1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. William Turner - malarz światła i wody

William Turner - malarz światła i wody

Wiliam Turner, „Ostatnia droga »Temeraire’a«” (1839).(Fot. Getty Images)
Malarz, który zdecydowanie wyprzedzał swoje czasy czy raczej owych czasów uważny i krytyczny obserwator? Jaka jest prawda o Williamie Turnerze?

W 1966 roku Mark Rothko, zwiedzając wystawę Josepha Mallorda Williama Turnera, powiedział: „Ten gość wiele się ode mnie nauczył”. Turner nie żył wówczas od 115 lat, a wielki amerykański abstrakcjonista składał mu tymi słowami hołd. Jeżeli chcielibyśmy wskazać pierwszego nowoczesnego twórcę w historii malarstwa, to właśnie podziwiany przez Rothkę angielski mistrz będzie najlepszym kandydatem do takiej roli. W takim świetle Turner ukazany jest też na wystawie, którą Tate Britain wraca do gry, otwierając drzwi dla publiczności po długich miesiącach lockdownu.

Płynie nowe 4

„Ostatnia droga »Temeraire’a«”. Dzieło to zostało bezapelacyjnym zwycięzcą narodowego plebiscytu na brytyjski obraz wszech czasów, zorganizowanego w 2005 roku przez BBC. Zdobyło jedną czwartą wszystkich głosów. Turner malował je już po sześćdziesiątce i zawarł w nim wiele z kluczowych elementów swojej twórczej filozofii. „Ostatnia droga...” jest oczywiście pejzażem – w twórczości tego artysty próżno szukać scen rozgrywających się we wnętrzach. Wśród najsłynniejszych jego prac portret znajdziemy tylko jeden i jest to młodzieńczy wizerunek własny z 1799 roku. Turner był malarzem otwartej przestrzeni, nawet nie tyle krajobrazu, ile światła i powietrza, a także morza, w którym był zakochany; obrazy marynistyczne należą do jego najlepszych prac.

Na pierwszy rzut oka „Ostatnią drogę...” łatwo wziąć za obraz impresjonistyczny, choć kiedy Turner go malował, większości impresjonistów nie było jeszcze na świecie. Sposób, w jaki autor operuje kolorem, zbliża go do rejestrów abstrakcji; nie przypadkiem sto lat później do inspiracji angielskim mistrzem przyznawali się awangardziści z pokolenia Rothki. Nie przypadkiem też malarz jest patronem najważniejszej na Wyspach nagrody dla innowacyjnych artystów – Turner Prize.
W „Ostatniej drodze...” światło zachodzącego słońca, rozproszone w zamglonym powietrzu i odbijające się w wodzie, jest tematem samym w sobie. Nie jest to jednak jedyny temat tego obrazu. Tytułowy „Temeraire” to wojenny żaglowiec, wsławiony udziałem w bitwie pod Trafalgarem. Na obrazie Turnera wyłania się z mgły – wygląda jak duch. Jego „ostatnia droga” wiedzie na złom. Okręt holowany jest przez czarny, dymiący parostatek. Majestatyczny „Temeraire” jest kilka razy większy i bez wątpienia piękniejszy od stalowego holownika. Jednak w odróżnieniu od widmowego żaglowca parowiec wydaje się rzeczywisty – i to do niego należy przyszłość.

Rycina z wizerunkiem malarza w wieku 25 lat z książki „Geniusz J.M.W. Turnera” (1904) pod redakcją Charlesa Holme’a. (Fot. Getty Images)

Syn golibrody

Kiedy w 1789 roku Turner rozpoczynał studia malarskie, klasycyzm znajdował się w zenicie. We Francji wybuchła właśnie rewolucja, która była początkiem końca starego świata. A jednak największy ówczesny francuski artysta Jacques-Louis David, później nadworny malarz cesarza Napoleona, wciąż lubił ubierać współczesne mu wydarzenia w antyczny kostium – wzorcem artystycznej doskonałości pozostawała przeszłość.
Sam Turner został przyjęty na studia do Royal Academy of Arts jako 14-latek. Studiował dzięki stypendium dla utalentowanej młodzieży o skromnym pochodzeniu – był londyńczykiem z klasy pracującej, synem golibrody i perukarza. Pierwsze jego „wystawy” odbywały się w witrynie ojcowskiego zakładu fryzjerskiego; klienci mogli kupić dziecięce prace przyszłego mistrza za parę szylingów. W późniejszych latach, już jako ceniony artysta, obracał się wśród pisarzy i intelektualistów, sam pisywał wiersze, ale nigdy nie wyzbył się plebejskiego akcentu – do końca życia mówił cockneyem i był z tego dumny.

Swoim nowatorskim malarstwem wystawiał przyzwyczajenia publiczności na próbę, ale w odróżnieniu od wielu nowatorów, niezrozumianych za życia i docenianych dopiero przez następne pokolenia, cieszył się uznaniem już u swoich współczesnych. Uchodził za zamkniętego w sobie ekscentryka, miał jednak wierne grono przyjaciół oraz mecenasów, którzy konsekwentnie wspierali jego twórczość. Zlecenia dobierał starannie, przyjmując tylko te, które uznawał za artystycznie interesujące. Dotyczyło to szczególnie literatury. Był wziętym ilustratorem, jego prace potrafiły „sprzedać” książkę lepiej niż nazwisko pisarza, godził się jednak obrazować jedynie utwory, z którymi się utożsamiał, czyli przede wszystkim dzieła romantyków.
W 1829 roku umarł ojciec Turnera, który przez 30 lat mieszkał z synem, pełniąc funkcję asystenta w jego pracowni, kucharza, ogrodnika i – co nie do przecenienia – przyjaciela. Malarz ciężko przeżył tę stratę. Zaczął stronić od ludzi, zaniedbał się, wpadł w głęboką depresję. Ale to właśnie w tym okresie tworzył swoje najbardziej radykalne dzieła, w których kolor, światło i przestrzeń organizowane są w sposób, jakiego w malarstwie europejskim wcześniej nie widziano.

Krew na morzu

Żaden europejski współczesny mu artysta nie dotarł tak blisko granic abstrakcji. To jedna z odpowiedzi na pytanie, dlaczego urodzony w 1775 roku malarz wydaje się nam tak współczesny, a jego spojrzenie tak bliskie sposobowi, w jaki dziś postrzegamy zarówno sztukę, jak i rzeczywistość. Kuratorzy wystawy w Tate Britain, zatytułowanej „Nowoczesny świat Turnera”, proponują jednak, by wrócić do podejmowanych przez niego tematów. Młodość artysty upłynęła w dobie wstrząsających Europą wojen napoleońskich. Młody Turner malował sceny batalistyczne w duchu heroicznym, ale im dłużej Wielka Brytania zaangażowana była w krwawe zmagania z cesarstwem Napoleona, tym bardziej miejsce bohaterów wypierają w jego obrazach ofiary wojny. Na zmiany polityczne nakładał się przewrót technologiczny, który niosła ze sobą rewolucja przemysłowa. Turner jest nazywany pierwszym malarzem antropocenu, epoki, w której środowisko staje się bardziej dziełem człowieka niż przyrody. Żaden malarz przed nim nie zauważył, jak zmieniły się kolory nieba nad Londynem, odkąd zasnuły je dymy z wyrastających jak grzyby po deszczu fabryk. Współcześni mu malarze oczywiście byli świadomi, że wszędzie wyrastają fabryki pełne parowych maszyn, a pejzaż zaczynają przecinać tory pierwszych linii kolejowych. Nie postrzegali jednak tych znaków modernizacji jako motywów godnych uwiecznienia w malarstwie.

Z wyostrzaniem się uwagi na zmiany cywilizacyjne szła w parze rosnąca wrażliwość społeczna Turnera. Jeden z najsłynniejszych jego obrazów, „Statek niewolniczy” z 1840 roku, to brawurowy pejzaż morski, porywający spektakl światła, koloru i przestrzeni, w której nie sposób oddzielić wzburzonego oceanu od rozpostartego nad nim nieba. Kiedy jednak uważniej przyjrzeć się temu malarskiemu popisowi, okazuje się, że z wody wyłaniają się skute kajdanami ręce. Obraz inspirowany był niesławnym przypadkiem statku „Zong”, który w 1781 roku płynął do Ameryki z transportem ludzi porwanych na afrykańskim wybrzeżu. Podczas sztormu załoga zdecydowała się wyrzucić za burtę blisko 140 chorych i osłabionych mężczyzn, kobiet i dzieci, z zamiarem uzyskania od firmy ubezpieczeniowej odszkodowania za utratę „towaru” na morzu. Transport niewolników pochłaniał przerażającą liczbę ofiar przez całe dekady, ale to sprawa „Zonga” stała się symbolem okrucieństwa handlarzy ludźmi i była wykorzystywana jako argument przez ruch abolicjonistyczny, z którym Turner sympatyzował. Dziś oryginał „Statku niewolniczego” znajduje się w Bostonie, w Tate Britain jest tylko kopia, a jednak kuratorzy właśnie to przedstawienie zdecydowali się umieścić w centrum wystawy.

Wiliam Turner, „Statek niewolniczy” (1840), obraz nawiązujący do niesławnego rejsu statku „Zong”. (Fot. Getty Images)

Który z nich

Kim więc tak naprawdę był Turner? Nowatorem w dziedzinie formy, który wymyślił impresjonizm na dwa pokolenia przed impresjonistami i eksperymentował z abstrakcyjnym podejściem do obrazu na sto lat przed abstrakcjonistami? Czy obserwatorem swoich czasów, malarzem zmian zachodzących w technologii, pejzażu, a także w etyce i mentalności? Rzecz w tym, że między tymi dwoma Turnerami nie ma sporu. To jedna i ta sama osoba: malarz, który rozumie, że nowoczesność zmieni nie tylko sposób podróżowania, walki czy pracy, lecz także sztukę. Tradycyjne narzędzia artystyczne będą niewystarczające, aby opisać nową epokę, która wyłania się z wirów wojen, rewolucji, naukowych odkryć i filozoficznych przewrotów. Potrzebny będzie inny, nowy język malarstwa. To język naszej epoki, którego słownik 200 lat temu zaczął pisać William Turner.

Wystawa „Turner’s Modern World” w Tate Britain w Londynie potrwa do 12 września.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze