„Boże Ciało” – Bartosz Bielenia o swojej roli w filmie

Bartosz Bielenia (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

Każdy aktor marzyłby o tak mocnym debiucie. „Boże Ciało” podbija festiwale filmowe, jest też polskim kandydatem do Oscara. To opowieść o charyzmatycznym księdzu. Czy raczej o chłopaku z poprawczaka, który podszywa się pod księdza. I którego rewelacyjnie zagrał on, Bartosz Bielenia.

Twoja pierwsza główna rola w kinie. Czujesz falę wznoszącą?
Zupełnie nie.

Cisza przed burzą. „Boże Ciało” za chwilę wejdzie do kin (tekst ukazał się w miesięczniku Zwierciadło przed oficjalną premierą filmu, przyp redakcji), a już jest o nim głośno. Do tego dochodzi jeszcze twoja niezwykła zdolność przykuwania uwagi. Nie zapomnę, jakie wzbudziłeś emocje, kiedy wystąpiłeś w filmie „Disco polo”. Zagrałeś zaledwie epizod, a posypały się wywiady, zapraszano cię do telewizji, pisano o tobie jako o nadziei polskiego kina.
Śmiesznie się złożyło, bo „Disco polo” to miała być przede wszystkim zabawa. Kilka razy mignąłem na ekranie. I nagle z tej zabawy wyszło coś, co faktycznie ludzie zapamiętali.

Skąd, twoim zdaniem, wzięło się tamto ogromne zainteresowanie?
Gdzieś wyczytałem, że jak oglądasz film, to pierwsze miejsce, w które się wpatrujesz, to sam środek ekranu, dopiero później twój wzrok zaczyna błądzić po twarzach głównych bohaterów. No więc wykombinowałem sobie, że skoro tak i skoro moje dni zdjęciowe polegają głównie na tym, że gdzieś stoję albo siedzę i uśmiecham się do kamery, będę stał albo siedział w samym centrum kadru. Na szczęście byłem zupełnie nieistotny i kiedy zaczynaliśmy kręcić jakąś scenę, w której byłem na przykład za plecami Tomasza Kota, nikt nie zwracał uwagi, że najpierw zerkam na ekran podglądu, a potem ustawiam się tak, żeby mnie było zza tych pleców widać. Wyznaczałem też sobie inne absurdalne zadania: że ani razu nie mrugnę na przykład. Od tamtego momentu bardzo polubiłem epizodyczne role, zawsze się na nie cieszę. Bo tło to obszar cienia, nikt nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań, więc można pozwolić sobie na naprawdę dużo.

Recenzenci i publiczność zapamiętali twój „chłodny wzrok psychopaty i anielski uśmiech”.
I wysokie płaskie czoło, i zęby jak płyty nagrobne. W podstawówce wołali do mnie ze względu na te zęby: „Bielenia, pokaż cmentarz”. Nigdy nie uważałem, że to coś złego. Przeciwnie, było mi miło, że ktoś widzi w tym coś wyjątkowego. Mam dziwną twarz i świetnie, że to się w moim zawodzie sprawdza.

(Fot. Michał „Massa” Mąsior)

A ile razy usłyszałeś lub przeczytałeś, że jesteś efemeryczny, androgyniczny, na granicy płci?
W moim przypadku trudno od tego uciec. U Krzysztofa Garbaczewskiego grałem i Hamleta, i Ofelię, czy raczej Hamleta odgrywającego Ofelię. W „Płatonowie” [w reż. Konstantina Bogomołowa – przyp. red.], gdzie mężczyźni odtwarzali role kobiece, a kobiety męskie, jestem Saszą. A u Ani Smolar w „Kopciuszku” – Wróżką. W kombinezonie z cekinów, w butach z puszkiem i na koturnach, z długimi włosami. Ale to też płynna postać, bo mówię męskim głosem, mam męskie gesty. Kopciuszek pyta mnie w pewnym momencie: „A ty jesteś kobietą?”. I słyszy: „A to ma jakiekolwiek znaczenie?”.

Nigdy nie pomyślałeś, że to może być rodzaj pułapki? Że zostaniesz uwięziony w podobnych rolach?
Jeśli po czterdziestce nadal będę grał kobiety i nastolatków, zacznę się martwić [śmiech]. Zresztą widzę, że to już się zmienia.

Najlepszy dowód to rola w „Bożym Ciele”. Dresy, sportowe buty, podkoszulek, wystrzyżone krótko włosy. Grasz chłopaka, który opuszcza mury poprawczaka. Twój Daniel jedzie na drugi koniec Polski, w Bieszczady. Ma pracować w tartaku, ale zamiast tego trafia na miejscową plebanię i podszywa się pod księdza. Poznałeś osobiście pierwowzór tej postaci?
Film jest luźno inspirowany kilkoma historiami. Przypadków podszywania się pod księdza jest w naszym kraju kilkanaście rocznie. Najwięcej przy okazji chodzenia po kolędzie, ale zdarzają się też takie historie jak z „Bożego Ciała”, kiedy ktoś udaje dłużej. Scenariusz najczęściej jest podobny: człowiek znikąd podaje się za duchownego i zajmuje się posługą, po czym zostaje zdemaskowany. Prędzej czy później wychodzi na jaw, że księdzem nigdy nie był. Czy może jednak był, skoro działał, pełnił funkcję duszpasterza? No właśnie…

Przygotowując się do roli, zacząłeś się uważniej przyglądać chłopakom z blokowiska, wysiadującym na osiedlowych ławkach? Jak się ruszają, jak mówią?
Ja sam wychowałem się na osiedlu w Białymstoku, gdzie miałem duże pole do obserwacji, ale nie, nie patrzyłem, nie podglądałem. Raczej wzmacnialiśmy moje własne nawyki, ruchy. Jak przygryzam wargę, jak macham nogą, kiedy siedzę. Podkręciliśmy to wszystko, żeby nadać nerw mojej postaci. Przede wszystkim chciałem uniknąć wampirzenia, pasożytnictwa. Mieliśmy z Jankiem kilka wizyt w zamkniętych zakładach poprawczych i nie chodziło o to, żeby tam pójść, napatrzeć się, nachapać, ukraść czyjeś gesty, obejrzeć kogoś jak w zoo – dosłownie, bo przez kraty. Tego strasznie chcieliśmy uniknąć, postanowiłem nie łowić takich rzeczy.

Po co zatem były te wizyty w zakładach zamkniętych?
Chciałem spotkać się z drugim człowiekiem, porozmawiać, raczej zobaczyć budynek, wnętrza, poczuć, jak to na człowieka wpływa. Po drodze były pomysły, żebym się zamknął, ale nie chciałem, to nie jest moja metoda. To, z czym się na miejscu spotkałem, co było dla mnie w tym doświadczeniu najcenniejsze, najbardziej przejmujące, to ogromna potrzeba kontaktu, uwagi, miłości, czułości.

O czym według ciebie jest „Boże Ciało”?
Moim zdaniem to jest właśnie film o wielkiej potrzebie akceptacji i miłości. I o bohaterze, który rozumie nauczanie Jezusa na swój sposób. Dostał pewien przekaz od księdza Tomasza, duchownego z poprawczaka, zafascynowało go to i zbudowało na nowo, mógł skonstruować nowego siebie wokół przykazania: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

(kadr z filmu „Boże Ciało)

Mówimy o chłopaku, który już w pierwszej scenie filmu bierze udział w bardzo brutalnym akcie przemocy. A zaraz potem pomaga księdzu Tomaszowi przy mszy i na jego twarzy dokonuje się niezwykła zmiana. Uważasz, że Daniel jest w gruncie rzeczy niewinny?
Jest bardzo winny. W filmie delikatnie sugerujemy, że trafił do zakładu poprawczego za nieumyślne spowodowanie śmierci, zabił człowieka.
Daniel jako fałszywy ksiądz próbuje dotrzeć do wiernych. Różnie mu ta posługa wychodzi, ale się stara. Współczuje, nie ocenia. Jego perspektywa jest o tyle wyjątkowa, że on sam upadł naprawdę nisko.

Kto cię zaraził teatrem? Rodzice?
Ja sam od małego cisnąłem, żeby startować w konkursach recytatorskich, chodzić na kółka teatralne. Najpierw w teatrze Szóstka, potem w słynnym białostockim Klapsie, tam byłem parę lat. Rodzice nie są w żaden sposób związani z teatrem. To we mnie było coś takiego… Jest w domu zdjęcie – z balu przebierańców w młodzieżowym domu kultury, miałem trzy lata, nie dało się mnie zdjąć ze sceny. Nie przestawałem się kłaniać, mama to zawsze wspomina. Nie mam pojęcia, skąd to mi się wzięło. Natomiast bardzo ważnym momentem, nawet przełomowym, był ten, kiedy musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja faktycznie lubię teatr, czy może lubię siebie w teatrze.

Kto ci je zadał?
Zdzisław Dąbrowski. Sąsiad z bloku, z piętra wyżej. Reżyser Teatru Polskiego Radia, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie i Białymstoku. Szukałem kogoś, kto by mnie przygotowywał do egzaminów. Byłem dopiero w pierwszej klasie liceum, zwykle jednak młodzi ludzie zaczynają się przygotowywać do szkoły teatralnej później. Miałem duże szczęście. Przygotowywałem się do egzaminu, ale też oglądaliśmy albumy ze sztuką, słuchaliśmy jazzu, czytaliśmy Hessego. Byłem podatnym gruntem dla opowieści o Boyu-Żeleńskim i Zielonym Baloniku.

A co z przełomowym pytaniem? Jak na nie odpowiedziałeś?
Byłem przerażony. Oczywiście że uwielbiałem to, że chcę być aktorem. I grałem tylko i wyłącznie po to. Coś tam do mnie dotarło, przestawiłem zwrotnicę wyobraźni na inne tory, zacząłem jeździć na spektakle, czytać, szukać na własną rękę.

Jeszcze na studiach w Krakowie zostałeś najmłodszym aktorem w zespole Narodowego Starego Teatru.
Szukali młodego Gavestona do „Edwarda II”. Wspaniały czas. Zwłaszcza że dowiedziałem się, że reżyserka Ania Augustynowicz – która dostała nasze nagrania ze szkoły teatralnej – wybrała mnie, akurat kiedy byłem w Stambule. Wspaniale się po takiej wiadomości wracało do Polski.

Co robiłeś w Turcji?
Założyliśmy tam teatr. Praktycznie bez pieniędzy, znaleźliśmy scenę i graliśmy. Działaliśmy z grupą ludzi, których poznałem przy okazji warsztatów w Instytucie Grotowskiego. W naszej grupie byli ludzie z Libanu, Grecji, Turcji, Chile, Stanów. Polubiliśmy się i chcieliśmy razem pracować. Stambuł był gdzieś na przecięciu naszych tras, wychodziło, że wszystkim jest tam najbliżej, poza tym chcieliśmy robić projekt „Borders” [Granice], więc trudno sobie wyobrazić lepsze miasto niż Stambuł, położony na styku dwóch kontynentów. Próbowaliśmy po europejskiej stronie, graliśmy po azjatyckiej. Do teatru wchodziło się romantycznie – z nabrzeża, na którym był targ rybny. Potem było już trochę mniej romantycznie, bo najpierw przechodziło się do księgarni, sieciówki takiej jak nasz Empik, a potem wjeżdżało się na trzecie piętro windą. Mała offowa scena. Sala tak niska, że jak się podskoczyło, dotykało się sufitu. Ale się udało, widzowie byli przejęci. Grałem po grecku, angielsku i po polsku, jako jedyny Polak w ekipie.

A jak było z szybkim zastępstwem w „Procesie” Krystiana Lupy w Nowym Teatrze? Krążą o tym legendy.
Mieliśmy akurat próby do innego spektaklu, jadłem w teatrze obiad i usłyszałem, że jeden z aktorów z „Procesu” nie może przyjść. Odwoływać czy nie? Powiedziałem, że jakby co, ja mogę zagrać, widziałem ten spektakl dwa dni wcześniej. I reżyser się zgodził. Musiałem w 20 minut założyć kostium i wyjść na scenę. Całe szczęście ratował mnie mój serdeczny przyjaciel Radek Stępień, który był w tamtym czasie asystentem Lupy. Miałem oprócz podpiętego mikroportu, jak wszyscy, słuchawkę w uchu z nadajnikiem. Radek okazał się mistrzem suflerki, cierpliwie mówił do słuchawki: „Spokojnie, Bartek, za chwileczkę wydarzy się to i to. Czekaj, aż się zmieni światło. Nie, nie w te drzwi! Wchodzisz nie w te drzwi, w te drugie!” [śmiech].

Potworny stres.
Przeciwnie. To było jedno z moich najprzyjemniejszych doświadczeń na scenie. Ogromna wolność: nigdy wcześniej tego nie robiłeś, nie bardzo wiesz, co będzie za chwilę. Nagle możliwe stało się to, z czym aktor zawsze mierzy się w czasie prób – być zaciekawionym, po raz pierwszy słuchać partnera, wszystko było niezwykle świeże i intensywne. Największym problemem było to zagrać jeszcze raz, kiedy Krystian Lupa zaprosił mnie do obsady. To dopiero było wyzwanie! Powtórzyć tę otwartość, poczucie pełnej swobody. Wielki dar od losu, że zostałem w coś takiego wrzucony.

Lubisz ryzyko, adrenalinę?
Lubię zmiany, nie boję się podejmować radykalnych decyzji, ale też lubię mieć różne rzeczy porządnie przemyślane, jest więc w tym chyba jakaś równowaga.

Nie chciałeś zostać w Krakowie?
Uwielbiam Kraków, wszystkie moje wyobrażenia o tym mieście – zbudowane na podstawie jednej wycieczki szkolnej do Auschwitz, podczas której zatrzymaliśmy się w Krakowie, akurat na tyle, żeby zjeść w KFC na Floriańskiej – się urzeczywistniły [śmiech].

Wyobrażenie kogoś z drugiego końca Polski o mieście poetów, spowitym mgłą. Nawet jeśli w pierwszym wynajmowanym mieszkaniu w suterenie, z okratowanymi oknami, było tak zimno, że w chłodniejsze dni, kiedy brałem prysznic, okno zachodziło szronem. Zostać w Krakowie nie mogłem. Nie chciałem współpracować z narzuconym nam dyrektorem Starego Teatru. Teraz jestem w Warszawie, w zespole Nowego Teatru, i to dla mnie inspirujący czas. Stabilizacji, bo kalendarz mam zapełniony do połowy 2020 roku.

Czym żyjesz poza graniem?
Sam codzienny rytm pracy aktora teatralnego mocno ogranicza życie poza graniem. To, że masz próby od 10:00 do 14:00, a potem wracasz do teatru na 18:00 i zostajesz do 22:00. Po drodze masz czas najwyżej na to, żeby coś zjeść i ewentualnie szybko coś załatwić. Wracasz do domu i jest przed 23.00. Oczywiście, to mój wybór, nie zamierzam narzekać, myślę, że ciężej byłoby mi sprawdzić się w systemie ośmiu godzin dziennie, ale wyciągnąłem ostatnimi czasy pewną naukę. W te wakacje przez miesiąc nie było mnie dla nikogo. Spędziłem go z rodzicami, potem z moją dziewczyną, która akurat wróciła z Syberii.

Życiowe zobowiązania?
Mamy psa, ma na imię Kredyt.

Jak?!
Nazwaliśmy go Kredyt, właśnie od zobowiązania na lata [śmiech]. Znaleźliśmy go na Mazurach. Prawie go przejechaliśmy. Jechał na mnie z naprzeciwka samochód, na czołowe, śmierć w oczach, a okazało się, że tamto auto wymijało psa, przed którym ja w końcu ledwo wyhamowałem. Moja dziewczyna natychmiast wyskoczyła z auta. Krzyczę: „Nie wychodź, może być wściekły, przerażony, pogryzie cię”. Jeszcze słyszałem szczęk zerwanego łańcucha o asfalt. Kredyt jest mieszańcem, ale wygląda jak pitbull, można się przestraszyć. Ale jak nas tylko zobaczył, zaczął piszczeć, wić się, merdać ogonem. Zapchlony, śmierdzący wracał do Warszawy na przednim siedzeniu, na kolanach. Za chwilę mija rok, jak go mamy. A wracając do tego, czym żyję poza graniem. Sam często sobie zadaję to pytanie. O pozateatralne pasje. Dużo czytam, oglądam, gram na konsoli – tak się resetuję. Ale i tak wszystko to przerabiam i wykorzystuję jako aktor. Na razie teatr wygrywa.

Masz idoli?
Nie. Nigdy mnie nikt na scenie nie zafascynował do tego stopnia, żebym chciał się na nim wzorować. Ktoś mi kiedyś zarzucił w wywiadzie, że to niedobrze, bo to może brzmieć jak buta. Ale nie o to chodzi.

W takim razie o co?
O to, że to jednak życie jest polem, na którym szukam punktów odniesienia. Swoimi wielkimi autorytetami mógłbym nazwać przynajmniej kilku przyjaciół. Na przykład Mateusz, któremu niedawno urodziły się bliźniaki. Widzę, jak się rozwinął jako mężczyzna, jakim jest genialnym ojcem, partnerem w związku. Każda minuta spędzona z nimi, z jego rodziną, to dla mnie lekcja.

BARTOSZ BIELENIA , rocznik 1992; urodzony w Białymstoku, absolwent Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). W latach 2014–2017 występował w krakowskim Starym Teatrze, obecnie jest w zespole Nowego Teatru w Warszawie. W kinie można go było do tej pory oglądać m.in. w filmach: „Disco polo”, „Człowiek z magicznym pudełkiem”, „Kler”, a w większej, wyróżnianej na festiwalach roli – w thrillerze „Na granicy”.