1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Moda mimo wszystko. Rozmowa z Karoliną Sulej, autorką książki „Rzeczy osobiste”

Karolina Sulej, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej UW, działa w Zespole Badań Pamięci o Zagładzie. Autorka książek, między innymi: „Modni. Od Arkadiusa do Zienia”, „Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island”, „Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady” oraz „Historie osobiste. O przetrwaniu w czasie wojny”. Autorka podcastów na audioteka.pl (Fot. Mateusz Kubik, materiały prasowe)
Głupotka, błahostka, przejaw próżności...Czy na pewno? Pisarka i dziennikarka Karolina Sulej przekonuje, że to, jakich wyborów ubraniowych codziennie dokonujemy – i że w ogóle możemy ich dokonywać – znaczy więcej, niż mogłoby nam się wydawać.

Moda w Auschwitz – zestawienie tych słów brzmi kuriozalnie i niewiarygodnie. A jednak napisałaś na ten temat dwie fascynujące książki, które czyta się jak powieści psychologiczno-sensacyjne. Od czego to się w ogóle zaczęło?
Najpierw były studia z antropologii kultury, które uświadomiły mi, że każdy temat, który dotyczy człowieka, jest godzien reportażu, bo każdy jest poważny. A już najbardziej fascynujące są rzeczy codzienne. Najbardziej fascynujące i najbardziej tajemnicze. Bo wydają się nam niewidzialne. To są te „szczeliny istnienia”, o których pięknie pisała Jolanta Brach-Czaina. Zdałam sobie sprawę z tego, że to je właśnie chciałabym eksplorować. A ponieważ polska antropologia rzadko zajmuje się modą rozumianą w inny niż ten dominujący dziś sposób…

Inny, czyli jaki?
Kiedy zapytasz kogokolwiek z popularną wiedzą o to, czym jest moda, odpowie pewnie, że to są trendy, projektanci, pokazy albo sposób ubierania się celebrytów, który kopiują masy – czyli to wszystko, co ja nazywam branżą mody, przemysłem zajmującym się produkowaniem ubrań, ich reklamowaniem i noszeniem.
Tymczasem moda w ujęciu antropologicznym oznacza sposób, w jaki posługujemy się ubraniem, od słowa „modus”, czyli właśnie „sposób”. W związku z tym jest to temat uniwersalny, bo dotyczy każdego. Tak jak każdy z nas musi coś zjeść, żeby żyć, tak samo nie chodzi po świecie bez ubrania – z powodów związanych z ochroną ciała, ale i z powodów psychologicznych. Moda to tak naprawdę bardzo tajemnicza i paradoksalna dziedzina, bo to, co nosimy na zewnątrz, jest jednocześnie bardzo intymne. W końcu dotyka naszego ciała, ale też bierze się z naszych indywidualnych, często nieuświadomionych procesów.
Ubrania wybieramy nie tylko z czysto estetycznych pobudek, ale też dlatego, że się kogoś boimy albo chcemy na kogoś pozować; ochronić się lub wzmocnić. Jest to jednocześnie nasza bardzo prywatna, indywidualna i idiomatyczna mowa, jak i publiczna komunikacja. Z jednej strony ubranie opisuje mnie – to, jaka jestem, co jest dla mnie ważne i tym podobne, z drugiej – opisuje wielkie systemy społeczne i to, do jakiego „klubu” się dzięki niemu zapisuję, w jaki sposób społeczeństwo chce mnie oznaczyć czy skategoryzować.

Na studiach zdałam sobie sprawę, że właśnie tym językiem chcę się zajmować. Założyłyśmy z koleżankami zespół do badań nad modą, zaczęłyśmy tłumaczyć teksty, organizować konferencje. Chciałyśmy przywrócić modzie poważne miejsce w dyskursie społecznym. Wyjąć ją z półki, na której utknęła pod koniec lat 90., czyli tej z etykietką fanaberii czy ekscesu.

Czegoś, na co mogą sobie pozwolić nieliczni, bo najbogatsi.
Właśnie. Tymczasem jeśli chodzi o Polskę, moda zajmowała i nadal zajmuje wyjątkowe miejsce w komentowaniu naszej historii i tożsamości. W przeciwieństwie do wielu innych krajów nie mamy stworzonej branży mody, umocowanej w przemyśle czy państwowości, zero zwyczajów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. To się nie wydarzyło, bo przez cały XX wiek przez nasz kraj przetaczały się różnego rodzaju kryzysy i katastrofy. To, jak się ubieraliśmy, odzwierciedlało więc to, na co mogliśmy sobie pozwolić, w czym czuliśmy się bezpiecznie, czym była dla nas normalność, ale też jak mogliśmy wyrazić siebie. Bardzo lubię określenie Marii Jezierskiej, autorki ważnej dla powstania moich książek pracy, że „moda jest prawem człowieka”. I to wybrzmiewa w naszej XX-wiecznej historii.

Mnie polska moda kojarzy się z kombinowaniem, czyli połączeniem zaradności i wyobraźni.
Musieliśmy być twórczy. Ta twórczość była niejako koniecznością, w dodatku wymierzoną w system. Zarówno w latach 60. i 70., czyli w czasach buntu Barbary Hoff, jak i wcześniej, w latach 50., czyli w czasach bikiniarzy, kociaków i bazarów, na których można było kupić rzeczy wybijające się z szarej rzeczywistości PRL-u.
Kiedy studiowałam, usłyszałam o projekcie „Powstanie w bluzce w kwiatki” Fundacji „Feminoteka”. Dziewczyny nakręciły krótki dokument, w którym powstanki warszawskie mówiły o tym, jak – jako kobiety – pamiętają powstanie. Zamiast o działaniach wojennych opowiadały jednak o tym, co miały w torebkach, jakie miały na sobie sukienki i dlaczego takie; jak sobie radziły z menstruacją, ale też że chciały wyglądać ładnie dla chłopaków, by podnieść im morale i pokazać Niemcom, że są zadbane. Jeśli miały zginąć, to wolały zginąć piękne – i mówiły o tym wprost. To było dla mnie wstrząsające. Postanowiłam, że zacznę zgłębiać temat rzeczy osobistych w trakcie wojny, ale właśnie w optyce kobiet.

Poetka Zuzanna Ginczanka w Równem, rok 1934. Zginęła w 1944. (Fot. East News)

Czyli takiej, w jakiej – choćby o powstaniu – nieczęsto mówiono.
Bo dotyczyła ciała, nie ducha. „Głupotek”, jak byśmy powiedzieli, nie heroicznych czynów. Odkryłam, że ta „kobieca” opowieść jest właśnie arcyludzka, bliska nam wszystkim, także mężczyznom. Oni po prostu są wychowywani do tego, by nie zauważać, zapominać, ignorować te doświadczenia. Tymczasem to jest właśnie materia historii – to, co przeżywamy, o czym myślimy, co robimy dzień po dniu i jak to robimy. Nie dokumenty, traktaty, ustawy.

Taka materia nie jest zwykle szanowana przez tak zwaną wielką historię.
Bo wydaje się zbyt banalna, może nawet zbyt intymna. Jakby miała zepsuć decorum, zedrzeć pozłotkę, odbrązowić. A przecież tylko tak można młodszym pokoleniom pokazywać, jak kiedyś było – pozwolić im to poczuć, dotknąć prawdy. Pewnie wygodniej jest powiedzieć, że to było „niewyobrażalne” i „nie może się powtórzyć”, że to nie byli ludzie, tylko jakieś anioły i demony. Tylko to nie pozwala zrozumieć.

Portret kobiety w getcie warszawskim wykonany nielegalnie przez oficera Wehrmachtu Willego Georga, 1941. Ewa Kurc (Ewa Drewnowska) przeżyła Zagładę. (Fot. materiały prasowe)

Przypomina mi się to, co usłyszałam, zdaje się, w filmie „Shoah” Claude’a Lanzmanna. Że kiedy ludzie dziwią się, czemu Żydzi w obozach się nie buntowali, wystarczy wyobrazić sobie, co czujesz, kiedy jesteś rozbierana do naga, na zimnie i na oczach wszystkich. Jedyne, o czym myślisz, to by jak najszybciej się skończyło, by gdzieś się schować, przebiec, móc się wreszcie ubrać.
I już rozumiesz, czemu ci, którzy się buntowali, to byli przeważnie pracownicy Sonderkommando, czyli nakarmieni, ubrani, mieszkający we względnie dobrych warunkach. Oczywiście wykonywali najgorszą możliwą pracę, ale mieli chociaż chwilę, by usiąść ze sobą – w stanie zadbania o podstawowe potrzeby ciała – i omówić coś, zorganizować się. A jeśli wydzierasz między jedną śmiercią a drugą chwilę dla siebie, to wykorzystujesz ją po to, by zaczerpnąć oddechu i mieć siłę uniknąć kolejnego zagrożenia. To takie przeskakiwanie z jednego kamyczka na drugi.
Ludziom przybywającym do obozów odbierano na wstępie wszystko. To jest niezwykle dotkliwe, ale i surrealne. Wyobrażali sobie, że może ich czekać na miejscu śmierć albo tortury, ale myśleli, że przynajmniej będą umierać godnie. Czyli w ubraniu. Że nie zostanie im odebrana ich tożsamość, osobowość społeczna, ich człowieczeństwo. Jak się nad tym zastanowić, to było to arcyperfidne ze strony hitlerowców. Sprawiali, że więzień przestawał być postrzegany jako osoba, sam siebie nawet tak nie postrzegał. A skoro nie jesteś osobą, to można cię unicestwić bez problemu.

W „Rzeczach osobistych” piszesz, że bycie ubranym, najedzonym i umytym to podstawa godności człowieka.
Co ciekawe, nawet dzięki samej sugestii wykonywania tych czynności, na przykład symulowaniu mycia się czy też drobnej zmianie w stroju – wypastowaniu butów śliną czy zawiązaniu szmatki na szyi – ludzie sobie tę godność niejako przywracali. Wiele jest takich świadectw. To pozwalało im przypomnieć sobie, że są warci troski i ważni, ale też pozwalało innym to zauważyć, dostrzec w nich ludzi. Często chroniło nawet przed śmiercią. Przy czym to wszystko działo się intuicyjnie, nie było omawiane czy komentowane. To było dla mnie najbardziej niesamowite odkrycie podczas pracy nad pierwszą książką.
Na przykład Martin Greenfield (wtedy Maximilian Grünfeld) zorientował się, że jak założy zdobytą koszulę esesmańską pod pasiak, to będzie „niedotykalny”, bo będzie dobrze wyglądał i wszyscy strażnicy będą go przepuszczać na apelach. I tak się działo. Wzruszające jest, że on zachował to myślenie o mocy stroju przez całe życie. Po wojnie założył w Nowym Jorku firmę, która szyje garnitury dla amerykańskich sław, w tym prezydentów. Jak widać, w obozie moc stroju zamiast się zmniejszać czy marginalizować, tylko się zwiększała, wyostrzała.

Cofnijmy się na chwilę do twojej opowieści. Doszłyśmy do wojny...
Zaczęłam zajmować się wojną, okupacją, powstaniem warszawskim, ale jednocześnie uczęszczać na zajęcia profesora Jacka Leociaka, któremu zresztą w książce ogromnie dziękuję za inspirację. Profesor prowadził zajęcia z getta warszawskiego językiem akademickim, ale jednocześnie pełnym emocji, zmysłowym. Zauważył, że interesują mnie moda i życie codzienne, zachęcił do poszukiwań również w swojej dziedzinie. Dzięki niemu znalazłam periodyk o nazwie „Gazeta Żydowska”, a w nim rubrykę „Poradnik dla gospodyń”. Anonimowa autorka pisała, co robić z ubywającymi zapasami jedzenia i z ubywającą garderobą. W getcie nie istniała żadna wymiana czy handel, trzeba było dawać sobie radę z tym, co się ma. Dlatego zszywano ze sobą ubrania albo używano zasłon czy obrusów. Nawet nie po to, by okryć ciało, tylko by się upiększyć. Pamiętam piękne passusy o tym, że kaprysy pani mody trwają nadal, mimo wojny. I że zszywanie rzeczy to tak naprawdę praca nad naprawą rzeczywistości.
Przeczytałam potem wiele dzienników i wspomnień, najciekawsze były dla mnie pensjonarskie pamiętniczki, bo młode dziewczyny właściwie się w nich nie cenzurowały. Pisały, że chcą się podobać albo że – tak jak Janina Bauman w „Zimie o poranku” – marzą, by mama pozwoliła im chodzić w sukience dla dorosłych, a nie w za małej, czerwonej; więc mówią jej, że w czerwonej są łatwiejszym celem dla strażników. Pokazywały, że życie w cieniu śmierci to też jest odwaga, a nawet heroizm.
A potem pomyślałam, że powinnam za tymi bohaterkami pójść dalej, do bydlęcych wagonów wiozących ich do obozów koncentracyjnych i zagłady. Tylko czy wypada mi im dalej towarzyszyć? Ale skoro jadą z nimi też ich rzeczy, ich ubrania – to może jest to mój obowiązek?

Irena Seńko-Pełka, rok 1943, komando Felin na Majdanku. Widać jej starannie zapleciony warkocz. Prawie wszyscy jakimś drobiazgiem (paskiem, szmatką we włosach) pragną przesłonić nie tylko brzydotę obozowego stroju, lecz w ogóle jego istnienie. (Fot. materiały prasowe)

I tak trafiłaś do Auschwitz.
W Auschwitz-Birkenau brałam najpierw udział w badaniach na zupełnie inny temat. Poprosiłam doktora Wojciecha Płosę, który jest kierownikiem archiwum, by wpisał słowo „moda” w wyszukiwarkę. Oboje byliśmy bardzo zaskoczeni, bo znaleźliśmy pracę wspomnianej Marii Jezierskiej „Moda w Auschwitz”. Po części była jej wspomnieniami, a po części próbą przyjrzenia się tematowi ubrań w obozach. Napisała ją w latach 70. na konkurs muzeum, bo zauważyła, że brak tego tematu w świadectwach z czasu wojny. Konkursu nie wygrała, ale praca została w archiwum. Czułam, że to, że ją znalazłam (albo ona mnie), coś znaczy. Że powinnam podążyć za tymi bohaterami, drążyć temat. I tak zrobiłam. Najpierw w muzeum Auschwitz, potem na Majdanku, w Sztutowie, w Ravensbrück, w muzeach w Polsce, Wielkiej Brytanii i Izraelu. Stopniowo rodził się pomysł na pierwszą książkę. Opisuję w niej doświadczenia więźniów od wejścia, czyli momentu rejestracji, która była swoistym wymazywaniem tego, kim są, i przydzielania im uniformów obozowych. Potem poprzez różne grupy więźniów pokazuję, jakie znaczenie miało ubranie, a następnie przechodzę przez wyzwolenie obozów, czyli trudny moment powrotu do rzeczywistości. Druga część książki mówi o tym, w jaki sposób zdecydowaliśmy się o tym doświadczeniu pamiętać. Albo i nie pamiętać. Jakie rzeczy uznaliśmy za skarby, a jakie za śmiecie. Dlaczego tyle dekad pewne kwestie były przemilczane lub niezauważane.

Z tej książki dowiedziałam się, że pasiak, który do dziś kojarzymy jako żywy symbol pamięci o obozach – do tego stopnia, że wszelkie zapożyczenia tego wzoru, jakie robi współczesna moda, są od razu oprotestowywane – jest w pewnym sensie mitem.
A właściwie tylko fragmentem opowieści o obozach. Pasiaki miały być obozowym strojem – z różnych, także historycznych powodów. Natomiast potem okazało się, że obozy tworzą się prędko i w sposób nieskoordynowany. Transporty są liczne, a produkcja i dystrybucja pasiaków nie nadążają.

Władze zaczęły wydzielać cywilne ubrania z transportów, ale robiły to tak perfidnie, że często dochodziło do takich sytuacji, jakie opisujesz. Że na apelu jedna kobieta nosiła suknię balową, a druga – dziecięcy sweterek.
Polecam wszystkim oglądanie zdjęcia z albumu Lili Jacob, o którym mówisz, z lupą w ręku. Wtedy jeszcze wyraźniej można dostrzec absurdalne detale. Widać, że każdy strój jest inny, że każdy but jest inny, jeśli jest. To, co więźniarki pisały w swoich wspomnieniach – że czuły się jak członkinie cyrkowej trupy, że się w ogóle nie rozpoznawały czy odreagowywały swój wygląd śmiechem – nabiera sensu. Widzisz, że te ubrania naprawdę miały je ośmieszyć. Bo jeśli dostajesz w obozie suknię balową, to ma ci ona powiedzieć: „Nie łudź się, że kiedykolwiek założysz ją w innych warunkach, że w ogóle stąd wyjdziesz”. To jest drwina, kpina, tortura. Nie mówiąc o tym, że taka suknia była cienka, przewiewna i kompletnie niepraktyczna. Czyli zabójcza w warunkach obozowych. Więźniowie i więźniarki z czasem zatęsknili za pasiakami, które dawały przynajmniej poczucie, że są wspólnotą. Że są adekwatni.

Ty dopiero w muzeum, które stworzył mieszkaniec Oświęcimia Dagmar Kopijasz – wspaniała postać – zobaczyłaś biustonosz uszyty własnoręcznie przez więźniarkę. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że kobiety nie dostawały w obozach biustonoszy. Albo kwestie menstruacji. Jako młoda dziewczyna zawsze się nad tym zastanawiałam – jak kobiety w obozie radziły sobie z miesiączką. No więc często nie musiały – bo z powodu stresu i wycieńczenia sama się zatrzymywała...
Czym zresztą były przerażone, bo obawiały się, że już nigdy nie wróci. Że odebrano im nie tylko kobiecość, urodę i marzenia, lecz także szansę na zostanie matkami.
Podczas mojego researchu do książki pojechałam do Izraela, gdzie odwiedziłam dom spokojnej starości dla ocalałych z Zagłady w Hajfie, który jest też muzeum. Spotkałam niesamowitą kobietę: Tami Sinar. Jej mama była ocalałą i opowiadała, że kiedy po raz pierwszy trafiła po wojnie do Izraela, czuła się obywatelką drugiej kategorii. Ocalałym dawano do zrozumienia, że coś jest z nimi nie tak. Co takiego zrobiły, że przeżyły, skoro tyle zginęło? Jakimi będą żonami, matkami? Zresztą wojna odbiła swoje piętno także na ich zdrowiu i wyglądzie. Tami razem ze znajomymi z pracy wymyśliła więc pewien rodzaj terapii, który nazwali wyborami Miss Holocaust Survivor. To niby-konkurs piękności, podczas którego te dziś już wiekowe kobiety są ładnie ubierane i malowane. Wychodzą na scenę, ale po to, by opowiedzieć swoją historię. Idea jest taka, by pokazać, że są piękne, ale i silne. Że nie są obywatelkami drugiej kategorii. Konkurs jest bardzo popularny w Izraelu, opisuję go w swojej drugiej książce „Historie osobiste”. To ukoronowanie prawa do własnej pamięci o wojnie, która kobietom też została odebrana. Czy wiesz, że dopiero w 1985 roku zorganizowano konferencję naukową, na której stwierdzono, że los kobiet Holokaustu był szczególny, inny niż mężczyzn?

Młode Żydówki opalają się w getcie warszawskim po ukończeniu matury, 6 lipca 1942. Tylko dwie z nich przeżyły Zagładę. (Fot. materiały prasowe)

Twoje bohaterki powtarzają: jeśli przestajesz o siebie dbać, spadasz po równi pochyłej. Jedna z więźniarek zachowała przez cały pobyt w obozie i wojnę ogryzek szminki, który potem ofiarowała instytutowi Yad Vashem. Inne poświęcały swoje dzienne racje żywnościowe, by zdobyć igłę i nitkę, mydło...
I okazywało się, że są rzeczy ważniejsze niż jedzenie. Bo jeśli dbam o siebie, to znaczy, że jestem ważna, warta tego, by przeżyć. Tak wiele rzeczy robimy codziennie odruchowo, że wydają się nieważne. Tymczasem kiedy zostaje nam odebrana szansa na ich wykonywanie, zdajemy sobie sprawę, jak bardzo to one właśnie sprawiają, że jesteśmy ludźmi. W obozie takie czynności były bardziej ryzykowne. Te wszystkie wybory związane z tym, że nie zjem, ale zorganizuję sobie chustkę czy koszulę – to było realne narażenie się na śmierć. Ale większość więźniów uznawała, że jest to tego warte. Psychologicznie – dla mnie samej czy samego, ale też w ramach strategii przetrwania. Bo jeśli widzę w drugiej osobie jednostkę, to się z nią liczę. Wiele osób wspomina, że dobry wygląd uchronił ich przed karą czy nawet rozstrzelaniem.

Dobrze wyglądać – co to właściwie znaczyło?
Piszę o tym w rozdziale „Moda mimo wszystko”. Jeden z więźniów, Leon Weintraub, powiedział, że bycie dobrze ubranym to zachowanie godności. A godność znaczyła bycie sobą. Były to te wszystkie zabiegi prasowania chustki ciężarem swojej głowy czy wiązania jej tak, jak się lubi czy jaką się ma fantazję. Dopasowywanie pasiaków, pastowanie butów. Mężczyźni chcieli w ten sposób podnieść się choć o oczko w hierarchii więźniów.

Druga definicja, bardziej kobieca, to szukanie piękna. Alicja Gawlikowska, która była moją duchową przewodniczką po tematach związanych z ubraniem i pierwszą osobą, do której poszłam, jak już się obkułam z archiwów i wspomnień, powiedziała mi: „Dziecko, najważniejsze w obozie było ustroić ten czas”. I to dosłownie. Bez tego nie miałoby się siły, by walczyć o kolejny dzień, wykonywać pracę ponad siły, by po prostu trwać. Na przykład Alicja oddała raz pół porcji chleba pewnej Romce za sukienkę w kwiaty. Dziś wydaje się to głupie, ale jej to poprawiło humor i podniosło morale. Po prostu, tak jak my dzisiaj, zobaczyła tę sukienkę i wiedziała, że musi ją mieć. Przypominała jej, że istnieje piękno na świecie. W obozach były nawet trendsetterki, na przykład strażniczki czy więźniarki na specjalnych prawach, którym pozwalano choćby farbować włosy.

Bycie dobrze ubranym to był wyraz tęsknoty za pięknem i godnością, ale też utrafienie w taki rodzaj wyglądu, który pokazywał, że jesteś osobą, a jednocześnie nie prowokował. Wyglądać dobrze znaczyło – tak żeby przeżyć.

A jak dziś podchodzimy do tego sformułowania – „dobrze ubrani”? Mówisz o tym między innymi w podcaście „Ubrani”.
Chciałabym bardzo, żeby to wszystko, o czym piszę w „Rzeczach osobistych”, oprócz ukazywania prawdy o tamtych czasach mówiło też taką prostą rzecz, że ubranie jest ważne. O tym też mówię w swoich podcastach. Dla mnie „być dobrze ubranym” znaczy zatroszczyć się o swój i cudzy dobrostan. Niezależnie od tego, czy jesteś osobą w spektrum, osobą z niepełnosprawnością, osobą w kryzysie bezdomności, aktywistką, pisarką, czy pracujesz w sklepie. Ubrania powinny być ładne i przyjemne, ale też wygodne i funkcjonalne. To nie są już czasy dla projektantów wizjonerów w stylu Alexandra McQueena, ale dla projektantów pozytywistów. Dla myślenia o modzie jako o języku, który ma nam pomóc siebie lepiej rozumieć, być etyczny, inkluzywny i opiekuńczy. Tak, chciałabym, by moda się nami opiekowała.

A czego o modzie nauczyła nas pandemia?
Przede wszystkim byliśmy zamknięci w domach i mogliśmy się w ogóle nad modą, tak jak nad wieloma rzeczami, na które nie było wcześniej czasu, zastanowić. Z jednej strony doceniliśmy bezpieczne i wygodne ubrania, które owijają nas niczym kokon, czyli dresy, bluzy czy piżamy, z drugiej – zapragnęliśmy ubierać się bardziej elegancko, w sposób zwracający uwagę.
Ja podczas pandemii zdałam sobie sprawę z tego, że dzisiaj chodzi o to, by odebrać jak najwięcej dziedzin kapitalizmowi. Nasze bycie z rzeczami to nie jest opowieść o produktach i zakupach – mam nadzieję, że walec pandemii rozjechał trochę to podejście. Nasze bycie z rzeczami to opowieść o wspomnieniach, podarkach, randkach, stratach i przyjaźniach. Może znajdziemy wreszcie czas na to, by się w siebie wsłuchać i zastanowić nad tym, co mamy w szafie. To byłoby dobre i dla nas, i dla planety.
„Rzeczy osobiste” ukazały się tuż przed wybuchem pandemii, wiele osób czytało je podczas kwarantanny. Kobiety pisały mi, że ta książka, jak żadna, podnosiła je na duchu, bo właśnie po jej lekturze postanawiały o siebie bardziej zadbać. Opowieść o modzie w obozach uświadomiła im, że to, w jakiej piżamie śpią i w czym chodzą po domu, nie jest żadną błahostką.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze