1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ałbena Grabowska: "Wierzę w drugie szanse"

Ałbena Grabowska: "Wierzę w drugie szanse"

– Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości – mówi Ałbena Grabowska. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ma mózg naukowca, ale duszę pisarki. Serce - w połowie polskie, w połowie bułgarskie. Wierzy w bałkańskie gusła, ale też coraz bardziej w siebie. Życie Ałbeny Grabowskiej, autorki bestsellerowego "Stulecia Winnych", jest też pięknym dowodem na to, że warto samej sobie dać drugą szansę.

Dlaczego właściwie piszesz?
Taka po prostu miała być moja droga życiowa, choć długo tego nie rozumiałam. Wcześniej myślałam, że jest nią medycyna, i swoje młodzieńcze marzenia o aktorstwie zostawiłam na ołtarzu tego bardzo szlachetnego i pragmatycznego zawodu, który nadal wykonuję. A pisanie towarzyszyło mi od zawsze. Gdy w podstawówce chwalono moje wypracowania i kiedy wygrałam olimpiadę polonistyczną, to wydawało mi się, że to po prostu bardzo miłe. Kiedy potem przez osiem lat pisałam teksty do prasy kobiecej o zdrowiu i psychologii, ale też opowieści o miłości, z życia wzięte – to byłam przekonana, że po prostu zarabiam pieniądze, a przy tym nie jest to żadna harówka, tylko sama przyjemność. Kiedy wpadłam na pomysł, że spiszę historię mojej bułgarskiej rodziny w Rodopach, czyli swoich korzeni, to przecież tylko zostawiałam dziedzictwo moim dzieciom. I tak było latami. Pisząc bajkę terapeutyczną, tylko oswajałam chore dzieci z ich chorobą. Wymyślając przygody chłopca i dziewczynki w ludzkim mózgu, tworzyłam nić porozumienia między mną a najmłodszym synkiem, który coraz więcej czasu spędzał w Internecie i twierdził, że jego największym marzeniem jest znaleźć się w środku gry komputerowej. Dopiero kiedy te wszystkie książki odniosły sukces i zaczęłam pisać drugą część przygód Julka i Mai, zrozumiałam, że piszę, bo chcę, piszę, bo mam pomysły, i piszę, bo po prostu jestem pisarką.

Ucieszyłaś się?
Bardzo się ucieszyłam. Odkrycie, że jestem pisarką, a to, co piszę, podoba się mnie samej i innym ludziom – było jak olśnienie. Kiedyś wydawało mi się, że pisarz to ktoś stojący na piedestale, obdarzony niemal boskimi mocami. Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś taki jak ja, w domyśle zupełnie zwyczajny, też może być pisarką. I to dobrą! Nigdy nie czułam też żadnego brzemienia czy zobowiązania. Ani przymusu ze strony wydawców. Zawsze pozwalali mi do woli rozwijać wodze wyobraźni.

No właśnie, jako pisarka raczej ilustrujesz rzeczywistość czy stwarzasz nowe światy? Co jest ci bliższe?
Zdecydowanie nowe światy. Mam tak rozbudowaną wyobraźnię i sferę przeżyć wewnętrznych, że starczy na fabułę jeszcze wielu książek. Bardzo rzadko korzystam z rzeczywistości, nie mówię tu oczywiście o powieściach z historią w tle, tylko o kreowaniu bohaterów świata, który znam, ale w jakiś sposób go modyfikuję. Przez lata miałam wiele propozycji polegających na tym, że ktoś mi opowie swoją historię, a ja ją spiszę, albo ktoś mi opowie historię swojej rodziny i wtedy napiszę drugie „Stulecie Winnych”. Nigdy z tego nie korzystałam, bo po prostu nie umiem czerpać z cudzych pomysłów. Dostaję też propozycje zupełnie oryginalne, jak od transpłciowych przyjaciół, którzy też chcieliby mi opowiedzieć swoją historię, ale zupełnie nie czuję się kompetentna, żeby to zrobić.

Ałbena Grabowska przed kawiarnią "Jarzyna" w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

To duża odpowiedzialność opowiadać losy prawdziwych postaci, w dodatku jeszcze żyjących.
Kiedy kreuję bohatera fikcyjnego, nie mam żadnych oporów przed pisaniem o nim w taki, a nie inny sposób, bo jest, jaki jest, i taki właśnie jest mi potrzebny, co więcej, on jest wolny w tym sensie, że może pójść w dowolną stronę. Nie byłabym w stanie napisać rzetelnej biografii osoby historycznej, choć lubię brać z życia znanych postaci to, co jest mi potrzebne, żeby ożywić bohaterów fikcyjnych. Wtedy, niejako w odbiciu, stają się tak bardzo rzeczywiści, że z kolei oni nadają bohaterowi autentycznemu rys prawdziwości. Ale ponieważ lubię wyzwania, właśnie napisałam książkę, która jest fabularyzowaną biografią. Podjęłam się tego nietypowego dla mnie zadania z dwóch powodów. Po raz pierwszy poczułam misję i ogromną chęć, by opowiedzieć o tej postaci. No i jest to ktoś, kto od dawna nie żyje, a do tego był bardzo szlachetny, wręcz kryształowy. Tą postacią jest Anna Dobrska, czyli pierwsza polska dyplomowana lekarka. Prawdziwa feministka, która zrobiła dla kobiet bardzo, bardzo dużo. Znam tylko pewne fakty z jej życia, dzięki nim poznaję jej charakter. A czyny mówią o nas więcej, niż byśmy chcieli. Ale, zaznaczam, nie jest to jej biografia, a fabularyzowana opowieść o niezwykłej kobiecie, która wykształciła wielu lekarzy i lekarek, pielęgniarek ginekologicznych oraz położnych.

Pamiętam takie zdanie z „Mam na imię Lucy” Elisabeth Strout, gdzie bohaterka, ale też w pewnym sensie sama pisarka, mówi, że pisze, by ludzie czuli się mniej samotni. Czy to jest ci w jakiś sposób bliskie?
Strout to niesamowita pisarka. Kiedy zaczyna się czytać jej książki, wydaje się, że to, o czym pisze, jest tak zwyczajne, że właściwie człowiek zadaje sobie pytanie, czemu to czyta, a z drugiej strony nie można się od tego oderwać. Ale ja nigdy bym nie powiedziała o sobie tak jak ona – bo to by znaczyło, że piszę do określonej grupy odbiorców, że widzę tego czytelnika czy tę czytelniczkę jako konkretną osobę i uważam, że mogłabym w jakiś sposób swoim pisaniem wpłynąć na jego czy jej życie. Takiej mocy w sobie nie czuję, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Nie oczekuję, że ktoś się będzie utożsamiał z moimi bohaterami. A kiedy słyszę, że moja powieść pomogła komuś się z czymś zmierzyć lub unaoczniła mu pewną sytuację, w której się znajduje, to jestem zdumiona, że mogłam coś takiego wygenerować. I wtedy myślę, że w sumie każdy pisarz mógłby znaleźć sobie takiego idealnego czytelnika. Pytanie, czy to jest jego intencją. Elisabeth Strout – jest; moją – nie. Nigdy nie odsłaniam się w książkach, nie dlatego, że nie chcę nic o sobie mówić, bo chętnie to robię – na spotkaniach autorskich czy podczas wywiadów; po prostu nie wydaje mi się, że w moich książkach powinny się znajdować moje przeżycia. Jedynym wyjątkiem jest „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Żadna z moich fikcyjnych bohaterek nie jest też mną. Bo nie jest mi to potrzebne – umiem i wolę wykreować nowe postacie. Natomiast często prowokuję czytelnika, zderzając z bohaterem, którego nie może czy nie powinien zaakceptować albo który jest inny w sposób literacki. Sugeruję na przykład, że Alicja Księgopolska, bohaterka „Alicji w krainie czasów”, to tak naprawdę ja.

Nawet jest twoje zdjęcie na okładce każdego tomu!
Nieprzypadkowo. To przecież ja się urodziłam w roku 1880 w dworku pod Warszawą. Teraz mam 50 lat i po prostu wolno się starzeję. Za to trzy razy kończyłam medycynę. Ale nikt mi nie wierzy, kiedy to mówię, mimo że wszystkie tropy w książce prowadzą do mojej biografii. Chyba nie jestem przez czytelników postrzegana jako osoba z poczuciem humoru. A taki wizerunek miałam wśród kolegów ze szkoły i pracy, zawsze lubiłam odtwarzać scenki, naśladować innych, stąd też marzenie o aktorstwie. Mam wiele twarzy, ale widocznie nie wszystkie publiczność jest w stanie zaakceptować.

Może jeszcze nie jest na to gotowa? Jako autorka „Stulecia” jawisz się im pewnie jako 100-letnia staruszka, która poznała już całą prawdę o życiu.
Ale ja wcale nie jestem mądra życiowo i wielu rzeczy powinnam się jeszcze nauczyć. To, co już wiem na temat życia, mogę włożyć w usta Broni Winnej, mam na myśli takie proste prawdy, jak ta, że jak nie umiesz wziąć, to nie umiesz też dać. Albo że czasami trzeba kogoś zranić i wbić mu nóż w serce, ale nigdy w plecy. I najważniejsza, którą wygłasza prawie stuletnia Ania: „Wierzyłam w życiu w wiele spraw i równie często wątpiłam. Sądzę jednak, że najważniejsza jest w życiu miłość”.

Serialowi Winni. Od lewej: Mania, Staszek, Andzia i Ania. Trzeci sezon można oglądać na antenie TVP1. (Fot. Damian Hornet/materiały prasowe)

W jednej ze scen trzeciego sezonu serialu Andzia mówi, że najpierw do domu trzeba wnieść stół, a dopiero potem inne meble. Bo stół to rodzina, wspólnota. I to dobrze wróży zgodzie w domu. Wierzysz w takie rzeczy?
Ponieważ ze strony mamy jestem silnie związana z kulturą bałkańską, słynącą z guseł, sama też jestem pod ich wpływem. Obecnie jestem w trakcie przebudowy domu i żeby wszystko się udało, „po bałkańsku” kupiłam sobie dwie świeczki: białą i czarną. Biała to dobra energia, czarna – zła. One muszą się palić jednocześnie, ale najpierw zapala się białą i powinna się palić dłużej niż czarna. Na Bałkanach wierzy się, że jeżeli mają być jakieś zawirowania, to one spalą się razem z czarną świeczką, natomiast biała będzie wzmacniać wpływ dobrych rzeczy. Niektórym taki rytuał może wydać się śmieszny, ale ja uważam, że koncentrowanie się na pozytywnych rzeczach i dobrych zakończeniach daje bardzo dużo człowiekowi, a przynajmniej mnie. Lubię w sobie to guślarstwo, choć z drugiej strony mam zaufanie do rozumu, a jako lekarz neurolog o ludzkim mózgu wiem prawie wszystko. Nie przeszkadza mi to zupełnie przełączać się na różne tryby postrzegania i odczuwania.

W serialach lekarze to ci, którzy mogą doświadczyć w pracy cudów: śmierci mózgu pacjenta, a potem uzdrowienia...
Nie do końca zgadzam się z takim podejściem, według mnie jest to romantyzowanie naszego zawodu. Kiedy umiera pień mózgu, to mówimy o śmierci w pełnym tego słowa znaczeniu, tu nie ma już odwołania. Ale można się wybudzić z wieloletniej śpiączki, choć można też się nie wybudzić. Kiedyś spytałam naszego wykładowcę, profesora onkologii, czy podczas kilkudziesięciu lat pracy spotkał się z jakimiś medycznymi cudami – odpowiedział, że nigdy. Mówimy tu oczywiście o cudzie, a nie o wyzdrowieniu z ciężkiego stanu.

Dlatego też niespecjalnie przepadam za serialami medycznymi, bo męczy mnie rozdźwięk między tym, jak są tam ukazywani lekarze, a rzeczywistością. To bardzo przyjemnie się ogląda, ale zwykle ma niewiele wspólnego z prawdą. Na przykład to, ile lekarze poświęcają tam czasu każdemu pacjentowi i jego rodzinie – fizycznie to jest po prostu niemożliwe. Albo taka scena: pacjent onkologiczny pyta lekarza, ile czasu mu zostało, a on odpowiada dajmy na to, że trzy miesiące. Zawsze się zastanawiam, na jakiej podstawie to wyliczył. Ja bym w życiu tak nie powiedziała ani też nie powiedziałabym, że te leki sprawią, że pacjent nie będzie miał już napadów padaczkowych – mogę domniemywać, że tak się stanie, ale nie, że tak będzie na pewno. Wierzę w bałkańskie gusła i potęgę podświadomości, ale praktyka lekarska to dla mnie czysta pragmatyka. Jestem bardzo racjonalnym lekarzem...

...ale nie do końca racjonalną pisarką.
Bo tworzę fikcję, tak? Potrafię i lubię zmyślać, jednak absolutna dyscyplina w tworzeniu fikcji jest bardzo ważna. Pracuję jak naukowiec. Każda książka zawiera niezwykle spójną opowieść, z logicznymi wątkami, żelazną konsekwencją zdarzeń. Osobowościowo bardzo się różnię jako pisarka, lekarka i jako matka. Gdybym była taką matką, jaką jestem pisarką, to dzieci by mi chyba weszły na głowę. A gdybym była taką matką jak lekarką, to zamęczyłabym je wymaganiami.

Jaka więc jesteś jako matka?
Z jednej strony stanowcza, a z drugiej – wspierająca. Uważam, że jestem tylko towarzyszem. Kiedy mnie o to proszą lub sytuacja tego wymaga, bywam też przewodnikiem, ale zdecydowanie wolę być towarzyszem i jako ten towarzysz zamierzam się w pewnym momencie pożegnać i powiedzieć: „świat należy do was, tu moje zadanie się kończy”. Bardzo chciałam mieć dzieci i o to walczyłam, ale nie mam poczucia własności czy przekonania, że mają robić to, co chcę. Daleko mi od podejścia bałkańskiego...

Czyli jakiego?
W kulturze bałkańskiej oczywiste jest, że dzieci mają się na starość opiekować rodzicami. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Opieka nad starszymi jest wyrazem szacunku, wdzięczności i miłości. Jestem jednak przeciwna temu, żeby rodzić dzieci tylko w tym celu. Bo kiedy w miejsce miłości pojawia się obowiązek, tworzą się więzy, nie więź. Wolałabym, by to była kwestia wyboru i decyzji ze strony dzieci. Nie uważam także, aby posiadanie dzieci było obowiązkiem kobiety, bo biologia, bo powinność, bo rola społeczna. Nie cierpię takiego biadolenia: „nie masz dzieci, to kto ci na starość poda szklankę wody?”.

Z twoich książek przebija szacunek do starszych pokoleń oraz do historii. Może bierze się to z tego, że jako dziewczynka miałaś tak dobrą relację z bułgarską babcią i polskim dziadkiem?
To były dwie ważne figury w moim życiu. Dziadek Stefan był cudownym człowiekiem, wywodził się z bardzo biednej rodziny i jest żywym dowodem na to, że Pan Bóg czy Pani Bogini rzuca talentami z góry i jeden trafił właśnie w mojego dziadka. Jego siostra ledwo pisała, a tymczasem on został nauczycielem historii i geografii, znał niemiecki, fascynował się też kulturą i literaturą polską, Do tego znał wiele piosenek i pięknie śpiewał. Znał na pamięć całą „Halkę” i „Straszny dwór”. Byłam jego ulubioną wnuczką, trzecią z kolei, uważał, że jestem niezwykła. A ja kochałam z nim spędzać czas. Opowiadał mi mnóstwo bajek – polskich, łużyckich, łemkowskich i łomżyńskich. Recytował Gałczyńskiego, Staffa, Leśmiana czy Tuwima, ale też mniej znanych poetów, jak Kubiaka. To on jako pierwszy zaprowadził mnie na grób Jarosława Iwaszkiewicza, którego bardzo cenił, pożyczył mi też jego „Młyny”. I podarował wszystkie dzieła Szopena. W miejscu, w którym stoi dziś mój dom, była działka, na której hodował warzywa, które wtedy były bardzo egzotyczne: patisony, cukinie, kabaczki. Z kolei babcia Kateryna imponowała mi tym, że była niezależna i trochę dziwna, w dobrym tego słowa znaczeniu. Ojciec wydał ją za mąż za pana, który przedstawił się jako bogaty kawaler. Babcia go nie znała i nie kochała, nie było to też udane małżeństwo. Babcia była pierwszą rozwódką w małej miejscowości Czepełare. Uparła się, że wykształci córkę, i dopięła swego. A kiedy mama wyprowadziła się za granicę, nie usłyszała od niej: „zostawiasz mnie, opuszczasz”. Bardzo ją za to podziwiałam. Jako dziecko nie do końca rozumiałam babcię, ale uwielbiałam jej słuchać. Rzadko mówiła, ale kiedy już powiedziała, zapadało to w pamięć na długo.

– Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena "ja się dostosuję" Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Twoje pokazywanie historii z perspektywy kobiet wzięło się właśnie z tego słuchania babci?
Jeśli już skądś się wzięło, to bardziej z obserwacji bałkańskiej rzeczywistości. Zawsze kiedy przyjeżdżałam do Bułgarii, dziwiło mnie, jak bardzo tamtejsze kobiety żyją w cieniu mężczyzn. Nawet jeśli pracują i zarabiają na rodziny. Zawsze musiały godzić się z tym, co im przynosi los. Rola kobiety w dawnych czasach taka była. Ale były też takie momenty, choćby w historii Polski, co też opisałam w książce o Annie Dobrskiej, że tuż po powstaniu styczniowym, gdy bardzo dużo mężczyzn zostało zabitych, uwięzionych lub wysłanych na Syberię, kobiety musiały się wyemancypować, czyli zacząć pracować, by utrzymać rodzinę. Zresztą co innego miały zrobić: usiąść i płakać? Robiły więc bardzo wiele rzeczy, brały się do introligatorstwa, przepisywania nut czy drukowania książek. W książce opisałam pierwszą kobietę, która założyła atelier fotograficzne w 1865 roku. To była Helena Bartkiewiczówna, ciotka Zygmunta Bartkiewicza z mojego rodzinnego Brwinowa. Jej zakład mieścił się w Warszawie na ulicy Senatorskiej, miał niższe ceny niż u konkurencji i bardzo szeroką ofertę. Helenie pomagały siostry. Nie narzekały, tylko brały sprawy w swoje ręce. Ja też taka jestem.

Zawsze zastanawiałam się, jak ty dajesz radę: z trójką dzieci, lekarską praktyką i karierą pisarską.
Jeśli dopuścimy możliwość inkarnacji, to z pewnością mam w sobie ducha jakiejś kobiety z czasów powstania styczniowego. Może na Syberii nie byłam, bo jestem strasznym zmarzluchem, choć za ukochanym mężczyzną poszłabym i tam. A jeśli nie byłby ukochany, pewnie bym została w kraju i pracowała. Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości. Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena „Ja się dostosuję” Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki.

Co spowodowało tę zmianę?
Ona dokonuje się we mnie cały czas i jest związana z coraz większym poczuciem własnej wartości. Długo czułam się nie dość dobra, a teraz uważam, że jestem wystarczająco dobra i mogę być jeszcze lepsza. Jestem skromna tam, gdzie trzeba, ale uważam, że czasy „siedź w kącie, a znajdą cię” bezpowrotnie minęły. Skoro tyle się napracowałam i tyle osiągnęłam, mam udawać, że tak nie jest?

Jesteś z siebie dumna?
Tak, jestem. I uważam, że nawet gdybym zrobiła połowę tego, co zrobiłam, i tak miałabym mnóstwo powodów do zadowolenia, radości i dumy. Ciągle się rozwijam i zmieniam, może jeszcze czymś nowym się zajmę... A może nie. Staram się być otwarta na wszystko. Nie chcę się spierać ze światem czy próbować mu coś udowodnić, ale twórczo na niego reagować. Bo świat potrafi być zaskakujący. Rok temu pokazał to dobitnie i trzeba było przyjąć to do wiadomości. Mój nawyk dostosowywania się do życia, świata, oczekiwań innych i własnych – stał się bardzo przydatny w obliczu pandemii. Widziałam, że ludzie mieli z tym trudności, ja miałam o wiele mniejsze. A skoro nie musiałam wyjeżdżać kilka razy dziennie z dziećmi, bo wszystkie lekcje odbywały się online, to w zeszłym roku napisałam trzy powieści, scenariusz filmowy i libretto musicalu.

Podziwiam! Na koniec wrócę do „Stulecia Winnych”, bo to opowieść o drugich szansach. Ty też sobie je podarowałaś – zawodowo, zyskując nowy zawód i osobiście – rozstając się z mężem.
Wierzę w drugie szanse. W życiu każdego z nas zdarzają się i takie momenty, kiedy trzeba zacząć wszystko od początku i to jest bardzo trudne, bo nie wiadomo, dokąd nas to zaprowadzi. Może spalimy za sobą mosty i już nigdy nie będzie powrotu? A może zostawimy przeszłość i wyruszymy we wspaniałą przygodę? Gdyby ktoś powiedział mi 12 lat temu, że będę siedziała i oglądała serial na podstawie mojej powieści, a potem będę czytała gorące dyskusje w Internecie o tym, jakim draniem jest ten Kazimierz, to nie tyle bym nie uwierzyła, co była ogromnie zdumiona, że taka droga jest mi pisana. Ale najwyraźniej była. A ja postanowiłam to zaakceptować i ruszyć nią z radością.

Ałbena Grabowska urodziła się w 1971 roku w Pruszkowie, mieszka w Brwinowie. Z wykształcenia lekarz neurolog i epileptolog. Jako pisarka zadebiutowała w 2011 roku powieścią „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Na podstawie jej „Stulecia Winnych” nakręcono serial. Mama Juliana, Aliny i Franka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze