1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Słynne Polki z Montparnasse'u przypomina Sylwia Zientek

Słynne Polki z Montparnasse'u przypomina Sylwia Zientek

Na Montparnassie żyło i tworzyło prawie dwieście Polek artystek. Ale też przymierało głodem, samotnie wychowywało dzieci, przeżywało dramaty i rozstania. Mimo że ze sobą konkurowały, to jednak trzymały się razem, miały poczucie ogromnej wspólnoty. (Fot. materiały prasowe)
Jeszcze sto lat temu w Polsce uważano, że malarstwo jest wbrew naturze kobiety. Te, które miały odwagę i wiarę we własny talent, wsiadały więc w pociąg do Paryża, by w stolicy artystycznego świata spełniać swoje marzenia. Na Montparnassie żyło i tworzyło prawie dwieście Polek artystek. Ale też przymierało głodem, samotnie wychowywało dzieci, przeżywało dramaty i rozstania. Sylwia Zientek przypomina ich niezwykłe biografie.

Bohaterki pani książki były znane i cenione na przełomie XIX i XX wieku, później świat o nich zapomniał. Jak wpadła pani na ich trop?
Interesuję się malarstwem od dziecka. Dorastałam w czasach komuny na warszawskim Gocławiu, a sztuka była dla mnie odtrutką na szarzyznę socjalistycznego świata. Widziałam wiele obrazów, ale o Annie Bilińskiej czy Irenie Reno dowiedziałam się przez przypadek. Na trop pierwszej wpadłam, kiedy zbierałam materiały do sagi „Hotel Varsovie” poświęconej Warszawie. Byłam zaskoczona, że od niemal 40 lat mieszkam w tym samym mieście, a praktycznie nic o niej nie wiem. Zaczęłam więc zgłębiać twórczość Bilińskiej i jej niezwykły życiorys. Zaimponowała mi tym, że w tamtych czasach w wieku 28 lat zupełnie sama, bez przyzwoitki, wsiadła do pociągu z niewielką sumą pieniędzy i wyruszyła w trzydniową wówczas podróż do Paryża, by robić tam to, co kochała, czyli uczyć się malarstwa i tworzyć. Natomiast Irena Reno odnalazła mnie sama.

Anna Bilińska Bohdanowiczowa, portret własny, 1887 r. olej, płótno Muzeum Narodowe w Krakowie

Jak to?
Wybraliśmy się z mężem na aukcję po pewien obraz, ale jego wartość przekroczyła nasze możliwości finansowe. Zwróciliśmy jednak uwagę na pastel przedstawiający pejzaż paryski i kupiliśmy go, nie znając autora. Na obrazie znajdował się podpis Reno. Nie miałam pojęcia, kto to taki, zaczęłam więc szukać informacji i dość szybko ustaliłam, że to pseudonim urodzonej w Warszawie Ireny Hassenberg. Później zaczął się jednak chaos informacyjny. Nawet w środowiskach naukowych nikt nie znał losów Ireny Reno. Nieoczekiwanie okazało się, że w pewnym francuskim miasteczku ktoś sprawuje pieczę nad jej archiwum, w którym znajdują się pamiętnik, prace oraz fotografie. Z rzeczy tych wyłonił się obraz niesamowitej, nowoczesnej, bezpruderyjnej, cieszącej się życiem i nieskrępowaną miłością kobiety. Żaden badacz wcześniej nie dotarł do tych dokumentów! Ten sukces zachęcił mnie do dalszych poszukiwań, postanowiłam pójść za ciosem i dowiedzieć się czegoś więcej o innych polskich artystkach w Paryżu.

Tak powstał zbiorowy portret biograficzny artystek. A przecież życie każdej z nich jest tak bogate, że mogłoby być materiałem na osobną powieść. Która z tych kobiet była pani najbliższa?
Chyba Mela Muter. Jej los nie jest może szczególnie dramatyczny na tle innych artystek, ale niezwykle porusza mnie jej zaangażowanie w sztukę i wierność ideałom. Wywodziła się z bogatej rodziny warszawskich Żydów, dorastała w dobrobycie, ale od wczesnych lat była bardzo wyczulona na ludzką krzywdę. Całe swoje życie artystyczne poświęciła osobom wykluczonym i słabszym. Jej rodzice działali charytatywnie, więc być może to wykształciło w niej taką postawę. Krytykowano ją za to, że zamiast malować ładne portrety, uwiecznia brzydotę. Podkreślano, że ordynarnie szczere obrazy kontrastują z jej niezwykłą urodą, która była legendarna na Montparnassie. Jak piękna kobieta może malować takich brzydkich ludzi? Z podobnymi komentarzami mierzyła się do starości, a ta była gorzka. Mela żyła w nędzy, samotna i opuszczona. Mimo to cały zysk z obrazów sprzedanych podczas ostatniej wystawy w życiu przekazała na cele charytatywne.

Ale nie tylko Muter tworzyła niekobiecą sztukę. W obrazach Anny Bilińskiej krytycy także widzieli męską stanowczość, a w pracach Alicji Halickiej – męski realizm. Może warunkiem odniesienia przez kobietę sukcesu w świecie sztuki było wypracowanie męskiego stylu?
Życie malarek z przełomu wieków jest sztandarowym przykładem emancypacji przez sztukę. Paradoks polega na tym, że aby dostać się do tego zamkniętego dla kobiet kręgu i startować w konkursach na równi z mężczyznami, trzeba było wykazać się silnym charakterem, który w tamtych czasach uznawano za męski. Kobieta zaś powinna jak najmniej się odzywać, nie zabierać głosu niepytana, emanować skromnością. To nie leżało w naturze opisywanych przeze mnie artystek, które bardzo świadomie i konsekwentnie kierowały swoją karierą. One doskonale wiedziały, że aby ich twórczość była traktowana poważnie, nie mogły malować kwiatków i ładnych obrazków – a to była dotąd domena kobiet. Nawet nasz rodak Apollinaire, który był bardzo wpływowym krytykiem sztuki przed pierwszą wojną światową, jeśli już chwalił kobiece obrazy, zwykł mawiać, że są dobre, bo namalowane po męsku. Malarki z początku XX wieku coraz bardziej się przeciwko tym ocenom buntowały, ale dla pionierek, do których należała Bilińska, takie stwierdzenie było komplementem.

Anna Bilińska Bohdanowiczowa, „Jedyna pociecha”, 1891 r., pastel, płótno Muzeum Narodowe w Warszawie

A przecież patrząc na jej życie, można uznać, że jak na standardy XIX wieku, jest wręcz wyzwoloną feministką.
To prawda. Robiła karierę, była niezależna finansowo, żyła samotnie w Paryżu, świadomie odwlekając decyzję o małżeństwie i macierzyństwie. Bała się, pewnie słusznie, że byłby to koniec jej kariery. Nie miała wokół siebie przykładów, które pokazywały, że połączenie tych dwóch ról jest możliwe. Od czasów Bilińskiej minęło prawie 150 lat, a to się właściwie nie zmienia. Wzorów harmonijnego pogodzenia życia rodzinnego z karierą artystyczną kobiety wciąż nie ma zbyt wiele. W przypadku Bilińskiej te rozterki życiowe były jednak okupione ogromnym cierpieniem. W swoim dzienniku często podkreślała, że z feminizmem jej nie po drodze. Jako artystka chciała być traktowana na równi z mężczyznami, malować to, co oni, i prezentować swoje obrazy na tych samych wystawach, ale to wszystko. Rewolucja obyczajowa jej nie interesowała.

Za to Irena Reno była uosobieniem tej rewolucji. Otwarcie przyznawała, że sam akt miłosny jest dla niej więcej wart niż stały związek. To nawet dziś brzmi odważnie.
W dodatku sama wychowywała dziecko, a samotne matki były wówczas napiętnowane nawet w wyzwolonym Paryżu. To był jej świadomy wybór, nigdy nie chciała wyjść za mąż. Miała w sobie niewiarygodną potrzebę radości życia, żyła chwilą. Każde zarobione pieniądze przeznaczała na podróże. Była bardzo otwarta na doraźne relacje z mężczyznami. Wchodziła w związki, nie kalkulując, czy to na całe życie. Lubiła seks i czerpała z niego ogromną przyjemność. A przy tym bezwarunkowo uwielbiała swoje ciało. W jej archiwum zachowały się fotografie, na których bez skrępowania pozuje nago, choć jej sylwetka nie jest wcale idealna. Musiała się przecież liczyć z tym, że te zdjęcia ją przeżyją, a mimo to je zachowała. Podczas pobytu na Krymie przed pierwszą wojną światową kąpała się i wylegiwała nago na skałach ku zgorszeniu sąsiada. A ona pisała w listach do ukochanego: „Moje ciało takie piękne, opalone, złociste, jaka szkoda, że go teraz nie widzisz”… Dziś tak dużo mówi się o ciałopozytywności, uczymy się akceptować swoje ciało, tymczasem dla Reno to było zupełnie naturalne.

Irena Reno z córką Jacqueline, ok. 1914 r.

Nie lubię samotnych podróży, choć mówię po angielsku, mam smartfona, a w nim mapy, GPS i wszystkie niezbędne informacje. A tymczasem sto lat temu Alicja Halicka sama odbyła trzy wyprawy do Stanów Zjednoczonych i Indii. Zofia Piramowicz wyprawiała się do Afryki. A Dora Bianka – na Cejlon i do Australii.
Te podróże to jedna z inspiracji, która ciągle mi towarzyszy za sprawą malarek. Podczas tegorocznych wakacji miałam pokusę, żeby ruszyć przed siebie tak jak one, wsiąść do pociągu bez konkretnego celu, nad niczym się nie zastanawiać, spontanicznie korzystać z życia. Kusi mnie to, ale się nie odważyłam. Teraz wszystko planujemy, czytamy przewodniki, mamy Internet, zawsze jedziemy do konkretnego celu, widok samotnej podróżniczki nikogo nie dziwi. Tymczasem na przełomie wieków kobieta bez przyzwoitki była podejrzewana o niemoralne prowadzenie się. W 1892 roku szesnastoletnia pisarka i poetka Maria Komornicka została zatrzymana przez stróżów prawa na warszawskiej ulicy, którą szła bez żadnego towarzystwa. Pochodziła z zamożnej rodziny i wyglądała „odpowiednio”, mimo to podejrzewano ją o uprawianie prostytucji i aresztowano, a w komisariacie poddano inwazyjnemu badaniu pod kątem nierządu, które miało znamiona gwałtu… Odwaga bohaterek mojej książki była więc niezwykła.

Historia polskich artystek pokazuje, z jakim trudem zdobyłyśmy to, co mamy.
Realia życia kobiet w Europie zmieniła tak naprawdę dopiero pierwsza wojna światowa. To był moment, kiedy wreszcie mogły objąć męskie stanowiska, pracować w fabrykach, jeździć samochodami. Chana Orloff, przyjaciółka Meli Muter i postać emblematyczna dla Montparnasse'u, w wywiadzie z lat 60. wspominała, że: „W czasie wojny było wspaniale. Wstyd powiedzieć. To było życie idealne”. Kobiety zasmakowały wolności i nie chciały jej już oddać, mimo że celem rządu powojennej Francji było przywrócenie tradycyjnej roli gospodyni domowej. Kobiety matki były nagradzane medalami: brąz za pięcioro dzieci, srebro za ośmioro, złoto za dziesięcioro. Mam wrażenie, że historia zatacza koło, pojawia się podobna retoryka. Zapominamy, jak świeże jest to, co mamy – nasza niezależność. Polki uzyskały prawa wyborcze w 1918 roku, ale Francuzki – w 1944! A dopiero w 2004 roku zniesiono tam przepis, na mocy którego kobieta rozwiedziona może zawrzeć kolejne małżeństwo dopiero po upływie 300 dni od wydania postanowienia o rozwodzie. Podobne obostrzenie nie obowiązywało nigdy mężczyzn!

Mela Muter, „Uliczka w Carpentras”, lata 20. XX w., tusz na papierze

Ledwie zdążyłyśmy nacieszyć się tą wolnością, a znów słyszymy o gruntowaniu cnót niewieścich.
A także o tym, że dla kobiety, ze względu na jej uwarunkowania biologiczne, macierzyństwo powinno być podstawową misją i potrzebą, że właśnie za to ma być nagradzana. Nawet jeśli są kobiety, które, mówiąc kolokwialnie, łapią się na ten dyskurs, to jednak większość z nas zaszła już za daleko i nie zrezygnuje z siebie. Można schować doktorat i ambicje do szuflady, żyć z nagród za macierzyństwo, ale dzieci dorastają szybko i nie potrzebują nieustannej opieki matki. Wtedy pojawia się pustka, nie ma czym wypełnić dni. To moment, w którym zaczynają się depresja albo gorączkowa pogoń za własną tożsamością. Poświęcając się rodzinie w 100 procentach, na dłuższą metę działamy na swoją niekorzyść. Nie chodzi o to, by rezygnować z męża i dzieci, bo teraz nie musimy tego robić, trzeba jednak mieć coś, co wypełni nam życie, a w trudnych chwilach będzie ciągnąć dalej. Reno i Muter po przedwczesnej śmierci dzieci uratowało malarstwo. Sztuka wypełniła też życie Bilińskiej po śmierci ukochanego Wojtka. Trzeba zawsze mieć własne koło ratunkowe.

Na szczęście nie musimy już wybierać jak Bilińska, która ciągle słyszała: zdecyduj, czy chcesz być kobietą, czy artystką.
Ale większość z nas i tak ma w sobie jeszcze panią Dulską, która odzywa się sabotującym głosem za każdym razem, kiedy próbujemy zrobić coś dla siebie, a nie dla innych. „Zamiast siedzieć i pisać, lepiej poszłabyś do kina z dzieckiem. Zamiast czytać książkę, zrób coś w domu”. Ten wewnętrzny krytyk jest bardzo silny, osobiście nieustannie się z nim zmagam. Oglądałam ostatnio dokument o amerykańskiej malarce Alice Neel, która samotnie wychowywała trójkę dzieci. Przyznała w nim, że dopiero jako 70-latka poczuła, że zasługiwała na to, aby być artystką. Dopiero pod koniec życia dała sobie do tego prawo! To doskonale pokazuje problem, z którym wiele kobiet zmaga się codziennie. Nigdy nie słyszałam, żeby jakiś mężczyzna miał tego typu dylematy.

Mężczyźni odegrali jednak ważną rolę w życiu wybitnych kobiet. W swojej książce przytacza pani zapiski Zofii Stankiewiczówny, malarki i feministki walczącej o prawa kobiet, która wspomina, że ojciec wychowywał ją jak syna, nigdy nie słyszała od niego, że panience czegoś nie wypada.
Ojcowie odegrali kluczową rolę w karierze artystycznej tych kobiet. Mimo całej emancypacji i wrodzonej odwagi żadna z nich nie sprzeciwiała się rodzinie. To w tamtym czasie w ogóle nie wchodziło w grę. Kobieta pozbawiona wsparcia najbliższych nie miała szans na rozwój. Dobrym przykładem jest stracony talent malarski córki Józefa Chełmońskiego, który był wpływowym człowiekiem w artystycznym światku i mógł jej pomóc, nigdy jednak tego nie zrobił. Bohaterki mojej książki miały więc mnóstwo szczęścia, że wychowywały się w takich postępowych rodzinach. Ich ojcowie należeli do elit intelektualnych, to oni odkrywali talenty córek i cały czas je wspierali. Mela Muter miała także wspaniałego dziadka, który dostrzegł zdolności wnuczki i jako nestor rodu zarządził, że trzeba jej zorganizować prywatne lekcje malarstwa. A przecież w tradycyjnych rodzinach żydowskich nikt nie wspierał fantazji artystycznych czy zawodowych kobiet. Dziadek Muter pod tym względem wyprzedzał swoje czasy. Mądrzy, wspierający mężczyźni byli w każdej epoce, są i będą.

Aniela Pająkówna, córka stangreta, też miała mnóstwo szczęścia, bo dzięki wsparciu rodziny Pawlikowskich zdobyła wykształcenie, o którym wiele ówczesnych malarek mogło tylko zamarzyć. Mimo to jej kariera i życie skończyły się tragicznie.
Brak wiary we własne możliwości i przeświadczenie o wszechmocy Stanisława Przybyszewskiego, jednego z najbardziej znanych poetów młodopolskich i jej partnera, zaważyły na jej życiu. Nie potrafiła zawalczyć o swoją przestrzeń, postawić na siebie. Przybyszewski był dla niej niemal demiurgiem namaszczonym przez Boga. Z pokorą wychowywała samotnie jego córkę, choć spotkał ją z tego powodu ostracyzm społeczny. Inwestowała w wykształcenie dziecka kosztem własnej sztuki. Kupić płótno i farby czy wysłać córkę na lekcje gry na pianinie? Dla niej wybór był oczywisty. Żyła w okropnej biedzie, bo Stanisław Przybyszewski na żadnym etapie nie angażował się w wychowanie dziecka. Tymczasem Pająkówna w każdej chwili była gotowa udzielić mu wsparcia finansowego. To oczywiście był jawny wyzysk, ale ona nie czuła się ofiarą, twierdziła, że pomagając Przybyszewskiemu, inwestuje w prawdziwą sztukę. Tymczasem zupełnie deprecjonowała własną twórczość. To smutne, ale Pająkówna nie jest pod tym względem wyjątkiem. Wystarczy wspomnieć żonę poety Bolesława Leśmiana, która była malarką, o czym dzisiaj mało kto wie. Dlaczego? Bo sama przez całe życie uważała, że poezja Leśmiana jest prawdziwą sztuką, a jej malowanie to tylko działalność poboczna. W efekcie kiedy podczas powstania warszawskiego paliła się ich kamienica, ratowała rękopisy męża, a jej obrazy spłonęły.

Aniela Pająkówna, „Portret kobiety z kotem”, 1898 r.

Alicja Halicka też poniekąd sama narzuciła sobie rolę drugoplanową i przez sławnego męża nigdy nie rozwinęła w pełni skrzydeł, a przecież potencjał miała znacznie większy od niego.
Była pierwszą kubistką, ale historia sztuki o tym milczy. Jej mąż Louis Marcoussis mawiał, że jeden kubista w rodzinie wystarczy. I to on nim był. Kiedy więc wrócił z wojny, Alicja zniszczyła niemal wszystkie swoje obrazy, po czym zajęła się projektowaniem tkanin i tworzeniem kolaży z różnorodnych materiałów, tzw. wytłaczanych romansów. Co zabawne, nawet te „drugorzędne” zajęcia przyniosły jej taką sławę, o jakiej po wojnie Marcoussis mógł już tylko pomarzyć. Halicka miała jednak nie tylko ogromny potencjał, ale także niezwykle silnego wewnętrznego sabotażystę, od którego nie uwolniła się nawet po śmierci męża. Uważała, że jego sztuka była ważniejsza niż jej własna. To przekonanie odziedziczyły kolejne pokolenia kobiet w jej rodzinie. Dotarłam do jej wnuczki i prawnuczki, które od lat mieszkają w Stanach Zjednoczonych – żadna z nich nie miała świadomości, jaki potencjał tkwił w ich babce, postrzegały ją tak, jak ona widziała siebie, czyli – mówiąc wprost – za popłuczyny po wielkiej sztuce Marcoussisa. Traktowano jej pracę pobłażliwie, bo malowała w kuchni. No tak, malowała w kuchni, bo jednocześnie prowadziła dom i wychowywała dziecko. To nie znaczy, że była gorsza. Sama jednak nigdy w to nie wierzyła.

Żadna z tych malarek, w przeciwieństwie do Modiglianiego czy Kislinga, nigdy nie uzyskała statusu legendy. Dlaczego?
Bo w tamtych czasach kobiety, nawet malarki, nie mogły sobie pozwolić na żadne skandale, a wielu mężczyzn właśnie na nich budowało swoją osobowość. Modigliani umarł jako nieznany artysta, ale na Montparnassie był legendą, słynął z różnych awantur, szalonych zabaw i kawiarnianego pijaństwa. Łatwo było zapamiętać Kislinga, który wyprawiał w domu huczne imprezy kończące się nawet pożarami. Tymczasem malarki żyły cicho, były bardzo skupione na swojej pracy. Nie mogły pozwolić na to, by jakiś wybryk zrujnował ich karierę. Nawet w realiach Montparnasse'u, który był bardzo swobodny obyczajowo, społeczne normy dla kobiet i mężczyzn nie wyglądały tak samo. Znana paryska muza Kiki de Montparnasse została wyproszona z kawiarni za brak kapelusza. Trudno więc się dziwić, że malarki zachowywały swoje życie prywatne w tajemnicy. Przez to jednak nie były rozpoznawalne.

A przecież biseksualna Tamara Łempicka śmiało łamała wszelkie standardy.
Dziś patrzymy na nią przez pryzmat wyzwolonego wampa, kawiarnianego życia – tu romans z marynarzem, tam z kobietą. Była pierwszą artystką w historii, która w ten sposób budowała swoją karierę, jej życie było elementem wyreżyserowanej strategii. Ale warto pamiętać, że w tle znajdował się jednak mąż mieszczuch, adwokat, którego bardzo kochała i rozpaczliwie walczyła o niego, kiedy postanowił odejść. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby mąż uległ jej namowom i kontynuował to małżeństwo, stawiając jednocześnie warunek, by żyła zgodnie z ogólnie przyjętymi standardami.

Irena Reno, „Bukiety”, 1930 r., olej/tektura

To smutne, że tak nieprzeciętne, uzdolnione kobiety odchodziły najczęściej w samotności, biedzie i zapomnieniu: Pająkówna, Boznańska, Reno, Muter…
Historia sztuki pokazuje wyraźnie, że jeśli artysta nie ma wokół siebie ludzi, którzy pracują na jego sukces, to jest skazany na niebyt. Vincent van Gogh umierał kompletnie nieznany, nie słyszały o nim nawet kręgi artystyczne w Paryżu. Światową karierę zawdzięcza szwagierce, która poświęciła swoje życie, żeby organizować wystawy i dbać o jego spuściznę. Polskie malarki nie miały tyle szczęścia. Anielę Pająkównę pochowano w zbiorowej mogile. Dopiero w zeszłym roku udało się ustalić dokładne miejsce jej pochówku, do dziś nie ma ani pomnika, ani tablicy pamiątkowej. Mela Muter, która cały swój majątek przepisała fundacji charytatywnej, doczekała się pomnika dopiero dziesięć lat po śmierci, dzięki staraniom zupełnie obcego człowieka, Bogusława Nawrockiego. Nie udało mi się ustalić, kto wykupił Irenie Reno kwaterę na paryskim cmentarzu Père-Lachaise. Nie była ona jednak regularnie opłacana, więc ślad po niej zaginął.

A przecież one cały czas żyły wśród ludzi, w wielkiej artystycznej rodzinie.
Pionierki z pokolenia Anny Bilińskiej faktycznie tworzyły niesamowite relacje. Mimo że ze sobą konkurowały, to jednak trzymały się razem, miały poczucie ogromnej wspólnoty, wręcz posiestrzenia. Sukces Bilińskiej nie byłby możliwy bez emocjonalnego i materialnego wsparcia koleżanek. Ale w XX wieku na Montparnassie było już ponad 10 tysięcy aktywnych artystów. Ta ogromna konkurencja sprawiła, że każda z przyjeżdżających do Paryża malarek szukała samodzielnie własnej drogi, sposobów, by się wybić, zaistnieć na rynku sztuki. Mimo że się znały, były sąsiadkami, spotykały się na targu, w piekarni, w kawiarni, wystawiały razem na wystawach, nie natrafiłam na żadne ślady bliższych przyjaźni między nimi. Postawiły na karierę, nie na relacje. W efekcie, kiedy pojawiały się problemy, choroba, bieda – nikogo przy nich nie było.

Irena Reno, „Hospital St Louis”, 1932 r., pastel/papier

Warto było tak poświęcać życie sztuce?
Całe życie malarek świadczy o tym, że było warto. Poświęciły wiele, ale na końcu drogi, mimo biedy i osamotnienia, chyba każda z nich miała poczucie, że była prawdziwą artystką, a to stanowiło główny cel ich życia. Wszystkie miały moment sławy, do którego mogły wracać – zaświadczał o ich wartości i potwierdzał, że dokonały słusznego wyboru.

Sądzi pani, że ich dzieła mają jeszcze szansę wyjść z zapomnienia?
Twórczość kobiet była deprecjonowana przez lata. Dopiero od niedawna mówi się o niej coraz więcej. Ten proces zaczął się w latach 90. Od tego czasu doczekaliśmy się wystawy prac Meli Muter i Olgi Boznańskiej. Teraz trwa w Muzeum Narodowym w Warszawie wyjątkowa wystawa poświęcona twórczości Anny Bilińskiej. To cieszy, ale ostatnio dostałam wiadomość od jednej z czytelniczek, która po przeczytaniu „Polek na Montparnassie” chciała zobaczyć na żywo obraz Anieli Pająkówny „Cyganka”. Pojechała więc do muzeum w Łodzi, w którym znajduje się oryginał, ale usłyszała, że jest on w magazynie, tego się nie pokazuje. To chyba najlepiej obrazuje podejście do twórczości kobiet. Mamy jeszcze dużo do nadrobienia. Odkrywanie ich dziedzictwa to proces, który przebiega powoli, ale trwa. Marzy mi się wystawa, która prezentowałaby dorobek przekrojowy wszystkich artystek polskich.

Sylwia Zientek: pisarka, autorka powieści, głównie historycznych, opowiadań oraz biografii. Napisała m.in. sagę warszawską „Hotel Varsovie”, książki „Kolonia Marusia” i „Miraże”. Absolwentka prawa na Uniwersytecie Warszawskim oraz Centrum Studiów Latynoamerykańskich. Po wielu latach pracy porzuciła zawód prawniczki dla pisania.

Polecamy książkę: „Polki na Montparnassie”, Sylwia Zientek, wyd. Agora

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze