1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. August Rodin – artysta, który odkrył drogę do ludzkiego serca

August Rodin – artysta, który odkrył drogę do ludzkiego serca

Auguste Rodin w swojej paryskiej pracowni (około 1910). Fotografia autorstwa Jules’a Richarda. (Fot. materiały prasowe Jules Richard © Musée Rodin, Agence photographique du musee Rodin – Jerome Manoukian, Tate modern)
Przyszedł na świat w 1840 roku, nie żyje od ponad wieku. Już sama metryka słynnego rzeźbiarza czyni pokazywanie go w Tate Modern przedsięwzięciem nieoczywistym. Artyści z generacji francuskiego mistrza z zasady nie trafiają do tej instytucji. Co Auguste Rodin miał wspólnego z modernizmem?

Kiedy staje się w obliczu jego prac, łatwo na chwilę zapomnieć o teoretycznych dyskusjach i sporach historyków sztuki o rolę, jaką ten artysta odegrał w dziejach rzeźby. Nie trzeba być specjalistą ani znawcą, by poczuć moc Rodina. Źródło tej siły tkwi oczywiście po części w wyjątkowym talencie do kształtowania rzeźbiarskiej materii, ale przede wszystkim w bezpośredniości artysty. Potrafił modelować podstawowe, uniwersalne myśli, idee i emocje – i przekazywać je prosto do świadomości widza.

Rodina rozumie się bez słów – nie potrzeba ich do pojęcia „Myśliciela” czy „Danaidy”, tak jak nie ma konieczności wyjaśniania cudu zachodu słońca czy też piękna galopującego konia. Rodina się czuje. Dlatego robił tak wielkie wrażenie na publiczności przełomu XIX i XX wieku, robi je teraz w XXI wieku w Londynie i – można się śmiało o to założyć – nic się w tej kwestii nie zmieni za kolejne sto lat.

Punktem odniesienia był dla niego Michał Anioł. Rodin mawiał, że to gigant renesansu wyleczył go z akademizmu i pokazał drogę wyzwolenia z banalnych artystycznych konwencji ku prawdziwej wolności twórczej – i ku wielkości. To nie były słowa twórcy o przerośniętym ego, tylko stwierdzenie faktu. Francuski artysta należał do tych nielicznych postaci w dziejach europejskiej rzeźby, które mogły się porównywać do Michała Anioła, nie narażając się na śmieszność.

Rodin zaznał za życia wszystkiego, o czym może marzyć artysta: uznania, prestiżowych retrospektyw, ważnych zamówień. Trzeba jednak przyznać, że współcześni nie poznali się na jego geniuszu od razu i rzeźbiarz musiał na swój sukces poczekać. W tym sensie pierwsza część biografii Rodina wpisuje się w scenariusz opowieści o niezrozumianych, odrzuconych modernistach – artystycznych innowatorach, którzy wyprzedzali epokę.

Wrota do sławy

Paryżanin. Przyszedł na świat w rodzinie z niższej klasy średniej, ubogiej, ale wystarczająco ambitnej, by zapewnić Auguste’owi przyzwoite wykształcenie. Młody Rodin nie chciał być skromnym urzędnikiem jak jego ojciec; od dzieciństwa przejawiał zainteresowanie sztuką i w wieku 13 lat rozpoczął naukę w Petit École – instytucji kształcącej dekoratorów. Już wtedy aspiracje miał większe, marzył o nauce w Grande École des Beaux-Arts, na której studiowali kandydaci na „prawdziwych” artystów. Raz za razem oblewał jednak egzaminy wstępne. Ironia polega na tym, że komisje kwalifikacyjne, chwaląc jego rysunki, nisko oceniały próby rzeźbiarskie. Rodin został więc dekoratorem, przez lata pracował jako podwykonawca w studiach sławniejszych rzeźbiarzy, choć nie porzucił tworzenia autorskich prac. Niestety były one konsekwentnie odrzucane przez jury paryskiego Salonu – wystawy przeglądowej, która w latach młodości artysty była de facto jedyną bramą do kariery dla kogoś takiego jak Rodin.

Kolekcja dłoni (około 1880–1917) stworzonych przez mistrza Rodina. (Fot. materiały prasowe Jules Richard © Musée Rodin, Agence photographique du musee Rodin – Jerome Manoukian, Tate modern)

Punkt zwrotny w jego biografii nastąpił w roku 1877. Artysta miał wówczas 37 lat i wszystko wskazywało na to, że już przez resztę życia będzie wiódł stabilną i stosunkowo dostatnią, choć anonimową egzystencję asystenta rzeźbiarzy o znanych nazwiskach. Tymczasem jego praca – męski akt zatytułowany „Wiek żelaza” – została wreszcie przyjęta przez jury Salonu i zauważona przez krytykę. Figura była tak realistyczna, że nie zabrakło niedowiarków, którzy węszyli oszustwo. Twierdzili, że Rodin nie wyrzeźbił tego dzieła, tylko zdjął odlew z żywego modela. Na szczęście wątpliwości tych nie podzielał Edmond Turquet, podsekretarz stanu w Ministerstwie Oświaty Publicznej i Sztuk Pięknych, który kupił pracę do własnej kolekcji i został pierwszym promotorem artysty. To właśnie punkt zwrotny. Dzięki Turquetowi Rodin dostał zlecenie na stworzenie rzeźbiarskich wrót do planowanej siedziby Muzeum Sztuk Dekoracyjnych. Pracował nad realizacją tego zamówienia przez następne 37 lat, czyli do końca życia. Nieważne, że po drodze władze porzuciły zamiar budowy muzeum. Dla Rodina punktem odniesienia przy pracy nad wrotami były tak zwane „Drzwi raju”, prowadzące do baptysterium katedry florenckiej i wykonane w latach 1425–1450 przez Lorenza Ghibertiego (historycy sztuki mawiają, że to właśnie od realizacji tych rzeźbionych wrót na dobre rozpoczął się renesans we Włoszech). W kontraście do Ghibertiego Francuz zaproponował „Wrota piekieł”, inspirowane „Boską komedią” Dantego. Wiele z najsłynniejszych dzieł Rodina – na czele z ikonicznym „Myślicielem” oraz „Pocałunkiem” – powstało pierwotnie jako elementy „Wrót...”. Dopiero później artysta zrealizował je również w formie samodzielnych rzeźb.

Auguste Rodin, „Pocałunek” (1901). (Fot. materiały prasowe Jules Richard © Musée Rodin, Agence photographique du musee Rodin – Jerome Manoukian, Tate modern)

Naprzód, ku nowoczesności

Rodin z końca XIX wieku to już artysta sławny, uświetniający swoimi pracami – wraz z impresjonistą Claude’em Monetem – Wystawę Uniwersalną, urządzoną w 1889 roku w Paryżu z okazji stulecia rewolucji francuskiej. To także artysta budzący kontrowersje – zamówiony u niego pomnik Balzaca okazał się zbyt radykalny i został odrzucony przez władze. Paryż dojrzał do tej rzeźby dopiero w latach 30. XX wieku, kiedy została ustawiona w przestrzeni miasta. Były to już zupełnie inne czasy, epoka awangardy – na tle prowokacji, na które pozwalali sobie surrealiści czy dadaiści wyzwania rzucane tradycji kilka dekad wcześniej przez Rodina wyglądały niewinnie.

Tu dochodzimy do pytania postawionego przez kuratorów wystawy w Tate Modern. Czy Rodin to modernista wyprzedzający narodziny modernizmu? Na londyńskiej wystawie łatwo uwierzyć, że tak. Tym bardziej że wypełniają ją przede wszystkim gipsowe odlewy glinianych modeli, które mistrz tworzył własnymi rękami, bez pomocy asystentów ze studia. Dla Rodina, wirtuoza rzeźby w glinie, gips był stadium pośrednim między swobodnym gestem artysty nadającego kształt materii a skończoną realizacją odlaną w brązie bądź wykutą w marmurze. Oglądamy zatem sztukę, w której proces staje się ważniejszy od efektu końcowego. Do tego kuratorzy ukazują Rodina jako artystę posługującego się fragmentem, powtórzeniem, przedmiotem gotowym w rzeźbie. To wszystko zbliża do nas twórcę, który raz wygląda na tej wystawie jak surrealista (kilkadziesiąt lat przed „Manifestem surrealistycznym”), to znów jak postać z jeszcze późniejszej epoki, działająca w podobny sposób jak Andy Warhol czy Jeff Koons.

Wystawa „Making of Rodin” ukazuje prawdę o artyście, który na przełomie XIX i XX wieku wymyślił ideę rzeźby nowoczesnej, ale nie jest to prawda cała ani jedyna. Można by zrobić zupełnie inną wystawę – i wiele takich przecież było – na której Rodin ukazałby się jako twórca raczej oglądający się na sztukę klasyczną, na mistrzów renesansu niż wybiegający myślą naprzód, ku nowoczesności. Nazywano go impresjonistą, bo zrobił w rzeźbie to, co Monet i jego koledzy uczynili w malarstwie – wyzwalał sztukę z rygoru niewolniczego naśladowania rzeczywistości na rzecz podążania za wrażeniem, emocją, za tym, jak widzi świat umysł człowieka, a nie siatkówka jego oka. Paradoks polega na tym, że owego impresjonizmu Rodin uczył się od Michała Anioła, studiując jego późne, niedokończone, szkicowe prace. Owszem, odarł rzeźbę z religijnego i mitologicznego kostiumu. Był mistrzem scen erotycznych, szczególnie w okresie burzliwego związku ze swoją asystentką i kochanką, wybitną rzeźbiarką Camille Claudel. Do przedstawienia miłości nie potrzebował mitologicznych usprawiedliwień jak inni wykształceni w XIX wieku rzeźbiarze. Z drugiej strony pozostawał wrażliwy na literacki kontekst i znalazłoby się równie dużo argumentów przemawiających za nazwaniem rzeźbiarza symbolistą, co dowodów na jego impresjonizm.

Auguste Rodin, „Tragiczna muza” (1890). (Fot. materiały prasowe Jules Richard © Musée Rodin, Agence photographique du musee Rodin – Jerome Manoukian, Tate modern)

Tate Modern chce widzieć Rodina jako artystę współczesnego, niemal konceptualnego. Nieco nagina w tym celu historię i jej realia, ale sztuka Rodina znosi to nadużycie, dokonane zresztą w dobrej wierze. Pragniemy wyciągnąć francuskiego mistrza z muzeum i uznać za naszego wspólnika w teraźniejszości? Proszę bardzo! Rodin jest gotowy do odegrania również takiej roli, bo w swoich rzeźbiarskich poszukiwaniach odkrył drogę prowadzącą bezpośrednio do ludzkiego serca, a ta ścieżka jest ponadczasowa.

Wystawa „Making of Rodin” w Tate Modern w Londynie potrwa do 21 listopada.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze