fbpx

Anna Maria Jopek – o krok dalej

Anna Maria Jopek - o krok dalej
Fot. Robert Wolański

Anna Maria Jopek – niezależna, poszukująca, zawsze w drodze. Po znakomitej płycie „Ulotne”, nagranej z Branfordem Marsalisem, Anna Maria Jopek pojechała na koncerty do Japonii i Chin, zaśpiewała w popularnym kanadyjsko-irlandzkim serialu „Wikingowie” i wyrusza w trasę koncertową „Przestworza”.

Ma pani w sobie gen nomady? Prababka zginęła na „Titanicu”, babka mieszkała w Australii, ciotka w Gwinei. A to tylko kilka losów w pani przemieszczającej się rodzinie.
Miałam siedem lat, kiedy rodzice wysłali mnie do mojej ciotki do Nowego Jorku, z przesiadką. Miałam kartkę na szyi. Nie mówiłam słowa po angielsku. Ani ja się nie bałam, ani oni się nie bali. Podróż jest dla mnie naturalna. Przemieszczamy się, bo takie jest życie. Tylko krajobraz się zmienia. Bardzo szybko mogę się przemieścić, niewiele potrzebuję do szczęścia. Mam dużo rzeczy, ale każdego dnia mogłabym je z powodzeniem zostawić. Moje babki opanowały do perfekcji pakowanie się w pięć minut, żyły pod okupacją, w epokach zawieruchy. Wypracowały taką metodę, żeby zawsze mieć na sobie diamenty, kolczyki, pierścionek, odrobinę złota w coś zaszytego…

Bo można spieniężyć?
Tak, w czasach zagrożenia zabierały dzieci, zawijały to, co niezbędne, i ruszały. Dzięki temu przetrwały. Pan też mnie przyłapał na tym, że jestem przygotowana. Mam małe diamenty w uchu, tak na wszelki wypadek, dla zachowania tradycji – choć moje diamenty to celebracja życia, a nie wyraz lęku, w jakim żyły moje babki. Jedna z nich, która ocaliła obce dzieci od wywózki, tutaj, pod Warszawą, zabijała deskami okna przed przyjściem rosyjskiej armii, barykadowała drzwi. Jakie mam szczęście, że mogę żyć w czasach, kiedy nie muszę się nikogo bać. Wędruję przez życie tanecznym krokiem. Wędruję też w ich imieniu, za nie, bo nie miały szansy na lekkość bytu. Czuję, że jestem z nimi w sztafecie. I widzi pan, mam to szczęście żyć i działać dokładnie tak, jak chcę, w zgodzie z własnymi przekonaniami, sercem, w godności i niezależności od kogokolwiek i czegokolwiek. Mało komu w naszej cywilizacji tak się udaje. Wiem, że one dla mnie wypracowały w sercu tę przestrzeń, która czyni mnie niezależną. Myślę o nich i jestem nimi silna.

Rodzice mówili, że ma pani jakiś gest lub coś, co je przypomina?
Tak, często. Mam gesty i dłonie babci Ireny. Moja mama, patrząc czasem na moje zdjęcie, mówi: „Wyglądasz tutaj zupełnie jak moja mama”. To coś, czego ja może nie widzę, ale czuję. Bardzo niewiele po tych moich babkach zostało, ale mam małe talizmany, na przykład mały złoty afrykański pierścionek babci – idealny na moje identyczne jak jej palce. Czasem go noszę, kiedy jest mi trudniej, i od razu zbieram się w sobie, kiedy pomyślę, jakie one były dzielne, te kobiety, z których przyszłam. Mam też korale mojej prababki, są, niestety, z kości słoniowej. No ale to już niczego nie zmieni. Mam czułość dla tych korali. Więc gdybym miała zwijać małe rekwizyty codzienności, zabrałabym je ze sobą nie po to, żeby spieniężyć, ale by móc zawsze czerpać z nich siłę.

Anna Maria Jopek - o krok dalej
Fot. Robert Wolański

Jest w pani tęsknota za przeszłością?
Za autorytetami. Kiedy zaczynałam, żyli prawdziwi mistrzowie. Zdążyłam ich spotkać – zaśpiewałam z panem Jeremim Przyborą „Na całej połaci śnieg” i z panem Markiem Grechutą w filharmonii w Krakowie, i przez małą chwilę miałam zaszczyt śpiewać w kameralnym projekcie mistrza Wojtka Młynarskiego. Ależ to były postaci.

Rozmawiamy na Żoliborzu, w pani dzielnicy.
Mieszkam tu od dziecka. Nie zdawałam sobie sprawy, z kim obcuję, bo czasy mojego dzieciństwa były siermiężne dla wszystkich tak samo i wszystkich spotykałam w tamtej grubo ciosanej rzeczywistości. Na mojej ulicy mieszkał pan Tadeusz Łomnicki, a za skrzyżowaniem – pan Andrzej Wajda. Szłam rano z tornistrem do szkoły i kłaniałam się moim sąsiadom odśnieżającym samochody, niosącym chleb na śniadanie, stojącym w kolejce w spożywczym. Byłam malutka, kiedy ksiądz Jerzy Popiełuszko przynosił nam masło z zagranicznych paczek. A pani Agnieszka Osiecka siadywała często u nas w jadalni. Nie wiedziałam, że pisze tak nieprawdopodobne teksty. Była naszą sąsiadką. Uwielbiałam jej słuchać. Po prostu. Niewiele wiedziałam w ogóle, nie zdawałam sobie sprawy, że obcuję z osobami, które całkowicie zmieniają świadomość tysięcy ludzi. Jeśli jest we mnie tęsknota, to właśnie za autorytetami.

Myśli pani, że dzisiaj niektórzy pani odbiorcy postrzegają panią jako autorytet?
Oj, wolałabym nie. Wierzę, że między mną a moimi słuchaczami są partnerstwo, dialog. Każda płyta jest jak list w butelce. Tyle że mogę liczyć na to, że ktoś ten list wyłowi. Coraz większe robię przerwy w nagraniach, bo coraz bardziej chcę się uczyć i, wierzę, rozwijać. Parę lat temu śpiewałam we Wrocławiu i poszłam zobaczyć Teatr „Pieśń Kozła”. Pomyślałam: „Boże, ależ są prawdziwi, tak mocno stoją na ziemi, jakie to śpiewanie, bez ściemy”. Mieli w sobie instynkt, pierwotność i dar rezonowania głosu całym ciałem. Byłam akurat na etapie tępienia w sobie układności akademickiej. Po spektaklu poszłam do Grzegorza Brala, który temu teatrowi szefuje: „Proszę cię, weź mnie na jakieś warsztaty. Chciałabym się od was uczyć”. Popatrzył na mnie: „Strata czasu. Od razu przyjdź do pracy, pobądź z nami”. Powiedziałam mojej agentce Joannie Droździe: „Nie będzie mnie pół roku, będę okresowo mieszkać we Wrocławiu, a potem całe lato w Edynburgu, gdzie z Teatrem »Pieśń Kozła« będę śpiewać na Fringe Festivalu”. I tak na chwilę porzuciłam koncerty i weszłam w tryby pracy teatru.

Umiała pani to zrobić, będąc solistką?
Musiałam nauczyć się pracy i życia w grupie, bo nawet na studiach nie mieszkałam w akademiku. Nagle musiałam przerobić „studencki” temat, choćby stania w kolejce do łazienki. W śpiewaniu zespołowym jest też wielka lekcja, szczególnie w pracy w „Koźle”. W każdym chórze, który znałam, szukano unifikacji barwy i pomysłu na to, żeby wszystkie kobiety brzmiały jak jedna. U Grzesia Brala każda musi brzmieć inaczej. Jak znaleźć wspólny mianownik dla tak różnych barw i intonacji? Muzyka „Return to the Voice” napisana jest w języku gaelickim na 12 śpiewaków z całego świata. Zostałam jedną z 12. Moi koledzy byli joginami, akrobatami, aktorami i tancerzami. Mieli coś, o czym nie miałam pojęcia. Raptem usłyszałam, jak Grzegorz woła: „Musisz zacząć śpiewać cała, twoje uda nie śpiewają! Nie jesteś w ogóle połączona z Matką Ziemią”. Wiedziałam, że przede mną krew, pot i łzy. Miałam mieszkanko przy rynku we Wrocławiu, do którego wracałam, podpierając się nosem, sen zawsze był za krótki, dzwonił budzik i trzeba było na czworakach z powrotem dowlec się do siedziby „Kozła”. Rozciąganie, próby siłowe krtani. A potem występy w Edynburgu, każdego wieczora przez miesiąc. To tam BBC nakręciło o nas program, który dwa lata później zobaczył producent serialu „Wikingowie”, i znów dostałam angaż w „Koźle”, tym razem w megaprodukcji.

Kiedy pani poczuła, że uda śpiewają?
To proces. Może nadal nie śpiewają całkiem? Ale w Edynburgu coś ruszyło. Były emocje, wysiłek, gigantyczna energia, którą inwestowałam. Po miesiącu życia w grupie i śpiewania co noc, takiego śpiewania na całość, dostałam bólu głowy. Tygodniowego. Myślałam, że umrę. Sądzę, że jest limit niewidzenia się z moimi najbliższymi, po którego przekroczeniu psychicznie i fizycznie upadam. Mój cały system buduje się miłością, która daje mi zdrowie i siłę. Przekroczyłam granicę i kara przyszła. Nie pomagały już żadne środki przeciwbólowe. Pojechaliśmy wtedy do Londynu zagrać ostatni spektakl. Pobiegłam po ratunek do chińskiej dzielnicy, weszłam do jednego z gabinetów medycyny naturalnej, przez łzy powtarzałam: „Help me, help me…”. Chińczyk popatrzył na mnie i stanowczo orzekł: „No energy! No energy!”. Położył mnie, wkłuł igły i zapewnił, że ból minie: „Tonight, at nine o’clock”. Uwierzyłam, że dziewiąta będzie granicą cierpienia, i łatwiej było mi przetrzymać. Ból odszedł dokładnie o 21, w trakcie ostatniego spektaklu. Byłam wdzięczna za tamtą szkołę, ale wiedziałam też, że moja ścieżka jest samotna i chcę śpiewać swoją muzykę, iść dalej. Krótko po pracy z Grzegorzem Bralem zdarzył mi się przepiękny, kameralny projekt „Czas kobiety” z Leszkiem Mądzikiem w Teatrze Starym w Lublinie. Mogłam wykorzystać otwartość teatralną nabytą w Teatrze „Pieśń Kozła”, ale i pójść o krok dalej. Miałam w 40 minut, bez użycia choćby jednego słowa, tylko gestem, ruchem i czystą wokalizą, wyśpiewać całe swoje życie. Od narodzin po własną śmierć.

Jak ją pani śpiewała?
Ona była już ciszą. Musiałam do niej doprowadzić. W ostatniej sekwencji szłam i śpiewałam kompilację starych pieśni sakralnych z XVII wieku. A potem zamykałam nad sobą własny grób i leżałam w ciemności, i czekałam, aż będą sypać piach na wieko trumny… Po pierwszych spektaklach nie byłam w stanie się pozbierać. Biegłam pędem do mojego pokoju w pensjonacie Magia i godzinę wyłam w głos. Nawet nie wychodziłam do widzów, Leszek zresztą bardzo tego nie chciał, w jego teatrze pokłony to rozpraszające uwagę umizgi do widza: „Nie będziesz się kłaniać. Jest po sprawie. Umarłaś. Nikt, kto umarł, nie może się kłaniać”. A ja jestem tak wychowana, że nawet po śmierci jeszcze bym dygała, żeby nie urazić. No i stało się – zaczęły przychodzić jakieś panie na skargę do dyrekcji, że Jopek nie szanuje widzów i nie wychodzi się ukłonić po spektaklu. Trochę się zasmuciłam, ale jakaś rebeliancka część mnie podniosła głowę. Leszek uwolnił mnie na dobre.

Cisza jest ważna?
Jest elementarna. Nie byłoby bez niej dźwięku. Pozostają w metafizycznej zależności. Moje życie bez ciszy byłoby dramatem. Tak samo jak bez muzyki. Wokół jest tak duża ilość bodźców, życie jest pełne pasji i namiętności, więc cisza zaczęła być rzadką wartością, której próżno szukać w koło. Trzeba jej szukać w sobie.

Jest drogą do wolności?
Tak. Cisza i świadomość. Dużo ryzykuję i często bywam sama. Może nie samotna, ale sama. Wtedy mam w sobie dość ciszy, żeby usłyszeć wewnętrzną nawigację, której ufam. Kiedy mówi: „Musisz iść dalej, zasiedziałaś się”, żeby było nie wiem jak miło i wygodnie, wstaję i odchodzę. Być może dlatego, że stoi za moim ruchem szczera potrzeba poznania. Wierzę, mam w mojej drodze wielu wspaniałych kompanów. Zdziwiłby się pan, jak wiele osób przyjechało zobaczyć spektakle Brala i Mądzika. Czasem myślę, że być może ta droga do wolności spotyka się z pragnieniem wielu mi podobnych ludzi i że mogę ją przemierzać też trochę w ich imieniu. Usłyszałam kiedyś po koncercie: „Pani głos jest głosem mojej duszy”. Nie można niczego wspanialszego powiedzieć komuś, kto śpiewa. Mam wielką odpowiedzialność, myślę. Trzeba zrobić wszystko, żeby muzyka była czysta. Łatwiej ją ocalić, kiedy ma się też trochę szczęścia, jak ja.

Szczęście to jedno, ale czasem trzeba kupić los na loterię. To pani zapraszała do współpracy największych muzyków świata.
Zawsze byli ludzie, którzy we mnie wierzyli, i to oni kupowali losy! Naturalnie rzucałam się w każdy nowy gigantyczny projekt z całym entuzjazmem i oddaniem. Mogłam nie spać, nie jeść, nie pić, byle sprostać. Ale przyszło też do mnie wiele zdarzeń, o które nie zabiegałam, i to był fuks, szczęście. Na przykład słynny koncert w Jordankach, w Toruniu. Po prostu zagraliśmy naszą część przed koncertem Stinga, który stał w kulisach i słuchał, a to się zdarza bardzo rzadko. Kiedy schodziłam ze sceny, czekał na mnie z otwartymi ramionami. To było jak sen, bo go uwielbiałam od zawsze, już jako nastolatka wybrałam idola, który nigdy w życiu mnie nie zawiódł i którego droga jest dla mnie wzorem. Robert Wolański zrobił nam wtedy wspólne zdjęcie, które mam w pokoju. To już starczyło. Już fruwałam nad ziemią… Wtedy przyszedł do mojej garderoby menedżer Stinga: „Podobno marzysz, żeby z nim zaśpiewać? Jest z tobą drzwi w drzwi – idź do niego, czeka”. Weszłam do jego garderoby. Sting wziął gitarę i zapytał: „Co chcesz śpiewać, »Fragile«?”. Zaśpiewaliśmy i to było coś, co będę pamiętać do końca życia. Wszystko, co się zdarzyło potem, mogłoby już dla mnie nie istnieć. A chwilę później siedziałam ze Stingiem na scenie, w koncercie telewizyjnym, na oczach tysięcy ludzi. Niczego się nie bałam. Wypełniała mnie nieopisana radość, w której zawarło się całe życie od czasu pierwszej płyty kompaktowej, którą tatuś przywiózł mi z Japonii, gdy byłam nastolatką. Tą płytą było „Bring on the Night” Stinga.

A kiedy śpiewała pani koncert przed jego występem, widziała go pani stojącego w kulisie, słuchającego?
Poczułam to na karku. Po prostu wiedziałam, że tam jest. Ale byłam skupiona na muzyce i dialogu z publicznością, nie miałam czasu tego analizować. Chociaż czułam dreszcz.

Miałem kiedyś okazję obserwować panią od kulis na jednym z koncertów. Zobaczyłem osobę, która jest świadoma wszystkiego, co się za nią dzieje. Miałem poczucie, że ma pani kontrolę nad każdym muzykiem. W trakcie zmieniała pani repertuar. Zobaczyłem w pani prawdziwą szefową.
To złudzenie, że ja steruję. Muzyka steruje sama. Staram się widzieć całość, wyczuwać nastroje i czasem coś organizacyjnie ogarnąć, bo porządkowy być musi. Tak naprawdę słuchamy się nawzajem i staramy się być jednością. Nie mam wątpliwości, że każdy z nas chce przekroczyć to, co jednostkowe, przejść siebie, zjednać się w dźwięku, oddalić w kosmos.

Z Branfordem Marsalisem na koncertach i płycie „Ulotne” odlecieliście w kosmos. Mam wrażenie, że zawiozła pani na Marsa tę naszą ludową muzykę.
On jest niesamowity. Wszystko zrozumiał w sekundę. Genialnie słucha. Usłyszał ducha muzyki i każdego z kolegów w studiu i na scenie. Miałam wrażenie, że dopiero kiedy zagrał, rozumiałam, co było sednem mojej własnej piosenki. Taki dar słyszenia i rozumienia ludzi i muzyki zdarza się bardzo rzadko. Kiedyś powiedziałam Tomkowi Stańce, którego przepiękny temat „Pożegnanie z Marią” gramy z Branfordem na płycie „Ulotne”, jak żałuję, że nie ma czasu pogadać dłużej i lepiej się poznać. Tomek był już chory, bardzo świadomy swojej sytuacji i w tym wszystkim taki mocny, męski. Odpowiedział: „Przecież my się znamy na wskroś. My się znamy na skróty. Przez dźwięk!”.

Anna Maria Jopek - o krok dalej
Anna Maria Jopek z Branfordem Marsalisem (Fot. Robert Wolański)

Muzyka jest czułością?
Może być wszystkim. Tomek Stańko wychodził na scenę i centrował niebo i ziemię. Raptem robiła się jednia, w której było wszystko. I to wszystko było przytulone. Nawet ból.

Czułość jest ważna?
Tak. Jest przejawem miłości i bez czułości hardziejemy na deskę. Grobową deskę. Mój tatuś często mnie przytulał. Dostałam dużo miłości jako dziecko, chciałam zawsze móc ją oddać własnym dzieciom.

Wędrując, szuka pani muzyki?
Ona mnie sama znajduje. Na wiosnę dostałam zaproszenie od Kasi Wodeckiej i Piotra Metza do udziału w festiwalu Wodecki Twist. Kierownikiem artystycznym koncertu, w którym miałam zaśpiewać w Krakowie, w najpiękniejszym Teatrze im. Słowackiego, został Piotr Wojtasik. On również napisał aranże. Miały w sobie taką przestrzeń, głębię i piękno, że zupełnie nie mogłam się pozbierać. Wybrałam „Zacznij od Bacha”. Podeszłam do mojego regału w pokoju, sięgnęłam po pierwszy stojący pod ręką tomik Rilkego. Otworzyłam na przypadkowej stronie. I przeczytałam taki tekst: Kto się jak światło rozlewa, tego poznaje poznanie. Zadzwoniłam do Piotra i powiedziałam: „Chciałabym tutaj móc improwizować na tym Rilkem, wśpiewać go w »Zacznij od Bacha«, to przyszło z twojego aranżu”. Poprosiłam Piotra, aby objął kierownictwo muzyczne projektu „Przestworza”, z którym ruszamy w Polskę. Jest wielkim artystą i wielkim nauczycielem. Wiem, że to spotkanie wszystkich nas otworzy. Cieszę się na tę muzykę, której jeszcze nie znam, która dopiero przyjdzie. Muszę jej poszukać.

Kiedy się w pani życiu światło rozlewa?
Kiedy mam mocne, kochające serce.

Jak opowiadała pani świat swoim synom?
Jestem obok. Nie wiem, czy rodziców się naprawdę słucha. Trzeba próbować być dobrym człowiekiem i wierzyć, że nasze dzieci to widzą i zrozumieją, że tędy droga. Opowiadać chyba nie umiem.

Uczy ich pani wolności?
Widzą, że wolność w moim życiu oznacza nieustanny wybór. Często zapominamy o tym, że mamy wybór – elementarne prawo wolnej woli. Są miliony dróg i możliwości. Oby mieć odwagę.

Anna Maria Jopek, rocznik 1970; wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, producentka muzyczna. Wśród jej najważniejszych płyt są: „Bosa”, „Upojenie” (z Patem Methenym), „ID”, „Polanna”, „Minione” (z Gonzalem Rubalcabą), „Czas kobiety” (z Robertem Kubiszynem), „Ulotne” (z Branfordem Marsalisem). Koncertuje na całym świecie. Mieszka w Warszawie i Lizbonie.

 

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>