1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Przepis na życie. O niezwykłym życiu Lucyny Ćwierczakiewiczowej opowiada Manuela Gretkowska

Manuela Gretkowska, pisarka, autorka ponad 20 książek, w tym bestsellerów, takich jak: „Polka”, „Trans”, „Poetka i książę”, „Faworyty” czy najnowszej – „Mistrzyni”. Scenarzystka, felietonistka „Newsweeka”.
Jej książki kucharskie, kalendarze i poradniki były niemal w każdym polskim domu. Popularnością biła na głowę Sienkiewicza. Miała sławę, sukces i pieniądze, wszystko zdobyte własną pracą – i to w dziewiętnastowiecznych realiach.

Czemu przypomina nam Pani Ćwierczakiewiczową właśnie teraz?
To przypadek. W ciągu ostatnich trzech lat napisałam trzy książki. Pierwszą o Agnieszce Osieckiej, absolutnie wyjątkowej na tle poetek XX wieku. Rok później powstały „Faworyty”, czyli powieść o arystokratkach polskich, które w XVIII wieku sterowały królem, a tak naprawdę same były manipulowane. Do kolekcji brakowało więc tylko wieku XIX. Ćwierczakiewiczowa wydała mi się najbardziej wszechstronną postacią tej epoki.

Nie Maria Skłodowska-Curie, którą wszyscy znają?
Lucyna była dla mnie o wiele ciekawsza jako człowiek, bardziej współczesna. Powiedziałabym nawet: przerażająco współczesna.

A ile prawdy jest o niej w Pani „Mistrzyni”? Historia o tym, jak przemocą zdjęła buty współpasażerowi z powozu i dała je bosemu żebrakowi, brzmi bardziej jak legenda, anegdota.
Lucyna była tak nieszablonową postacią, że w tej książce rzeczy najmniej prawdopodobne są właśnie prawdziwe. W „Mistrzyni” wręcz sprowadzam Ćwierczakiewiczową na ziemię, żeby ta historia nie wydawała się kompletnym odpałem, stand-upem. Chciałam, żeby to była postać żywa, prawdziwa, nie jakaś wzorcowa abstrakcja. Wielu wydarzeń, jak na przykład przeklęcie arcybiskupa w katedrze, nie śmiałabym wymyślić, a jest to fakt. Kto dziś w Polsce odważyłby się iść na Wawel i przekląć Dziwisza, tłumacząc mu za co i rzucając mu swoją wizytówkę pod nogi?

Skąd w XIX wieku taki charakter i osobowość u kobiety?
Złożyło się na to chyba kilka spraw. Protestantyzm, w którym dorastała, i jakieś spektrum, może zespół Aspergera, które moim zdaniem musiała mieć. Zasady protestantyzmu dały jej mocne podstawy uczciwości, odpowiedzialności za siebie i kierowania się rozumem, nie katolicką hipokryzją. Ćwierczakiewiczowa brała los w swoje ręce, nie czekała na miłosierdzie Boże. Natomiast spektrum pomijania emocji lub ich nierozumienia dało jej łatwość mówienia prawdy bez ogródek. A że miała bardzo wysoką pozycję, ta bezpośredniość uchodziła jej na sucho. Poza tym miała rację, bo miała pieniądze – i to jakie – zarobione przez nią w czasach, gdy kobiety majątek dziedziczyły. Pieniądze dawały jej poczucie równości z mężczyznami i samodzielności.

Podobno kiedy Eliza Orzeszkowa zapytała ją ironicznie: „Więc pani pisze o plackach?”, Ćwierczakiewiczowa odpowiedziała: „A pani pod placki?”. W czasach, gdy służące używały makulatury jako papieru do pieczenia, była to dość ostra riposta.
Lucyna była jedną wielką anegdotą. Absolutnie niekonwencjonalna przez swoją inteligencję i bezczelność. Mówiła prosto z mostu, nie pitoliła, a przy tym była rozsądna i zabawna. Ustawiała świat tak, jak powinien on wyglądać. Zdjęcia, które po niej pozostały, pokazują nadętą matronę, ale ona taka nie była. Żeby zakochać się nie dość, że w aktorze, ale do tego jeszcze młodszym – trzeba było mieć temperament.

Książki Ćwierczakiewiczowej w XIX wieku sprzedawały się w takich nakładach, o jakich Prus czy Sienkiewicz mogli tylko pomarzyć. Dzisiaj jednak oni są powszechnie znani, a nazwisko Lucyny mało kto kojarzy. Jak to się stało?
Sienkiewicz i Prus pisali powieści, a Ćwierczakiewiczowa zajmowała się prozą życia, pisała książki kucharskie, ulotne felietony. I choć jej przepisy są nadal w wielu domach i wciąż wydawane są dodruki, nie pamiętamy zasług Lucyny. Może dlatego, że nie doceniamy życia codziennego? U nas ważne są tylko wielkie zrywy, wysokie loty Małysza, prestiżowe nagrody. Nie widzimy tego, co jest normalnością, harmonią, równowagą – to zbyt przyziemne, by zaprzątać sobie tym głowę. Być może dlatego tak rzadko tej normalności doświadczamy. Lucyna nie zostawiła po sobie nic prócz obiadów, żadnych kamieni milowych, które świadczyłyby o jej wielkości. Nie zginęła na polu bitwy, nie zabiła wroga ojczyzny, nie wpisała się w martyrologię, tylko w życie. Dlatego z jej historii z czasem zrobiła się historyjka, a później bajka, której dziś już się nie opowiada. Jej pomnik nie jest z brązu czy spiżu, tylko ze schabowego. Nieśmiertelny zestaw: kotlet, ziemniaki, mizeria – to jej zasługa.

Osiągnęła chyba wszystko, co można było w XIX wieku.
W tamtych czasach bycie poważaną i traktowaną jak mężczyzna to był dla kobiety maksymalny sukces. Ćwierczakiewiczowa go osiągnęła. Miała rozgłos, sławę i pieniądze, które sama zarabiała. Była potentatką medialną, bo oprócz książek kucharskich pisała także świetne felietony, wydawała kalendarze, które były encyklopedią dla ludu, i robiła przekłady z kilku języków. Docierała nie tylko do warstw wyższych.

Pisała poradniki dla najuboższych, chłopów, robotników. Zakasywała rękawy i chodziła z pomocą na Powiśle, gdzie panowała straszna nędza, opisana dojmująco przez Prusa w „Lalce”. Wspierała kobiety, ratowała więźniów politycznych, wietrzyła zatęchłe ziemiańskie meble i głowy. Pokazywała, że można żyć inaczej.

Można powiedzieć, że była pierwszą polską influencerką.
Raczej pierwszą „postacią kontrowersyjną”, bo wkurzała konserwę obyczajową. Nie zarabiała dlatego, że była ładna, neutralna i miła. Nie była słupem ogłoszeniowym. Nie popisywała się bogactwem. Zresztą XIX wiek to nie były czasy celebrytów. Wtedy panował kult pracy, a Ćwierczakiewiczowa dawała z siebie wszystko. Teraz mamy komputery, ona swoje teksty pisała, poprawiała i przepisywała ręcznie. Do tego każdy przepis opracowywała, przygotowywała i udoskonalała sama. Jakimś cudem znajdowała jeszcze czas na zabieganie o innych, dobroczynność i historie polityczne, felietony o kulturze i porady. Ile trzeba mieć energii! Mogła się pławić w luksusach, podróżować do Vichy czy Baden i wysyłać relacje, pokazując jedwabne suknie i złote bransolety, ale to nie ten typ osobowości. Uważała, że pieniądze nie są po to, by wyrzucać je przez okno, tylko by pomagać innym. Mimo swojej wyrazistej osobowości była niezwykle skromna i do szpiku pragmatyczna.

To wszystko brzmi jak życiorys co najmniej kilku osób.
Bo Ćwierczakiewiczowa to połączenie: Magdy Gessler, Krystyny Jandy, Magdy Środy i Angeli Merkel. Kobieta instytucja, aktywna 20 godzin na dobę, bo ile ona spała, cztery godziny?

Mistrzyni w kuchni i w życiu.
Kuchnia to dla mnie pokaz żonglerki. I Lucyna faktycznie mistrzowsko żonglowała smakiem, zapachem, kolorem „maggi” i magią. Moim zdaniem jednak ona jest przede wszystkim mistrzynią życiowej równowagi.

Równowagi? Przecież z etykietą była na bakier, nazywano ją przekupą, babonem, tupeciarą.
Bo wyskakiwała ponad poziom, ale tak naprawdę zachowywała niesamowitą równowagę, dzięki której radziła sobie doskonale w czasach, kiedy reputacja była na wagę złota, a ona jako rozwódka miała ją nadszarpniętą. Poza tym mnóstwo ludzi znalazło się wtedy na bruku. To był bardzo trudny moment historyczny. Wysiedlenia z majątków spowodowały konieczność zarabiania. Chłopi i ziemianie ze wsi szli do miast, rodził się przemysł, zaczynało się nowe, zupełnie inne życie.

Początek każdej epoki może się wydawać chaotyczny tym, którzy nie rozumieją nowych zasad. A Lucyna świetnie się orientowała w tym chaosie. Doskonale rozumiała nowe realia, tak bliskie jej kalwińskiej wizji świata, i dawała ludziom rady, jak się w nie wpisać, by nie wylądować bez pieniędzy, na marginesie. Uczyła zarabiania i oszczędzania, bo przecież wówczas o oszczędzaniu, kapitale mało kto miał pojęcie. Przygotowywała kobiety do nowoczesności, do tego, by nie były ofiarami. Organizowała samoobronę kobiet biednych, bogatych i zamożnych. Każda z nich musiała się przygotować do innego poziomu wolności i Lucyna doskonale te niuanse wyczuwała. Robiła swój własny emancypacyjny podkop pod fundamentami patriarchatu. Namawiała kobiety do pracy, niezależności. Nie propagowała rozwodów, po prostu sama się rozwiodła z mężem tyranem, i to jako młoda dziewczyna!

Ale czy kobiety wówczas były gotowe na taką rewolucję? Sama Ćwierczakiewiczowa w jednym z ówczesnych magazynów dla pań pisała: „Nigdy kobiety siłą niezależną w Polsce nie będą, póki od katolicyzmu i mężów na zdrowy dystans nie odejdą. Bóg istnieje, miłość także, ale one, dobrowolnymi niewolnicami będąc, przyszłe niewolnice wychowują. Tak to się będzie toczyć, łamiąc ludzkie życia i kraj, obojętnie pod czyim zaborem”.
Pytanie: czy my jesteśmy gotowe na taką rewolucję? Przecież znalazłyśmy się niemal w tej samej sytuacji co kobiety 200 lat temu. I nie jest to wina braku przywódcy, nie musimy szukać zbawcy. Wszystkie jesteśmy za to odpowiedzialne. Chcemy mieć prawo do swojego życia, ale nie podejmujemy ryzyka. Nie ma powszechnej kobiecej solidarności, za to jest wierność Kościołowi powszechnemu. Dlatego tak łatwo jest zadręczyć matkę w szpitalu na śmierć – mówię o śmierci Izabeli z Pszczyny. Zgodziłyśmy się na to rok temu, siedem lat temu. Kiedy zakładałam Partię Kobiet w 2006 roku, można było śmiać się z idei kobiecej samoobrony. Teraz można tylko płakać. I tak od Ćwierczakiewiczowej przeszłyśmy płynnie do współczesności, a przecież książka miała być zabawna i nie siliłam się w niej na aluzje. Jeśli jednak artykuły Lucyny wciąż wydają się aktualne, to znaczy, że tkwimy nadal w bagnie przeszłości.

Jak Pani odkryła Ćwierczakiewiczową?
Dzięki mojej córce, która w dzieciństwie dostała obsesji na punkcie pańskiej skórki. Nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego. A ona odkryła te słodycze podczas listopadowej wyprawy na cmentarz, sprzedawano je gdzieś przy bramie. Później nigdzie nie mogłyśmy ich zdobyć, więc zapragnęła zrobić je sama. Szukałyśmy przepisu, ale nie znalazłyśmy ani w książkach kucharskich, ani w Internecie. Świetnie gotująca sąsiadka podsunęła nam wtedy książkę Ćwierczakiewiczowej – i tam była receptura. Mam tę książkę do dziś.

W Pani powieści gotowanie nie jest głównym wątkiem, ale w tle pojawiają się homary, krewetki, sago, armagnac… Nie miałam pojęcia, że w XIX wieku używano tak egzotycznych składników.
Dla mnie to też było zaskakujące. Nie wiem, gdzie w Warszawie sprzedawano te wszystkie ananasy i inne frykasy, ale skoro znalazły się one w przepisach Ćwierczakiewiczowej, to musiały być łatwo dostępne dla klasy średniej. Myślę, że gdyby udało się odtworzyć zapachy i smaki z tamtego czasu, moglibyśmy być mocno zaskoczeni. Nie chodzi mi o receptury, tylko o jakość pożywienia. To był zupełnie inny świat.

Przepisy to wszystko, co zostało po Lucynie?
Nie, źródeł na jej temat jest bardzo dużo, bo przecież to była kobieta, która pisała, utrwalała swoje myśli w felietonach, poradnikach, listach. Dzięki „Mistrzyni” dowiem się zapewne na jej temat jeszcze więcej, bo książka to wrzeciono, które rozwija kolejne wątki. Na przykład parę dni temu dostałam list od czytelniczki, która znalazła grób drugiego męża Lucyny, Ćwierczakiewicza. Okazało się, że umarł on w Ciechocinku i pochowano go w pobliskim Raciążku. Lucyna zleciła, by wyryć mu na pomniku nie wdowie westchnienia czy paciorek, ale wielkimi literami: „Byłeś wzorem człowieka”.

Skoro już o drugim mężu mowa, to jestem ciekawa, kim był człowiek, który w XIX wieku potrafił przełknąć sukces żony i żyć w jej cieniu.
Z materiałów, które się zachowały, wynika, że był to stateczny księgowy. Wiedział, za kogo wychodzi i w co się pakuje. Lucyna nie była panienką prosto po pensji – ona pensję zarabiała. Kobieta z charakterem, rozwódka. Musiało mu to odpowiadać, tworzyli bardzo zgodne małżeństwo, nie konkurowali. Ona miała temperament, on – wewnętrzny spokój. Nie robił jej scen, nie był zazdrosny o sukces, co świadczy o tym, że jak na tamte czasy był mężczyzną wyjątkowym. Chociaż plotkowano, że zmarł na jej sukces. Nie ma go w powieści, bo musiałam wybrać mały wycinek z życia Ćwierczakiewiczowej. A ciekawsze od małżeńskiej sielanki były dla mnie: schyłek jej życia i wielka kompromitacja, związana z publikacją tekstu ośmieszającego jej panny do towarzystwa. W powieści prowadzę własne śledztwo i sugeruję, że utrata rozsądku przez „Lucy” w tej sprawie to miłosna zemsta. Nie na młodości, chociaż kochała dużo młodszego bon vivanta, ale zemsta podświadoma, chęć ukarania dziewczyn za ich młodzieńczą głupotę. Ona była najmądrzejsza, a w miłości jej nie wyszło, więc wyrównała rachunki z rywalką. Przynajmniej tak jej się wydawało.

Jest w tym skandalu jakiś paradoks, bo przecież Lucyna przez lata była obiektem plotek, pomówień, niewybrednych komentarzy i oszczerstw. Kiedy jednak sama napisała prawdę o swoich pannach do towarzystwa, okrzyknięto ją paszkwilantką i jej kariera się skończyła. Prawda jest niestrawna?
Ta akurat była niepotrzebna. Ćwierczakiewiczowa zachowała się jak skorpion, który kąsa sam siebie. Trudno to zrozumieć, bo przecież była zbyt rozumna, żeby popełnić taki błąd. Całe życie pomagała biednym dziewczynom i zdawała sobie sprawę, że to, co o nich napisała, zniszczy im życie, przekreśli szansę na małżeństwo i pracę. Wyglądało mi to na zemstę, dlatego próbowałam w książce stworzyć sytuację emocjonalną, która ją do tego pchnęła i spowodowała, że złe emocje przeważyły nad rozumem. Rzucono się na nią, bo tym tekstem przekreśliła wszystko, co robiła przez całe życie, wspierając młode kobiety.

Zazdrośnicy dostali pretekst, bo można się było wstawić za pokrzywdzonymi, więc wszystkie resentymenty się wylały. A myślę, że jej najlepszy przyjaciel Prus miał ich sporo, dlatego nazwał ją wtedy wulgarną przekupą.

To historia bez happy endu.
Dlaczego? Nie traktuję jej życia jako klęski. Emocjonalnie może była samotna pod koniec, ale miała tyle pasji, tyle zrobiła. Była kobietą umiejącą docenić siebie. Sponiewierano ją, ale za to pogrzeb, jak to w Polsce bywa, okazał się wielkim triumfem. Nie było już czego jej zazdrościć, więc podziwiano i żałowano. O jej wielkości najlepiej świadczy testament, w którym obdarowała swoim majątkiem biednych i pokrzywdzonych. Do końca myślała o innych.

Obejrzałabym film o życiu Lucyny Ćwierczakiewiczowej.
Scenariusz był niedawno w PISF-ie, ale uznano, że nie przekazuje on żadnych wartości. Pod tą opinią podpisała się kobieta. Na film o Lucynie więc nie liczę, ale mam nadzieję, że doczekamy takich pięknych, radosnych i wolnościowych czasów, kiedy historie sprzed 100 czy 200 lat nie będą już punktem odniesienia do współczesności, że wreszcie skończymy z tą martyrologią i zaczniemy żyć teraźniejszością.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze