„Stulecie Winnych”. Poznajcie autorkę słynnej powieści

Ałbena Grabowska, fot. Weronika Ławniczak

Ałbena Grabowska – to od niej zaczęła się ta historia. A ściślej od jej powieści „Stulecie Winnych”. Teraz jest też telewizyjny serial pod takim samym tytułem, przedstawiający losy rodziny Winnych splecione z losami Polski. Za serialem stoi pisarka, ale i czynna zawodowo lekarka, Polka i Bułgarka. A także marka trojga dzieci i… niedoszła aktorka.

Pomysł „Stulecia Winnych” pojawił się z okazji stulecia odzyskania niepodległości?
Nie. Poczułam, że po napisaniu trzeciej powieści obyczajowej, po debiucie dla dzieci jestem gotowa na większą formę. Pomyślałam o sadze, bo właściwie od czasów Nurowskiej nie napisano polskiej sagi. Był wtedy 2014 rok, sto lat po wybuchu pierwszej wojny światowej. Potem wymyśliłam, że w każdym pokoleniu będą rodziły się bliźniaczki. Następnie szukałam tytułu, który byłby grą słów, co jest dla mnie nietypowe, bo do tej pory o tytule myślałam dopiero w trakcie pisania. I pewnego dnia mnie olśniło: „Stulecie Winnych!”.

Miejsce akcji było oczywiste? Brwinów to pani rodzinne miasto.
Na początku myślałam o Kazimierzu, Sandomierzu, ale szybko z tego pomysłu zrezygnowałam. I dobrze, bo jak zaczęłam zgłębiać historię Brwinowa, zobaczyłam, że tu przebiegała linia demarkacyjna podczas wojny, najpierw weszli tu Niemcy, potem Rosjanie ich wyparli, potem wrócili Niemcy. To miejsce okazało się dobrym symbolem losów Polski.

Powieść jest inspirowana pani życiem?
W ogóle nie jest. Moja rodzina ze strony mamy pochodzi z Bułgarii, a taty z Dorohuska. Jeżeli już są jakieś inspiracje, to literackie. Na przykład Bronia wydaje się bardziej Urszulą ze „Stu lat samotności” Márqueza niż kimkolwiek z moich przodków.

Pani bohaterowie nie są jednoznacznie dobrzy ani źli. To również mocne osobowości, zwłaszcza kobiety. Potrafią podnieść się po każdej klęsce.
Zależało mi na pełnokrwistych bohaterkach, nie lukrowanych, tylko prawdziwych. Bo takie jesteśmy. Składamy się z siły, odwagi, ale i ze zmęczenia, błędów, wad. W tamtych trudnych czasach, kiedy rodziny traciły domy, bliskich, to kobiety zaczynały organizować życie od nowa. Dzisiaj jesteśmy bardziej rozedrgane, zestresowane, ale też dajemy radę.

Moja ulubiona bohaterka, Ania, na pytanie, co jest dla niej najważniejsze, odpowiada – a ma wtedy sto lat – że miłość. Czym dla pani jest miłość?
Oddaniem się drugiej osobie bez oczekiwania, że coś się dostanie w zamian. Uważam, że dążenie do miłości jest naszą najważniejszą powinnością.

A dążenie do samorealizacji, spełnienia?
O spełnieniu będę mogła ewentualnie mówić u schyłku życia. Mam teraz pootwieranych dużo ścieżek, które staram się połączyć w jedną drogę, co nie jest łatwe, ale możliwe, jak się bardzo tego pragnie. Gdybym nie pragnęła napisać książki, nic by się w moim życiu nie zmieniło. Ale ja bardzo tego chciałam. I nie myślałam, co będzie za ileś lat, tylko skupiałam się na napisaniu zdania, rozdziału, książki. Mój ulubiony bohater literacki, Beppo Zamiatacz Ulic z „Momo” Michaela Endego, pytany o sens tego, co robi, odpowiadał, że przy pracy myśli tylko o następnym machnięciu miotłą i tak udaje mu się zamieść całą ulicę.

Która z bohaterek „Stulecia…” jest pani najbliższa?
Bronia. Miała pojawić się tylko na chwilę, przyjechać, pomóc synowi po tym, jak jego żona zmarła przy porodzie, urodziwszy bliźniaczki. Ale została. Była pierwszą bohaterką, która nade mną zapanowała. To mnie zaskoczyło, bo ja zawsze panuję nad bohaterami, nie ma tak, że zmieniam ich historie.

Najpierw pani wszystko obmyśla, a potem wypełnia szczegółami?
Tak, akcja nie płynie mi sama. Mam dużo zajęć, więc muszę być zdyscyplinowana. Jak coś wymyślę, to się tego trzymam. Wszystko musi być logiczne i pod kontrolą.

„Stulecie Winnych” liczy prawie 700 stron. Ile czasu zajęło pani pisanie, a ile research, bo w książce roi się od faktów, historycznych szczegółów?
Pisałam rok, a przygotowywałam się krótko, bo to moja pierwsza książka tego typu, więc nie zdawałam sobie sprawy, ile faktów trzeba posprawdzać. Mam taką metodę pracy, że robię research przed pisaniem i w jego trakcie.

Co było najtrudniejsze w pisaniu tak wielowątkowej powieści?
To, żeby nie uśmiercać bohaterów seryjnie. Bo wprowadzając w pierwszej części dużo postaci, trzeba je w drugiej i trzeciej jakoś z życiem pożegnać, ale nie tak, żeby zrobiła się z tego kronika zapowiedzianej śmierci. Tak więc nie tworzenie postaci było dla mnie wyzwaniem, tylko wymyślanie, jak sprawić, żeby odchodziły w sposób niesztampowy i naturalny.

A która z bohaterek najbardziej przypomina panią? Ania?
Ania jest moją dumą. Pełna ciepła, wrażliwości, mądrości, siły. Ale najwięcej szczegółów z mojego życia użyczyłam bliźniaczkom z najmłodszego pokolenia, Julii i Uli, one urodziły się tego samego dnia, miesiąca i roku co ja, chodzą do tej samej szkoły, trenują koszykówkę. Julia brała ślub dokładnie tego samego dnia co ja.

Pani nie uciekła sprzed ołtarza jak ona.
Nie, nigdy bym tego nie zrobiła, nie cofam się, nawet jak czegoś żałuję. Julia ma wrażliwość podobną do mojej, ale to nie jest tak, że się z nią utożsamiam.

Rodzina Winnych nie jest idealna, ale trzyma się razem bez względu na wszystko. Na tym polega siła rodziny?
Myślę, że tak. Tworzymy rodziny, żeby być razem na dobre i na złe. Rodzina jest po to, żeby czerpać z niej siłę, akceptację, miłość i z takim bogactwem iść w świat i go zmieniać.

Pisanie zmieniło pani życie?
Zmieniło absolutnie wszystko. I postrzeganie mnie przez świat i postrzeganie świata przeze mnie. Byłam nieznaną osobą, nie wzbudzałam zainteresowania. A teraz ludzie chcą mnie poznawać, rozmawiać ze mną. Kiedyś byłam wycofana, zmuszałam się do publicznych wystąpień. Nawet kiedy zaczęłam pisać, to traktowałam to jako takie zajęcie dodatkowe. Teraz uważam się za pisarkę, nie stronię od spotkań z czytelnikami.

A jak ono wpłynęło na pani życie rodzinne?
Pisanie nie zmieniło zasadniczo mojego życia rodzinnego. Przynajmniej na początku. Trzy lata temu rozstałam się z mężem, sama wychowuję dzieci. Bardzo długo uważały, że mama nie robi nic szczególnego, a jak były małe, to nawet wstydziły się, że jestem pisarką, bo w podręczniku szkolnym znalazł się fragment mojej książki i nauczyciele zapraszali mnie do szkoły. Teraz są ze mnie dumne. Wspierają mnie, jestem z nimi bliżej, niż byłam ze swoimi rodzicami, bo też i pokolenie rodziców było inne, miało inne problemy.

W powieści widać, jak dużo czerpie pani z zawodu lekarza. Czy bywa odwrotnie – doświadczenie pisarki pomaga w leczeniu ludzi?
Staram się oddzielać te dwa zawody. Jak przyjmuję pacjentów, to nie ma znaczenia, że jestem pisarką. Kiedy pracowałam w szpitalu, zawsze dużo czasu poświęcałam na rozmowę z rodziną pacjenta. Pozwalało mi to dowiedzieć się o nim więcej, a rodzinie dawało poczucie bycia zaopiekowaną. Może właśnie ta potrzeba rozmów z pacjentami pochodzi ze świata pisarskiego?

Nadal pani pracuje jako neurolog?
Tak, przyjmuję w przychodniach. Wcześniej pracowałam w Klinice Neurologii i Epileptologii w Warszawie, do niedawna w szpitalu w Dziekanowie, ale zrezygnowałam z tej pracy ze względu na dzieci, a mam trójkę: 17-letniego Juliana, 15-letnią Alinkę i dziesięcioletniego Franka. Franek jest dzieckiem autystycznym i wymaga terapii. Wożę go na zajęcia terapeutyczne od siedmiu lat, ostatnio tylko dwa razy w tygodniu, bo na szczęście terapia przynosi efekty.

Jak pani to wszystko ogarnia?
Przeszłam wcześniej niezły trening – ciężkie studia, gdzie kolokwia i egzaminy zaliczało się na okrągło. Potem uczyłam się do pierwszego stopnia specjalizacji, następnie do drugiego, zrobiłam doktorat. Pracowałam w klinice, pisałam prace naukowe, jeździłam z wykładami po Polsce, co bardzo lubiłam. Kiedy odeszłam z kliniki do szpitala w Dziekanowie, byłam rozdarta. Ale ta nowa praca okazała się o wiele spokojniejsza, choć też trudna i odpowiedzialna.

To jak w tym wszystkim znalazła pani czas na pisanie?
Zaczęłam pisać właśnie wtedy, gdy odeszłam z kliniki, wreszcie miałam nieco więcej czasu.

Potrzeba pisania dała o sobie znać nagle?
Nie, już w szkole lubiłam pisać. W podstawówce wygrałam olimpiadę polonistyczną i dzięki temu dostałam się do liceum bez egzaminów. Przez pierwsze trzy lata studiów zarabiałam pisaniem opowieści o miłości, historii z życia wziętych, porad lekarskich. Od dziecka czytałam mnóstwo książek. Cieszę się, że zadebiutowałam późno, bo teraz mam mało czasu na czytanie, a kiedyś czytałam bardzo dużo.

Tyle wysiłku, pracy włożyła pani w tę książkę, a potem oddała pani to swoje dziecko twórcom filmu. Z jakimi uczuciami?
Z absolutną radością.

Bez obaw, co zostanie z książki?
Bez obaw. Konsultowano ze mną scenariusz i kiedy go czytałam, przekonałam się, jak to dobrze, że moją powieść wziął na warsztat ktoś, kto zna się na pisaniu scenariuszy, bo moja historia została pięknie przełożona na język filmowy. Pokazanie w filmowych scenach uczuć, myśli bohatera wymaga innych środków niż w powieści, czasem trzeba wprowadzić nowe postaci, sceny.

Mimo to film pozostaje wierny książce?
Uważam, że to bardzo wierna ekranizacja. Oddałam swoją historię w fachowe ręce i teraz to nie ja mam decydujący głos. Zawsze ceniłam sobie współpracę, może dlatego, że wywodzę się ze świata naukowego, w którym trzeba umieć współdziałać. Rozumiem, że każdy ma swoją rolę do odegrania, ale to nie jest tak, że wszyscy mają role równoważne. Czasem ktoś ma nadrzędną, a reszta powinna się podporządkować. A poza tym uważam, że powstanie filmu ze znakomitą obsadą po czterech latach od ukazania się powieści to wielki sukces!

Wielopokoleniowa rodzina Winnych, w produkcji grają m.in. Kinga Preis, Katarzyna Kwiatkowska i Jan Wieczorkowski, fot. H. Komerski

Była pani na planie?
Oczywiście. Zostałam konsultantką medyczno-historyczną, o co prosiłam, bo nie wyobrażałam sobie, że jakiś inny lekarz będzie ustawiał sceny wymagające wiedzy medycznej, na przykład podpowiadał, jak pacjent ma leżeć, okazywać ból, umierać. Podpatrywałam też pracę aktorów, ich metody koncentrowania się, wchodzenia w rolę, a potem wychodzenia z niej, i były to bardzo ciekawe obserwacje. Marzyłam kiedyś o aktorstwie, a nie o byciu lekarzem. Przygotowywałam się do egzaminu do szkoły aktorskiej, jednak do niego nie przystąpiłam, bo uznałam, że nie jestem na tyle śmiała, żeby dać sobie radę. Pamiętam wycieczkę szkolną do Krakowa, dotknęłam wtedy dzwonu Zygmunta i pomyślałam: „Chcę być aktorką”. No i marzenie się spełniło, zagrałam w serialu w dwóch epizodach. To mi wystarczy.

Ałbena Grabowska była nie tylko konsultantką medyczno-historyczną serialu, zagrała także w dwóch epizodach, fot. archiwum prywatne

Sukces pisarski dał pani pewność siebie?
Jako pisarka jestem inna niż jako kobieta, matka. Prywatnie składam się z niepewności, wątpliwości. Natomiast jako pisarka mam silne poczucie pewności, wiem, co chcę zrobić, jestem nieugięta, nie poddaję się żadnej presji.

Co dalej? Pisarstwo czy praca lekarki?
I jedno, i drugie. Mam dużo pomysłów na książki. To, co kiedyś wydawało się ucieczką w świat wyobraźni dziecka, okazało się moją pasją. A z zawodu lekarza nie zrezygnuję. Bardzo dużo osiągnęłam na tym polu, dużo zawdzięczam moim nauczycielom i mentorom, nie mogę tego wszystkiego zaprzepaścić. Jestem optymistką. Moje bohaterki sobie radzą. Dlaczego mnie ma się nie udać?

Książki można kupić stronie www.sklep.zwierciadlo.pl