1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

„Dziady” – wydarzenie sezonu. Rozmawiamy z reżyserką spektaklu Mają Kleczewską

Maja Kleczewska (Fot. Bartek Barczyk/Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie)
Listopadowa premiera „Dziadów” to bez wątpienia wydarzenie sezonu. Na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie reżyserka Maja Kleczewska proponuje inne spojrzenie na dramat Mickiewicza.

W Pani „Dziadach” Konrada gra aktorka – Dominika Bednarczyk.
Pytanie o to, kim jest Konrad, to tak naprawdę pytanie o diagnozę czasów, w których powstaje spektakl. Dziś Konrad jest kobietą, bo rewolucja nie może pochodzić z dotychczas zastanego porządku, tylko z nowej myśli, nowej perspektywy. A głos kobiet w XXI wieku na całym świecie jest głosem najbardziej wyrazistym i słyszalnym. W tym ruchu pojawia się obietnica, że nowe liderki nie siądą na stołkach władzy i nie wejdą w patriarchalne ramy, podliczając PKB, tylko będą walczyć o harmonijny rozwój, dobrostan, empatię, planetę.

Czy kobieta w roli Konrada zmienia znaczenie tekstu?
Tak. Konrad mówi z perspektywy uczuć. O miłości, o szczęściu, o empatii, zarzuca Bogu, że jest tylko mądrością. W ustach kobiety te argumenty stają się szczególnie przekonujące.

Dzięki temu tekst się uaktualnia?
„Dziady” zawsze są aktualne. Ale dziś ich wymowa jest szczególnie przejmująca. Polska salonu i Polska obrzędu to dwie zwalczające się, nienawistne grupy, które mówią innymi językami.

Dodatkowym smaczkiem tego spektaklu jest samo miejsce wystawienia, czyli Teatr Słowackiego. To tu 120 lat temu odbyła się prapremiera „Dziadów” w reżyserii Stanisława Wyspiańskiego.
Wyspiański miał odwagę wystawić utwór, który był przez lata postrzegany jako niesceniczny. Radykalnie skrócił tekst, co zresztą zarzucała mu ówczesna krytyka. Odpowiedział pewnemu recenzentowi: „Serdecznie życzę, żeby dożył pan dnia, kiedy »Dziady« zostaną wystawione bez skrótów”.

I to się, przypomnijmy, stało w 2014 roku, a tamten spektakl trwał ponad 14 godzin. Kiedy pomyślę o postaciach kobiecych z dramatu Mickiewicza, to w oryginale jest ich niewiele, a jeśli już są, nie zapadają szczególnie w pamięć. No, może Ewa, która śpi i śni, oraz opłakująca syna pani Rollison…
I Zosia z obrzędu. A teraz w Krakowie w scenach rozgrywających się w celi będą same kobiety. Pracując nad tym pomysłem, myślałam o białoruskich aktywistkach trafiających do więzień i aktywistkach polskich zatrzymywanych w areszcie. To kobiety są dziś twarzami zmiany, są bardziej zdeterminowane, mają większą odwagę.

Skąd ta determinacja?
Z czasów, kiedy tego głosu po prostu nie miały. Teraz coś w kobietach domaga się wyrównania.

Reżyserka też jest stosunkowo nowym zjawiskiem teatralnym. Jeszcze nie tak dawno uznane reżyserki to były raczej wyjątki od reguły. Jak to wyglądało, kiedy zaczynała Pani pracę?
Ten zawód w percepcji społecznej był postrzegany jako męski, nie chcę jednak mówić: „Ależ mi było ciężko”, bo to byłaby nieprawda. Skończyłam szkołę, debiutowałam w Teatrze Słowackiego, zrobiłam drugi, trzeci spektakl i kolejne. Nie mam poczucia, że moje życie teatralne było szczególnie trudne. Nikt mi nie powiedział: „Pani nie zrobi u nas spektaklu, bo jest kobietą”. Przede mną pracowały w teatrach wyraziste reżyserki: Lidia Zamkow, Krystyna Skuszanka, Izabella Cywińska, Krystyna Meissner, Anna Augustynowicz. Może ta grupa była nieliczna, ale ich głos był mocny. Prawdę mówiąc, bardziej niepokoi mnie to, co dzieje się w teatrze teraz, niż to, co działo się kiedyś.

A co teraz się dzieje?
Absolwenci nie mają pracy albo pracują za bardzo małe pieniądze.

To skutek pandemii?
To zaczęło się już wcześniej. Kultura w Polsce jest dramatycznie niedofinansowana. Władzom wydawało się, że na scenach publicznych instytucji można robić „teatr sznurka i patyka”, czyli na pustej scenie postawić dwóch aktorów i niech opowiadają coś o swoim życiu. Martwi mnie, że jest niewiele teatrów instytucjonalnych, które zapraszają do siebie debiutantów. Państwo wydaje pieniądze na edukację reżyserek i reżyserów, a potem nie jest zainteresowane ich twórczością. To strata pieniędzy. Pandemia jeszcze pogłębia tę sytuację. Teatry boją się kolejnego lockdownu i nie chcą ryzykować, zapraszając do współpracy nieznane nazwiska. A każdy debiut to ryzyko.

Pandemia to szczególny moment także z innego powodu. Środowisko teatralne skupiało się nie, jak zawsze, na spektaklach – temat, który rozbrzmiał bardzo mocno, to przemoc i nadużycia ze strony całej grupy „silniejszych”, czyli reżyserów, dyrektorów, wykładowców. Ja tu słyszałabym głos zmiany.
Z ogromną uwagą i troską trzeba patrzeć na ruchy społeczne, takie jak: #MeToo, Black Lives Matter czy teatralne call-outy. Ujawnianie tłumionego bólu to coś, co – jako społeczeństwo – powinniśmy wspierać. A jednocześnie wiąże się z tym niebezpieczeństwo cancel culture [chodzi o wykluczanie z głównego nurtu części osób i zjawisk, które mogą wydawać się kontrowersyjne – przyp. red.]. Jest też obawa, że pod ten ruch mogą się podłączać osoby, które nie były ofiarami, a które mogą czerpać z sytuacji rozmaite korzyści. Jak weryfikować te głosy, jak odróżnić prawdę od kłamstwa? Kolejnym niebezpieczeństwem jest używanie teatru jako miejsca służącego do wypowiadania jedynie słusznych tez. Teatr poprawności politycznej nie jest skłonny do podejmowania ryzyka. Atmosfera podejrzliwości nie służy twórczemu poszukiwaniu, odkrywaniu nowych teatralnych przestrzeni.

Czy w teatrze możliwe jest przeprowadzenie rewolucji?
To zależy, o jakiej zmianie myślimy. Nie wierzę w demokrację w teatrze, w koncepcję: usiądźmy w kręgu i róbmy wspólnie teatr. Być może jest to możliwe w teatrach offowych, ale nie da się tak pracować z 20-osobową obsadą, bo nie mamy roku na zrobienie spektaklu, tylko trzy miesiące. Nie rozumiem też, dlaczego aktorzy mają podejmować decyzje na temat reżyserowania scen, oświetlenia, muzyki, dramaturgii i pisania tekstów – oni są już bardzo obciążeni tym, że muszą zagrać rolę. A teraz jest to modne i to jest zmiana, o której często się mówi. Nie można nie brać odpowiedzialności za swoją pracę. Prawdziwa zmiana, o którą warto walczyć, to właśnie dopuszczenie początkujących artystów do pracy w instytucjach publicznych. Wszyscy na tym dobrze wyjdziemy, bo tylko młodzi artyści mogą nawiązać kontakt z młodym pokoleniem widzów. Oni mają wspólny język, wspólne kody.

A co z rewolucją w sferze publicznej? Uważa Pani, że jest możliwa?
Kiedy przez miasta przeszły wielkie manifestacje, wyzwalające mnóstwo energii, widać w nich było wielką potrzebę zmiany. Tymczasem nie udało się tego potencjału zagospodarować i przekuć w polityczną reprezentację. Nie ma osoby, która mogłaby zmienić energię protestu w realny efekt. Nie ma osoby, która myśli o tym kraju jak o wspólnocie. Wszystkim nam brakuje Konrada.

Maja Kleczewska (rocznik 1973): jedna z najważniejszych polskich reżyserek teatralnych. Laureatka między innymi Paszportu „Polityki" z 2006 roku i Srebrnego Lwa za innowacje w teatrze podczas 45. Biennale Teatralnego w Wenecji w 2017 roku. Dziekan kierunku reżyseria w Akademii Teatralnej w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze