7 polskich filmów, na które warto iść do kina – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych dobiegł końca. Przyznane nagrody to jedno, ale równie ważne są werdykty wydawane poza oficjalnym obiegiem. Za kulisami festiwalu, a konkretnie: we foyer gdyńskiego Teatru Muzycznego, w którym odbywają się uroczyste pokazy produkcji startujących w konkursie głównym czy w słynnym „Piekiełku”, tj. barze dawnego hotelu „Gdynia”, przy kawiarnianych stolikach, na bankietach. Czyli wszędzie tam, gdzie spotykają się i dyskutują biorący udział w festiwalu filmowcy i dziennikarze. O czym w tym roku najczęściej i najgoręcej dyskutowali?

Fałszywy ksiądz czy Ikar?

„Boże ciało” Jana Komasy i „Ikar. Legenda o Mietku koszu” Macieja Pieprzycy. Pierwszy z wymienionych filmów to historia charyzmatycznego księdza czy raczej chłopaka z poprawczaka, który księdza udaje. Z niezwykłym efektem – filmowy Daniel nawiązuje wyjątkową więź z parafianami miejscowego (rzecz się dzieje w maleńkiej miejscowości w Bieszczadach) kościoła. Drugi z filmów to biografia zupełnie zapomnianego Mieczysława Kosza. Genialnego pianisty, niewidomego jazzmana, porównywanego do światowych mistrzów i z szansą na międzynarodową karierę. Zaprzepaszczoną przez tragiczny wypadek (muzyk wypadł z okna) lub, jak się raczej podejrzewa, samobójstwo.

Kadr z filmu „Ikar. Historia Mietka Kosza”, reż. Maciej Pieprzyca, fot. materiały prasowe

To właśnie te dwa tytuły od początku festiwalu były faworytami tegorocznej edycji. Dotyczyło to samych filmów i, a może przede wszystkim, grających w nich główne role aktorów: Bartka Bieleni i Dawida Ogrodnika. Dla 27-letniego Bieleni film Komasy był debiutem – pierwszą w karierze główną rolą w kinie. 33-letni Ogrodnik odbierał w Gdyni nagrody już trzy razy (ostatnim razem dwa lata temu za „Cichą noc”). Bielenia hipnotyzuje na ekranie widzów przeistaczając się w jedną chwilę z diabła w anioła, czytaj: z brutalnego wychowanka domu poprawczego w pełnego zrozumienia i miłosierdzia kapłana. Ogrodnik, specjalista od wymagających, także fizycznie, ról odegrał niewidomego jazzmana ogromnie sugestywnie, całą gamą dostępnych aktorskich środków. Jury zadecydowało o statuetce dla tego drugiego, co we foyer komentowano jako „bezpieczny, sprawdzony wybór”.

Kadr z filmu „Boże Ciało”, reż. Jan Komasa, fot. Andrzej Wencel, Aurum Film

Tymczasem przed „Bożym ciałem” jeszcze wielka szansa. Film jest polskim kandydatem do Oscara. I chociaż Bielenia został bez gdyńskiej statuetki, trudno sobie wyobrazić mocniejszy kinowy debiut. „Czujesz falę wznoszącą?” – tym pytaniem zaczynam rozmowę z Bartkiem w „Zwierciadle”. Kto jest ciekawy odpowiedzi, temu polecam nasz listopadowy numer, który ukaże się 8 października. „Boże ciało” wchodzi do kin 11 października, a tydzień później swoją premierę będzie miał „Ikar. Legenda o Mietku koszu”, o którym także piszemy więcej w listopadowym magazynie „Zwierciadło”.

Metamorfozy

Chwilę dłużej, bo do Bożego Narodzenia, będzie trzeba poczekać na inny tytuł i mocne wejście innego aktora Pawła Wilczaka. Na festiwalu w Gdyni Wilczak był na ustach absolutnie wszystkich. A to dzięki zaskakującej metamorfozie. Bardziej niż o metamorfozę fizyczną, chociaż i o niej mówimy, chodzi o zmianę aktorskiego emploi. Tak uderzającą, że mówiła o niej dosłownie cała filmowa Gdynia. To Pawłowi Wilczakowi reżyser Marcin Krzyształowicz powierzył rolę w swoim filmie „Pan T.”. O pisarzu, który próbuje przetrwać w siermiężnych latach 50. Skazany przez władze na literacki niebyt, Pan T. wegetuje w swoim skromnym pokoiku, czekając na odmianę losu. A po drodze spotykają go przygody równie absurdalne, co ówczesny ustrój. Z pogawędką z towarzyszem Bierutem o zaletach palenia skrętów, do której dochodzi w publicznej toalecie, włącznie.

Kadr z filmu „Pan T.”, reż. Marcin Krzyształowicz, fot. materiały prasowe

Wnikliwy widz szybko odkryje podobieństwo między filmowym bohaterem a autentyczną postacią – pisarzem Leopoldem Tyrmandem, niezapomnianym autorem „Złego”. Nawet jeśli liczne scenariuszowe zmyłki w „Panu T.” mogłyby sugerować, że „wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe”. Wilczak, z kamienną twarzą, czarnym golfie i przyciemnianych okularach, wychudzony (jako skromny literat na cenzurowanym nie dojada, małosolne ogórki, które podrzucają mu przyjaciele kroi na plasterki tak cienkie, że aż przezroczyste) tworzy aktorską kreację, której nie da się zapomnieć.

A skoro już o metamorfozach mowa, nie sposób pominąć innej kinowej niespodzianki. Roli Małgorzaty Kożuchowskiej w obrazie „Proceder” (premiera 15 listopada) w reżyserii Michała Węgrzyna.

Kadr z filmu „Proceder”, reż. Michał Węgrzyn, fot. Wojciech Węgrzyn

To może nie pierwsza tak uderzająca przemiana Kożuchowskiej, zważywszy choćby na „Plagi Breslau” Patryka Vegi, gdzie aktorkę można było oglądać z podgoloną głową i sińcami pod oczami. Ale i w „Procederze” odchodzi daleko od wizerunku, do którego przywykli widzowie. Jako „Łysa”, szefowa gangu kradnącego samochody, w dresie, rozbijająca się po ulicach sportowym autem, jest tu jedną z najbarwniejszych drugoplanowych postaci. Swoją drogą „Proceder” to kawał ciekawej biografii, próba odtworzenia losów zmarłego w zeszłym roku rapera Chady. W obsadzie m.in.: Ewa Ziętek, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki, a w roli samego rapera Chady: Piotr Witkowski. Na razie mało znany, ale sądząc nie tylko po bardzo udanej roli, ale też po zainteresowaniu Witkowskim (szczególnie wśród uczestniczek festiwalu), szybko się to powinno zmienić.

Całkiem inne spojrzenie

Zasiadający w jury filmowcy tej edycji FPFF skarżyli się, że brakowało im osobnej festiwalowej sekcji „Inne spojrzenie”. Decyzją organizatorów z sekcji tej zrezygnowano, a tym samym szansa na statuetki dla obrazów pod różnymi względami nowatorskich, eksperymentujących spadła – jak pokazują tegoroczne werdykty – właściwie do zera. I tak, nagród nie doczekał się najoryginalniejszy ze zgłoszonych do konkursu głównego filmów. Stworzony przez człowieka, który jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą i malarzem, a przede wszystkim wizjonerem, który ma na koncie współpracę m.in. z Davidem Lynchem, Tomem Waitsem czy Davidem Bowiem i któremu w 2006 roku retrospektywę zorganizowała nowojorska MoMA (Museum of Modern Art). W tym roku Lech Majewski, bo o nim mowa, pokazał w Gdyni „Dolinę Bogów”.

Kadr z filmu „Dolina Bogów”, reż. Lech Majewski, fot. materiały prasowe

To po części film, a po części (jak to u tego twórcy bywa) dzieło sztuki. Monumentalny obraz zainspirowany podróżą Majewskiego do tytułowej Valley of Gods, malowniczych świętych terenów Indian Navajo. Reżyser obsadził w głównych rolach amerykańskie gwiazdy: Johna Malkovicha i Josha Hartnetta. I popuścił wodze fantazji. Na jednym z charakterystycznych rudoczerwonych wzniesień Doliny Bogów umieścił w swoim filmie gigantyczny pałac, utrzymany w kilku historycznych stylach. Dojeżdża się do niego windą pokonującą umieszczony w zboczu szklany tunel. Pałac zamieszkuje najbogatszy człowiek świata (w tej roli Malkovich), miłośnik sztuki, ale i bezwzględny kapitalista, który na terenach Parku Narodowego Indian otwiera kopalnię uranu. Na ekranie oglądamy więc surowe pustynne krajobrazy i mściwe duchy indiańskich przodków, na przemian z wytwornymi pałacowymi wnętrzami (niezapomniana scena koncertu operowego w pałacowej fontannie do złudzenia przypominającej rzymską Fontannę di Trevi).

W tym wielkim, pełnym przepychu filmowym kolażu wszystko jest zaskoczeniem. To piękna baśń, ale i niepokojąco aktualny obraz, w czasach, kiedy to Donald Trump oddaje kolejne tereny parków narodowych naftowym i węglowym gigantom. Polska premiera: na początku przyszłego roku.

I jeszcze jedno zupełnie inne spojrzenie. Film „Eastern”. Już bez takiego rozmachu, za to nie mniej odważny i całkowicie burzący wyobrażenie o tym, czym jest polskie kino.

Kadr z filmu „Eastern”, reż. Piotr Adamski, fot. Studio Munka – SFP

„Eastern” Piotra Adamskiego nie zakwalifikował się do Konkursu Głównego (trafił do sekcji Panorama Kina Polskiego), w związku z czym nie walczył o Złote Lwy. A szkoda, byłoby ciekawiej. W dość jednak przewidywalnej rodzimej branży filmowej, takich rzeczy po prostu się nie kręci. Zresztą sami przyznajcie, jak to brzmi: feministyczny western osadzony w polskich realiach. Zwykłe przedmieścia, spokojna dzielnica domków jednorodzinnych pod lasem. Tu mieszkają dwie rodziny: Nowaków i Kowalskich. A jednak w tej spokojnej okolicy, i między dwoma wymienionymi rodzinami, trwa bezwzględna walka. Na zabójcze strzały. Padają kolejne ofiary, giną na przemian – raz któryś Kowalskich, raz Nowak. Zgodnie z niepisanymi zasadami patriarchalnego kodeksu, każdy zabity musi być pomszczony. Chyba, że ktoś w końcu to przerwie i „wykupi swoją krew”. Tyle że nie ma na to ani pieniędzy, ani najwyraźniej chęci. Każdy ma broń, każdy przechadza się ze swoją strzelbą, rewolwerem czy karabinem, dokładnie tak jak westernowi kowboje na Dzikim Zachodzie, tyle że za saloon robi tu parking przy centrum handlowym. Wywrotowe kino, świetnie zrealizowane, przez co natychmiast kupujemy tę zwariowaną konwencję. Śmieszno-straszne. To także mocny kobiecy akcent na festiwalu, na którym my, kobiety, byłyśmy poszkodowane. Tym razem w Gdyni bardzo brakowało wyrazistych kobiecych ról i prokobiecych wątków. Tymczasem w „Eastern” idiotyczną walkę między rodami postanawiają przerwać dwie młodziutkie dziewczyny. Grane przez Maję Pankiewicz, którą możecie kojarzyć choćby z serialu „Szóstka” i całkowitą debiutantkę, jeszcze przed studiami Paulinę Krzyżańską. Jak potoczyły sie losy ich bohaterek? Warto się przekonać w kinie. Na początku przyszłego roku, kiedy to film będzie miał swoją premierę.

Wielka wygrana

I wreszcie Złote Lwy. Czyli Agnieszka Holland i jej „Obywatel Jones”. Kino dużego formatu, doskonale zrealizowane i ważne. Przypominające światu o Garethcie Jonesie. Młodym, pełnym ideałów bohaterze, któremu zawdzięczamy ujawnienie stalinowskiej zbrodni. To Jones, w wieku zaledwie 28 lat, zdołał jako jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy wyjechać do Moskwy, a stamtąd podstępem przedarł się nielegalnie na teren Ukrainy i został świadkiem potwornego Wielkiego Głodu. Dzięki odwadze i determinacji niepozornego okularnika, świat – po jego powrocie do Anglii – dowiedział się, że Związek Sowiecki to wcale nie kraina gospodarczego cudu, a zbrodnicza machina mordująca własnych obywateli. Napisałabym coś więcej o przystojniaku grającym główną rolę, wschodzącej brytyjskiej gwieździe Jamesie Nortonie, ale on sam, własnym słowami, opowiada o kręceniu filmu z Agnieszka Holland, ale i o swoim prywatnym życiu, w najbliższym, listopadowym numerze „Zwierciadła”. Na rynku już od 8 października. Nie przegapcie.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”, reż. Agnieszka Holland, fot. materiały prasowe