1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

„Matki równoległe” – o świecie Pedra Almodóvara rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

„Matki równoległe” w kinach od 18 lutego. (Fot. materiały prasowe)
Kiedy Penélope Cruz i Pedro Almodóvar znów biorą się do filmu, wiemy, że będą emocje. Tym razem do ich zgranego teamu dołącza młoda hiszpańska aktorka – Milena Smit. W epizodzie widzimy też jedną z muz reżysera – Rossy de Palmę. To hołd złożony kobietom, ale nade wszystko matkom. Zarówno tym, które dziś decydują się na samodzielne macierzyństwo, jak i tym, które zostały do niego zmuszone w wyniku wojny domowej w Hiszpanii. To ważny i bardzo poruszający wątek tego filmu, który mówi też o tym, że nie można odciąć się od przeszłości.

Z okazji lutowej premiery „Matek równoległych”, najnowszego filmu Pedra Almodóvara, psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka rozmawiają o magii jego kina:

Martyna Harland: Zazwyczaj rozmawiamy o kinie pod kątem emocji, ja nawet biorę w nawias w filmoterapii osobę reżysera, żeby skupić się przede wszystkim na odczuciach widza. Tym razem chciałabym pomówić o tym, w jaki sposób tworzenie kina może być terapeutyczne dla twórcy. A konkretnie dla Pedra Almodóvara – w kontekście jego najnowszej premiery, ale także wcześniejszych filmów.

Grażyna Torbicka: Reżyserzy często porównują tworzenie filmu do procesu choroby. Czyli najpierw ma miejsce całkowity rozpad, a potem dążenie do tego, żeby te drobne i porozrzucane cząstki złożyć w jedno. Wielu autorów kina, czyli osób, które są jednocześnie scenarzystą i reżyserem swoich filmów, podkreśla, że opowiadając historię, odwołują się do swoich doświadczeń i wspomnień; uwalniają się od tego, co ich porusza, gnębi i dręczy. Gdy dzieło jest skończone, ból – w tym wypadku ból tworzenia – znika. Może właśnie dlatego tak trudno jest nam, widzom, znieść emocjonalnie niektóre dramaty psychologiczne, bo jest w nich prawda. Pamiętam dokładnie, jaką fizyczną udrękę odczuwałam przy obrazie „Funny Games” Michaela Hanekego. Rozmawiałam o tym zresztą z samym Hanekem. Powiedział, że tworzenie filmów to dla niego swego rodzaju psychoterapia. Zamiast leków na depresję czy wizyt na kozetce u psychoanalityka, kręci filmy. Pewnie to samo mogliby powiedzieć Antonioni, Truffaut albo właśnie Almodóvar.

Na zdj. od lewej: Milena Smit, Penélope Cruz, Pedro Almodóvar (Fot. Nico Bustos/ materiały prasowe Gutek Film)

Motorem do tworzenia może być nie tylko ból, lecz także mogą być nim pozytywne emocje. Ja Almodóvara najmocniej utożsamiam z zachwytem nad światem. Jego kino wnosi do mojego życia kolor.
To, że używam słowa „ból”, niekoniecznie musi mieć negatywne znaczenie, nie wyklucza też finalnego uczucia zachwytu w widzach. Co więcej, to właśnie ten ból prowadzi nas ostatecznie do uwolnienia, oczyszczenia, zauroczenia, czyli zjawiska rozpoznawanego już w antyku jako katharsis. Oczywiście można tworzyć też z czystego zachwytu nad światem. Ale wydaje mi się, że artyści, którzy znają zarówno ciemne, jak i jasne strony życia, tworzą ciekawsze dzieła.

Mnie z zachwytem nad pięknem świata od zawsze kojarzyli się właśnie Pedro Almodóvar czy Paolo Sorrentino. Dopiero gdy zobaczyłam ich mocno autobiograficzne filmy – „Ból i blask” i „To była ręka Boga” – dostrzegłam ogrom cierpienia, jakiego doświadczyli…
W filmie „Ból i blask” Almodóvar wyraźnie pokazuje, jak mocno wyniszczający jest proces tworzenia dla organizmu twórcy. To wysiłek nie tylko intelektualny, lecz także fizyczny. Jak mówi jego bohater: „Czuję ból w każdym centymetrze kręgosłupa. A potem dochodzą jeszcze bóle kończyn. Jeśli przychodzi dzień, kiedy kilka rodzajów bólu spotka się w moim ciele, zaczynam modlić się do Boga. Gdy zdarza się dzień tylko z jednym rodzajem bólu, znów staję się ateistą…”.

Wracając do słowa „zachwyt”, którego użyłaś w kontekście kina Almodóvara, to dla mnie jest to przede wszystkim zachwyt nad kobietą. Każdą: młodą czy dojrzałą. I nie chodzi tylko o seksualność. Odczuwam jego podziw dla psychiki i zachowania kobiet w różnych sytuacjach. Myślę też, że sam Almodóvar ma w sobie duży pierwiastek kobiecy, czyli wewnętrznej animy.

A za co cenisz jego kino? Ja za wielowymiarowe portrety kobiet i to, że porusza temat inności. Czuję, że w jego kinie każdy człowiek ma swoją godność, jest ważny.
Dla niego świat to są wszyscy, nikt nie jest wykluczony. Nie znam innego reżysera, u którego potrafiłabym tak głęboko zrozumieć bohaterów, którzy decydują się na uzgodnienie swojej płci. Almodóvar pokazuje to w niezwykle naturalny sposób, trudny do zdefiniowania. Jest w tym szczerość i prawda, jak w filmie „Wszystko o mojej matce”. Mam też wrażenie, że jego bohaterowie tworzą jedną wielką rodzinę – można by wymieszać postaci z różnych jego filmów i okazałoby się, że ich historie jakoś się łączą. Tak jak powiedziałaś, Almodóvar uwielbia kolory, wyraziste formy, każdy kadr jest precyzyjnie dopracowany. Ten porządek w formie obrazu przenosi się na ład świata, który przedstawia.

Co oznacza dla ciebie „świat Almodóvara”, jak ty go widzisz?
Widzę go przede wszystkim jako kobietę. Sam Almodóvar wychowywał się w otoczeniu kobiet, co pięknie pokazał w filmie „Ból i blask”, rozumie je i podziwia. Poza tym w jego filmowym świecie nie ma hipokryzji, jest obnażanie drobnomieszczańskiej moralności. Sytuacje dramatyczne nasącza świetnym poczuciem humoru, jak w filmie „Volver”. Opowiada niezwykłe historie o zwykłych ludziach.

Kiedy teraz cię słucham, zastanawiam się nad tym, w jaki sposób na nastoletniego Almodóvara wpłynął brak ważnych mężczyzn w jego życiu. Wielu terapeutów mówi o tym, jak ważny jest męski wzorzec w życiu chłopca. Czy dostrzegasz to w jego kinie?
W filmie „Złe wychowanie” pokazał, jaki typ mężczyzn towarzyszył jego dorastaniu. Uczył się w szkole katolickiej, gdzie dochodziło do molestowania chłopców przez księży. Może właśnie z tego bólu powstaje dzisiaj ten blask?

Zresztą właśnie „Ból i blask” odróżnia się na tle jego innych filmów. Tu głównym bohaterem jest mężczyzna, reżyser filmowy. To intymny autoportret Almodóvara, w którego genialnie wciela się Antonio Banderas, aktor odkryty przez Almodóvara. Jest między nimi jakaś niesamowita więź: reżyser i jego „muz”, bo nie ma męskiego odpowiednika słowa „muza”.

Z kolei muzą Almodóvara jest Penélope Cruz. Jak myślisz, dlaczego?
Ukochane aktorki Almodóvara to Carmen Maura, Marisa Paredes, Victoria Abril i teraz Penélope. Pamiętam, jak przy okazji filmu „Wszystko o mojej matce”, gdzie grała małą rolę, robiłam z nią wywiad w Cannes. Już wtedy mówiono, że to początek wielkiej kariery. Już było widać, że jest silną osobowością.

To Almodóvar pokazał prawdziwe oblicze Penélope Cruz, którego kino amerykańskie nie dostrzegło. Oboje pochodzą z Hiszpanii, mają ten sam kod kulturowy i wyrastają z tych samych korzeni. Wydaje mi się, że również z tego powodu Almodóvar nie robi filmów w Stanach Zjednoczonych, to nie jest jego świat. Zresztą kilka lat temu wypowiedział się krytycznie na temat kina amerykańskiego, uważa, że jest przepełnione mizoginizmem i seksizmem. Dopiero teraz powoli się to zmienia.

Poznałaś Almodóvara osobiście. Jakie wrażenie na tobie zrobił?
Człowieka całkowicie oddanego sztuce. Ale także ludziom, z którymi pracuje i się przyjaźni. Wydaje się dokładnie taki, jak jego filmy. Nie dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Wszystkie postaci, które pokazuje w filmach, są przez niego kochane, niezależnie od tego, kim są. Akceptuje je w pełni.

Dlatego cieszę się, że film „Matki równoległe” wchodzi do kin w okolicach świąt, bo moim zdaniem daje wsparcie i może być szczególnie terapeutyczny dla osób, które czują się osamotnione. Rodzina nie jest tutaj skostniałą instytucją. Mogą nią być przyjaciele czy bliskie nam osoby.
Właśnie, Almodóvar pokazuje, że rodzina to coś więcej niż tylko więzy krwi.

Masz swój ulubiony jego film?
„Volver”. Dostrzegam w nim pięknie pokazaną solidarność kobiecą, o której dzisiaj tak wiele mówimy. Kocham także muzykę w jego filmach, tytułowy „Volver, volver” śpiewa meksykańska artystka Chavela Vargas, która przez całe życie musiała walczyć o siebie i swoje prawa. Dziewczynki na peryferiach meksykańskich, z których się wywodzi, mogły śpiewać wesołe piosenki i tańczyć w falbankach. A ona chciała nosić spodnie, palić cygara i śpiewać „canción ranchera”, wykonywane głównie przez mężczyzn. Chavela już nie żyje, ale łączyła ich wielka przyjaźń i dla Almodóvara jej odejście było utratą kogoś najbliższego.

W jaki sposób kino Almodóvara może być dla nas terapeutyczne? Dla mnie niezwykle uwalniające są jego portrety matek, szczególnie jednej z nich – Teresy z „Matek równoległych”. Skupionej na sobie i swoim rozwoju, pragnącej wolności. Ale jej córka mówi: „Matka nauczyła mnie tego, żeby po prostu żyć i być wolną!”.
Myślę, że Pedro Almodóvar pokazuje światy, których – zwłaszcza my, w Polsce – nie potrafimy docenić. Pokazuje inność, która jest zwyczajnością. Wszyscy, absolutnie wszyscy, nie tylko w jego świecie, lecz także na tym świecie zasługują na szacunek. Dlatego jego kino jest dziś nam tak potrzebne.

Grażyna Torbicka: dziennikarka, krytyczka filmowa, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland: autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze