1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

„Między mną a moją bohaterką jest wiele podobieństw” – Alicia Vikander o roli w serialu „Irma Vep”

Alicia Vikander, laureatka Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej za rolę w „Dziewczynie z portretu” (2015) Toma Hoopera. Ma na koncie także role między innymi w „Kochanku królowej”, „Ex Machinie”, „Tulipanowej gorączce”. (Fot. Bjorn Larsson Rosvall/Forum)
Rola aktorki wcielającej się w inną bohaterkę to ciekawe doświadczenie. Zwłaszcza jeśli najnowszy serial, o którym mowa, powstał na podstawie głośnego niegdyś filmu i jeśli po latach nakręcił go ten sam ceniony reżyser. Skomplikowane? Laureatka Oscara Alicia Vikander opowiada o wyzwaniu, jakim była praca nad „Irmą Vep”.

Pamiętam ten kostium jeszcze ze studiów! Bo to wtedy obejrzałam film „Irma Vep”. Czarny, superobcisły strój kobiety szpiega – czy mi się wydaje, czy ten twój jest jakoś inaczej skrojony, w każdym razie robi inne wrażenie.
Przylega jak druga skóra, ale jest bardzo miękki. Tym razem to mieszanka aksamitu i jedwabiu, przyjemna w dotyku, ale i bardzo ciepła. Zdjęcia w okresie letnim – to dopiero było wyzwanie! Za to z przyjemnością wspominam chwile, kiedy kręciliśmy nocami, na paryskich dachach. Wszyscy drżeli z zimna, a mnie było cieplutko i przyjemnie [śmiech].

Ciekawe, bo ta zmiana – z lateksu albo być może z połyskującej skóry na przyjazny aksamit i jedwab – ma według mnie głębsze znaczenie. W nowej wersji „Irmy Vep”, w tym, jak została wymyślona i pokazana, dopatruję się znaku naszych czasów.
Nie mam wątpliwości, że ktokolwiek pozna Irmę, będzie ją postrzegał jako fascynującą postać o potencjale współczesnej ikony. I tak, odbyliśmy pewnego rodzaju podróż w czasie, próbując zrozumieć, co taka postać oznaczała w połowie lat 90. [kiedy kręcony był film „Irma Vep” – przyp. red.] i co może oznaczać dziś. Jeśli przyjrzymy się temu, co stało się w kinie w ostatnim czasie, nietrudno zauważyć, że pojawiło się bardzo dużo superbohaterek. Ubranych w najróżniejsze warianty słynnego obcisłego trykotu superbohaterki, ale co najważniejsze – mających supermoc stanowienia o sobie.

Zgodzę się, że założenie tego niezwykle obcisłego kostiumu dla mnie nie było już niebezpieczne, nie uprzedmiotawiało mnie, nie robiło ze mnie zabaweczki. Tak więc oprócz tego, że ten strój jest hołdem dla oryginalnej bohaterki, to w pewnym sensie jest to także symbol siły, bo kobieta w takim kostiumie dziś kojarzy się właśnie z siłą.

Tytułowa Irma Vep – ten pseudonim to anagram słowa vampire, co dla fabuły też ma znaczenie – jest bohaterką, którą gra twoja postać: Mira, aktorka. Trochę ciężko opowiada się o waszej szkatułkowej produkcji odbiorcom, którzy nie znają oryginału z lat 90. Najprościej rzecz ujmując – francuski mistrz kina Olivier Assayas nakręcił serial na podstawie własnego filmu. I to filmu odwołującego się między innymi do klasyków ekranu. Ale i do tego, co w kinie dzieje się dzisiaj. Rozbawiła mnie scena, w której Mira rozmawia o propozycji udziału w kolejnym filmie Marvela.
Zapraszamy widzów na plan zdjęciowy, pokazujemy etap przygotowania filmowej produkcji, pozwalamy zajrzeć za kulisy. Tak został pomyślany scenariusz, ale w ogóle „Irma Vep” także we mnie osobiście uruchomiła różne odczucia i refleksje. W czasie kręcenia kolejnych scen wielokrotnie łapałam się na myśli, że czuję się inaczej niż zazwyczaj. Że wszystko dookoła jest jakieś bardziej prawdziwe, nieopakowane w hollywoodzki glamour. Bo faktycznie dotykamy naszej – filmowców – codzienności. Co też było dla mnie źródłem ekscytacji. Ludziom wydaje się, że aktorstwo równa się uprzywilejowanie, czerwony dywan i profity, ale przecież nasz zawód to też znój, pot i łzy, przede wszystkim właśnie kulisy, czyli cała masa pracy wkładanej w to, żeby stworzyć ekranową magię. W serialu pokazujemy wszystkie te szczegóły: taśmę na podłodze, która jest dla aktorów wskazówką, gdzie należy stanąć. Albo te wszystkie dziwne pozy, które obieramy i które dopiero w kamerze wyglądają naturalnie.

Także wspomniana przez ciebie rozmowa o Marvelu jest mi w jakiś sposób bliska, bo sama brałam udział w blockbusterach. Z jednej strony było to świetne doświadczenie, wielka frajda szczególnie dla kogoś, kto sam jako widz takie filmy od czasu do czasu lubi. Ale jednocześnie zawsze bardzo ważne było dla mnie poszukiwanie różnorodnych doświadczeń i znajdowanie takich ról, w których czuję się spełniona, takich projektów, które chcę współtworzyć. Myślę, że w tym sensie między mną a moją bohaterką jest wiele podobieństw.

A co z różnicami?
Ona czuje się wypalona po latach obecności w nastawionej na zysk branży i dlatego jedzie do Paryża, zostawia ojczyznę, pali za sobą mosty. Sama nie do końca rozumie dlaczego, ale wie, że jest to jej potrzebne. Znajduje się w momencie zawodowego i osobistego kryzysu i zagranie jej wymagało ode mnie dogłębnego, analitycznego spojrzenia na mój własny zawód.

Mira jest Amerykanką, która przybywa do Francji i nie do końca odnajduje się w europejskiej kulturze.
Tak i akurat w tej kwestii mogłam wykorzystać na planie swoje własne doświadczenia. Tylko że ja byłam w sytuacji odwrotnej, bo urodziłam się w Europie, a konkretnie w Szwecji, z której potem jako 22-latka wyjechałam, żeby pracować za granicą [pierwszym anglojęzycznym filmem Vikander była adaptacja powieści Lwa Tołstoja „Anna Karenina” z Keirą Knightley w roli głównej, gdzie Szwedka zagrała Kitty – przyp.]. Dopiero kiedy wyprowadziłam się ze Szwecji, dostrzegłam w kulturze swojego kraju pewne rzeczy, które wcześniej były dla mnie niewidoczne. Zagraniczne filmy pozwalały mi zyskać dystans i nową perspektywę.

Zarówno w oryginalnym filmie, jak i w nowym serialu Twoja bohaterka zostaje przez swoją postać w jakiś sposób pochłonięta, zawłaszczona. Myślę, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie dobre aktorstwo – aktor zapada się w postać. Co sądzisz o takiej koncepcji?
Aktorstwo to raczej nauka odpuszczania, żegnania się. Kiedy kończę grać postać, muszę się z nią na dobre rozstać. Nie jestem aktorką, która hołduje metodzie Stanisławskiego, nie oddaję się rolom bezgranicznie. Uważam, że w kreowaniu nowych ról zawsze jest coś radosnego, coś terapeutycznego.

A jak pracowało Ci się z reżyserem Olivierem Assayasem? Miałam okazję rozmawiać także z nim i sam przyznał, że obrał dość nietypową metodę pracy.
Praca z Olivierem to czysta przyjemność. Możesz mi wierzyć, wiem, co mówię, bo w przeszłości miewałam różne sytuacje na planie. Nie zawsze było tak miło, nie zawsze miałam tak wspierającą ekipę, nie zawsze czułam się tak bezpiecznie. Tymczasem na planie „Irmy Vep” było tak, jak powinno być, wszystko, co traumatyczne, działo się przed kamerą, nigdy poza.

Co do samej metody pracy – na bieżąco obserwowałam, jak Olivier pisze kolejne odcinki serialu. Dostawałam kolejne materiały w transzach, fragmentach. Co rusz dostawałam też palpitacji serca, gdy widziałam, ile będę miała tekstu do powiedzenia na raz. Dziewięć stron zapisanych drobnym maczkiem było normą [śmiech], a jakby tego było mało, w czasie wypowiadania tej kwestii moja bohaterka przechodziła przez rozmaite pomieszczenia, z czego każde wymagało rozbudowanej choreografii. Wyzwanie spore, ale słodka nagroda jest o wiele ważniejsza niż trud włożony w rolę. Nie zamieniłabym tego doświadczenia na żadne inne – trafiła mi się unikalna szansa obserwowania na żywo, jak moja postać się rozwija, poznawałam kolejne jej ekranowe wcielenia. Myślę, że właśnie dlatego tak wiele aktorów chce pracować z Assayasem. Dostajemy szansę żywego, spontanicznego reagowania na tekst. Ja na pewno nigdy wcześniej takiej szansy nie dostałam i to doświadczenie było wspaniałe. Granie w tym serialu było dla mnie również zabawne.
Oliviera traktuję niemal jak istotę boską. Oglądając jego filmy, zawsze myślałam, że ma niesamowity umysł, wszystko wie, jest najprawdziwszym geniuszem. I to chyba dlatego, przyjmując rolę w serialu, założyłam, że na pewno wszystko ma poukładane na milion lat przed rozpoczęciem zdjęć. Tymczasem kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz na planie, usłyszałam: „Wiesz, ja sam do końca nie jestem pewny, co z tego wyjdzie, dziś się okaże, co my tu właściwie kręcimy”.

To musiało być nieco dezorientujące.
Zaraz po tym pomyślałam, że przecież ja sama podobnie postępuję jako aktorka. Każdy dzień pracy jest jak stawianie nowego przęsła mostu. Często kręcimy sceny nie po kolei i dopiero na samym końcu wszystko układa się w spójną całość, zaczyna się rozumieć, kim się jest. Wtedy można zyskać dystans, omieść całość wzrokiem i powiedzieć: „Aha, a więc tak to wygląda!”.
A po drodze trzeba zaufać reżyserowi, całej ekipie, wierzyć, że wszystko to prowadzi do szczęśliwego, udanego finału.
Zaufać musiałam też swojej bohaterce, trochę jak dorastającemu dziecku. Wypuścić ją w świat, gdzie zafunkcjonuje już niezależnie ode mnie. Na własnych zasadach.

Alicia Amanda Vikander dorastała w Göteborgu. Laureatka Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej za rolę w „Dziewczynie z portretu” (2015) Toma Hoopera. Ma na koncie także role między innymi w „Kochanku królowej”, „Ex Machinie”, „Tulipanowej gorączce”. W grudniu 2014 roku, na planie filmu „Światło między oceanami”, aktorka związała się z Michaelem Fassbenderem, z którym wychowują urodzonego w 2021 roku syna.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze