fbpx

Aloe Blacc – amerykański sen

Amerykański sen
Aloe Blacc: Ktoś musi dostarczać nam też radości i szczęścia. Postanowiłem, że to będę ja. To moja praca i misja. (Fot. Amanda Austin)

Wychowałem się w jednym z bardziej konserwatywnych miejsc w południowej Kalifornii i widzę tragedię społeczności toczonej chorobą rasizmu. Oni przez swoje przekonania mnie stracili. Tak o tym myślę, nie że ja coś straciłem, ale oni – mówi Aloe Blacc. Autor takich przebojów, jak „I need a dollar” czy „Wake me up”, właśnie wydał nową płytę.

Wciąż mam bliznę na kolanie, po pogoni za kłopotami” – śpiewasz w jednej ze swoich nowych piosenek. O czym ci ta blizna przypomina?
Że byłem niezłym dzikusem jako dzieciak. Buntowałem się przeciw wszystkiemu, zaczynając od prawa grawitacji [śmiech]. Nie istniało drzewo, na które nie chciałem i nie mógłbym się wspiąć, urządzałem szalone zjazdy na rowerze w dół zbocza albo rajdy na deskorolce za samochodami, trzymając się tylnego zderzaka. Testowałem granice, w sumie cud, że skończyło się tylko na bliźnie na kolanie. Wyszalałem się i może dlatego dziś jestem raczej spokojny i wyważony.

Śpiewasz też o tym, czego nauczyli cię rodzice. Mama – miłości, tata – by walczyć o swoje.
Dorastałem na styku kultur i bardzo to cenię. Dzięki temu od małego wiedziałem, że świat jest o wiele większy niż miasteczko Laguna Hills w południowej Kalifornii, gdzie się wychowałem, oraz że nie istnieje ktoś taki jak „typowy człowiek”. Ale przede wszystkim rodzice pokazali mi, że wszystko jest możliwe, o ile tylko wystarczająco ciężko pracujesz, żeby to osiągnąć. Sami podjęli bardzo odważną decyzję, bo marząc o lepszym życiu, przeprowadzili się z Panamy do USA, gdzie zbudowali wszystko od zera. Nie jestem nawet w stanie sobie wyobrazić, jak ciężko musiało im być.

Rzeczywiście udało im się zrealizować marzenie o lepszym życiu?
Na szczęście skończyło się dobrze. Odnaleźli się w Stanach, ułożyli sobie życie zawodowe, wykształcili moje siostry i mnie i jeszcze odłożyli na emeryturę. Doskonale wiem, że nie wszystkim amerykański sen się spełnia, im się akurat udało. Może dlatego, że mieli tak silną motywację? W Panamie przez to, że są czarni, nie mieli żadnych perspektyw. Tymczasem w USA w latach 60. o prawach obywatelskich zrobiło się głośno, zaczęły powstawać ruchy równościowe. W Panamie nikt wtedy o tym nie myślał.

Doświadczyłeś rasizmu na własnej skórze?
Miałem szczęście dorastać w środowisku, które dawało mi wiele możliwości, a ludzie wokół wydawali się otwarci. Ale im byłem starszy, tym było gorzej. A może po prostu więcej rzeczy dostrzegałem? W końcu jako nastolatek musiałem się z tym rasizmem zmierzyć. Narastał we mnie gniew, potem dołączyła do niego dezorientacja. Dobrze, że charakter mam taki, że zawsze szukam rozwiązań. Snułem więc scenariusze, jak sobie z tym poradzić. Problem w tym, że Laguna Hills to jedno z najbardziej konserwatywnych miejsc w południowej Kalifornii. Pamiętam, jak świętowałem z przyjaciółmi ukończenie gimnazjum, poszliśmy na plażę i tam wpadliśmy na grupę skinheadów. Ze zdziwieniem dostrzegłem, że jestem jedyną niebiałą osobą w całym towarzystwie, dość dosadnie dano mi do zrozumienia, że nie jestem mile widziany.

Co wtedy zrobiłeś?
Niewiele mogłem zrobić, szczególnie że tamci byli starsi i liczniejsi. Nie chciałem się z nimi bić, zresztą to nie miałoby sensu. Zszedłem z plaży i nigdy już na nią nie wróciłem. Dziś, kiedy o tym myślę, widzę tragedię społeczności toczonej chorobą rasizmu. Oni nie zdają sobie sprawy, że nigdy nie doświadczą piękna, jakie niesie za sobą wielokulturowość. Wyobraź sobie, czym to miejsce mogłoby być z ludźmi takimi jak ja. A oni przez swój rasizm mnie stracili. Tak o tym myślę – nie że ja coś straciłem, ale że właśnie oni. Skupiam się na tym, gdzie jestem dziś. Staram się pokazywać ludziom, że nie nienawiść, ale miłość jest tu odpowiedzią. Dlatego mój najnowszy album zatytułowałem: „All Love Everything”. A ci skinheadzi? Może nadal siedzą na tej swojej plaży.

Jesteś mocno zaangażowany w ruch Black Lives Matter.
Walka z rasizmem jest równie stara jak sam rasizm. I choć o ruchu Black Lives Matter świat usłyszał dopiero niedawno, to jedyne, co jest w tej idei nowe, to fakt, że każdy teraz ma smartfona, a w nim kamerę i Internet. Poza tym popiera nas coraz więcej białych ludzi, co mnie niezwykle buduje.
Ruch BLM to tylko część składowa większego problemu, jakim jest walka o władzę i kontrolę. Jeżeli potrafilibyśmy ją wyeliminować i zastąpić dzieleniem się, równością, to wszyscy mielibyśmy piękniejsze i łatwiejsze życie. Ale do tego jeszcze długa droga. Na razie najważniejsze jest skierowanie energii z ulicznych protestów do urzędów, ratuszy i przedstawicieli Kongresu tak, by pociągnęła ona za sobą realne zmiany prawne.

Imię Mandela, które nadaliście córce, jest deklaracją?
Razem z żoną [Mayą Jupiter – przyp. red.] jesteśmy aktywistami, wierzymy, że skoro mamy przywilej bycia słyszanymi, powinniśmy mówić w imieniu tych, którzy słyszani nie są. Imię córki jest podkreśleniem naszej chęci budowania równości w świecie, mówi też o tym, jaki rodzaj przywództwa cenimy.

Jak wychowujecie swoje dzieci?
Unikamy telewizji, Internetu i gier. Dzięki temu nasze dzieciaki mogą rozwijać wyobraźnię, nie wszystko mają podane na tacy, zmuszamy je do myślenia, grania w prawdziwe gry w prawdziwym świecie i – co najważniejsze – z prawdziwymi konsekwencjami. Wchodzą na drzewa, obijają sobie kolana, huśtają się na huśtawkach, jeżdżą na rowerze, pływają, robią te wszystkie niby beztroskie, a tak naprawdę niezwykle ważne, uczące życia rzeczy. Codziennie czytamy przed snem jakąś książkę, a czasem jeszcze opowiadam im wymyślone historie, żeby pokazać siłę drzemiącą w wyobraźni.

W domu dużo śpiewacie?
Ja – cały czas. Maya, która jest raperką, podobnie, więc dzieciaki od małego są zanurzone w muzyce.

Żonie spodobała się piosenka „I Do”, którą dla niej napisałeś?
Nagrałem tę piosenkę w tajemnicy, a potem słuchałem jej w samochodzie, kiedy odbierałem córkę ze szkoły. Melodia wpadła małej w ucho, więc zanuciła ją w domu, a Maya zaczęła dopytywać: co to za piosenka? Mandela wygadała się, że to tata napisał dla mamy, w co Maya nie chciała uwierzyć, bo przecież – cytuję – „ja nie piszę dla niej piosenek”. Kiedy w końcu ją Mai zaśpiewałem, było wiele emocji i uwierzyła, że to utwór specjalnie dla niej. Po dziesięciu latach małżeństwa napisanie czegoś takiego wydało mi się czymś naturalnym. Córka zafundowała mi falstart, ale i tak wyszła niezła niespodzianka.

Aloe Blacc - Amerykański sen
Aloe Blacc: Rodzice pokazali mi, że wszystko jest możliwe, o ile tylko wystarczająco ciężko pracujesz, żeby to osiągnąć. (Fot. Amanda Austin)

Słuchając twoich piosenek, nie sposób się nie uśmiechnąć.
Na świecie jest wystarczająco dużo ciemnych, depresyjnych, zasmucających rzeczy. Wystarczy włączyć wiadomości w telewizji albo film, żeby zalały nas przemoc, zło i nienawiść. Ktoś musi dostarczać nam też radości i szczęścia. Postanowiłem, że to będę ja [śmiech]. To moja praca i misja.

Pamiętasz czasy, kiedy śpiewałeś, tak jak w twoim wielkim przeboju, nie mając nawet jednego dolara w kieszeni?
Oczywiście. Mam wielu przyjaciół muzyków, którzy wciąż użerają się z takim życiem. Poza tym jako aktywista zabieram głos w sprawach dotyczących mniej uprzywilejowanych ludzi. Chociażby w czasie pandemii walczymy o to, żeby anulować im długi czynszowe i hipoteczne. Widzę wokół masę cierpienia i wcale nie spoglądam na świat zza różowych okularów.

Podobno fani często podsuwają ci dolara do podpisu.
Sporo takich jednodolarówek krąży po świecie [śmiech]. W końcu mój poprzedni album ma dokładnie tyle samo lat, ile moja córka. Zagrałem trochę koncertów, wziąłem udział w kilku projektach, ale większość tego czasu spędziłem, koncentrując się na życiu rodzinnym, urodził nam się syn. To był czas na bycie obecnym, na bycie ojcem i mężem. Nie chciałem być jak te gwiazdy rocka, które podróżują po świecie i są wszędzie, tylko nie tam, gdzie ich bliscy. Już wystarczyło, że nasz pierwszy ślub z Mayą odbył się trochę na wariata, a na przyjęcie weselne zorganizowane potem przez jej mamę biegłem prosto z koncertu, bo akurat wszystko zbiegło się w czasie z ogromnym sukcesem piosenki „I Need a Dollar”. Teraz, przy okazji nagrywania klipu do „I Do”, wreszcie zaserwowaliśmy sobie – po dziesięciu latach od złożenia pierwszej przysięgi małżeńskiej – ślub z prawdziwego zdarzenia.

Czyli te siedem lat było prezentem dla ciebie i rodziny?
Tak. Ale też bez tych siedmiu lat przerwy i doświadczenia, jakie w tym czasie zebrałem, nie powstałaby moja najnowsza, bardzo osobista płyta. Miałem o czym opowiadać.

Która piosenka z tej płyty jest dla ciebie najważniejsza?
Ważne są te, które napisałem dla żony i dzieci, ale też „Harvard”, bo to historia o tym, w jaki sposób jesteśmy ze sobą połączeni. Niezależnie od tego, jak bardzo się od siebie różnimy, od pracy, jaką wykonujemy, pieniędzy, jakie zarabiamy, od sposobu, w jaki żyjemy. Bo przecież łączą nas nadzieja, strach, miłość do bliskich. I łączą nas marzenia.

Amerykański sen
Najnowsza płyta Aloe Blacc’a ukazała się w październiku. (Fot.materiały prasowe)

Aloe Blacc, rocznik 1979. Amerykański piosenkarz R&B-soulowy, raper. Ma na koncie pięć studyjnych albumów, w tym najnowszy „All Love Everything”, który miał swoją premierę w październiku.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze