Artur Żmijewski jako Paddington

materiały prasowe

A gdy wraca pan do domu po pracy, to co się dzieje z takimi emocjami? Wiesza je pan na wieszaku w przedpokoju?

Wygaszam je, bo gdybym tego nie robił, już dawno byłbym w psychiatryku. A wygaszanie zaczynam już w mieście, które temu sprzyja. Przejechanie z jednego końca Warszawy na drugi w godzinach szczytu to 90 minut w jedną stronę.

A zdarza się panu otwierać okno, wyciągać łokieć i wrzeszczeć na innych kierowców?

Łokcia nie wyciągam, ale klnę.

Spieprzaj, dziadu?

Oj, taki łagodny to ja nie bywam. Jak klnę, to po całości. Przeklinanie doskonale oczyszcza emocje. Staram się oczywiście powstrzymywać przy dzieciach, ale jest też tak, że w naszych domowych relacjach każdy zachowuje się jak chce, bo dom jest po to, by dać możliwość bycia sobą wobec tych, którzy też chcą być sobą. Wiele lat temu obiecałem sobie, że nie będę zmuszał dzieci do rzeczy, które ich nie interesują. Oczywiście, poza nauką, bo uważam, że szkoła niesie jakąś podstawową wiedzę o świecie.

A jak radzi sobie pan z rozpoznawalnością?

Na szczęście szybko uświadomiłem sobie, że jeśli uwierzę, że jestem kimś innym, kimś lepszym, to po prostu przegrałem. Widuję czasem ludzi, którzy na przyjęciu, w domu czy na imieninach u przyjaciół nie przestają być „gwiazdami”, i naprawdę im współczuję, bo nie dość, że okłamali samych siebie, to robią wszystkim dokoła, szczególnie bliskim, okropną przykrość. Jak musi czuć się matka czy brat kogoś, komu nagle kompletnie odpieprza? Widziałem też dość wcześnie te wszystkie połamane kręgosłupy, którym tak walnęło pod deklem, że wydawało im się, że są wybitne, jedyne, nietykalne – ich upadki były naprawdę straszne. Ale to też pokazuje, jak różni jesteśmy… Ja myślę sobie, że mój zawód jak mało który funkcjonuje pod szczególną presją. Bo jeśli malarz dopracuje się własnego środka wyrazu, to staje się on jego znakiem rozpoznawczym, natomiast gdy aktor dorobi się swojego stylu, natychmiast staje się ofiarą jednej, piątej recenzji, z której wynika, że stał się sztampowy, nie szuka, że się skończył albo wypalił. W tym sensie paradoksalnie zawód aktora daje mi szansę, żeby mi nie odbiło.

Kto dziś jest dla pana autorytetem?

Pamiętam moje pierwsze wejście do szkoły teatralnej, gdy zobaczyłem Jana Łomnickiego, Jana Englerta, Maję Komorowską, mnóstwo ludzi z ekranu, i traktowałem ich jako kompletnie odizolowanych od życia. Jako wybitne postaci. I do dziś tak zostało, choć gdy kiedyś poszedłem do toalety i spotkałem w niej Łomnickiego, doznałem szoku: „Jak to? To on też musi sikać?”. Nie mogłem tego pojąć, ale w końcu poczułem ulgę (śmiech). A inni? Dziś już nie ma zbyt wielu, których szanowałem, nie ma profesora Bronisława Geremka i Krzysztofa Skubiszewskiego, Tadeusza Mazowieckiego, Jacka Kuronia. Mam poczucie, że nasz świat staje się nieco płytki i nie chodzi mi o religijność, filozofię czy głęboką psychologię. My po prostu w codziennym życiu chcemy mieć wszystko podane na talerzu. Trzeba brać przykład z Misia Paddingtona i pozwolić sobie czuć. Przecież to widać, komu z oczu źle patrzy, a komu lepiej. I to gołym okiem.

Artur Żmijewski aktor teatralny (Teatr Narodowy, Teatr Współczesny, Ateneum), filmowy („Oszukane”, „Mój rower”, „Katyń”, „Psy”) oraz telewizyjny („Ojciec Mateusz”). Swojego charakterystycznego głosu użyczył wielu produkcjom dubbingowym (tytułowy „Miś Paddington” czy Alex w „Madagaskarze”). Ambasador dobrej woli UNICEF. W 2005 roku otrzymał Złoty Krzyż Zasługi.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »