szczególny i wzruszający moment. Ale nie dlatego, że syn zagrał w ekranizacji mojej książki, tylko z zupełnie innego powodu. Otóż jak miał trzy lata i poszedł do przedszkola, ujawniły się problemy, których wcześniej nie było – zaczął być agresywny wobec innych dzieci, nie chciał się bawić, nie reagował na polecenia nauczycielek. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ponieważ w domu tak się nie zachowywał ani wobec rodzeństwa, ani zaprzyjaźnionego syna niani, z którym spędzał dużo czasu.

Od razu poszłam na rozmowę z panią psycholog, która stwierdziła, że to autyzm. Mnie się to wydawało absurdalne, przecież nie miał objawów typowych dla autystyków, jak niepatrzenie w oczy, unikanie kontaktu. W tym czasie zaczął się u niego regres mowy, przez kilka miesięcy cofnął się do tego stopnia, że nie mogłam się z nim porozumieć. Zmieniliśmy przedszkole na integracyjne. Udało się zapisać go na terapię w bardzo dobrym ośrodku. Mimo to cały czas się cofał.

Nie poddawałam się, woziłam go trzy razy w tygodniu na kilkugodzinne bloki zajęć terapeutycznych. Poprawa następowała jednak powoli. Na zakończenie pierwszego roku w przedszkolu, w tym czasie, gdy dzieci występowały, Franek siedział pod krzesłem. Po drugim – stanął obok nich. Po trzecim – coś próbował zaśpiewać. A po pierwszej klasie już wystąpił z dziećmi. W czwartym roku zajęć terapeutka powiedziała, że jest przełom. Ja tez zauważyłam progres – zaczął mówić, być aktywny.

Opowiadam o tym tak szczegółowo, bo chcę pokazać, jakie efekty dała praca, przede wszystkim Franka, ale i terapeutów. I że nigdy nie wolno się poddawać. Na koniec kolejnego roku szkolnego grał w przedstawieniu głównego bohatera! Potem zapisałam go do Warsztatowej Akademii Musicalowej, gdzie chodziła Alinka. I tam, wśród dzieci, muzyki, ruchu, dostał skrzydeł. Na dorocznym koncercie denerwowałam się, jak sobie poradzi ze względu na jego deficyty, bo tam występują zdrowe, utalentowane dzieci. I Franek dał rade! Odetchnęłam z ulga.

Na planie filmowym też wspaniale się odnalazł – bez szemrania powtarzał kilka razy scenę, był skupiony, doskonale wiedział, jakie ma zadanie, a na koniec zapytał, czy może zagrać w trzeciej części. Dla mnie to był niesamowity moment, wynagradzający wszystkie trudy i wyrzeczenia. Bo mimo że się nie poddawałam, to czasem wydawało mi się, że on nigdy z tego nie wyjdzie, że nigdy nie pomyśli abstrakcyjnie, nawet gdy nauczy się mówić, że nigdy nie zażartuje. A okazało się, ze wszystko to udało mu się osiągnąć! Od października nie chodzi już na terapię indywidualną. Terapeutka przez rok przygotowywała go do zakończenia zajęć. Nie jestem aż tak skłonna do wzruszeń, ale ilekroć o niej pomyślę, to mam łzy w oczach, ona przywróciła nam życie.

Chodzi do czwartej klasy, jest bardzo dobry z polskiego i historii, interesuje się drugą wojną światową. Ale nie ma jeszcze nawyku uczenia się, musimy nad tym pracować. Powtarzaliśmy do klasówki, pytam, czy pamięta, jak ma na imię wielki książę litewski. On: „Witold, jak imię dowódcy Dywizjonu 303 (Witold Urbanowicz)”. „Skąd ty to wiesz”, pytam, a on zdziwiony: „A ty tego nie wiesz?”.

Julian z kolei jest totalnym indywidualistą, ogromnie niezależnym, zmuszenie go do czegokolwiek jest niemożliwe. O ile z autystycznym Frankiem można było usiąść i się pobawić, to dwoje starszych nie usiedziało w miejscu. Przyzwyczaiłam się, że mam dzieci trudniejsze do wychowywania. Wcześniej wyobrażałam sobie, że jak będę miała dzieci, to zasiądziemy na kanapie, jedno z lewej strony, drugie z prawej, poczytam im książki, a one będą słuchać. Ponoć ja byłam takim dzieckiem.

A moje starsze dzieci były bardzo ruchliwe, energiczne, rozbiegane. Jak wracałam z pracy, to zanim pojawił się mąż, nie mogłam nic zrobić, bo one psociły. Cały czas powtarzałam: „Nie otwieraj, nie wyrzucaj, nie wchodź tam”. Nie miały przy tym problemu z koncentracją. Syn miał naturę myśliciela, córka – trzpiotki, roześmianej od rana do wieczora, uważającej, że życie to wielki tort i wszystkie wisienki z tego tortu są dla niej. Patrzyłam na nie z zachwytem. Wierzyłam, że wyrosną z tej nadruchliwości, że trudności miną, a więź, która zbudujemy, pozostanie.

Ona mają prawo do własnej drogi

Dzieci to prawdziwy cud, jaki mnie spotkał. W końcu. Bo bardzo chciałam mieć dzieci, a nie mogłam zajść w ciążę przez trzy lata. Podjęłam leczenie, wydawało się jednak, że nic z tego nie wyjdzie, zaczęłam już rozmawiać z mężem na temat adopcji.

Kiedy poczułam się zmęczona terapią, zrobiliśmy sobie przerwę w leczeniu. I zaszłam w ciążę. Co to było za szczęście! Tak bardzo pragnęłam dzieci, że potem byle co nie było w stanie wytracić mnie z równowagi. Tłumaczyłam sobie: „Cóż to za problem wobec tego, że mogłam ich nie mieć”. Byłam przekonana, że udało się urodzić syna i na tym koniec. A potem okazało się, że zaszłam w druga ciążę, mimo że karmiłam, a jak wiadomo, wtedy wydziela się prolaktyna, która nie sprzyja zajściu w ciążę. Szczęście tym większe, że na świat miała przyjść córka! Żadna trudność mnie potem nie przytłoczyła. A poza tym wierzę w to, że dzieci maja prawo do swojej własnej drogi. Bo ja byłam wychowywana w regułach od-do: mam się uczyć, być posłuszna. Nikt mnie do tego nie zmuszał, ale wiedziałam, czego ode mnie oczekiwano.

Z dziećmi trzeba być blisko, tłumaczyć trylion razy, aż w końcu się uda. Córka jest teraz absolutnie zorganizowaną, pozbieraną osobą. Myślę, że będzie ratować świat. Ma 16 lat, od dwóch lat jest weganka, interesuje się ekologią, dużo wie na ten temat, wybrała klasę biologiczna. W przyszłości chce zajmował się problemami żywienia na Ziemi. Na początku nie rozumiałam jej pasji. Jest niezwykle uzdolniona artystycznie. Mogłaby być aktorką, śpiewać, wieść kolorowe życie artystki. A ona konsekwentnie, krok po kroku, robi to, co ja interesuje.

Julian też ma zdolności artystyczne, kiedyś wydawało mi się, że to on będzie aktorem, bo występował w szkolnych przedstawieniach, chodził do szkoły muzycznej, ładnie śpiewa. A teraz jako jedyny z całej trójki nie chce wystąpić w filmie ani w sesji zdjęciowej do „Zwierciadła”. Jest utalentowany językowo, wybierze pewnie filologię.

Dzieci są dla świata

Z radością obserwuję, jak moje starsze dzieci od początku trzymały się razem. Gdy Alinkę, jak była mała, czymś częstowano, to zawsze prosiła: „Dla brata”, i mu to oddawała. Teraz mają trudniejszą relację, sporo konfliktów egzystencjalnych, bo obydwoje przejawiają dużą potrzebę niezależności. Ale gdy są sami ze sobą, to gadają. Z kolei Franek jest wpatrzony w Juliana jak w obrazek, zwraca się do niego: „Bratku mój kochany”. Zawsze stanie po jego stronie, nawet jak nie wie, o co chodzi. Widzę, że Julian bardzo lubi dzieci, choć oczywiście się do tego nie przyznaje. Poprosiłam kiedyś starsze, żeby pomogły Frankowi w nauce. Julian wziął na siebie angielski, a Alinka matematykę. Jestem pełna podziwu dla cierpliwości Juliana, Alinka jest bardzo zadaniowa.

Wydaje mi się, że nie byli zazdrośni o Franka, choć córka często zwracała mi uwagę, że jestem w stosunku do niego nadopiekuńcza. Bo rzeczywiście Franek, widząc moją gotowość do pomocy, chętnie z niej korzysta. Alinka ma sporo racji. Zawsze jak dzieci mi coś mówią, to się nad tym zastanawiam, nigdy tego nie ignoruję, nie wychodzę z założenia, że to one mają mnie słuchać. Staram się z każdym indywidualnie coś robić.

Ostatnio pojechałam z Frankiem do Londynu obejrzeć kilka musicali. Zdarzyło się, że jakiś pan do mnie zagadał, na co Franek zareagował: „Jak on śmie?!”. I wysmażył do rodzeństwa SMS, że mama wchodzi do sklepu i jacyś panowie się na nią rzucają. Nie czerpię jako mama ze swoich bałkańskich korzeni, w tej kulturze dzieci wychowuje się tak, żeby kiedyś się nami zaopiekowały. A mnie się wydaje, że one są dla świata. Powinniśmy więc cieszyć się z czasu, kiedy jesteśmy z nimi. Nie czytałam podręczników o wychowaniu, nie pozwalałam swojej matce sobie radzić, bo uważałam, że ona swoje już wychowywała, teraz jest moja kolej. Szłam za intuicja i z wiarą, że rodzice powinni być towarzyszami dzieci, a czasem przewodnikami. Ciesze się, że teraz córka proponuje, żebyśmy poszły razem do kina, teatru, choć mogłaby pójść z koleżankami. Albo że mówi: „Chodź, obejrzymy serial”. Dołącza do nas Julek, razem oglądaliśmy całe sześć sezonów „Glee”, genialnego muzycznego serialu o amerykańskiej szkole, „Czarne lustro”, „Anie z Zielonego Wzgórza”. To są nasze rytuały, jest potem o czym rozmawiać.

Składam się ze sprzeczności

Franek miał dwa lata, gdy odeszłam od męża. Trzeba było ułożyć relacje tak, żeby dzieci nie cierpiały. Przecież nie jest tak, że jak się rodzice rozstają, to nic się nie zmienia, wszystko się zmienia. Nie pytałam ich, czy uważają, że powinnam się rozstać z tata, tylko powiedziałam, że to zrobię. Powtarzałam, że czasami mama i tata są lepszymi rodzicami osobno, niż gdyby byli razem. Na początku starałam się im to zrekompensować, byłam na każde ich zawołanie. Ale szybko się zorientowałam, że nie tędy droga. Teraz potrafię już powiedzieć: „Nie w tej chwili, jak skończę prace”.

Ogromnie trudno organizacyjnie wychowywać troje dzieci i pracować. Teraz, kiedy starsze są już samodzielne, odczuwam dużą ulgę. To w ogóle fajny moment w moim życiu. Widzę, że dzieci są dumne z tego, co osiągnęłam, choć to, że ludzie zaczepiają mnie na ulicy, to dla nich trudna nowość.

Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności. Jednak jestem ich świadoma i walczę z tym, co mnie ogranicza.

Mnie zawsze można przekonać do swoich racji. Na pewno popełniłam mnóstwo błędów. Ale trudno mi powiedzieć, czy bym coś zmieniła, bo bardzo wierzę w wartość błędów, w pozwalanie dzieciom na własne wybory, na tracenie czasu. Niewykluczone, że jakiś błąd może mieć kiedyś pozytywny skutek. Mam poczucie, że oni, tacy, jacy są, to mój największy sukces. Myślę często i mówię to bez kokieterii: „Jak ktoś w sumie tak zwyczajny jak ja mógł zostać matka tak cudownych istot”.

Ałbena Grabowska, pisarka, lekarka (neurolog i epileptolog). Na podstawie jej powieści „Stulecie Winnych”, wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło, powstał serial telewizyjny. Mama trojga dzieci.

  1. Zwierciadło poleca

Pierwszy odcinek drugiego sezonu "Stulecia Winnych" za nami

"Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)
Za nami pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu „Stulecie Winnych”. Znów zobaczyliśmy Kingę Preis jako Bronisławę Winną, Jana Wieczorkowskiego jako Stanisława Winnego, Karolinę Bacię jako Manię Winną i Weronikę Humaj jako Anię Winną. Do obsady uwielbianego przez widzów serialu dołączyli m.in. Stefan Pawłowski, Piotr Rogucki, Mateusz Janicki i Lesław Żurek.

Akcja serialu „Stulecie Winnych” toczy się wokół rodu Winnych mieszkającego w podwarszawskim Brwinowie. Członkowie rodziny żyją codziennym życiem, dzielą się radością i troskami, doświadczają szczęścia i rozpaczy, jak również walczą o przetrwanie na przestrzeni wielu lat burzliwego i obfitującego w liczne wydarzenia XX wieku.

Drugi sezon serialu „Stulecie Winnych” pokazuje Winnych w trudnych latach 1939-1952. Rodzina zmaga się z trudnościami i okropieństwami II wojny światowej i niespokojnymi czasami powojennego stalinizmu w Polsce. Rodzina Winnych stoi w obliczu starych trosk i nowych wyzwań.

Drugi sezon serialu oparty został na II tomie bestsellerowej trylogii Ałbeny Grabowskiej pt. „Stulecie Winnych. Ci, którzy walczyli”, wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło. Pierwszy sezon telenoweli „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” cieszył się ogromną popularnością wśród widzów i zbierał przed ekranami średnio 2,6 mln widzów.

Serial prezentowany jest w każdą niedzielę o godz. 20.15, a następnie można odcinek obejrzeć online za pośrednictwem platformy VOD.tvp.pl. Drugi sezon będzie miał łącznie 13 odcinków.

Kolejny odcinek już w najbliższą niedzielę. Co nowego spotka członków rodziny Winnych? Dowiemy się już 22 marca.

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial, dostępna jest w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło poleca

"Stulecie Winnych" wraca na ekrany

"Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Serial „Stulecie Winnych” niezbicie pokazuje, że Polacy uwielbiają produkcje kostiumowe, historyczne i patriotyczne. Odcinki emitowane w TVP jak i udostępniane w Internecie obejrzało średnio 2,6 mln widzów. Adaptację II tomu powieści Ałbeny Grabowskiej będzie można oglądać już od niedzieli 15 marca w telewizyjnej Jedynce.

Serialowa wersja I tomu bestsellerowej trylogii Ałbeny Grabowskiej pt. „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” cieszyła się ogromną popularnością wśród fanów. Produkcja opowiada o dramatycznych losach rodziny Winnych, mieszkających w małym Brwinowie na początku XX w. Widzowie serialu będą mogli cieszyć się nowymi odcinkami już od 15 marca na antenie TVP, a jak zapowiada Ilona Łepkowska, trwają już prace nad scenariuszem do trzeciego sezonu.

„Stulecie Winnych” odcinek 1, sezon 2 – co się wydarzy? Kiedy w TVP? Kiedy online? O której godzinie pierwszy odcinek?

Akcja drugiego sezonu entuzjastycznie przyjętego serialu pt. „Stulecie Winnych” toczy się w podczas burzliwych lat 1939-1952  na ziemiach polskich. Życie Winnych biegnie dalej, bohaterowie muszą się zmierzyć nie tylko z własnymi słabościami i dramatami, ale także z okrutną rzeczywistością wojenną i powojenną. Na ekranie ponownie zobaczymy większość dobrze nam znanych z poprzednich odcinków bohaterów, w których wcielili się m.in. Kinga Preis (Bronisława Winna), Jan Wieczorkowski (Stanisław Winny), Roman Gancarczyk (Antoni Winny), Katarzyna Kwiatkowska (Kazia Winna), Arkadiusz Janiczek (Władysław Winny), Karolina Bacia (Mania Winna) i Weronika Humaj (Ania Winna).

Pierwszy odcinek zostanie wyemitowany w niedzielę 15 marca 2020 roku o godz. 20.15. Podobnie jak w pierwszym sezonie TVP zaprezentuje 13 odcinków serialu „Stulecie Winnych”.

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

https://youtu.be/1cvjRKtj3Io

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial, dostępna jest w naszym sklepie internetowym.

  1. Kultura

Kinga Preis - poszukująca, przenikliwa, przebojowa

Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kinga Preis każdą rolę gra tak, jakby była pierwsza, a żadna wcześniejsza nie zostawiła śladu. Wybitna osobowość aktorska. Mogliśmy oglądać ją w serialu „Stulecie Winnych” (według wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło sagi Ałbeny Grabowskiej), w którym grała Bronisławę, „szefową” rodu Winnych. TVP potwierdziła, że powstanie drugi sezonu serialu - w lipcu ruszają prace na planie. 

Bronia mało mówi, ale trzyma w karbach tę rodzinę, tę historię… Przy niej nic nie może się rozpaść?

Mężczyźni w tej opowieści są delikatni, nie mają odwagi zawalczyć o miłość. Mąż Broni dużo pije, traktuje się go, jakby nie umiał poradzić sobie z życiem. To Bronia jest „szefową” rodziny. Przeżywa niepowodzenia swoich dzieci. To prosta kobieta, chłopka, ale z głodem wiedzy. Chce, aby jej dzieci się uczyły, chce je otworzyć na świat. Sama nie miała szansy wyruszyć poza Brwinów, który pewnie bardzo kocha.

Bronia ma w rodzinie respekt. Widać, że kiedy na coś reaguje, powie dosadniej słowo, wszyscy się wycofują.

Autorytetu nie zdobywa się histerią, narzucając coś. Zdobywa się go spokojem i determinacją. Bronia chce wszystkim pomagać. Opiekuje się chorymi w szpitalu. Walczy o prawa kobiet. Wyrastałam w domu, w którym ważną rolę odgrywały kobiety.

Miała pani w głowie kobiety ze swojej rodziny, grając tę rolę?

Moja mama i babcia były związane z Wrocławiem, ze środowiskiem artystycznym. Babcia Marysia tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”, a potem przez wiele lat pracowała w Operze Wrocławskiej, gdzie większość zawodowego życia przepracowała też moja mama. Nie mogę więc powiedzieć, żeby to były proste kobiety. Każda z nas wychowała jedno dziecko. Nie wyobrażam sobie posiadania drugiego, a co dopiero czwórki własnych dzieci, i do tego gromady wnuków. Dla mnie Antoni był ogromnym wyzwaniem i jest pępkiem świata. Bronia tych światów miała dużo więcej. Życie na wsi zależało od przyrody, pór roku, od Boga, wiary, w której została wychowana. My tak nie postrzegamy własnego losu. Inaczej też walczymy z melancholią, depresją. Bronia na smutek duszy czytała książkę przy świecy, rozmawiała z bliskimi. Tak naprawdę wszystko nas różni. Moje życie jest prostsze, nie muszę podejmować wyborów ostatecznych, żyję szybciej, intensywniej. Ale czy jestem przez to szczęśliwszym człowiekiem?

Grając, sięga pani do intuicji?

Nigdy nie staram się kopiować, odwzorowywać. Na pewno do roli dostają się jakieś okruchy z mojego życia, ale z mojej strony nie jest to działanie z premedytacją. Lubię być zaskakiwana w trakcie sceny czymś, co się nagle pojawia albo co proponuje partner. Sama również lubię zaskakiwać. W „Stuleciu Winnych” kimś szczególnym i bliskim był dla mnie reżyser Piotrek Trzaskalski. Mam różne doświadczenia na tym polu. A tu spotkałam człowieka, który mając przed sobą blisko sto dni zdjęciowych, na każdej stronie scenariusza narysował kadry do poszczególnych scen, był dociekliwy i czuły wobec wszystkich aktorów. Niezwykłym partnerem dla mnie był również operator Witold Płóciennik. To jest wielki artysta, który dzięki swojej wrażliwości za pomocą kamery namalował świat z początku XX wieku. Scena, w której Kasia, synowa Broni, rodzi, jest jak z Rembrandta. Uwielbiam obserwować operatorów w pracy. Jesteśmy w tym samym miejscu, patrzymy na to samo, ale operator widzi świat, jakiego ja nie jestem w stanie dostrzec. Każdy artysta, z którym się spotykam, buduje swoją przestrzeń, przekracza ją, nawzajem z siebie czerpiemy, i tak powstaje Bronia Winna.

Jak wyglądałaby pani saga rodzinna?

Moi pradziadkowie Jan i Michalina Pieszkowie pochodzili ze Lwowa. Uciekli z kresów, kiedy moja babcia Marysia była malutka. Przyjechali najpierw do Wojcieszowa na Dolnym Śląsku, a potem do Wrocławia. Prawie nie pamiętam swoich  pradziadków. Na różnych uroczystościach rodzinnych wtrącało się coś bałakiem [lwowska gwara uliczna – przyp. red.], śpiewało piosenki ze Lwowa, ale nikt mnie nie wychowywał w kulcie tego miasta. Dopiero dzisiaj się zastanawiam, czym musiało być dla moich bliskich wysiedlenie bez możliwości powrotu…

Jacy byli pani dziadkowie?

Mam superbabcię i bardzo opiekuńczą mamę, one się wspaniale uzupełniały.

W domu rządziła babcia czy mama?

Babcia chciała rządzić, ale słuchałam mamy. Marzeniem babci był śpiew, ale ponieważ los płata figle, to całe życie przetańczyła. Najwyższą ze sztuk była dla niej zawsze muzyka. Moja mama skończyła liceum w klasie fortepianu, ale dalej tą drogą nie poszła. Potem była próba zachęcenia mnie do pójścia w tym samym kierunku. Równie nieudana. W domu stało pianino, babcia goniła mnie do lekcji. Kiedy poszłam do szkoły podstawowej, były różne akademie ku czci. Pamiętam mój pierwszy występ. Miałam zagrać fragment piosenki „Czy pozwoli panna Krysia, młody ułan pyta...”. Z nerwów nie trafiłam w żadną czystą nutę. To była kakofonia. A potrafiłam ten utwór zagrać. Ale i tak najpełniej realizuję artystyczne ambicje swojej babci.

Pamięta pani ojca?

Nie. Mam jedno wspomnienie z tatą… zostawmy. Jak ważny jest ojciec, wiem, bo patrzę na więź mojego Piotra z Antonim. Sama tego nie doświadczyłam. Trudno jest żałować uczucia, którego się nigdy nie przeżyło.

Nigdy nie chciała się pani dowiedzieć czegoś o ojcu?

Miałam taką potrzebę, kiedy miałam kilkanaście lat, ale szybko zgasła, ponieważ do niczego się nie dokopałam.

A jego rodzina?

Nie utrzymywaliśmy żadnego kontaktu.

Nie myślała pani, że może opowiedzieliby coś ważnego?

Więzy krwi nie powodują, że ktoś jest dla nas ważny.

Nie miała pani czasem poczucia, że przez brak ojca…

…coś mnie ominęło? Mam syna i myślę, że wychowanie syna jest naprawdę czymś innym niż wychowanie córki. Kiedy byłam w ciąży, mówiłam do swojego brzucha: „Marysiu”. Marzyłam o urodzeniu dziewczynki. Niefrasobliwy lekarz powiedział mi na tydzień przed porodem, że jednak będzie syn. Przeżyłam jeden z najpoważniejszych kryzysów w swoim życiu. Dziś, oczywiście, się z tego śmieję. Krzyczałam do mojego męża: „Za co to wszystko?! Po co te dziewięć miesięcy udręki? Żeby syna urodzić?!”. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieć córkę.

Ale skąd to w pani było?

Klasyka stereotypu. Tak jak większość mężczyzn chce mieć syna, by grać z nim w piłkę i móc po męsku pogadać, tak większość kobiet pragnie córeczki, z którą będzie się wspólnie bawić w domek i rodzinkę. Ja się ze swoim synem świetnie dogaduję. To spokojny, fajny facet. Zawsze był taki. A u dziewczynek zauważam feerię niezdrowych ekscytacji. Mam ukochaną sąsiadkę Stenię. Kiedy coś razem oglądamy i występuje mała dziewczynka, porozumiewawczo spoglądamy na siebie, a w oczach: „Gardzę różem”. Wiem, to okropna klisza, ale utrwalił ją mój zawód. Dziewczynki na planie bywają szalenie rezolutne, takie stare malutkie.

Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal) Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal)

W zawodzie od razu trafiła pani na mistrza. Na trzecim roku studiów zagrała pani główną rolę u Jerzego Jarockiego w „Kasi z Heilbronnu”, dzisiaj opisywaną jako legendarna. Czym to dla pani było?

Nie umiem odpowiedzieć, na czym polegała technika prof. Jarockiego. Nie czułam, że to lekcja, jakiś konkretny przekaz. Byłam jedną z osób, którymi w umiejętny sposób poruszał. Umiał znakomicie użyć aktora. Myślę, że brał z tego, kim byłam. Przecież Kasia jest łatwowiernym, nieświadomym, zaczarowanym człowiekiem. Dokładnie taka byłam. Chciałam kochać teatr. Jeśli wyobrażałam sobie zawodowe życie, to tylko w teatrze. W ogóle nie myślałam o graniu w kinie.

Czym dzisiaj jest dla pani teatr?

Miejscem, z którego w porę uciekłam, myślę o Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie pracowałam 17 lat. Odeszłam, zanim doprowadzono do jego zniszczenia. Mówiło się, że jest to teatr zespołowy, nie gwiazdorski. Byliśmy skupieni na pracy, tam w pewnym odizolowaniu nie chcieliśmy uciekać do Warszawy, gdzie czekało zapewne więcej propozycji. Był miejscem dla tak różnych twórców, jak Jerzy Jarocki, Krystian Lupa, Jan Klata. Wystarczyła chwila, żeby to wszystko zniweczyć. W ubiegłym roku byłam w Teatrze Polskim. Śpiewałam podczas gali piosenek Wojciecha Młynarskiego. Niewielu moich kolegów tam zostało. Weszłam do smutnego miejsca, gdzie ludzie siedzący w bufecie niespecjalnie się lubią. Dzisiaj nie mam żadnej potrzeby wejścia w spektakl teatralny. Koledzy mówią: „Przestań, na pewno żałujesz”. Nie żałuję. Mam dużo więcej wolnego czasu i to uwielbiam. Jestem wolnym człowiekiem. Może kiedyś zatęsknię.

To co pani właściwie robi, kiedy nic nie robi?

Czytam, rozmawiam z mężem, mam dużo więcej czasu dla syna albo idę na spacer, albo nie idę i po prostu sobie siedzę. Wyjeżdżam, chodzę do kina, takie tam.

I marzy pani?

Jestem człowiekiem, którego uruchamia wyobrażenie o wygranej w totolotka. Gram bardzo rzadko, ale w momencie obstawienia liczb już stąd wyjeżdżam, już pakuję walizkę, już jestem na drugim końcu świata. Marzenia? Nie pracować. Albo nie pracować w tym zawodzie. Teraz marzę już o przeprowadzce, bo niebawem przeniosę się na wieś. Potrzebuję przyrody.

Kupiła pani dom?

Buduję. Nie potrafię czerpać przyjemności z miasta. Mając wolny dzień, pakowałam plecak i jechałam z rodziną w góry. Wychowałam się na Sępolnie. To dzielnica jak z programów Davida Attenborough. Dzieciństwo było bez telewizora, bez iPhone’a, więc miałam wyrobione inne części ciała niż kciuk. Jako dzieciaki wariowaliśmy na ogródkach działkowych, zakładaliśmy się, kto po zmroku przejdzie po cmentarzu…

Gdzie pani buduje dom?

Na wsi pod Wrocławiem. Dom jest otwarty na przyrodę.

A co przed oknem?

To, co nam wyrośnie. Mąż namawiał, żebyśmy kupili duże drzewa. „Piotrusiu – mówię – chcę patrzeć, jak rosną”. Wczoraj pojechaliśmy z mężem do lasu pod Trzebnicą i byliśmy tam siedem godzin. To mi sprawiło autentyczną przyjemność.

Siedmiogodzinny spacer?

Idziemy, zatrzymujemy się, obserwujemy. Drogę przebiegł nam piękny byk. Potem podglądaliśmy łanie daniela. Pierwsza szóstka stała na polanie. To były dosyć drobne łanie, szarobrązowe. Mąż mówi: „Pójdę lasem i wypłoszę ci je, żeby na ciebie wyszły”. Zrobił to tak skutecznie, że jak doszłam do granicy polany, to już tylko widziałam ich lusterka, czyli zadki, gdy stały w rządku, by przeskoczyć przez rzekę. W pewnym momencie żuraw z polany wyleciał tak nisko, jakby spod nas. Widzieliśmy też cztery orły. Tam są ogromne stawy i jest coraz więcej orłów. Przed samym zmrokiem mąż zauważył następne daniele. „Są na mojej czternastej” – powiedział. Jak się na nie spojrzy, to udają, że nie patrzą. Chociaż wiem, że cały czas nas obserwują. Czy to nie jest fascynujące, taki spacer po lesie?

Syn zajął się kinem?

Tak, przechodzi swoją drogę w tej branży. Przez półtora roku miał zaszczyt i szansę pracować z wybitnymi ludźmi kina, reżyserami, operatorami i aktorami. Aż mu zazdroszczę.

Wyobrażała sobie pani, że syn staje za kamerą, a pani gra? W jaki sposób patrzyłby na panią?

Uważa pewnie, że jesteśmy z Piotrem takie „wariatuńcie”, jak to się u nas w domu mówiło. Ale rodzina zawsze ma dyskomfort, oglądając najbliższych na ekranie. Myślę, że kiedy mój syn zobaczył scenę gwałtu w „Pod Mocnym Aniołem”, to nie było pozytywne przeżycie.

Rozmawialiście o tym?

Myślę, że Antoni docenia ten film, bardzo mu się podoba, ale nie komentuje mojego w nim udziału. Bardzo mnie kocha jako mamę i ceni jako aktorkę, ale zobaczyć rodzica w takiej roli to duże wyzwanie. Mój mąż też jest z tej branży, ale nie sądzę, że nie pika mu serce, gdy gram tego typu sceny. Zabrałam kiedyś moją mamę na premierę spektaklu Teatru Telewizji „Stygmatyczka”. Były tam sceny, kiedy Wandzie Boniszewskiej, zakonnicy, którą grałam, otwierają się rany na rękach, stopach, na czole. Moja mama przeżyła to bardzo dramatycznie. Myślę, że nie widziała w tej bohaterce zakonnicy, tylko córkę. Staram się wejść na sto procent w sytuację i w jakimś sensie wyzbyć się siebie, zatracić w tym, co robię. Grając, nie jestem Kingą Preis, aktorką wcielającą się w filmie „Pod Mocnym Aniołem” w postać Mani, która jest gwałcona. W tym momencie jestem tą Manią. To się dzieje w mojej świadomości, w mojej psychice, w moim ciele. Czuję tak, jakby to było naprawdę. Widz, mam nadzieję, też w to wierzy.

Co dzieje się w pani po zagraniu ekstremalnie trudnej sceny?

Czuję przyjemność, że coś przeżyłam. Na pewno nie czuję tego, co człowiek zgwałcony, czyli zbrukania, raczej zmęczenie, utratę ogromnej energii. I wbrew pozorom niechęć powrotu do realności, do świata. Pewnie, że nie czuję się dobrze po scenie gwałtu ani po tym, jak w „Domu złym” mąż zabił mnie siekierą. Leżałam w błocie, półnaga, było potwornie zimno. Ale był to dla mnie zarazem koniec zdjęć. Pojawił się żal, jaki mają dzieci, kiedy odbiera im się coś najcenniejszego. Odebrano mi coś, co już nigdy się nie przydarzy. Nigdy już nie zagram w „Domu złym” i nie przeżyję podobnych emocji. Nie umiem tego inaczej powiedzieć. Wielu aktorom ciężko jest się rozstać z rolą. Kiedy patrzę na dobrych aktorów, nie myślę jedynie o ich fizycznej zmianie, ale że zostaje jakiś ślad tego, co zagrali. Czasem, kiedy kończę zdjęcia, jest mi żal, czasem się cieszę, że już koniec, a czasem nic mnie to nie obchodzi. Bywa, że za role, które są lżejsze do udźwignięcia, widzowie kochają nas najbardziej. Kiedy to słyszę, myślę: „Fajnie, miło”. Ale czekam na nowe wyzwania.

Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal) Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal)

Na reżysera, który widzi panią inaczej niż wszyscy?

Teraz pracuję z Piotrem Domalewskim. Zmusza mnie do wydobycia czegoś zupełnie innego. A ja lubię uciec samej sobie.

Jest pani w zawodzie nienasycona?

Zna pan serial „Gdzie jest mój agent?”. Każda z postaci jest wspaniale napisana. Tego naprawdę zazdroszczę – dobrze napisanych ról. U nas albo trzeba się zrzygać do umywalki, albo być korpo-glamour. Tak bym chciała w telewizji odwagi. Nie tylko u aktorów.

 

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial "Stulecie Winnych", dostępna jest w naszym sklepie internetowym: