1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ałbena Grabowska: "Wierzę w drugie szanse"

Ałbena Grabowska: "Wierzę w drugie szanse"

– Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości – mówi Ałbena Grabowska. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
– Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości – mówi Ałbena Grabowska. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ma mózg naukowca, ale duszę pisarki. Serce - w połowie polskie, w połowie bułgarskie. Wierzy w bałkańskie gusła, ale też coraz bardziej w siebie. Życie Ałbeny Grabowskiej, autorki bestsellerowego "Stulecia Winnych", jest też pięknym dowodem na to, że warto samej sobie dać drugą szansę.

Dlaczego właściwie piszesz?
Taka po prostu miała być moja droga życiowa, choć długo tego nie rozumiałam. Wcześniej myślałam, że jest nią medycyna, i swoje młodzieńcze marzenia o aktorstwie zostawiłam na ołtarzu tego bardzo szlachetnego i pragmatycznego zawodu, który nadal wykonuję. A pisanie towarzyszyło mi od zawsze. Gdy w podstawówce chwalono moje wypracowania i kiedy wygrałam olimpiadę polonistyczną, to wydawało mi się, że to po prostu bardzo miłe. Kiedy potem przez osiem lat pisałam teksty do prasy kobiecej o zdrowiu i psychologii, ale też opowieści o miłości, z życia wzięte – to byłam przekonana, że po prostu zarabiam pieniądze, a przy tym nie jest to żadna harówka, tylko sama przyjemność. Kiedy wpadłam na pomysł, że spiszę historię mojej bułgarskiej rodziny w Rodopach, czyli swoich korzeni, to przecież tylko zostawiałam dziedzictwo moim dzieciom. I tak było latami. Pisząc bajkę terapeutyczną, tylko oswajałam chore dzieci z ich chorobą. Wymyślając przygody chłopca i dziewczynki w ludzkim mózgu, tworzyłam nić porozumienia między mną a najmłodszym synkiem, który coraz więcej czasu spędzał w Internecie i twierdził, że jego największym marzeniem jest znaleźć się w środku gry komputerowej. Dopiero kiedy te wszystkie książki odniosły sukces i zaczęłam pisać drugą część przygód Julka i Mai, zrozumiałam, że piszę, bo chcę, piszę, bo mam pomysły, i piszę, bo po prostu jestem pisarką.

Ucieszyłaś się?
Bardzo się ucieszyłam. Odkrycie, że jestem pisarką, a to, co piszę, podoba się mnie samej i innym ludziom – było jak olśnienie. Kiedyś wydawało mi się, że pisarz to ktoś stojący na piedestale, obdarzony niemal boskimi mocami. Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś taki jak ja, w domyśle zupełnie zwyczajny, też może być pisarką. I to dobrą! Nigdy nie czułam też żadnego brzemienia czy zobowiązania. Ani przymusu ze strony wydawców. Zawsze pozwalali mi do woli rozwijać wodze wyobraźni.

No właśnie, jako pisarka raczej ilustrujesz rzeczywistość czy stwarzasz nowe światy? Co jest ci bliższe?
Zdecydowanie nowe światy. Mam tak rozbudowaną wyobraźnię i sferę przeżyć wewnętrznych, że starczy na fabułę jeszcze wielu książek. Bardzo rzadko korzystam z rzeczywistości, nie mówię tu oczywiście o powieściach z historią w tle, tylko o kreowaniu bohaterów świata, który znam, ale w jakiś sposób go modyfikuję. Przez lata miałam wiele propozycji polegających na tym, że ktoś mi opowie swoją historię, a ja ją spiszę, albo ktoś mi opowie historię swojej rodziny i wtedy napiszę drugie „Stulecie Winnych”. Nigdy z tego nie korzystałam, bo po prostu nie umiem czerpać z cudzych pomysłów. Dostaję też propozycje zupełnie oryginalne, jak od transpłciowych przyjaciół, którzy też chcieliby mi opowiedzieć swoją historię, ale zupełnie nie czuję się kompetentna, żeby to zrobić.

Ałbena Grabowska przed kawiarnią 'Jarzyna' w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Ałbena Grabowska przed kawiarnią "Jarzyna" w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

To duża odpowiedzialność opowiadać losy prawdziwych postaci, w dodatku jeszcze żyjących.
Kiedy kreuję bohatera fikcyjnego, nie mam żadnych oporów przed pisaniem o nim w taki, a nie inny sposób, bo jest, jaki jest, i taki właśnie jest mi potrzebny, co więcej, on jest wolny w tym sensie, że może pójść w dowolną stronę. Nie byłabym w stanie napisać rzetelnej biografii osoby historycznej, choć lubię brać z życia znanych postaci to, co jest mi potrzebne, żeby ożywić bohaterów fikcyjnych. Wtedy, niejako w odbiciu, stają się tak bardzo rzeczywiści, że z kolei oni nadają bohaterowi autentycznemu rys prawdziwości. Ale ponieważ lubię wyzwania, właśnie napisałam książkę, która jest fabularyzowaną biografią. Podjęłam się tego nietypowego dla mnie zadania z dwóch powodów. Po raz pierwszy poczułam misję i ogromną chęć, by opowiedzieć o tej postaci. No i jest to ktoś, kto od dawna nie żyje, a do tego był bardzo szlachetny, wręcz kryształowy. Tą postacią jest Anna Dobrska, czyli pierwsza polska dyplomowana lekarka. Prawdziwa feministka, która zrobiła dla kobiet bardzo, bardzo dużo. Znam tylko pewne fakty z jej życia, dzięki nim poznaję jej charakter. A czyny mówią o nas więcej, niż byśmy chcieli. Ale, zaznaczam, nie jest to jej biografia, a fabularyzowana opowieść o niezwykłej kobiecie, która wykształciła wielu lekarzy i lekarek, pielęgniarek ginekologicznych oraz położnych.

Pamiętam takie zdanie z „Mam na imię Lucy” Elisabeth Strout, gdzie bohaterka, ale też w pewnym sensie sama pisarka, mówi, że pisze, by ludzie czuli się mniej samotni. Czy to jest ci w jakiś sposób bliskie?
Strout to niesamowita pisarka. Kiedy zaczyna się czytać jej książki, wydaje się, że to, o czym pisze, jest tak zwyczajne, że właściwie człowiek zadaje sobie pytanie, czemu to czyta, a z drugiej strony nie można się od tego oderwać. Ale ja nigdy bym nie powiedziała o sobie tak jak ona – bo to by znaczyło, że piszę do określonej grupy odbiorców, że widzę tego czytelnika czy tę czytelniczkę jako konkretną osobę i uważam, że mogłabym w jakiś sposób swoim pisaniem wpłynąć na jego czy jej życie. Takiej mocy w sobie nie czuję, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Nie oczekuję, że ktoś się będzie utożsamiał z moimi bohaterami. A kiedy słyszę, że moja powieść pomogła komuś się z czymś zmierzyć lub unaoczniła mu pewną sytuację, w której się znajduje, to jestem zdumiona, że mogłam coś takiego wygenerować. I wtedy myślę, że w sumie każdy pisarz mógłby znaleźć sobie takiego idealnego czytelnika. Pytanie, czy to jest jego intencją. Elisabeth Strout – jest; moją – nie. Nigdy nie odsłaniam się w książkach, nie dlatego, że nie chcę nic o sobie mówić, bo chętnie to robię – na spotkaniach autorskich czy podczas wywiadów; po prostu nie wydaje mi się, że w moich książkach powinny się znajdować moje przeżycia. Jedynym wyjątkiem jest „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Żadna z moich fikcyjnych bohaterek nie jest też mną. Bo nie jest mi to potrzebne – umiem i wolę wykreować nowe postacie. Natomiast często prowokuję czytelnika, zderzając z bohaterem, którego nie może czy nie powinien zaakceptować albo który jest inny w sposób literacki. Sugeruję na przykład, że Alicja Księgopolska, bohaterka „Alicji w krainie czasów”, to tak naprawdę ja.

Nawet jest twoje zdjęcie na okładce każdego tomu!
Nieprzypadkowo. To przecież ja się urodziłam w roku 1880 w dworku pod Warszawą. Teraz mam 50 lat i po prostu wolno się starzeję. Za to trzy razy kończyłam medycynę. Ale nikt mi nie wierzy, kiedy to mówię, mimo że wszystkie tropy w książce prowadzą do mojej biografii. Chyba nie jestem przez czytelników postrzegana jako osoba z poczuciem humoru. A taki wizerunek miałam wśród kolegów ze szkoły i pracy, zawsze lubiłam odtwarzać scenki, naśladować innych, stąd też marzenie o aktorstwie. Mam wiele twarzy, ale widocznie nie wszystkie publiczność jest w stanie zaakceptować.

Może jeszcze nie jest na to gotowa? Jako autorka „Stulecia” jawisz się im pewnie jako 100-letnia staruszka, która poznała już całą prawdę o życiu.
Ale ja wcale nie jestem mądra życiowo i wielu rzeczy powinnam się jeszcze nauczyć. To, co już wiem na temat życia, mogę włożyć w usta Broni Winnej, mam na myśli takie proste prawdy, jak ta, że jak nie umiesz wziąć, to nie umiesz też dać. Albo że czasami trzeba kogoś zranić i wbić mu nóż w serce, ale nigdy w plecy. I najważniejsza, którą wygłasza prawie stuletnia Ania: „Wierzyłam w życiu w wiele spraw i równie często wątpiłam. Sądzę jednak, że najważniejsza jest w życiu miłość”.

Serialowi Winni. Od lewej: Mania, Staszek, Andzia i Ania. Trzeci sezon można oglądać na antenie TVP1. (Fot. Damian Hornet/materiały prasowe)Serialowi Winni. Od lewej: Mania, Staszek, Andzia i Ania. Trzeci sezon można oglądać na antenie TVP1. (Fot. Damian Hornet/materiały prasowe)

W jednej ze scen trzeciego sezonu serialu Andzia mówi, że najpierw do domu trzeba wnieść stół, a dopiero potem inne meble. Bo stół to rodzina, wspólnota. I to dobrze wróży zgodzie w domu. Wierzysz w takie rzeczy?
Ponieważ ze strony mamy jestem silnie związana z kulturą bałkańską, słynącą z guseł, sama też jestem pod ich wpływem. Obecnie jestem w trakcie przebudowy domu i żeby wszystko się udało, „po bałkańsku” kupiłam sobie dwie świeczki: białą i czarną. Biała to dobra energia, czarna – zła. One muszą się palić jednocześnie, ale najpierw zapala się białą i powinna się palić dłużej niż czarna. Na Bałkanach wierzy się, że jeżeli mają być jakieś zawirowania, to one spalą się razem z czarną świeczką, natomiast biała będzie wzmacniać wpływ dobrych rzeczy. Niektórym taki rytuał może wydać się śmieszny, ale ja uważam, że koncentrowanie się na pozytywnych rzeczach i dobrych zakończeniach daje bardzo dużo człowiekowi, a przynajmniej mnie. Lubię w sobie to guślarstwo, choć z drugiej strony mam zaufanie do rozumu, a jako lekarz neurolog o ludzkim mózgu wiem prawie wszystko. Nie przeszkadza mi to zupełnie przełączać się na różne tryby postrzegania i odczuwania.

W serialach lekarze to ci, którzy mogą doświadczyć w pracy cudów: śmierci mózgu pacjenta, a potem uzdrowienia...
Nie do końca zgadzam się z takim podejściem, według mnie jest to romantyzowanie naszego zawodu. Kiedy umiera pień mózgu, to mówimy o śmierci w pełnym tego słowa znaczeniu, tu nie ma już odwołania. Ale można się wybudzić z wieloletniej śpiączki, choć można też się nie wybudzić. Kiedyś spytałam naszego wykładowcę, profesora onkologii, czy podczas kilkudziesięciu lat pracy spotkał się z jakimiś medycznymi cudami – odpowiedział, że nigdy. Mówimy tu oczywiście o cudzie, a nie o wyzdrowieniu z ciężkiego stanu.

Dlatego też niespecjalnie przepadam za serialami medycznymi, bo męczy mnie rozdźwięk między tym, jak są tam ukazywani lekarze, a rzeczywistością. To bardzo przyjemnie się ogląda, ale zwykle ma niewiele wspólnego z prawdą. Na przykład to, ile lekarze poświęcają tam czasu każdemu pacjentowi i jego rodzinie – fizycznie to jest po prostu niemożliwe. Albo taka scena: pacjent onkologiczny pyta lekarza, ile czasu mu zostało, a on odpowiada dajmy na to, że trzy miesiące. Zawsze się zastanawiam, na jakiej podstawie to wyliczył. Ja bym w życiu tak nie powiedziała ani też nie powiedziałabym, że te leki sprawią, że pacjent nie będzie miał już napadów padaczkowych – mogę domniemywać, że tak się stanie, ale nie, że tak będzie na pewno. Wierzę w bałkańskie gusła i potęgę podświadomości, ale praktyka lekarska to dla mnie czysta pragmatyka. Jestem bardzo racjonalnym lekarzem...

...ale nie do końca racjonalną pisarką.
Bo tworzę fikcję, tak? Potrafię i lubię zmyślać, jednak absolutna dyscyplina w tworzeniu fikcji jest bardzo ważna. Pracuję jak naukowiec. Każda książka zawiera niezwykle spójną opowieść, z logicznymi wątkami, żelazną konsekwencją zdarzeń. Osobowościowo bardzo się różnię jako pisarka, lekarka i jako matka. Gdybym była taką matką, jaką jestem pisarką, to dzieci by mi chyba weszły na głowę. A gdybym była taką matką jak lekarką, to zamęczyłabym je wymaganiami.

Jaka więc jesteś jako matka?
Z jednej strony stanowcza, a z drugiej – wspierająca. Uważam, że jestem tylko towarzyszem. Kiedy mnie o to proszą lub sytuacja tego wymaga, bywam też przewodnikiem, ale zdecydowanie wolę być towarzyszem i jako ten towarzysz zamierzam się w pewnym momencie pożegnać i powiedzieć: „świat należy do was, tu moje zadanie się kończy”. Bardzo chciałam mieć dzieci i o to walczyłam, ale nie mam poczucia własności czy przekonania, że mają robić to, co chcę. Daleko mi od podejścia bałkańskiego...

Czyli jakiego?
W kulturze bałkańskiej oczywiste jest, że dzieci mają się na starość opiekować rodzicami. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Opieka nad starszymi jest wyrazem szacunku, wdzięczności i miłości. Jestem jednak przeciwna temu, żeby rodzić dzieci tylko w tym celu. Bo kiedy w miejsce miłości pojawia się obowiązek, tworzą się więzy, nie więź. Wolałabym, by to była kwestia wyboru i decyzji ze strony dzieci. Nie uważam także, aby posiadanie dzieci było obowiązkiem kobiety, bo biologia, bo powinność, bo rola społeczna. Nie cierpię takiego biadolenia: „nie masz dzieci, to kto ci na starość poda szklankę wody?”.

Z twoich książek przebija szacunek do starszych pokoleń oraz do historii. Może bierze się to z tego, że jako dziewczynka miałaś tak dobrą relację z bułgarską babcią i polskim dziadkiem?
To były dwie ważne figury w moim życiu. Dziadek Stefan był cudownym człowiekiem, wywodził się z bardzo biednej rodziny i jest żywym dowodem na to, że Pan Bóg czy Pani Bogini rzuca talentami z góry i jeden trafił właśnie w mojego dziadka. Jego siostra ledwo pisała, a tymczasem on został nauczycielem historii i geografii, znał niemiecki, fascynował się też kulturą i literaturą polską, Do tego znał wiele piosenek i pięknie śpiewał. Znał na pamięć całą „Halkę” i „Straszny dwór”. Byłam jego ulubioną wnuczką, trzecią z kolei, uważał, że jestem niezwykła. A ja kochałam z nim spędzać czas. Opowiadał mi mnóstwo bajek – polskich, łużyckich, łemkowskich i łomżyńskich. Recytował Gałczyńskiego, Staffa, Leśmiana czy Tuwima, ale też mniej znanych poetów, jak Kubiaka. To on jako pierwszy zaprowadził mnie na grób Jarosława Iwaszkiewicza, którego bardzo cenił, pożyczył mi też jego „Młyny”. I podarował wszystkie dzieła Szopena. W miejscu, w którym stoi dziś mój dom, była działka, na której hodował warzywa, które wtedy były bardzo egzotyczne: patisony, cukinie, kabaczki. Z kolei babcia Kateryna imponowała mi tym, że była niezależna i trochę dziwna, w dobrym tego słowa znaczeniu. Ojciec wydał ją za mąż za pana, który przedstawił się jako bogaty kawaler. Babcia go nie znała i nie kochała, nie było to też udane małżeństwo. Babcia była pierwszą rozwódką w małej miejscowości Czepełare. Uparła się, że wykształci córkę, i dopięła swego. A kiedy mama wyprowadziła się za granicę, nie usłyszała od niej: „zostawiasz mnie, opuszczasz”. Bardzo ją za to podziwiałam. Jako dziecko nie do końca rozumiałam babcię, ale uwielbiałam jej słuchać. Rzadko mówiła, ale kiedy już powiedziała, zapadało to w pamięć na długo.

– Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena 'ja się dostosuję' Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)– Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena "ja się dostosuję" Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Twoje pokazywanie historii z perspektywy kobiet wzięło się właśnie z tego słuchania babci?
Jeśli już skądś się wzięło, to bardziej z obserwacji bałkańskiej rzeczywistości. Zawsze kiedy przyjeżdżałam do Bułgarii, dziwiło mnie, jak bardzo tamtejsze kobiety żyją w cieniu mężczyzn. Nawet jeśli pracują i zarabiają na rodziny. Zawsze musiały godzić się z tym, co im przynosi los. Rola kobiety w dawnych czasach taka była. Ale były też takie momenty, choćby w historii Polski, co też opisałam w książce o Annie Dobrskiej, że tuż po powstaniu styczniowym, gdy bardzo dużo mężczyzn zostało zabitych, uwięzionych lub wysłanych na Syberię, kobiety musiały się wyemancypować, czyli zacząć pracować, by utrzymać rodzinę. Zresztą co innego miały zrobić: usiąść i płakać? Robiły więc bardzo wiele rzeczy, brały się do introligatorstwa, przepisywania nut czy drukowania książek. W książce opisałam pierwszą kobietę, która założyła atelier fotograficzne w 1865 roku. To była Helena Bartkiewiczówna, ciotka Zygmunta Bartkiewicza z mojego rodzinnego Brwinowa. Jej zakład mieścił się w Warszawie na ulicy Senatorskiej, miał niższe ceny niż u konkurencji i bardzo szeroką ofertę. Helenie pomagały siostry. Nie narzekały, tylko brały sprawy w swoje ręce. Ja też taka jestem.

Zawsze zastanawiałam się, jak ty dajesz radę: z trójką dzieci, lekarską praktyką i karierą pisarską.
Jeśli dopuścimy możliwość inkarnacji, to z pewnością mam w sobie ducha jakiejś kobiety z czasów powstania styczniowego. Może na Syberii nie byłam, bo jestem strasznym zmarzluchem, choć za ukochanym mężczyzną poszłabym i tam. A jeśli nie byłby ukochany, pewnie bym została w kraju i pracowała. Mnie coś w środku gna nie dlatego, że czuję się niespełniona czy muszę coś komuś udowodnić. Po prostu staram się najlepiej wykorzystać dany mi czas i możliwości. Przez większość życia wyłącznie dostosowywałam się do świata. Niektórzy śmiali się życzliwie, że powinnam się nazywać Ałbena „Ja się dostosuję” Grabowska. Teraz już tak nie mam. Nabrałam pewności siebie. Potrafię na przykład powiedzieć, że piszę wspaniałe książki.

Co spowodowało tę zmianę?
Ona dokonuje się we mnie cały czas i jest związana z coraz większym poczuciem własnej wartości. Długo czułam się nie dość dobra, a teraz uważam, że jestem wystarczająco dobra i mogę być jeszcze lepsza. Jestem skromna tam, gdzie trzeba, ale uważam, że czasy „siedź w kącie, a znajdą cię” bezpowrotnie minęły. Skoro tyle się napracowałam i tyle osiągnęłam, mam udawać, że tak nie jest?

Jesteś z siebie dumna?
Tak, jestem. I uważam, że nawet gdybym zrobiła połowę tego, co zrobiłam, i tak miałabym mnóstwo powodów do zadowolenia, radości i dumy. Ciągle się rozwijam i zmieniam, może jeszcze czymś nowym się zajmę... A może nie. Staram się być otwarta na wszystko. Nie chcę się spierać ze światem czy próbować mu coś udowodnić, ale twórczo na niego reagować. Bo świat potrafi być zaskakujący. Rok temu pokazał to dobitnie i trzeba było przyjąć to do wiadomości. Mój nawyk dostosowywania się do życia, świata, oczekiwań innych i własnych – stał się bardzo przydatny w obliczu pandemii. Widziałam, że ludzie mieli z tym trudności, ja miałam o wiele mniejsze. A skoro nie musiałam wyjeżdżać kilka razy dziennie z dziećmi, bo wszystkie lekcje odbywały się online, to w zeszłym roku napisałam trzy powieści, scenariusz filmowy i libretto musicalu.

Podziwiam! Na koniec wrócę do „Stulecia Winnych”, bo to opowieść o drugich szansach. Ty też sobie je podarowałaś – zawodowo, zyskując nowy zawód i osobiście – rozstając się z mężem.
Wierzę w drugie szanse. W życiu każdego z nas zdarzają się i takie momenty, kiedy trzeba zacząć wszystko od początku i to jest bardzo trudne, bo nie wiadomo, dokąd nas to zaprowadzi. Może spalimy za sobą mosty i już nigdy nie będzie powrotu? A może zostawimy przeszłość i wyruszymy we wspaniałą przygodę? Gdyby ktoś powiedział mi 12 lat temu, że będę siedziała i oglądała serial na podstawie mojej powieści, a potem będę czytała gorące dyskusje w Internecie o tym, jakim draniem jest ten Kazimierz, to nie tyle bym nie uwierzyła, co była ogromnie zdumiona, że taka droga jest mi pisana. Ale najwyraźniej była. A ja postanowiłam to zaakceptować i ruszyć nią z radością.

Ałbena Grabowska urodziła się w 1971 roku w Pruszkowie, mieszka w Brwinowie. Z wykształcenia lekarz neurolog i epileptolog. Jako pisarka zadebiutowała w 2011 roku powieścią „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Na podstawie jej „Stulecia Winnych” nakręcono serial. Mama Juliana, Aliny i Franka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

"Stulecie Winnych" wraca na ekrany

"Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Serial „Stulecie Winnych” niezbicie pokazuje, że Polacy uwielbiają produkcje kostiumowe, historyczne i patriotyczne. Odcinki emitowane w TVP jak i udostępniane w Internecie obejrzało średnio 2,6 mln widzów. Adaptację II tomu powieści Ałbeny Grabowskiej będzie można oglądać już od niedzieli 15 marca w telewizyjnej Jedynce.

Serialowa wersja I tomu bestsellerowej trylogii Ałbeny Grabowskiej pt. „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” cieszyła się ogromną popularnością wśród fanów. Produkcja opowiada o dramatycznych losach rodziny Winnych, mieszkających w małym Brwinowie na początku XX w. Widzowie serialu będą mogli cieszyć się nowymi odcinkami już od 15 marca na antenie TVP, a jak zapowiada Ilona Łepkowska, trwają już prace nad scenariuszem do trzeciego sezonu.

„Stulecie Winnych” odcinek 1, sezon 2 – co się wydarzy? Kiedy w TVP? Kiedy online? O której godzinie pierwszy odcinek?

Akcja drugiego sezonu entuzjastycznie przyjętego serialu pt. „Stulecie Winnych” toczy się w podczas burzliwych lat 1939-1952  na ziemiach polskich. Życie Winnych biegnie dalej, bohaterowie muszą się zmierzyć nie tylko z własnymi słabościami i dramatami, ale także z okrutną rzeczywistością wojenną i powojenną. Na ekranie ponownie zobaczymy większość dobrze nam znanych z poprzednich odcinków bohaterów, w których wcielili się m.in. Kinga Preis (Bronisława Winna), Jan Wieczorkowski (Stanisław Winny), Roman Gancarczyk (Antoni Winny), Katarzyna Kwiatkowska (Kazia Winna), Arkadiusz Janiczek (Władysław Winny), Karolina Bacia (Mania Winna) i Weronika Humaj (Ania Winna).

Pierwszy odcinek zostanie wyemitowany w niedzielę 15 marca 2020 roku o godz. 20.15. Podobnie jak w pierwszym sezonie TVP zaprezentuje 13 odcinków serialu „Stulecie Winnych”.

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

https://youtu.be/1cvjRKtj3Io

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial, dostępna jest w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Ludzie powinni pisać. Napisz książkę w 2020 roku z Katarzyną Bondą

Katarzyna Bonda (fot. Rafał Masłow)
Katarzyna Bonda (fot. Rafał Masłow)
Dlatego, że potrafią. Dlatego, że pisanie czesze myśli, porządkuje emocje i daje ogromną satysfakcję. Dlatego, że mogą w ten sposób nazwać swoje dylematy i wewnętrzne zmagania. Katarzyna Bonda, pisarka i nauczycielka pisania, zachęca, by w 2020 roku zacząć pisać książkę. Nawet jeśli nigdy miałaby nie ujrzeć światła dziennego.

Może to dziwne pytanie dla pisarki, ale jaki sens ma pisanie książek? Dlaczego ludzie chcą to robić? Żyjemy w bardzo szczęśliwych czasach, biorąc pod uwagę przestrzeń wieków. Większość z nas ma co do garnka włożyć, w co się ubrać i gdzie mieszkać – ale żyjemy też w czasach masakrycznego szumu informacyjnego, zewsząd atakują nas newsy, dźwięki, zdarzenia. Brakuje nam refleksji, namysłu, momentu, by się zatrzymać. A przecież każdy powinien też od czasu do czasu znaleźć się w ciszy, w przestrzeni, która będzie tylko jego, w której będzie czas i przestrzeń, by zadać sobie pytania: Kim jestem? Czego naprawdę chcę? Jakie mam plany? Zwłaszcza jeśli jesteśmy ludźmi wrażliwymi, takie odklejenie się, wycofanie jest bardzo potrzebne. Pisanie książki to schowanie się. Już krótkie opowiadanie zwykle tym skutkuje. Książka jest zapisem trudnym i długoterminowym, niczym przebiegnięcie maratonu, daje jednak pewien rodzaj higieny psychicznej. To jest głównym powodem, dlaczego ludzie chcą pisać. Jest jeszcze dodatkowy element motywujący, kiedy ktoś nosi w sobie jakąś dręczącą lub uwierającą go historię, pewien nadmiar lub brak. Albo wiedzę, którą chce się podzielić z innymi. A zapis jest dla człowieka najprostszy. Pisać każdy umie.

I może doskonalić tę umiejętność w coraz częściej powstających szkołach pisania, gdzie uczą tego specjaliści. Sama prowadzisz takie zajęcia. Dziś napisać i wydać książkę jest o wiele łatwiej niż kiedyś. Nie jest to już naznaczone nimbem wyjątkowości. Ta dostępność daje ludziom większą odwagę. I to jest piękne. Wiele osób chce pisać terapeutycznie, opisać swoją historię – po to właśnie przychodzą na zajęcia i kursy kreatywnego pisania. To jest z jednej strony dobre, z drugiej jest pułapką. Bo żeby napisać książkę, trzeba mieć naprawdę duży imperatyw i solidny warsztat pisarski. Fabularny zapis, w którym powołujemy do życia fikcyjne postaci, jest o wiele łatwiejszy. Ale na kursy przychodzi też mnóstwo ludzi, którzy chcą pisać fikcję albo reportaże, czyli opisywać prawdziwe, ale nie swoje historie. Każdemu, kto chce napisać książkę, radzę, by najpierw wybrał swój rodzaj opowieści, swój gatunek. Wyobraził sobie, gdzie ta książka będzie stała w księgarni, na jakiej półce. Czym to tak naprawdę będzie. Oczywiście to się może zmienić w trakcie pisania. Pamiętam jedną kobietę, która deklarowała, że chce napisać kryminał, ale w trakcie rozmów i zapisu wyszło jej, że to jednak będzie romans. Chińczycy zawsze mówią, że i tak ostatecznie uwydatni się w tobie to, co masz najsilniejsze i że nie trzeba się przed tym powstrzymywać. Chodzi więc o to, by odnaleźć to, co cię bierze, co jest dla ciebie najłatwiejsze i najbliższe ciału. W trakcie zajęć w szkole pisania, które są swoistym coachingiem grupowym, uczestnicy mają uświadomić sobie, w czym są najlepsi. To jest ich siła, która przyda się, gdy napotkają przeszkody, a na pewno je napotkają.

Żyjemy w biegu i narzekamy na brak czasu. A przecież napisanie książki zabiera tego czasu mnóstwo. I jest wybitnie samotniczym zajęciem. Sama przyznajesz, że kiedy piszesz książkę, znikasz na kilka tygodni. Jak to zrobić w tzw. codziennym życiu? To jest bardzo trudne. Zwłaszcza ten moment wyłączenia się z życia, kiedy mówisz sobie i innym: „Teraz na chwilę się wyłączam”. Natomiast kiedy już to zrobisz i kiedy dasz radę oddzielić od twoich bliskich, od twojego pracodawcy, od obowiązków urzędowych, od listonosza, hydraulika i telemarketerów – czujesz, że to najlepszy rodzaj odpoczynku. Poza tym pisanie daje ogromną satysfakcję. Jeśli uda ci się stworzyć choćby jedną scenę, ogarnia cię moc, tworzysz w końcu nowy świat, jesteś demiurgiem. Nie mamy w życiu wielu możliwości, by doświadczyć czegoś  takiego, no, może poza rodzeniem dzieci czy robieniem szczytnych rzeczy dla innych. Dlatego pisanie jest tak przyjemne i uzależniające. Kiedy ludzie zaczną to robić, to potem piszą kolejne książki. Można oczywiście dyskutować nad ich jakością, ale ja jestem za tym, by powstawały też i takie produkty, które są jednorazowe. Które są po to, żebyś przez chwilę pożyła w napięciu czy pomarzyła o wielkiej miłości. Ludzie potrzebują pobyć w iluzji, oderwać się od codzienności. To czytelnicy oceniają, czy książka jest potrzebna. Pisanie musi rajcować, trzeba w nim odnaleźć coś takiego, co sprawia, że nie czuje się tych godzin spędzonych przy biurku, tego cierpienia i zmęczenia.

Inaczej to cierpienie odbierze czytelnik… Czytelnik zawsze odbiera pomiędzy wierszami energię pisarza. Jak ci idzie po grudzie, to on to wyczuje i odłoży książkę. Jeśli będziesz pisać tak, jak inni chcą, a nie jak ty sama chcesz – jego nie oszukasz. Dlatego pisząc swoją pierwszą książkę, nie ma sensu słuchać innych, tylko po prostu oddać się pisaniu. Potem, kiedy już damy to, co napisaliśmy, do oceny, będzie czas na poprawki, redakcję i przepisywanie całych fragmentów. Bo pisanie polega właściwie na przepisywaniu.

Haruki Murakami w książce „Zawód: powieściopisarz” wyznaje, że swoją pierwszą książkę zaczął pisać po angielsku, dlatego że w angielskim zdania mają prostą konstrukcję. Nie wiedział, jak pisać, pisał więc możliwie najprościej. Czy prostota to dobry kierunek dla początkujących? Każda strona w książce to tak naprawdę mała książka. Każda scena to jak patrzenie przez soczewkę na temat, który chcesz poruszyć. Kiedy siadasz do pisania, nie myślisz o całej książce, tylko o tej jednej jedynej scenie. W tym sensie upraszczanie to dobry kierunek. W pisaniu najważniejsze jest to, co tu i teraz. Ważne jest to, że mamy kawiarnię, taką a taką godzinę, taki a taki dzień. I w to wszystko wkładamy bohaterów i ich emocje. Bez emocji nie ma książki. Wszystko, co najważniejsze, dzieje się pomiędzy słowami. Dlatego strasznie ważna jest cisza. Początkujący pisarze zwykle za dużo gadają, wkładają mnóstwo słów w dialogi, podczas gdy tak naprawdę porozumiewamy się głównie niewerbalnie, odbieramy na zmysłowym poziomie. Trzeba się nauczyć pisać właśnie w taki sposób, zmysłowo.

Powinniśmy wiedzieć, o czym chcemy napisać? Na początku dobrze mieć bardzo ogólny temat, o którym chcesz opowiedzieć, kontekst, w którym chcesz to umieścić, kierunek, w którym chcesz iść. Ale tak naprawdę temat sam się ujawni, jak zaczniesz pisać, jak wrzucisz swoich bohaterów w konkretną przestrzeń – sami powiedzą ci, dokąd to zmierza. Przy pisaniu pierwszej książki nie radziłabym zatem patrzeć globalnie, z lotu ptaka, tylko kameralnie, skupiając się na detalach. Robić taki zoom jak w fotografii – na spojrzenia, miny, gesty. Odradzałabym też niekończące się dopieszczanie pierwszego zdania, bo nie pójdziemy dalej. Ja pierwsze strony książki zawsze piszę później, kiedy jestem już rozpisana. To tak jak ze sportem, najpierw jest rozgrzewka, potem trening, a formę do przebiegnięcia maratonu łapiesz dopiero po kilku lub kilkunastu treningach.

W brytyjskim „Psychologies” pisarka Lucy Atkins radzi początkującym, by wybrali najpierw miejsce akcji, bo to ono nadaje charakter zdarzeniom i postaciom. Jest kilka ważnych elementów, które warto określić, zanim zasiądziesz do biurka. Główny bohater, który jest zwykle alter ego pisarza. Czas akcji – czy to dzieje się dziś, czy to powieść retro, czy futurystyczna? Trzecia rzecz to miejsce – ono jest jak scena w teatrze. Bez sceny spektakl się nie odbędzie, widzowie nie przyjdą. Wierzę, że ludzie przebywający w określonym miejscu też są określeni. Poza tym każde miejsce ma swoją historię. A to wielki potencjał. Jak się zagłębisz w historie konkretnych miejsc, to znajdziesz tam nie tylko tajemnicę, ale i kolor, który jest ci potrzebny. Zarówno dla pisarza, jak i czytelnika książka jest podróżą.

Musisz się zakochać w tym miejscu? Niekoniecznie, może cię też wkurzać. Na pewno powinno wzbudzać uczucia. Najlepiej, jakbyś tego nie rozumiała. Jeśli nie mieścisz tego w sobie, rodzą się pytania dramaturgiczne. Im bardziej jesteś zaangażowana w to miejsce i ten temat – nieważne, czy negatywnie, czy pozytywnie – tym lepiej. Pozytywne zaangażowanie nawet trochę przeszkadza, bo wtedy nie jesteś w stanie „dowalić” fabule czy ludziom, którzy tam mieszkają.

Oprócz opowiedzenia samej historii chcemy zwykle powiedzieć coś jeszcze – przekazać jakąś prawdę, morał. Warto się nad tym na początku zastanawiać, czy to się jeszcze nieraz zmieni? To zawsze się zmienia. I to jest ten najpiękniejszy moment – kiedy powieść sama przejmuje stery. Ja pierwszej książki wcale nie planowałam, miałam po prostu wewnętrzny imperatyw, żeby pisać, z różnych przyczyn. I pisałam – tak jak się powinno pisać pierwszą książkę. Po godzinach, w wolnym czasie, na zasadzie odreagowania. Nie planowałam jej ani wydawać, ani w ogóle zostać autorką powieści kryminalnych, miałam po prostu potrzebę zapisu. Jeśli masz tak samo, to nie zastanawiaj się, czy to jest dobre czy złe, tylko pisz. Potem wyciągniesz wnioski. W trakcie zapisu rodzi się pewnego rodzaju konstrukcja, zaczyna się wyświetlać coś w rodzaju filmu w głowie. W momencie, kiedy on już jest ugruntowany, czyli bohaterowie nie są tylko papierowymi laleczkami, a akcja sama się nakręca – wiesz już, że pójdziesz dalej. Niezależnie od tego, na ile dźwigasz warsztatowo tę historię – to jeszcze możesz wypracować. Nie przerywaj, pisz dalej. Przypomina to trochę odgruzowywanie zawalonego sprzętami pokoju – jeśli się zatrzymasz, to stracisz siłę, by do tego wrócić. Na poprawienie, redakcję będzie czas potem. Mam znajomych i uczniów, obdarzonych ogromnym talentem, którzy tak cyzelują każde zdanie i są siebie do tego stopnia niepewni, że nadal nie napisali książki. A minęło już 10 lat, odkąd zaczęli. Myślę, że im sprawia przyjemność już samo pisanie, że wcale nie chcą wydawać książki. I to też jest dobre. Takie pisanie porządkuje myśli. Czesze je. Ja dopiero kiedy zaczynam pisać, zaczynam myśleć, poza tym w mojej głowie jest wieczny chaos. Bardzo wiele osób tak ma. Pisanie pozbawia też zahamowań, możesz swojego bohatera postawić w takiej sytuacji, w jakiej sam chciałbyś się znaleźć albo w jakiej nigdy nie chciałbyś się znaleźć, i przeżyć ją razem z nim. Dlatego uważam, że wszyscy ludzie powinni pisać. I wcale nie muszą tego wydawać.

Pisanie czesze myśli, daje dystans i wytchnienie od codzienności. Uczy też innego patrzenia na świat?   Jeżeli chcesz pisać książki, musisz być otwarta na ludzi i świat, musisz dostrzegać te wszystkie sytuacje dramaturgiczne, które będziesz potem opisywała, wygląd konkretnych osób. Czerpiesz z tego jak wampir,  zbierasz, zapożyczasz, kradniesz. Ja czasem wsiadam do tramwaju tylko po to, by przejechać się kawałek i posłuchać rozmów. Teraz to niełatwe, bo ludzie patrzą w ekrany swoich telefonów. Ale jest też trochę racji w tym, że kiedy zaczynasz pisać, szukasz osób, słów, nastrojów, miejsc, kolorów – i orientujesz się, że to wszystko jest, dzieje się dookoła ciebie. Masz cały czas ustawione radary. Kiedy spotykam się w większym gronie z innymi pisarzami, zdarzają się sytuacje, które wszyscy chcą od razu wykorzystać. Warto zbierać takie historie, opisy, dialogi. Zapisywać je, zapamiętywać. Nasiąkać tymi scenami i obrazami jak gąbka. Nigdy nie wiesz, kiedy to do ciebie wróci, ale zawsze wróci we właściwym momencie.

To trochę jak magia… Dlatego właśnie ludzie piszą, dlatego że jest to doświadczenie lekko metafizyczne – oczywiście nie cały czas, u mnie zdarza się to zwykle koło 4 nad ranem. O takie momenty, kiedy wszystko wpada na swoje miejsce, walczy się godzinami przy biurku. Ale kiedy już jesteś w trzecim akcie, czyli gdy wszystko się domyka, pojawia się cudowne poczucie podekscytowania i satysfakcji. Często proszą mnie, bym czytała fragmenty swoich powieści na spotkaniach autorskich. I kiedy to robię, zauważam, że na tyle odcinam się od tego, co napisałam, że nagle potrafię się roześmiać z jakiejś sceny albo skrzywić. Co tylko świadczy o tym, że pisanie to w dużej mierze podświadoma działalność. I bardzo ekshibicjonistyczna. Jeśli ktoś planuje napisać i wydać książkę, to musi zdawać sobie sprawę z tego, że będzie odkryty. Bo między wierszami moich książek jestem ja. Czytelnik ma też frajdę w tym odkrywaniu autora, a im lepszy pisarz, tym bardziej to utrudnia. Oczywiście bywa też tak, że jest dysonans pomiędzy tym, co dana osoba pisze, a tym, jak się zachowuje. Jakby tylko w zapisie literackim była w stanie się skontaktować z tą częścią siebie. Na co dzień jest niepozornym, miłym człowiekiem, a w książkach łamie wszelkie tabu. Wierzę, że im lepszym jest się człowiekiem, tym lepszym jest się pisarzem. Im bardziej człowiek dba o siebie i się rozwija, tym jego książki są wartościowsze.

A mówią, że świetne książki piszą też niezbyt fajni ludzie. Na przykład Hemingway? Ja nie przepadam akurat za jego pisarstwem. Jest efektowne, ale brak w nim głębi. Są autorzy, których poznałam osobiście i którzy mnie zawiedli. Nie kupuję już ich książek. Nie jestem w stanie ich czytać. A są tacy, których uwielbiam i nawet jeśli napisali gorszą książkę, i tak jestem im wierna. To się po prostu czuje. Najważniejsza w pisaniu jest szczerość.

Co ci pomoże w pisaniu?

  • Warsztaty kreatywnego pisania, kursy pisarskie. Warto na nie iść z kilku powodów. Pierwszy: trafiasz do grona osób, które – w odróżnieniu od twoich bliskich – mogą godzinami rozmawiać o pisaniu, o blokadach i przeszkodach też. Drugi: dostajesz wskazówki, dzięki którym możesz doskonalić warsztat. Trzeci: dostajesz wsparcie i zachętę do pisania. Czwarty: dostajesz pracę domową, dzięki której nabierasz dyscypliny.
  • Książki innych pisarzy, w tym poradnikowe, dotyczące tego, jak pisać. Polecamy zwłaszcza trzy tytuły: „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”, Katarzyna Bonda, wyd. Muza; „Zawód: powieściopisarz”, Haruki Murakami, wyd. Muza; „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, Stephen King, wyd. Prószyński i S-ka.

Krótki kurs radzenia sobie z krytyką

Kiedy napiszesz już książkę, o jakiej marzyłeś, daj ją:
  • Przyjacielowi. Czyli temu, kto da ci wsparcie. Mężowi, mamie, przyjaciółce – osobie, co do której wiesz, że cię nie skrzywdzi. Znajdzie w niej wszystkie pozytywy i najlepsze fragmenty.
  • Wrogowi. Koleżance w pracy, która czyha na twoje stanowisko, byłemu partnerowi lub partnerce (jeśli rozstanie nie było przyjemne). Zechcą ci dopiec, więc będą hiperbolizować. Ale będzie w tym też źdźbło prawdy. Wróg wskaże ci rzeczy, które masz poprawić, czego nie zrobi żaden przyjaciel. Nie płacz, tylko przyjmij ich krytykę z godnością, po czym zastosuj się do 1/10 z tego, co usłyszałeś.
  • Ekspertowi. Znajomemu, który też pisze, grupie na warsztatach pisarskich, tutorowi, który uczy cię pisać i sam już coś wydał. Zwrócą ci uwagę na braki lub atuty warsztatowe, których nikt inny nie zobaczy.
Potem nanieś poprawki, odłóż książkę do szuflady przynajmniej na miesiąc, potem znów ją popraw (głównie skracając) i ślij do wydawnictwa.

  1. Kultura

O pisaniu książek, o twórczej nudzie i psychologii mówi Olga Tokarczuk

Olga Tokarczuk ur. 29 stycznia 1962 r. w Sulechowie; pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholożka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla za 2018 rok, Nagrody Literackiej „Nike” („Bieguni”) i wielu innych prestiżowych nagród. (Fot. BEW)
Olga Tokarczuk ur. 29 stycznia 1962 r. w Sulechowie; pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholożka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla za 2018 rok, Nagrody Literackiej „Nike” („Bieguni”) i wielu innych prestiżowych nagród. (Fot. BEW)
Przyznana właśnie Literacka Nagroda Nobla uplasowała Olgę Tokarczuk w gronie najwybitniejszych polskich pisarzy. Jednak bez tej nagrody autorka i tak zajmowała szczególne miejsce na półkach swoich czytelników.

Porzuciła pracę psycholożki, by zarabiać pieniądze za granicą, skręcając anteny do jachtów, a potem zaczęła pisać książki. Z życiem radzi sobie marzeniami lub namiętną pracą. Olga Tokarczuk, jedna z najczęściej tłumaczonych polskich pisarek, poetka, eseistka, opowiada o tym, czego potrzebuje, by pisać, po co jej nuda, dlaczego jemy mięso i jak radzi sobie z umysłową bezwładnością czy raczej mechanizmami obronnymi.

Pamiętam taką opowieść sprzed lat, pisała pani książkę, przyszedł syn z cukiernicą i na pani oczach wysypał zawartość na podłogę.
No tak, stare dzieje. Miał wtedy ze trzy albo cztery lata, próbował od jakiegoś czasu zwrócić na siebie uwagę, a ja powtarzałam: „Zaraz, zaraz, muszę skończyć, zaraz…”. W desperacji wysypał na dywan cukier i czekał na efekt. Otrzeźwiło mnie to wtedy, zaczęłam z nim rozmawiać. Pisanie zagarnia i sprawia, że można stać się egotykiem. Czasami zaczynam się martwić, że tracę przez to coś ważnego, że coś mi umyka. Taka ciągła i intensywna praca sprawia, że traci się zdolność nudzenia się, że ciągle jest się w pracy. Pamięta pan z dzieciństwa, jak można się było pięknie nudzić?

Tak, był w tym element cudownej frustracji i poszukiwania.
To było twórcze to nudzenie się. Bardzo mi tego dzisiaj brakuje. Do tego stopnia, że wymyśliłam sposób prowokowania nudy – chodzę na nudne wykłady, takie, z których niewiele rozumiem. Siedzę sobie i nudzę się, i wtedy do głowy przychodzi mi mnóstwo rzeczy, wraca mi równowaga. Głos wykładu płynie gdzieś obok, wyjść raczej się nie da, czyli ciało zostaje niejako uwięzione, a stymulacja jest słaba. Czasem złapię kilka zdań i potem znowu odpływam. Jest dobrze. No, ale kiedy zaczynam już znowu coś w głowie kombinować, przestaję się natychmiast nudzić i tak dalej, i tak dalej... Medytacja jest takim rodzajem nudy, ale tutaj nie jestem zbyt wytrwała.

Jakie warunki sobie pani stwarza, by pisać?
Potrzebuję ciszy i podstawowych środków higieny psychicznej: ciepła, płaskiej poziomej płaszczyzny, jak np. stół, oraz nade wszystko samotności. W sumie niewiele. Kiedy pracuję, chowam społeczne czułki, nie szukam kontaktu w realu, zadowalam się filmem wieczorem. Czułki odrastają, kiedy książka jest skończona. Nie jestem kompletną mizantropką, to mizantropia wymuszona. Lubię być sama, długo się tego uczyłam. Kiedy po raz pierwszy wyjechałam za granicę na dłużej sama, naprawdę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nie było jeszcze wtedy Internetu, a dzwoniło się z aparatów telefonicznych na monety... To dopiero było wyzwanie. Ale jak już są ludzie, to nie ma nic lepszego niż długie dyskusje przy winie do świtu – człowiek uświadamia sobie przy tym, co właściwie myśli, kim jest.

Jako autorka faktycznie uważa siebie pani za nieciekawą?
Życie większości pisarzy jest nudne, nie ma co ukrywać. Pisanie zabiera mnóstwo czasu. Wymaga reżimu, powtarzalności. Trudno mieć burzliwe życie, kiedy się większość dnia siedzi przy biurku. Poeci mają chyba lepiej, piszą krócej i mają więcej czasu, stąd barwniejsze charaktery [śmiech]. Przy pisaniu jakoś bardzo mało zajmuję się sobą. Czasami tracę poczucie rzeczywistości i czasu. Siadam o dziewiątej i nagle patrzę – a tu już po południu. Dziwne. Może to dlatego, że programowo staram się ukrócić pierwszoosobowego narratora we mnie. Kiedy piszę, staram się znaleźć w sobie taki punkt widzenia, który by trochę poza mnie wykraczał.

Uważa pani tak jak Coetzee, że fikcja ma przewagę nad argumentami rozumu?
Myślę, że tak, jak najbardziej. Proszę spojrzeć, jak pamiętamy historię swojego kraju. Oczywiście, zdecydowanie mniej z lekcji w szkole, z dat, z suchego opisu, eseju, a bardziej z opowieści, filmu, z literatury. W tym sensie największym historykiem był Sienkiewicz, bo nawet jeśli pozatruwał nam umysły, to zbudował potężną narrację, wspólną dla wielu ludzi. Odruchowo wciąż się do niej odwołujemy i nie zmienia tego fakt, że potrafimy ją racjonalnie skrytykować. Ta jego opowieść ma wielką siłę, czy to się nam podoba, czy nie. Trzeba by napisać kontr-Sienkiewicza, opowiedzieć inną, alternatywną historię. Ale ostatnio literatura historyczna stała się trochę niepopularna i niewielu jest pisarzy, którzy chcieliby zajmować się przeszłością; ona wydaje się ustalona raz na zawsze. Na dodatek należałoby to zrobić z punktu widzenia współczesnego człowieka, który ma inne rozumienie mechanizmów historii. A mnie się zdaje, że przeszłość trzeba cały czas opowiadać na nowo. Każde pokolenie powinno dokonywać rewizji przeszłości, podważać stereotypy, patrzeć na to, co oczywiste, z innej strony.

Myśli pani, że literatura ma taką siłę zmiany sposobu patrzenia na własną zbiorową historię?
Fikcja ma jakiś nieodległy związek ze znaczeniem, z poczuciem sensu. Nie na darmo dzieciom opowiada się bajki, a nie listę prawd o świecie. Suche fakty funkcjonują w innej przestrzeni, dopiero w opowieści nabierają ciała, obrastają w znaczenia, smaki, barwy. Człowiek oderwany od opowieści jest zdezorientowany. Może właśnie dlatego powstają te toporne teorie spiskowe, które próbują jakoś wytłumaczyć świat en bloc. Kiedyś religia miała moc budowania spójnej wewnętrznie, sensownej opowieści o świecie, ale teraz coraz mniejszej grupie ludzi religia jest w stanie zaspokoić potrzebę sensowności życia, pracy, wysiłku. Ludzie budują swój obraz świata na podstawie telewizji czy Internetu, dostają dużo chaotycznych informacji, często ze sobą sprzecznych, fragmentarycznych, których nic ze sobą nie spaja. To świat pełen informacji, ciekawostek, ale pozbawiony znaczenia. Poziomy, horyzontalny.

W ten sposób czasami, a może zazwyczaj, to nie ja myślę, ale mi się myśli.
Bo „ja” to nie tylko ja, ale też to i tamto, co znaczy, że jest w nas mnóstwo rzeczy, które pochodzą z kultury, z języka, z historii naszej rodziny i z warstwy społecznej. W naszym umyśle nagrały się pouczenia naszej mamy i powiedzenia taty. Na nasze poczucie tożsamości ma wpływ historia narodu, w którym się urodziliśmy, a także to, czy i jak rozwiązaliśmy zbiorowe traumy, które zdarzyły się w przeszłości i w których nie mieliśmy udziału. Składają się na nas lektury i filmy. I do tego jeszcze odruchy, instynkty, atawizmy – cała nasza biologiczna strona. Człowiek to naprawdę skomplikowana budowla. W tym świetle popkulturowe hasło „bądź sobą” nabiera jakiegoś komicznego znaczenia.

Fot. BEW Fot. BEW

Studia psychologiczne i praca terapeutyczna pomogły pani w pisaniu?
Z pewnością nie przeszkodziły. To były bardzo fajne studia. Nauczyły mnie wielu rzeczy, które potem przydały mi się w pisaniu – że np. w spojrzeniu na każdą rzecz istnieje wiele punktów widzenia, a rzeczywistość jest uzgadnianiem tych indywidualnych perspektyw. Że wszelkie teorie są tylko próbami opisu i nie należy się do nich zbytnio przywiązywać. Że każdy człowiek może być powieścią do napisania. Że najwięcej się wie, kiedy umie się uważnie słuchać innych. I wreszcie, paradoksalnie, że nie ma powodu, aby zbytnio zajmować się sobą, ponieważ „ja” jest kameleonem, który pójdzie na wszystkie przebieranki, a rozpamiętywanie własnej osoby może stać się męczącą profesją na resztę życia. Pamiętam, jak po zajęciach z psychologii klinicznej, gdy omawialiśmy objawy zaburzeń, okazywało się, że sami odnajdywaliśmy u siebie wszystkie te syndromy, z borderline, depresją, nerwicą, socjopatią i psychozą maniakalno-depresyjną włącznie. Do pisania często przydatne jest to stare przekonanie, iż żadna obiektywna rzeczywistość nie jest nam potrzebna. Nie ma historii, są tylko biografie – to znaczy, że wszystko dzieje się w ludziach i pomiędzy ludźmi – w relacjach. Świat składa się z drobnych opowieści o ludziach, które splatają się w wielowątkowy warkocz. Ale fascynowała mnie też neuropsychologia – pogranicze, gdzie spotyka się duch i ciało. Uczucia, które bierzemy za zupełnie autonomiczne, a które – jak się okazuje – są rezultatem drażnienia jakiejś części mózgu. W latach 80., kiedy studiowałam, neuropsychologia była jeszcze w powijakach. Dziś to kwitnąca nauka, która sprawiła jednak, że psychologia ma dziś dużo bardziej deterministyczną wizję człowieka. Ale prawdę mówiąc, zawsze byłam bardziej zaangażowana w literaturę, dużo bardziej niż w psychologię.

Zostawiła pani pracę psycholożki i wyjechała za granicę skręcać anteny do jachtów, dlaczego?
Pojechałam do pracy i trafiłam w wielokulturowy świat, zupełnie inny niż Polska lat 80. Tam, pozbawiona starego kontekstu, zaczęłam bardzo intensywnie pisać. Pracowałam z Hindusami, Nowozelandczykami, Południowoafrykańczykami. Z koleżanką Polką próbowałyśmy założyć w tej małej fabryczce związek zawodowy, nie mieściło nam się w głowach, że ci pracujący na czarno ludzie nie mają prawa do urlopu ani żadnego ubezpieczenia. Byłyśmy tak cudownie naiwne. Szybko wybito nam to z głowy.

Z kolei o prawach zwierząt napisała pani poruszający esej „Maski zwierząt”. Wiele osób jest oburzonych cierpieniem byków na korridzie, ale zachwyca się smakiem steku. Inni traktują psy i koty jak członków rodziny, ale nie mają najmniejszych problemów, by jeść kury czy świnie. Dlaczego to nie jest oczywiste, że nie powinno się zabijać zwierząt, również po to, by je zjadać?
To dzieje się z rozpędu, z przywiązania do starych, anachronicznych wizji świata. To nawyk, odruch, w niektórych przypadkach forma uzależnienia. Także pewna umysłowa bezwładność, którą czasem – niesłusznie – nazywa się tradycją. Brak wrażliwości i niechęć do zmierzenia się z pytaniem: Skąd się bierze to, co jemy? No i w końcu potężne mechanizmy obronne, które chronią nas przed dyskomfortem psychicznym. Byłoby uczciwie, gdybyśmy – jak już musimy i chcemy – jedli to mięso świadomie, wiedząc, że uczestniczymy w czymś dość makabrycznym. Żeby to był moralny wybór, a nie nawyk, odruch, bezmyślność.

Napisała pani, że pisarz ma obowiązek zabierania głosu w sprawach dotyczących nas wszystkich. Czy z tego powodu zabiera pani głos w sprawie zwierząt?
Tak napisałam? Nie, nie uważam, że pisarz ma taki obowiązek. Pisarki i pisarze mają różne temperamenty, chociaż, jak większość ludzi, pewnie starają się, żeby być dobrymi ludźmi. Praca pisarzy polega zaś na szczególnej uważności, bo często dostrzegają to, co dla innych jest albo niewidoczne, albo odwrotnie – zbyt oczywiste, i na umiejętnym pokazywaniu, jak bardzo złożony i skomplikowany jest świat. Literatura poddana jakimś obowiązkom przestaje być sztuką, staje się tubą. Ale kiedy zdasz sobie sprawę, że ludzie cię słuchają, to lepiej odzywać się w słusznych, dobrych sprawach niż w błahych. Papier kosztuje, szkoda go na pierdoły. Myślę, że do tego się dojrzewa. Często młodzi pisarze są skoncentrowani na „ekspresji samego siebie”, cokolwiek to znaczy. Z wiekiem u zdrowego człowieka „ja” trochę zanika, przysycha i nie wypełnia już tak bardzo całego horyzontu.

Nie chciałaby pani wejść na barykady, zająć mównicy, założyć jak w Holandii partii dla zwierząt?
Do tego trzeba specyficznego temperamentu, a ja go nie mam. I chyba z wiekiem staję się bardziej introwertyczna – nie umiałabym przemawiać do tłumu ani kłócić się z politykiem na wizji. Mam wielką tremę przed występami publicznymi. To nie dla mnie. Lepiej niech każdy robi to, w czym czuje się dobrze i na czym się zna.

Janina Duszejko, bohaterka pani książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, przerażona tym, że na jej oczach łamane jest moralne prawo do istnienia i nikt nie reaguje, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.
Duszejko jest jak obywatel, który zszokowany nagle odkrywa, że obowiązujące prawo jest niemoralne. I że prawo w ogóle jako takie może być niemoralne. Wydaje mi się, że jest to coraz powszechniejszy dylemat zwykłych ludzi, którzy obserwują takie sytuacje w życiu – co zrobić, jak się zachować, kiedy sumienie mówi nam, że obowiązujące zasady są złe, a jednak chcielibyśmy być praworządnymi i dobrymi obywatelami. To na przykład bezkarność ewidentnych przestępców. Niesymetria w przyzwoleniu na stosowanie przemocy – państwo może stosować przemoc wobec obywatela, obywatel wobec państwa – nigdy. Rosnące rozwarstwienie między biednymi a bogatymi. Ewidentne oszustwa w świetle prawa. W gruncie rzeczy to stara bajka o człowieku, który zawiedziony porządkiem postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość. Wydaje mi się, że dziś ta tendencja narasta. Świat zrobił się niesprawiedliwy i bezwzględny; przypomina pole nieustannej walki. Duszejko określa życie codzienne jako system skomplikowanych mechanizmów obronnych, który zbudowaliśmy po to, by nie widzieć tego, co dzieje się naprawdę. Że na obrzeżach miast stoją wielkie rzeźnie, ludzie cierpią i umierają, że są nieszczęśliwi i samotni, że trwają wojny. To sytuacja trochę jak z „Matrixa”. I ten system działa – mamy telewizję, rozrywki, gry, plotki, awantury polityków, sport wyczynowy, mecze futbolowe - wszystko po to, żebyśmy się mogli czymś zająć i nie drążyli zbyt głęboko, bo wtedy trudno byłoby to znieść.

To możliwe, żeby wiedzieć, co kryją te mechanizmy?
Chyba tylko jakiś Bóg. Rzeczywiście musi być potężny, jeśli sobie z tym radzi. My nie musimy.

A pani jak sobie radzi z cierpieniem?
Jak umiem. Jestem z tych, co albo marzą, albo pracują. Praca jest słodkim mechanizmem obronnym. I jedno, i drugie wyciąga umysł z rozpamiętywania i zgubnego zajmowania się traumami, oba te stany wymagają koncentracji i skupienia. Trochę przestaje się żyć, gdy się pisze i marzy, prawda? Zawsze lubiłam pracować, od dzieciństwa. Zadawałam sobie zawsze jakieś zadania, coś zbierałam, studiowałam, zgłębiałam, robiłam jakieś wyprawy, zawsze byłam czymś zajęta. Praca porządkuje świat, emocje, nadaje sens – to silne lekarstwo i chyba tylko w depresji widać, jak bardzo jest się nieszczęśliwym, kiedy nie jest się zdolnym pracować. Ostatnio pracuję całe dnie, od rana do wieczora, i chociaż wieczorem padam i klnę, to rano naprawdę siadam z przyjemnością przy biurku.

A sens? Jest możliwy do znalezienia?
Sens nie jest jakimś drogocennym skarbem schowanym w jaskini, który po wielu trudach samotnej podróży należy odnaleźć i zdobyć. To nie ta bajka. Sens to coś, co się tworzy, codziennie od początku, począwszy od pierwszej wypitej rano kawy.

  1. Kultura

Kinga Preis - poszukująca, przenikliwa, przebojowa

Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kinga Preis każdą rolę gra tak, jakby była pierwsza, a żadna wcześniejsza nie zostawiła śladu. Wybitna osobowość aktorska. Mogliśmy oglądać ją w serialu „Stulecie Winnych” (według wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło sagi Ałbeny Grabowskiej), w którym grała Bronisławę, „szefową” rodu Winnych. TVP potwierdziła, że powstanie drugi sezonu serialu - w lipcu ruszają prace na planie. 

Bronia mało mówi, ale trzyma w karbach tę rodzinę, tę historię… Przy niej nic nie może się rozpaść?

Mężczyźni w tej opowieści są delikatni, nie mają odwagi zawalczyć o miłość. Mąż Broni dużo pije, traktuje się go, jakby nie umiał poradzić sobie z życiem. To Bronia jest „szefową” rodziny. Przeżywa niepowodzenia swoich dzieci. To prosta kobieta, chłopka, ale z głodem wiedzy. Chce, aby jej dzieci się uczyły, chce je otworzyć na świat. Sama nie miała szansy wyruszyć poza Brwinów, który pewnie bardzo kocha.

Bronia ma w rodzinie respekt. Widać, że kiedy na coś reaguje, powie dosadniej słowo, wszyscy się wycofują.

Autorytetu nie zdobywa się histerią, narzucając coś. Zdobywa się go spokojem i determinacją. Bronia chce wszystkim pomagać. Opiekuje się chorymi w szpitalu. Walczy o prawa kobiet. Wyrastałam w domu, w którym ważną rolę odgrywały kobiety.

Miała pani w głowie kobiety ze swojej rodziny, grając tę rolę?

Moja mama i babcia były związane z Wrocławiem, ze środowiskiem artystycznym. Babcia Marysia tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”, a potem przez wiele lat pracowała w Operze Wrocławskiej, gdzie większość zawodowego życia przepracowała też moja mama. Nie mogę więc powiedzieć, żeby to były proste kobiety. Każda z nas wychowała jedno dziecko. Nie wyobrażam sobie posiadania drugiego, a co dopiero czwórki własnych dzieci, i do tego gromady wnuków. Dla mnie Antoni był ogromnym wyzwaniem i jest pępkiem świata. Bronia tych światów miała dużo więcej. Życie na wsi zależało od przyrody, pór roku, od Boga, wiary, w której została wychowana. My tak nie postrzegamy własnego losu. Inaczej też walczymy z melancholią, depresją. Bronia na smutek duszy czytała książkę przy świecy, rozmawiała z bliskimi. Tak naprawdę wszystko nas różni. Moje życie jest prostsze, nie muszę podejmować wyborów ostatecznych, żyję szybciej, intensywniej. Ale czy jestem przez to szczęśliwszym człowiekiem?

Grając, sięga pani do intuicji?

Nigdy nie staram się kopiować, odwzorowywać. Na pewno do roli dostają się jakieś okruchy z mojego życia, ale z mojej strony nie jest to działanie z premedytacją. Lubię być zaskakiwana w trakcie sceny czymś, co się nagle pojawia albo co proponuje partner. Sama również lubię zaskakiwać. W „Stuleciu Winnych” kimś szczególnym i bliskim był dla mnie reżyser Piotrek Trzaskalski. Mam różne doświadczenia na tym polu. A tu spotkałam człowieka, który mając przed sobą blisko sto dni zdjęciowych, na każdej stronie scenariusza narysował kadry do poszczególnych scen, był dociekliwy i czuły wobec wszystkich aktorów. Niezwykłym partnerem dla mnie był również operator Witold Płóciennik. To jest wielki artysta, który dzięki swojej wrażliwości za pomocą kamery namalował świat z początku XX wieku. Scena, w której Kasia, synowa Broni, rodzi, jest jak z Rembrandta. Uwielbiam obserwować operatorów w pracy. Jesteśmy w tym samym miejscu, patrzymy na to samo, ale operator widzi świat, jakiego ja nie jestem w stanie dostrzec. Każdy artysta, z którym się spotykam, buduje swoją przestrzeń, przekracza ją, nawzajem z siebie czerpiemy, i tak powstaje Bronia Winna.

Jak wyglądałaby pani saga rodzinna?

Moi pradziadkowie Jan i Michalina Pieszkowie pochodzili ze Lwowa. Uciekli z kresów, kiedy moja babcia Marysia była malutka. Przyjechali najpierw do Wojcieszowa na Dolnym Śląsku, a potem do Wrocławia. Prawie nie pamiętam swoich  pradziadków. Na różnych uroczystościach rodzinnych wtrącało się coś bałakiem [lwowska gwara uliczna – przyp. red.], śpiewało piosenki ze Lwowa, ale nikt mnie nie wychowywał w kulcie tego miasta. Dopiero dzisiaj się zastanawiam, czym musiało być dla moich bliskich wysiedlenie bez możliwości powrotu…

Jacy byli pani dziadkowie?

Mam superbabcię i bardzo opiekuńczą mamę, one się wspaniale uzupełniały.

W domu rządziła babcia czy mama?

Babcia chciała rządzić, ale słuchałam mamy. Marzeniem babci był śpiew, ale ponieważ los płata figle, to całe życie przetańczyła. Najwyższą ze sztuk była dla niej zawsze muzyka. Moja mama skończyła liceum w klasie fortepianu, ale dalej tą drogą nie poszła. Potem była próba zachęcenia mnie do pójścia w tym samym kierunku. Równie nieudana. W domu stało pianino, babcia goniła mnie do lekcji. Kiedy poszłam do szkoły podstawowej, były różne akademie ku czci. Pamiętam mój pierwszy występ. Miałam zagrać fragment piosenki „Czy pozwoli panna Krysia, młody ułan pyta...”. Z nerwów nie trafiłam w żadną czystą nutę. To była kakofonia. A potrafiłam ten utwór zagrać. Ale i tak najpełniej realizuję artystyczne ambicje swojej babci.

Pamięta pani ojca?

Nie. Mam jedno wspomnienie z tatą… zostawmy. Jak ważny jest ojciec, wiem, bo patrzę na więź mojego Piotra z Antonim. Sama tego nie doświadczyłam. Trudno jest żałować uczucia, którego się nigdy nie przeżyło.

Nigdy nie chciała się pani dowiedzieć czegoś o ojcu?

Miałam taką potrzebę, kiedy miałam kilkanaście lat, ale szybko zgasła, ponieważ do niczego się nie dokopałam.

A jego rodzina?

Nie utrzymywaliśmy żadnego kontaktu.

Nie myślała pani, że może opowiedzieliby coś ważnego?

Więzy krwi nie powodują, że ktoś jest dla nas ważny.

Nie miała pani czasem poczucia, że przez brak ojca…

…coś mnie ominęło? Mam syna i myślę, że wychowanie syna jest naprawdę czymś innym niż wychowanie córki. Kiedy byłam w ciąży, mówiłam do swojego brzucha: „Marysiu”. Marzyłam o urodzeniu dziewczynki. Niefrasobliwy lekarz powiedział mi na tydzień przed porodem, że jednak będzie syn. Przeżyłam jeden z najpoważniejszych kryzysów w swoim życiu. Dziś, oczywiście, się z tego śmieję. Krzyczałam do mojego męża: „Za co to wszystko?! Po co te dziewięć miesięcy udręki? Żeby syna urodzić?!”. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieć córkę.

Ale skąd to w pani było?

Klasyka stereotypu. Tak jak większość mężczyzn chce mieć syna, by grać z nim w piłkę i móc po męsku pogadać, tak większość kobiet pragnie córeczki, z którą będzie się wspólnie bawić w domek i rodzinkę. Ja się ze swoim synem świetnie dogaduję. To spokojny, fajny facet. Zawsze był taki. A u dziewczynek zauważam feerię niezdrowych ekscytacji. Mam ukochaną sąsiadkę Stenię. Kiedy coś razem oglądamy i występuje mała dziewczynka, porozumiewawczo spoglądamy na siebie, a w oczach: „Gardzę różem”. Wiem, to okropna klisza, ale utrwalił ją mój zawód. Dziewczynki na planie bywają szalenie rezolutne, takie stare malutkie.

Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal) Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal)

W zawodzie od razu trafiła pani na mistrza. Na trzecim roku studiów zagrała pani główną rolę u Jerzego Jarockiego w „Kasi z Heilbronnu”, dzisiaj opisywaną jako legendarna. Czym to dla pani było?

Nie umiem odpowiedzieć, na czym polegała technika prof. Jarockiego. Nie czułam, że to lekcja, jakiś konkretny przekaz. Byłam jedną z osób, którymi w umiejętny sposób poruszał. Umiał znakomicie użyć aktora. Myślę, że brał z tego, kim byłam. Przecież Kasia jest łatwowiernym, nieświadomym, zaczarowanym człowiekiem. Dokładnie taka byłam. Chciałam kochać teatr. Jeśli wyobrażałam sobie zawodowe życie, to tylko w teatrze. W ogóle nie myślałam o graniu w kinie.

Czym dzisiaj jest dla pani teatr?

Miejscem, z którego w porę uciekłam, myślę o Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie pracowałam 17 lat. Odeszłam, zanim doprowadzono do jego zniszczenia. Mówiło się, że jest to teatr zespołowy, nie gwiazdorski. Byliśmy skupieni na pracy, tam w pewnym odizolowaniu nie chcieliśmy uciekać do Warszawy, gdzie czekało zapewne więcej propozycji. Był miejscem dla tak różnych twórców, jak Jerzy Jarocki, Krystian Lupa, Jan Klata. Wystarczyła chwila, żeby to wszystko zniweczyć. W ubiegłym roku byłam w Teatrze Polskim. Śpiewałam podczas gali piosenek Wojciecha Młynarskiego. Niewielu moich kolegów tam zostało. Weszłam do smutnego miejsca, gdzie ludzie siedzący w bufecie niespecjalnie się lubią. Dzisiaj nie mam żadnej potrzeby wejścia w spektakl teatralny. Koledzy mówią: „Przestań, na pewno żałujesz”. Nie żałuję. Mam dużo więcej wolnego czasu i to uwielbiam. Jestem wolnym człowiekiem. Może kiedyś zatęsknię.

To co pani właściwie robi, kiedy nic nie robi?

Czytam, rozmawiam z mężem, mam dużo więcej czasu dla syna albo idę na spacer, albo nie idę i po prostu sobie siedzę. Wyjeżdżam, chodzę do kina, takie tam.

I marzy pani?

Jestem człowiekiem, którego uruchamia wyobrażenie o wygranej w totolotka. Gram bardzo rzadko, ale w momencie obstawienia liczb już stąd wyjeżdżam, już pakuję walizkę, już jestem na drugim końcu świata. Marzenia? Nie pracować. Albo nie pracować w tym zawodzie. Teraz marzę już o przeprowadzce, bo niebawem przeniosę się na wieś. Potrzebuję przyrody.

Kupiła pani dom?

Buduję. Nie potrafię czerpać przyjemności z miasta. Mając wolny dzień, pakowałam plecak i jechałam z rodziną w góry. Wychowałam się na Sępolnie. To dzielnica jak z programów Davida Attenborough. Dzieciństwo było bez telewizora, bez iPhone’a, więc miałam wyrobione inne części ciała niż kciuk. Jako dzieciaki wariowaliśmy na ogródkach działkowych, zakładaliśmy się, kto po zmroku przejdzie po cmentarzu…

Gdzie pani buduje dom?

Na wsi pod Wrocławiem. Dom jest otwarty na przyrodę.

A co przed oknem?

To, co nam wyrośnie. Mąż namawiał, żebyśmy kupili duże drzewa. „Piotrusiu – mówię – chcę patrzeć, jak rosną”. Wczoraj pojechaliśmy z mężem do lasu pod Trzebnicą i byliśmy tam siedem godzin. To mi sprawiło autentyczną przyjemność.

Siedmiogodzinny spacer?

Idziemy, zatrzymujemy się, obserwujemy. Drogę przebiegł nam piękny byk. Potem podglądaliśmy łanie daniela. Pierwsza szóstka stała na polanie. To były dosyć drobne łanie, szarobrązowe. Mąż mówi: „Pójdę lasem i wypłoszę ci je, żeby na ciebie wyszły”. Zrobił to tak skutecznie, że jak doszłam do granicy polany, to już tylko widziałam ich lusterka, czyli zadki, gdy stały w rządku, by przeskoczyć przez rzekę. W pewnym momencie żuraw z polany wyleciał tak nisko, jakby spod nas. Widzieliśmy też cztery orły. Tam są ogromne stawy i jest coraz więcej orłów. Przed samym zmrokiem mąż zauważył następne daniele. „Są na mojej czternastej” – powiedział. Jak się na nie spojrzy, to udają, że nie patrzą. Chociaż wiem, że cały czas nas obserwują. Czy to nie jest fascynujące, taki spacer po lesie?

Syn zajął się kinem?

Tak, przechodzi swoją drogę w tej branży. Przez półtora roku miał zaszczyt i szansę pracować z wybitnymi ludźmi kina, reżyserami, operatorami i aktorami. Aż mu zazdroszczę.

Wyobrażała sobie pani, że syn staje za kamerą, a pani gra? W jaki sposób patrzyłby na panią?

Uważa pewnie, że jesteśmy z Piotrem takie „wariatuńcie”, jak to się u nas w domu mówiło. Ale rodzina zawsze ma dyskomfort, oglądając najbliższych na ekranie. Myślę, że kiedy mój syn zobaczył scenę gwałtu w „Pod Mocnym Aniołem”, to nie było pozytywne przeżycie.

Rozmawialiście o tym?

Myślę, że Antoni docenia ten film, bardzo mu się podoba, ale nie komentuje mojego w nim udziału. Bardzo mnie kocha jako mamę i ceni jako aktorkę, ale zobaczyć rodzica w takiej roli to duże wyzwanie. Mój mąż też jest z tej branży, ale nie sądzę, że nie pika mu serce, gdy gram tego typu sceny. Zabrałam kiedyś moją mamę na premierę spektaklu Teatru Telewizji „Stygmatyczka”. Były tam sceny, kiedy Wandzie Boniszewskiej, zakonnicy, którą grałam, otwierają się rany na rękach, stopach, na czole. Moja mama przeżyła to bardzo dramatycznie. Myślę, że nie widziała w tej bohaterce zakonnicy, tylko córkę. Staram się wejść na sto procent w sytuację i w jakimś sensie wyzbyć się siebie, zatracić w tym, co robię. Grając, nie jestem Kingą Preis, aktorką wcielającą się w filmie „Pod Mocnym Aniołem” w postać Mani, która jest gwałcona. W tym momencie jestem tą Manią. To się dzieje w mojej świadomości, w mojej psychice, w moim ciele. Czuję tak, jakby to było naprawdę. Widz, mam nadzieję, też w to wierzy.

Co dzieje się w pani po zagraniu ekstremalnie trudnej sceny?

Czuję przyjemność, że coś przeżyłam. Na pewno nie czuję tego, co człowiek zgwałcony, czyli zbrukania, raczej zmęczenie, utratę ogromnej energii. I wbrew pozorom niechęć powrotu do realności, do świata. Pewnie, że nie czuję się dobrze po scenie gwałtu ani po tym, jak w „Domu złym” mąż zabił mnie siekierą. Leżałam w błocie, półnaga, było potwornie zimno. Ale był to dla mnie zarazem koniec zdjęć. Pojawił się żal, jaki mają dzieci, kiedy odbiera im się coś najcenniejszego. Odebrano mi coś, co już nigdy się nie przydarzy. Nigdy już nie zagram w „Domu złym” i nie przeżyję podobnych emocji. Nie umiem tego inaczej powiedzieć. Wielu aktorom ciężko jest się rozstać z rolą. Kiedy patrzę na dobrych aktorów, nie myślę jedynie o ich fizycznej zmianie, ale że zostaje jakiś ślad tego, co zagrali. Czasem, kiedy kończę zdjęcia, jest mi żal, czasem się cieszę, że już koniec, a czasem nic mnie to nie obchodzi. Bywa, że za role, które są lżejsze do udźwignięcia, widzowie kochają nas najbardziej. Kiedy to słyszę, myślę: „Fajnie, miło”. Ale czekam na nowe wyzwania.

Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal) Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal)

Na reżysera, który widzi panią inaczej niż wszyscy?

Teraz pracuję z Piotrem Domalewskim. Zmusza mnie do wydobycia czegoś zupełnie innego. A ja lubię uciec samej sobie.

Jest pani w zawodzie nienasycona?

Zna pan serial „Gdzie jest mój agent?”. Każda z postaci jest wspaniale napisana. Tego naprawdę zazdroszczę – dobrze napisanych ról. U nas albo trzeba się zrzygać do umywalki, albo być korpo-glamour. Tak bym chciała w telewizji odwagi. Nie tylko u aktorów.

 

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial "Stulecie Winnych", dostępna jest w naszym sklepie internetowym: