Audrey Hepburn. Kim była, zanim skradła nam serca?

Audrey Hepburn, fot. BEW PHOTO

Napisano o niej już prawie wszystko, jednak najmniej o czasach dzieciństwa i młodości, a to one miały największy wpływ na jej życie i charakter. Okupowana Holandia, głód, rozwód rodziców, nazistowskie sympatie ojca – zanim Luca Dotti opowie w serialu o przeszłości swojej sławnej matki, rzucimy trochę światła na to, kim była Audrey Hepburn, nim skradła nam serca.

Delikatna, dziewczęca, łagodna, elegancka – taką Audrey Hepburn pamiętamy i taką widzimy w „Rzymskich wakacjach”, „Sabrinie” i najsłynniejszym filmie z jej udziałem – „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Co ciekawe, z każdą z tych ról jest związana pewna anegdota, która mówi o charakterze aktorki. Na przykład, że podczas przesłuchań do roli w „Rzymskich wakacjach”, jej wielkim ekranowym debiucie, postawiła się producentom, którzy chcieli zmienić jej nazwisko, by nie myliła się z „druga, sławniejsza Hepburn”.
Z kolei na planie „Sabriny” ta uchodząca za jedną z najmniej skandalizujących aktorek Hollywood nawiązała gorący romans z żonatym wtedy Williamem Holdenem. Natomiast za Holly Golightly ze „Śniadania”, bohaterką, którą oryginalnie miała zagrać Marilyn Monroe, Audrey nie przepadała – uważała, że jest zbyt lekkomyślna i rozwiązła, stąd usilnie starała się ukazać ją w lepszym świetle. Alexander Walker, biograf gwiazdy, twierdzi, że w tych trzech prostych przykładach wyraźnie widać drugą twarz Audrey: zdecydowanej, pełnej seksapilu i zawsze starającej się widzieć rzeczy w pozytywnym świetle. Do tego kompletu dorzuciłby jeszcze introwertyzm, który wykształcił się w wyniku wojennych doświadczeń oraz rodzinnych tajemnic i który współgrał u niej z wielką otwartością oraz serdecznością wobec ludzi.

Gwiazda inna niż wszystkie

Mimo ogromnego magnetyzmu i charyzmy, dzięki którym nadal jest stawiana w szeregu najsłynniejszych gwiazd Hollywood, Audrey zawsze najbardziej marzyła o ciepłym domu i urodzeniu dzieci. Mimo szczupłej sylwetki, pochłaniała tony makaronu i miała prawdziwe zacięcie do gotowania – czego możemy się dowiedzieć z książki kucharsko-wspomnieniowej jej syna, Luki Dottiego „Audrey w domu” (Wydawnictwo Literackie). I wreszcie – mimo zachwytów nad jej urodą sama nie uważała siebie za zbyt atrakcyjną,
miała kompleks kwadratowej szczeki i twierdziła, ze jej wielkie, sarnie oczy bez odpowiedniego makijażu i oświetlenia naprawdę są bardzo małe.

Jak każda wielka osobowość mieściła w sobie dwa bieguny, co najlepiej opisuje fragment z książki „Audrey Hepburn” wspomnianego Alexandra Walkera (Prószyński i S-ka): Zapytano ją, jakie są najważniejsze rzeczy w życiu. Była niewątpliwie zdumiona, zdawała sobie sprawę, że spodziewano się jakiejś pogłębionej refleksji. Dała jednak zaskakująca odpowiedź: „Miłość”, dodała także „strach”. „Ponieważ boisz się, że możesz stracić to, co kochasz najbardziej”.

Pierwszą osoba, którą kochała i którą zaraz potem straciła, był ojciec. Rodzice rozstali się, gdy Audrey miała zaledwie 6 lat. Potem wojenna zawierucha odebrała jej dom, poczucie bezpieczeństwa, zdrowie, ale też ukochanego wujka, który był w grupie pierwszych holenderskich cywilów rozstrzelanych przez Niemców. Po wojnie, już w Londynie, straciła szansę na karierę w balecie, bo zbytnio urosła. Straty towarzyszyły jej i w dalszym życiu – dwa rozwody, poronienia… Jednak to pierwsze, momentami bardzo bolesne, 20 lat było
najbardziej znaczące dla tego, jaka się stała i do czego dążyła. Nic dziwnego, że własnie na tym okresie chce się skupić Luca Dotti, który pod koniec 2018 roku ogłosił, ze kręci serial o swojej matce. Wspólnie z Luigim Spinola – włoskim pisarzem i dziennikarzem – ma już gotowy skrypt, w dużej mierze oparty na ich wspólnej książce, w której jako pierwsi opisali nieznane fakty z życia aktorki i opublikowali zdjęcia z domowego archiwum.

„Nie znałem Audrey Hepburn. Jako mały chłopiec, kiedy dziennikarze natarczywie mnie o nią wypytywali, odpowiadałem z rozdrażnieniem: To pomyłka. Jestem synem pani Dotti!” – pisze we wstępie. „Mama była dla mnie zawsze mamą”. Rzeczywiście w okresie, kiedy Luca był małym chłopcem, Audrey wycofała się z kariery zawodowej, zresztą nigdy nie uważała siebie za wielka aktorkę – Oscar, którego dostała za „Rzymskie wakacje”, stał na półce z książkami w ich wiejskim domu obok kolorowych szwedzkich koników. Znacznie bardziej ceniła sobie dowody uznania dla jej działalności dla UNICEF-u, a kiedy otrzymała doktorat honorowy Brown University, głosem drżącym ze wzruszenia mówiła do syna: „Wyobrażasz sobie? Doktorat dla mnie, dla kogoś z takimi brakami w wykształceniu?”.

Jak Anna Frank

Druga wojna światowa przerwała nie tylko jej wykształcenie, ale też dzieciństwo. Może dlatego – jak przypuszcza Alexander Walker – w dorosłym życiu było w niej tak wiele z dziecka. Audrey, urodzona w Brukseli jako córka Holenderki baronowej Elli von Heemstry i Brytyjczyka Josepha Victora Antona (zwanego Anthonym) Hepburn-Rustona, dzieciństwo spędziła w Anglii. Po wybuchu wojny baronowa, która była wtedy już po rozwodzie, wróciła z córką do rodzimej Holandii, łudząc się, że tam będzie bezpieczniej. Kiedy armia niemiecka zajęła miasteczko Arnhem, gdzie zamieszkały, rozpoczął się dla nich ciężki czas, który małej dziewczynce osładzały jedynie lekcje baletu. W 1944 roku po operacji Market
Garden wielu mieszkańców (w tym Audrey z matką) udzieliło schronienia zrzuconym na spadochronach brytyjskim żołnierzom, co rozsierdziło okupanta. Aby ukarać Holendrów, kompletnie odciął ich od dostaw żywności. Ostatnie miesiące wojny cierpieli niewyobrażalny głód, którego symbolem stały się gotowane cebulki tulipanów, jako jedyne dostępne pożywienie. Podobno kiedy Audrey po latach obejrzała w kinie scenę z „Przeminęło z wiatrem”, w której głodna i wychudzona Scarlett O’Hara gołymi rękami wygrzebuje z wyjałowionej ziemi ostatnie jadalne korzenie – musiała wyjść z kina, bo emocje, które to w niej uruchomiło, były nie do wytrzymania. Jak podaje Luca Dotti, kiedy wyzwalano Holandię, Audrey, która skończyła wtedy właśnie 16 lat, miała metr pięćdziesiąt wzrostu i ważyła niecałe 40 kg. Cierpiała na astmę, żółtaczkę i inne choroby
spowodowane niedożywieniem, w tym ostrą anemię i silne obrzęki. Podobno gdyby Amerykanie spóźnili się kilka dni, opuchlizna mogłaby dojść już do serca. Dzień wyzwolenia kojarzył jej się ze smakiem czekolady, którą dostała od amerykańskiego żołnierza. Do końca życia pozostał dla niej smakiem szczęścia, poczucia bezpieczeństwa i nadziei.

Podobnie jak scena z „Przeminęło z wiatrem”, ogromne wrażenie na aktorce zrobił „Dziennik” Anny Frank. W zapiskach okrywającej się w Amsterdamie żydowskiej dziewczynki odnalazła siebie i swoje losy. Jego lektura była dla niej poruszająca również dlatego, że to z niego dowiedziała się o rozstrzelaniu wujka, którego uważano za zaginionego. Konsekwentnie odrzucała jednak propozycje zagrania Anny Frank, twierdząc, że jest to dla niej zbyt emocjonalne i że nie chce budować swojej kariery na czyimś cierpieniu. Dopiero pod koniec życia zgodziła się wziąć udział w koncercie słowno-muzycznym, opartym na dzienniku Anny Frank. I tylko dlatego, że dochód z niego
miał być przeznaczony na UNICEF.

Wojna odcisnęła na niej jeszcze jedno piętno – tajemnicy. Jej ojciec, który przed wojna był zwolennikiem profaszystowskiego ruchu Oswalda Mosleya, został bez procesu uwieziony, najpierw w Londynie, a pod koniec wojny na wyspie Man. Cień proniemieckich sympatii jej rodziców towarzyszył Audrey przez całe życie, grożąc załamaniem kariery. Dlatego też
ojciec, który po wojnie przeniósł się do Irlandii, nie utrzymywał z córką kontaktu, spotkali się tylko raz, w tajemnicy. Jak pisze Alexander Walker: „Jakiekolwiek powiązanie z nazizmem było niebezpieczne dla powojennej gwiazdy”. Jego zdaniem tłumaczyło to
niezwykłą samokontrolę aktorki, na którą zwracali uwagę wszyscy jej współpracownicy.

Nareszcie spokój

Nadwątlone podczas wojny poczucie bezpieczeństwa starała się odzyskać w ramionach kolejnych mężów i w kolejnych domach. Z tym drugim udało się szybciej niż z miłością. Azyl znalazła w małej wiosce Tolochenaz-sur-Morges w Szwajcarii. „To wszystko, czego pragnę”– oznajmiła, oglądając rezydencję, którą nazwała La Paisible – miejsce spokoju.
I naprawdę znalazła w niej spokój. W otoczeniu dzieci, ukochanych terierów i ogrodu, żyła tak, jak chciała – prywatnie i w swoim tempie. To tam wreszcie zamieszkał z nią mężczyzna, przy którym nie odczuwała już strachu – młodszy od niej Holender, również aktor, Robert Wolders. Jednak wojenne doświadczenia domagały się domknięcia. Kiedy w 1988 roku została mianowana ambasadorem dobrej woli z ramienia UNICEF-u, historia
zatoczyła koło. Ona, jako mała dziewczynka, uratowana dzięki żywności z UNRRA, teraz mogła odwdzięczyć się za tamto dobro. Rozpoczęła szereg misji w Afryce i krajach zmagających się z widmem głodu. Podobno powiedziała wtedy: „To ironia losu, ze przez te wszystkie lata siedziałam w domu własnie z powodu dzieci. Teraz dla dobra dzieci podróżuje po całym świecie”. Jej bliscy już wtedy martwili się, że widok umierających z głodu, w których odnajdywała obraz samej siebie i którym często nie mogła pomóc – to za wiele dla jej delikatnego organizmu. „Praca humanitarna, prowadzona z tak ogromną siłą woli, sugeruje nie tylko oddanie sprawie, jest tam również poczucie desperacji” – pisał Alexander Walker. Jej postawa i praca humanitarna stały się powodem drugiej fali ogromnego zainteresowania gwiazdą na całym świecie. Kiedy na jej pięknej mimo upływu
lat twarzy rysowało się cierpienie wywołane widokiem cierpienia innych – słowa nie były już potrzebne. W tamtym okresie UNICEF zanotował rekordowe przychody z datków na rzecz głodujących dzieci, a aktorka stała się wzorem i przykładem dla wielu gwiazd Hollywood, jak wykorzystać swoja sławę w dobrym celu.

Po najtrudniejszej dla niej emocjonalnie podróży do Somalii wykryto u aktorki raka. Zmarła trzy miesiące później. Szczęśliwa, spokojna, spełniona. Po jej śmierci Elizabeth Taylor powiedziała: „Bóg ma teraz najpiękniejszego anioła” i dodała: „który będzie wiedział, co ma robić w niebie”. Roger Moore, szwajcarski sąsiad Audrey, powiedział zaś coś, czym można podsumować jej losy:

„Była rzadkim zjawiskiem w Hollywood,
gwiazdą, która wykazywała szczerą troskę
o innych, a nie o siebie”.