Artur Żmijewski jako Paddington

materiały prasowe

A nie korci pana, żeby czasem takiej osobie odpisać… „spadaj”?

(śmiech) Chciała pani powiedzieć po prostu „spierdalaj”? Tak… Korci mnie, nóż mi się w kieszeni otwiera, ale… jestem dobrze wychowany, więc i tak każdemu odpisuję bardzo osobiście (śmiech). Czasem też oddzwaniam do osób, które uporczywie usiłują prowadzić ze mną SMS-ową rozmowę, bo wychodzę z założenia, że skoro mają czas, by się rozpisywać, to równie dobrze możemy pogadać, tym bardziej że SMS-y to często skróty bez interpunkcji, a ja zgadzam się z profesorem Bralczykem, że to nie jest bez znaczenia, czy robi się komuś laskę czy łaskę. Uważam, że SMS-y powinny spełniać funkcję czysto informacyjną w sytuacji, gdy naprawdę nie ma czasu. W każdej innej wolę kontakt bezpośredni. Prawdziwy.

Czy to łączy pana z Paddingtonem?

Tak. On jest prostolinijny i ma przejrzysty system wartości. Białe–czarne, dobre–złe. Jest tak zdrowo naiwny, i to jest jego wielka zaleta. Każdy z nas powinien taki być.

Ale to bywa niebezpieczne, przecież pan wie.

Bo można wtedy dostać zdrowo po dupie? Wiem, ale wciąż wierzę, że nawet w takim świecie, w jakim żyjemy, można spotkać tak samo zdrowo naiwnych i stworzyć grupę. Ja taką mam. Wiem, że nie każdemu muszę się podobać i nie z każdym lubić, w związku z tym otaczam się ludźmi, z którymi jest mi dobrze być. Zresztą ja zawsze byłem niby w środku, ale trochę z boku. Na studiach zamiast mieszkać z kolegami w akademiku, wracałem codziennie do domu, do swojego świata. Bo jak mówi Paddington: „Po co mamy jechać do Londynu, skoro żyjemy w najpiękniejszym miejscu na świecie?”. I ma rację, ponieważ jeżeli człowiek ma zdrowie, fajną robotę, świetną rodzinę – to może być szczęśliwy wszędzie, i na Hawajach, i w Pcimiu Dolnym. Dziś jednak, jak widzę, się gna, się goni, się pędzi, żeby szybciej, niby lepiej, bo ma się jakieś irracjonalne poczucie, że świat bez nas przestanie istnieć. Otóż nie. Spotkało mnie w życiu bardzo przykre doświadczenie, gdy odszedł Maciek Kozłowski, i potem, gdy odszedł Krzysiek Kolberger… Mogłem spędzić z nimi więcej czasu. Żałowałem. Ale na ich miejsce przyszli inni… Spotykajmy się więc z przyjaciółmi, patrzmy, jak rosną nasze dzieci, pozwólmy sobie na rzeczy najważniejsze. W czasie teraźniejszym. Moja babcia Janina, zawsze gdy ktoś ją pytał, co będzie na wiosnę, zwykła była mawiać: „A skąd ja mam to wiedzieć? Może ja już nie będę żyła na wiosnę?”. I miała rację. Wszystko musi mieć swój czas. Tak też rozumiem sens oddzielania moich różnych żyć – prywatnego od zawodowego. Siebie w domu od postaci, którą gram na scenie czy w filmie.

Jerzy Stuhr mówi, że założenie butów postaci to moment, kiedy aktor wchodzi w rolę.

Określenie tego w jednoznaczny sposób jest trudne, bo czasem gramy premierę, a roli jeszcze nie ma. Bywa, że ona powstaje dopiero po kilku kolejnych przedstawieniach, gdy dochodzimy do tego, że to jest właśnie „to” i rosną nam skrzydła. Profesor Łapicki uważał, że premiera jest tylko pewnym etapem pracy, a nie końcem przedstawienia, i ja się z tym zgadzam. Ale rozumiem też, co mówi Jerzy Stuhr, bo gdy w czasie prób zakłada się na siebie buty i kostium, to jakoś nas to ustawia do formy roli. Nasz zawód nie istnieje w próżni. Przywołam po raz kolejny profesora Łapickiego, który mawiał: „W łazience przed lustrem możesz być genialny, ale gdy przychodzisz na próbę, spotykasz się z drugim człowiekiem, który jest w swojej łazience równie genialny. Stajecie naprzeciwko siebie na scenie, musicie wypracować kompromis, po czym trzeba go skonfrontować z widownią, która weryfikuje, czy to na pewno jest ta sama łazienka”. Bywają więc sytuacje, kiedy my, aktorzy, mamy wrażenie, że publiczność w teatrze jest wycieczką Węgrów albo Finów, którzy kompletnie nie rozumieją, co my do nich mówimy (śmiech).

Co wtedy?

Trzeba trzymać dystans wobec sytuacji, a jeśli się da, spontanicznie podkoloryzować emocje, i to w czasie rzeczywistym. Bo widz może być usatysfakcjonowany tym, co ogląda czy słyszy tylko wtedy, kiedy w jakikolwiek sposób go to porusza. Powoduje wielką radość albo ogromny smutek. Tak rozumiem każdy rodzaj sztuki… Dlatego tak fascynujące jest dla mnie patrzeć, jak muzycy na scenie wszystko na gorąco przeżywają, ile ich to emocjonalnie kosztuje, by wydobyć dźwięki z trąbki czy saksofonu. Jak Miles Davis grał emocją? A Chick Corea, Herbie Hancock, Aretha Franklin, Janis Joplin? Boże, a Bon Scott, jak on śpiewał?! Widzi pani, w sztuce nie ma nic gorszego niż takie zwykłe relacjonowanie rzeczywistości. Emocje muszą być.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »