1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

„Bo we mnie jest seks” – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kalina Jędrusik jednych fascynowała, innych drażniła, ale nie da się jej odmówić jednego: była sobą. Na zdjęciu: Maria Dębsko jako Kalina Jędrusik w filmie „Bo we mnie jest seks” w reżyserii Katarzyny Klimkiewicz. (Fot. materiały prasowe)
Kalina Jędrusik była postacią wyrazistą. Taką, obok której nie sposób przejść obojętnie. Jednych fascynowała, innych drażniła, ale nie da się jej odmówić jednego: była sobą. O filmie „Bo we mnie jest seks” rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Film Katarzyny Klimkiewicz „Bo we mnie jest seks”, który pokazuje wycinek z życia Kaliny Jędrusik, wyróżnia się na tle innych premier. Co ciebie najbardziej w nim zaciekawiło?
Grażyna Torbicka: Dwie rzeczy: forma i aktorstwo Marysi Dębskiej. Pomysł reżyserki na to, by przedstawić lata 60., czyli czas PRL-u, w mocnych, wyrazistych kolorach, był strzałem w dziesiątkę. Kino polskie tamtego czasu było czarno-białe, rzeczywistość szara, a świat głównej bohaterki, czyli Kaliny Jędrusik, na przekór wszystkim i wszystkiemu – barwny. Forma w kinie jest bardzo ważna, bo dla mnie jako widza jest sygnałem od twórców, na jaką konwencję się umawiamy. W filmie „Bo we mnie jest seks” od początku do końca ta forma jest konsekwentnie poprowadzona. W tę konwencję wpisuje się też znakomicie Marysia Dębska jako Kalina, czyli kobieta, która w tej sformatowanej rzeczywistości jest sobą, kolorowym ptakiem!

Doceniam jej bycie sobą i uwielbiam kolorowe ptaki, już kiedyś rozmawiałyśmy o filmie „Lekcja miłości” i cudownej Pani Joli! A jednak tutaj, gdy zajrzałam w swoje emocje, a nie przekonania, bo przecież bardzo lubię silne kobiety, to pojawiła się we mnie nutka irytacji… Właśnie dlatego, że była aż tak wyrazistą kobietą. Jak dla mnie była rysowana zbyt grubą kreską.
Ale co jest złego w byciu wyrazistą? Zwłaszcza w dzisiejszym świecie, gdzie wiele osób szuka w sobie czegoś, czym mogłoby się wyróżnić, robiąc to często w sposób nienaturalny.

Dzięki temu, że film „Bo we mnie jest seks” stworzyły kobiety, innym kobietom będzie łatwiej się utożsamić z bohaterką. (Fot. materiały prasowe)

Po prostu zastanawiałam się, czy bym dziś taką kobietę jak Kalina polubiła. A ty?
Ja zdecydowanie polubiłabym Kalinę. W ogóle lubię kobiety otwarte i szczere, które jasno wyrażają swoje emocje, niezależnie od tego, czy to może mnie drażnić, czy nie. Kalina to artystka i osobowość, dlatego trudno, żeby była zwyczajna, siedziała grzecznie czy chowała się w kącie. Aktorki i aktorzy potrzebują pewnej atencji i potwierdzenia, że to, co robią, jest podziwiane. Kalina miała w sobie seksapil, była typem wampa. To specjalnie dla niej Przybora i Wasowski napisali utwór „Bo we mnie jest seks”. Zarzucano jej, że występuje zbyt wydekoltowana, a ona na to: „Ja muszę mieć duży dekolt, ponieważ nie mam szyi i gdybym założyła sukienkę pod szyję, to wyglądałabym jak pieczarka”. Była świadoma swojego ciała i ze swoich pełnych kształtów uczyniła atut. To bardzo nowoczesne podejście, nie uważasz? Tym bardziej że Kalina nie wykorzystywała swojego seksapilu do tego, żeby coś sobie w życiu załatwić. Przeciwnie, to ona dyktowała warunki, z kim i na jakich zasadach się zadaje.

A co oznacza dla ciebie określenie „seksowna kobieta”?
To jest trudne do uchwycenia słowami, tym bardziej że dla jednych seksowna może być długonoga blondynka, a dla innych drobna brunetka. Ale „seksowna kobieta” to nie tylko wygląd zewnętrzny, raczej naturalny, szczery, otwarty i niezakamuflowany sposób bycia. Uosobieniem czystego seksapilu od zawsze była dla mnie Sophia Loren. Ona ma w sobie to „coś”, w ruchach, spojrzeniu, wyglądzie. Ten naturalny dar miała też Brigitte Bardot. Z polskich aktorek wymieniłabym właśnie Marysię Dębską.

Seksowna kobieta jest też dla mnie odważna i silna. Gdy filmowa Kalina zostaje odrzucona i pozostawiona sama sobie, siły dodaje jej fakt, że inna kobieta została tak jak ona skrzywdzona przez tego samego mężczyznę. Wstępuje w nią nowa energia i postanawia walczyć. Zdecydowanie trudniej jest jej dobijać się o swoje, na to już nie ma tyle siły…

Najważniejsze jest być sobą: rozpoznać w czym czujemy się dobrze, w jakim stylu i jakich okolicznościach. Wtedy jesteśmy najsilniejsze, a Kalina Jędrusik dokładnie taka była. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo podobało mi się to, co powiedziała producentka filmu Renata Czarnkowska- Listoś: „Kobieto, jeśli trudno ci walczyć o siebie, zawalcz o kogoś innego” – to jest dobry start. W filmie widać, że Kalina miała dobre relacje z kobietami, wspierała je i szukała tego wsparcia. To dlaczego tak wiele kobiet jej nie akceptowało? Myślę, że jest tak, że jeśli nie akceptujemy w pełni siebie, nie umiemy też zaakceptować innych...
Może nie rozmawiajmy o całym życiorysie Kaliny Jędrusik, tylko o tym wybranym rozdziale z jej życia, który pokazuje „Bo we mnie jest seks”. Inaczej trzeba by poruszyć wiele tematów, których w tym filmie nie ma. Na przykład fakt, że Kalina nie miała dzieci i jakie były tego przyczyny. W filmie widzimy, że je kochała, zresztą z wzajemnością. Dzieciaki z sąsiedztwa przychodziły do niej do domu jak do najlepszej koleżanki.

A to, że nie była lubiana przez inne kobiety, jak na przykład sąsiadki, które wściekały się, że wraca po nocy i rozrabia, po raz kolejny szukając kluczy do mieszkania, bo znowu je zgubiła... Cóż, czy każda z nas nie chciałaby mieć takiego życia jak ona? W dodatku z mężczyzną u boku, który kocha nas taką, jakimi jesteśmy. Związek Kaliny ze Stanisławem Dygatem, pisarzem i intelektualistą, był bardzo specyficzny. Trochę jak związek Marilyn Monroe z Arthurem Millerem – dwa różne światy, jeden potrzebujący drugiego.

Jeden z krytyków filmowych powiedział, że aby oddać prawdziwą Kalinę Jędrusik, trzeba trochę testosteronu. A dla mnie to, że autorkami tego filmu w większości są kobiety, nie jest wcale zarzutem. Poza tym kobiety też mają testosteron.
Myślę, że dzięki temu, że ten film stworzyły kobiety, innym kobietom będzie łatwiej się utożsamić z bohaterką. Uważam, że kobiecość w tym filmie jest pokazana bardzo uczciwie. Dla wielu widzek to może być drogowskaz i może wezmą przykład z Kaliny – tupną nogą, kiedy trzeba, nie będą się chować za podwójną gardą, a na seksistowską uwagę odpowiedzą celną ripostą.

Autorki mówią, że tym filmem chciały wyjąć Kalinę z szuflady seksbomby. Sądzisz, że im się udało?
Myślę, że Kalina nie była zamknięta w żadnym schemacie ani szufladzie…

A ja mocno czuję to jej zaszufladkowanie. Nie uważam, by zrobiła to sama, zaszufladkowali ją mężczyźni, ale też nie bardzo z tym walczyła.
Ale ona wiedziała, jaka jest naprawdę, i tylko to było dla niej istotne. Nie przejmowała się tym, jak ją oceniają inni, a przynajmniej nie dawała tego po sobie poznać. Niech martwią się ci, którzy ją do tej szuflady wrzucili i zamknęli oczy na jej inne cechy.

Kalina Jędrusik była postacią wyrazistą. Taką, obok której nie sposób przejść obojętnie. (Fot. materiały prasowe)

A jednak nie ścięła włosów jak zrobiła to na przykład Katarzyna Figura, żeby zerwać ze swoim emploi. Chciałabym ją widzieć częściej bez makijażu, w prawdzie, dlatego scena, gdy Kalina dopiero nakłada makijaż, jest moją ulubioną. Pytanie, czy ona sama chciała zajrzeć pod ten makijaż?
Ale ona taki właśnie miała styl: przyklejone rzęsy, umalowane oczy i ta gruba kreska. Dlaczego miałaby zrywać ze swoim emploi, skoro było ono integralne z jej wnętrzem? Rozumiem, że mogło cię to denerwować, tylko czy naprawdę powinna ci udowadniać, że ma też inną twarz, a makijaż jest rodzajem zbroi? Czy powinna zmieniać dla innych swój styl? Kiedy rozmawiamy o sile kobiet, często mówimy o tym, że najważniejsze jest być sobą: rozpoznać, w czym czujemy się dobrze, w jakim stylu i jakich okolicznościach. Wtedy jesteśmy najsilniejsze, a Kalina dokładnie taka była!

Dla kogo ten film może być terapeutyczny? Myślę, że wielu kobietom może dodać wiatru w skrzydła, bo mamy tu niestereotypową bohaterkę, których tak brakuje w polskim kinie!
„Bo we mnie jest seks” jest dla tych, którzy wątpią w siebie i dają się kształtować innym. Oczywiście słuchajmy tego, co nam mówią, ale decydujmy same. Ja byłam kiedyś bardzo nieśmiała, łatwo było mnie zranić. Dopiero w pewnym momencie zrozumiałam, że to jest ślepa uliczka i że przede wszystkim sama muszę zrozumieć, dokąd zmierzam, co daje mi satysfakcję, czego potrzebuję, by być szczęśliwa.

Kobiecość w tym filmie ukazana jest bardzo uczciwie. Dla wielu widzek to może być drogowskaz i może wezmą przykład z Kaliny – tupną nogą, kiedy trzeba, nie będą się chować za podwójną gardą, a na seksistowską uwagę odpowiedzą celną ripostą. (Fot. materiały prasowe)

Pamiętasz moment, kiedy sobie to uświadomiłaś?
Uświadamiam to sobie codziennie. Świat, otoczenie, YouTube, Instagram, media – codziennie szepczą ci do podświadomości: zobacz, jak wyglądają inni, co robią, jak jedzą, jak mieszkają, jak śpią, jak się kochają, jak nienawidzą ,zobacz, zobacz, zobacz! Dlatego tak ważne jest rozpoznanie swoich dążeń, emocji, mocnych i słabych stron. Ta praca nad wewnętrzną integracją nigdy się nie kończy, a bohaterki, którym przyglądamy się na ekranie, mogą nam pomóc w poznaniu samej siebie. Podstawowe pytanie brzmi więc: co Kalina powie nam o nas samych?

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze