1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Kilka prostych zasad – rozmawiamy z Hari Kunzru, autorem książki „Czerwona Pigułka”

Hari Kunzru (rocznik 1969), brytyjski pisarz i dziennikarz. Jest autorem powieści (między innymi: „Impresjonista”, „Transmisja”), opowiadań, podcastów i licznych tekstów o współczesnej technologii, kulturze i muzyce. Ojciec dwójki dzieci, mieszka w Nowym Jorku z żoną Katie Kitamurą, również pisarką i dziennikarką. Jego najnowsza „Czerwona pigułka” ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. Clayton Cubitt)
Czy mamy prawo do prywatności? Odpowiedź mogłaby się wydawać oczywista, ale Hari Kunzru, autor wydanej niedawno „Czerwonej pigułki”, każe nam się zastanowić, czy faktycznie mamy taki wybór. I co my możemy zrobić, żeby go jednak mieć.

Twoja ostatnia książka „Czerwona pigułka” opowiada o pisarzu, który cierpi na kryzys twórczy. Żeby przełamać impas, zostawia w domu żonę i córki i jedzie na stypendium artystyczne do Berlina. A potem kolejno do Paryża, Szkocji, a my obserwujemy, jak wpada w coraz większe rozedrganie. Masz ze swoim bohaterem coś wspólnego, poza wykonywanym zawodem?
Sam początek tej powieści zawiera wątek osobisty, bo rzeczywiście kilka lat temu pojechałem na półroczne stypendium do Berlina. Tyle że z rodziną. Natomiast już wtedy chciałem napisać powieść, w której moim bohaterem byłby mężczyzna przeżywający kryzys życiowy. On co prawda po prostu nie może napisać książki, a to, umówmy się, nie jest aż taki duży problem. (śmiech) I na szczęście jego kryzys nie skutkuje romansem czy definitywnym porzuceniem domu, za to wywołuje w nim tak silny niepokój, że mój bohater nie jest w stanie opowiedzieć o tym swojej żonie. Niepokój mojego bohatera, który nie ma nazwy i jest trudny do wytłumaczenia, odsuwa go od tych, których kocha.

Do tego niepokoju za chwilę wrócimy, ale podrążmy inny temat. W Twojej książce trafiłam na fragment, w którym bohater mówi, jakim szaleństwem jest sprowadzanie dziś na świat dzieci. I tu znowu zapytam, jak to się ma do Twoich rozważań i poglądów.
Dla mnie decyzja o posiadaniu dzieci to zawsze wybór nadziei, wybór życia. Sam zostałem ojcem w wieku 40 lat, więc przez długi czas byłem wolny od trosk, nie obawiałem się ryzyka. Ale pamiętam ten moment, kiedy na porodówce trzymałem w ramionach mojego syna, za oknem szalała śnieżyca, a ja przyniosłem żonie złe wieści, bo duży przelew, który miał przyjść, nie przychodził. „I proszę – pomyślałem sobie, patrząc na syna. – Powinienem być przygotowany na danie ci życia i sprowadzenie na ten świat, całkowicie bezbronnego, a nie jestem”. Bardzo niewielu mężczyzn pisze o tej zmianie i o tym ryzyku, z jakim nagle stają oko w oko. Myślisz, że sobie ze wszystkim świetnie poradzisz, ale ta zmiana jest dogłębna i szokująca.

Bohater „Czerwonej pigułki” wyjeżdża, żeby pobyć sam ze sobą, tymczasem trafia do miejsca, gdzie na prywatność nie ma szans. Zapis drobnym druczkiem w umowie, którego nie doczytał: praca we wspólnej sali, posiłki z innymi, cały czas na widoku, pod kontrolą. Pod groźbą kar pieniężnych i wydalenia z ośrodka pracy twórczej. Uważnie przyjrzeć się rozterkom dotyczącym obrony i granic prywatności – do tego właśnie nas, czytelników, prowokujesz.
Bo uważam, że dla mojego zdrowia psychicznego takie granice są bardzo ważne. Chcę wiedzieć, kiedy jestem osobą publiczną, a kiedy prywatną. Kiedy słucha mnie ktoś (lub coś – na przykład urządzenie w rodzaju Alexy), mimo że nie wyraziłem zgody, żeby mnie słuchał. Albo dlaczego właśnie teraz i tutaj w hotelu, gdzie rozmawiamy, nagrywają nas kamery. Najszczęśliwszy jestem, gdy mam na to wpływ. Uważam, że musimy bronić naszej prywatnej przestrzeni, nawet tej w głowie, bo nam się ją kawałek po kawałku odbiera.

(Fot. materiały prasowe)

Technologie coraz wyraźniej ingerują w naszą codzienność, prowadzimy życie towarzyskie w social mediach, naprawdę trudno już rozróżnić, co jest prywatne, a co publiczne. Jak według Ciebie bronić tych granic?
Jest kilka podstawowych zasad, których się trzymam i które uważam za zdroworozsądkowe. Nie umieszczam rodzinnych zdjęć w Internecie, a kiedy biorę udział w publicznym wydarzeniu, to piszę, gdzie jestem, ale nie czuję potrzeby dzielenia się moimi osobistymi doświadczeniami w sieci. Mam jasne rozróżnienie na to, co robię dla siebie i czym jestem gotów się dzielić z innymi.

Jednocześnie chętnie zabierasz głos w twitterowych dyskusjach.
Przyznam, że w ciągu ostatnich lat ograniczyłem liczbę kłótni internetowych, w jakie się wdaję. Na własnej skórze odczułem, jak to jest, kiedy ktoś dobiera ci się do skóry, ma milion followersów i zwraca te siły w twoją stronę.

Udział w internetowych kłótniach jest często aktem odwagi. Dziś media społecznościowe to prawdziwe pole minowe.
Tak, i zdaję sobie sprawę z tego, że wiele rzeczy mi uchodzi, bo jestem facetem. Wypowiem się, ludzie się nie zgodzą, czasem padną z ich strony mocne słowa, i na tym koniec. Rzadko jestem celem złośliwych, okrutnych ataków, których niestety regularnie doświadczają kobiety zabierające głos w publicznej dyskusji. To cena, jaką płacą za swoją obecność w mediach. Uważam, że wciąż za mało się robi, żeby to zmienić, i zbyt rzadko zwracamy głośno uwagę na to, w jaki sposób kobiety są uciszane w debacie publicznej.
Natomiast z własnego doświadczenia wiem, że czasem nawet niewinna, publicznie wyrażona opinia potrafi wywołać efekt śnieżnej kuli. Raz wdałem się w dyskusję na temat Erica Claptona i skończyło się na zbiorowym oburzeniu fanów, a nawet wysyłaniu mi na skrzynkę anonimowych mejli z pogróżkami. (śmiech)

Śmiejesz się – nie wygląda, żebyś się tym szczególnie przejmował.
To prawda, ale znacznie gorzej było, kiedy kilka lat temu skrytykowałem indyjskiego premiera Narendrę Modiego [przedstawiciela prawicowej Indyjskiej Partii Ludowej – przyp. red.]. Wtedy rzeczywiście stałem się ofiarą potężnego zorganizowanego nękania, które zablokowało mi sieć na całe dni, nie mogłem w ogóle używać mediów społecznościowych, dopóki się wszystko nie uciszyło.

Czyli poczułeś się uciszony.
Zdecydowanie. Miałem przedsmak doświadczenia, które potrafi być psychicznie wyniszczające dla wielu osób. A tak nie powinno być, bo przecież Internet to nasze publiczne forum, stworzone do takich dyskusji. Tymczasem techniki uciszania innych w tej przestrzeni są coraz skuteczniejsze.

Dlatego tak wielu ludzi w akcie niezgody likwiduje konta w mediach społecznościowych. Ty i ja pamiętamy rzeczywistość sprzed Internetu. Jakoś przeżyliśmy. Natomiast nasze dzieci raczej nie wyobrażają sobie już świata bez dostępu do sieci.
Bardzo się cieszę, że pewne rzeczy mnie ominęły – nie wyobrażam sobie dzielenia się swoim nastoletnim życiem w social mediach. Byłem strasznie głupim nastolatkiem, czuję się zawstydzony, kiedy myślę o sobie z tamtego czasu. To wszystko już na szczęście za mną, zostało tylko kilka fotografii. (śmiech)

A co do moich dzieci, to wiem, że mogę je przygotować na Internet, pomóc im bezpiecznie i stopniowo wejść w ten świat. A sam psychicznie już przygotowuję się na moment, kiedy mój syn zobaczy w sieci coś strasznego – wtedy będę musiał mu wyjaśnić, jak wiele zła jest na świecie, i już ta myśl sprawia mi smutek.
Choć też muszę przyznać, że moje offline’owe dzieciństwo nie było takie lekkie i niewinne. Pamiętam wiele przemilczanych spraw, o wiele rzeczy nie mogłem zapytać, upewnić się, czy ktoś przeżywa coś podobnie jak ja, czy na pewno to jest normalne.

Nie miałeś lekkiego dzieciństwa także dlatego, że jesteś dzieckiem imigrantów.
Zawsze miałem kawowy kolor skóry, dobry powód do nienawiści dla wszelkiej maści nacjonalistów. Mój ojciec jest Hindusem, matka Angielką, ale urodziłem się w Wielkiej Brytanii i uważam się za Brytyjczyka. Dlatego kiedy ktoś mi mówił w dzieciństwie, żebym wracał do domu, w domyśle – do Indii, nie mieściło mi się to w głowie. Moje dorastanie – a dorastałem w bardzo białej dzielnicy, bardzo rasistowskim miejscu – jest doświadczeniem inności, które było częścią mojej ówczesnej codzienności. I oczywiście zdarzała się przemoc, ale przede wszystkim zostało we mnie poczucie, że nie jestem stąd, nie przynależę, że muszę swoje istnienie nieustannie usprawiedliwiać. To mnie uformowało zarówno jako wypowiadającego się na różne tematy publicystę, jak i pisarza.

Podwójność Twojego pochodzenia wciąż ma na Ciebie wpływ?
Tak, to bardzo istotna część mojej osobowości. Próbowałem przekuć to na swoją korzyść, zyskać inną perspektywę. Wiem, że bycie częścią mniejszości to dobra pozycja dla pisarza, inaczej ustawia kąt patrzenia. Poza tym dzieci imigrantów, czyli moi rówieśnicy, zajmują dziś wysokie stanowiska w Wielkiej Brytanii, są liczącymi się artystami, pisarzami, ich głos jest słyszalny. No i sam jestem w dobrej sytuacji: mam dwa paszporty, trochę pieniędzy i publiczną platformę do wypowiadania się, jestem bezpieczny. Ale też potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której nie miałbym tych rzeczy. Dla mnie to ważne, żeby wykorzystać tę platformę do tego, by pomóc ludziom zrozumieć, jak to jest nie mieć tylu możliwości i władzy; kiedy ktoś postrzega cię jako gorszego, bo nie masz „właściwego” koloru skóry czy nie mówisz dobrze po angielsku. Musimy mieć klarowną politykę wspierającą uchodźców. Widzę, jak niepokojąco się ta polityka zmienia na niekorzyść przybyszów, i jest to dla mnie dowód zbliżającego się powoli końca świata.

Mówisz o kryzysie uchodźczym, ale do niego można dodać zmiany klimatu, wojnę w Ukrainie. Jest tyle końców świata.
Pamiętam upadek żelaznej kurtyny w latach 90., koniec zimnej wojny – wtedy marzenie o demokracji i wolnej gospodarce wydawało się tylko kwestią techniczną. Tymczasem żyjemy w czasach niepokoju i nasze psychologiczne doświadczenie doom scrollingu [karmienie się złymi wiadomościami w telefonie czy komputerze, scrollowanie negatywnych treści – przyp. aut.] tylko to poczucie wzmacnia. W dodatku pandemia zintensyfikowała naszą bezradność, wszyscy utknęliśmy w ekranach. Dla mnie najbardziej klarowny sposób na opisanie tych doświadczeń to stwierdzenie, że wszyscy czuliśmy się samotni razem. Łączyło nas właśnie to doświadczenie izolacji.

Lęk o przyszłość dzielisz z bohaterem „Czerwonej pigułki”. A jak Ty sobie z tym lękiem radzisz na co dzień?
Codziennie staram się pamiętać o tym, żeby być wdzięcznym. Żeby mówić bliskim, że ich kocham, żeby przeżywać każdy dzień z wdzięcznością. Mam naprawdę wspaniałe życie, choć zdaję sobie sprawę, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. Dlatego staram się tym nie dać przytłoczyć, tylko robić proste rzeczy. Zjeść dobry lunch, być miłym dla żony, ucałować dzieci na dobranoc. Ograniczać skalę swoich wyzwań. Nie poddać się melancholii.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze