fbpx

Beata Poźniak – zdobywczyni Voice Arts Award, najlepszy polski głos w Amercyce

Beata Poźniak - a dlaczego nie?
Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)

Beata Poźniak, Polka w Hollywood. Głos to w jej przypadku dobry pretekst do rozmowy. Bo oprócz ról w filmach i teatrze ma też na koncie role, których nie widać. Jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. A od trzech dekad walczy, żeby miały szansę wybrzmieć głosy innych kobiet.

Dykcja, akcent, melodia i tempo mówienia – jest pani na takie rzeczy wyczulona, zwraca pani na nie szczególną uwagę?
Faktycznie, zwracam. Szukam emocji, jakiejś prawdy w głosie. Spotykam się ze znajomymi, ktoś coś w specyficzny sposób powie, głos mu ciekawie zadrży, a ja od razu robię sobie notatkę w głowie, myślę, jak tę rzecz można dodać do postaci, nad którą pracuję.

Jest pani zdobywczynią Voice Arts Award. Wśród laureatów i nominowanych do tych nagród, wręczanych między innymi za audiobooki i dubbing, znaleźli się: Holly Hunter, Tom Hanks czy Cate Blanchett. Dotąd nikomu, dla kogo angielski nie jest pierwszym językiem, nie udało się zdobyć tej statuetki. W dodatku w jednym roku nominowano panią w aż trzech kategoriach.
Byłam bardzo wzruszona i szczęśliwa. Zdarzały się wcześniej nagrody dla aktorów urodzonych w innych krajach. Ale te osoby wyemigrowały na tyle wcześnie, żeby szkoły kończyć już w Stanach albo w Anglii. A ja przyjechałam tu z Polski w wieku 25 lat, po studiach na filmówce w Łodzi, ukształtowana, dorosła kobieta. I to, nieskromnie powiem, wzbudza tutaj szacunek [śmiech].

Z jaką umiejętnością języka przyjechała pani do Stanów?
W Polsce uczyłam się angielskiego w szkole, podobały mi się amerykańskie filmy, muzyka. Ale początki tutaj były bardzo trudne. Pamiętam, jak zaraz po przyjeździe włączyłam telewizor, żeby obejrzeć newsy, i rozumiałam może co trzecie słowo.

Pewnie sporo osób chciałoby wiedzieć, co zrobić, żeby dojść do takiej perfekcji. Co pomaga, rozwija językowe umiejętności?
Moi studenci czasem o to pytają, a ja wzruszam ramionami. Chciałabym odpowiedzieć coś fajnego, mądrego, ale najbardziej szczera odpowiedź jest taka, że nie wiem. Każdy z nas ma inne predyspozycje, każdy musi znaleźć własną drogę. Mam wrażenie, że w moim przypadku to się po prostu stało. Nagle. Moment, i jesteś po drugiej stronie.

Dykcja, język to jedno, ale w pani przypadku możemy mówić też o głosie w zupełnie innym kontekście. Głos w słusznej sprawie – od dawna działa pani na rzecz kobiet. Gloria Allred, feministka, prawniczka znana z najgłośniejszych w Stanach spraw, choćby ostatnio przeciwko Harveyowi Weinsteinowi, publicznie nazwała panią bohaterką. Przyczyniła się pani do tego, że w USA zaczęto obchodzić 8 marca Międzynarodowy Dzień Kobiet, który stał się pretekstem do spotkań i dyskusji. Skąd wziął się ten projekt?
Chciałam wspierać kobiety, wydobyć ich historie. Dlatego stworzyłam ten ruch. Nazwałam go Women’s Day USA, bo uznałam, że Międzynarodowy Dzień Kobiet to dobra okazja, żeby coś ważnego powiedzieć. Zaczęłam organizować coroczne zjazdy, gale, na które zapraszamy wyjątkowe prelegentki. Gościła u nas między innymi Japonka, która przeżyła w czasie drugiej wojny światowej obóz internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia. Dolores Huerta, przywódczyni amerykańskich związków zawodowych, matka 11 dzieci. Mae Jemison, pierwsza czarnoskóra kobieta, która poleciała w kosmos. Mogę tak wymieniać bez końca.

Wspomniane wystąpienie Glorii Allred miało miejsce w latach 90., krótko po pani udziale w „JFK” Olivera Stone’a. Zagrała tam pani Marinę Oswald, rosyjską imigrantkę, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. To właśnie ta rola była iskrą do powstania ruchu?
„JFK” był spełnieniem snu, wreszcie mogłam zobaczyć, jak to jest w tym prawdziwym Hollywood. Moja pierwsza filmowa rola w Stanach, trochę drzwi rzeczywiście się potem otworzyło. W dodatku, ku mojemu zaskoczeniu, kiedy się do filmu przygotowywałam, udało mi się namówić prawdziwą Marinę na spotkanie. Wcześniej konsekwentnie wszystkim odmawiała. Miało być „szybkie pół godzinki”, ale najpierw się przedłużyło, potem spotkałyśmy się znowu i znowu, już bez jej obstawy. Nawet u niej pomieszkiwałam, chyba żadna z nas nie spodziewała się, że tak się do siebie zbliżymy. Niesamowita przygoda i doświadczenie aktorskie: zagrać postać historyczną, która nadal żyje i którą się osobiście poznało. Ale ruch kobiecy to był w moim życiu niezależny wątek. Który urodził się wcześniej, krótko po przyjeździe, kiedy trafiłam do Nowego Jorku.
Chciałam wtedy podjąć jakąkolwiek pracę, żeby się utrzymać, ale gdziekolwiek poszłam, to mi odmawiali. W końcu zebrałam się na odwagę i za którymś razem zapytałam, dlaczego nie chcą mnie na taki basic job. Usłyszałam, że jestem over­qualified, za wysoko wykwalifikowana. Błędne koło. Szukałam tu w Stanach nowej tożsamości i coraz wyraźniej coś do mnie docierało. Często się mówi, że USA to kraj imigrantów. Tak, ale to nie jest kraj imigrantek. Wszystkie te nazwiska imigrantów, które wypowiada się z dumą, to nazwiska mężczyzn: Einstein, Pulitzer. Zaczęłam robić research, Internetu nie było, siedziałam w bibliotekach nad mikrofilmami. Nie wiem, czy pamięta pani, że istniało coś takiego [śmiech]?

Beata Poźniak - głos w słusznej sprawie
Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe)

No dobrze, ale jak dziewczynie, która świeżo przyjechała z Polski, udało się rozkręcić społeczny projekt, który wkrótce nabrał takiego rozpędu?
Wiele rzeczy stało się możliwe już po przeprowadzce do Los Angeles. Mówi się, że Nowy Jork to teatr, głównie Broadway, a Hollywood – kino i telewizja. Coś w tym jest, chociaż to oczywiście bardziej skomplikowane. Ja pojechałam do Los Angeles z myślą o filmach i telewizji, ale też od razu po przyjeździe założyłam własny niezależny, eksperymentalny teatr Discordia. Spotkałam też Kazimierza Brauna, który reżyserował tutaj w amerykańskiej obsadzie „Szewców” i od razu zaproponował mi rolę Księżnej.
W tym czasie niezależnie pracowałam nad kobiecym projektem, szukałam imigrantek z ciekawą historią. W pewnym momencie ktoś opowiedział o moich poszukiwaniach żonie konsula Finlandii. Ta do mnie zadzwoniła, mówiąc, że takie inicjatywy są jej bardzo bliskie, i pytając, czy nie wpadłabym do niej pogadać. Nie marnując ani minuty, wsiadłam w samochód i pół godziny później byłam u niej. Przywitała mnie z grupą koleżanek bardzo, powiedziałabym, po fińsku. Z lampką wina i w saunie. Z tego spotkania wyniknęło wiele przyjaźni i cennych kontaktów, zaczęła się rozrastać sieć, ktoś polecił kogoś, ktoś inny słyszał, że gdzieś mieszka pani, którą można by zaprosić. Dzięki kobietom poznanym wtedy u pani konsul zaczęłam też inaczej myśleć o Dniu Kobiet. Ja, wychowana w PRL, gdzieś z tyłu głowy nadal miałam goździki i pończochy z zakładu pracy. A tu nikt nie miał takiego obciążenia. Wtedy na spotkaniu w saunie była też na przykład Australijka, dla której ważny był temat Nowej Zelandii, gdzie obywatelkom przyznano prawo głosu już w 1893 roku. Dla nich Dzień Kobiet to było święto wolności, wzajemnego wsparcia i równouprawnienia.

Spotykamy się w szczególnym momencie. Rządy zaczyna wiceprezydentka Kamala Harris. Jest szansa na przełom? Uważa pani, że Harris będzie rzeczniczką praw amerykańskich obywatelek?
Przekonamy się w praktyce. Jestem szczęśliwa za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś kobieta zostaje head [szefem, liderką], nieważne, czy to polityka, biznes, czy branża filmowa. Działając w ruchu, współpracowałam z obydwiema opcjami politycznymi, byłam wyróżniona i przez burmistrza demokratę, i przez republikanina, i głęboko wierzę, że jak się uważniej przyjrzeć, zawsze wyjdzie na to, że mimo różnic w poglądach więcej nas łączy, niż dzieli.
To, że Kamala Harris doszła do takiej pozycji, jest nieprawdopodobnym sukcesem. Pokazała dziewczynom w całym kraju, że to możliwe, że jest szansa dla przyszłych pokoleń. Ale też marzę o takim dniu, kiedy już nikt nie będzie mówił „pierwsza prezydentka USA” czy „pierwsza prezydentka Warszawy”, że nie będą miały znaczenia ani płeć, ani rasa, tylko kompetencje. Może nadejdą takie czasy, że Dzień Kobiet w ogóle nie będzie potrzebny.

Kto jest pani największą idolką?
Mama. Dorastając, obserwowałam, jak sama mnie wychowuje, bez żadnego wsparcia. A wychowałam się w czasach, kiedy samotne macierzyństwo nie było powodem do dumy. Mama, z zawodu lekarka, nie tylko sobie radziła, ale też, od kiedy pamiętam, pomagała innym. Zawsze miała ze sobą w torbie leki w razie nagłych przypadków. Insulinę dla cukrzyków, coś na serce. I nieraz byłam świadkiem, jak ratowała kogoś na ulicy, zanim przyjechała karetka. Przez jakiś czas pracowała w Spółdzielni Inwalidów „Wybrzeże”. Siedziała po godzinach, pamiętam, jak przychodziłam do niej po szkole i jak odrabiałam u niej w gabinecie lekcje.
Pamiętam też, jak mnie wysyłała pod bramę stoczni. Bo nasz dom na Piwnej w Gdańsku stał ciekawie: akurat między siedzibą ZOMO a stocznią, do której chodziłam na piechotę i zanosiłam strajkującym papierosy i kiełbasę ręcznie robioną przez mamę. Potem ktoś po latach, jak już żyłam w Stanach, zapytał mnie, czy wiem, że widać mnie w „Człowieku z żelaza”, w tych dokumentalnych fragmentach. Nakręcili mnie, chociaż bez przerwy słyszałam od mamy, żebym tylko uważała, czy nie kręcą [śmiech].
Jeszcze inny obrazek z Gdańska: „Znam Beatę z podwórka. Jej mama była damą, co odziedziczyła też Beata. Kiedyś ich bokser zwiał, zaprowadziłem uciekiniera do właścicielki”. Ten komentarz znalazłam w sieci. Domyśla się pani, kto go napisał?
Niestety nie, ale rzeczywiście miałyśmy boksera. A nawet dwa – suczkę Brendę i Feniksa Otago Konrada [śmiech], medalistę. Byłam w nim tak zakochana, że w czasie jednego z konkursów recytowania poezji specjalnie wybrałam sobie „Listy do pani Z.” Kazimierza Brandysa i taki fragment o bokserku [śmiech].
A mama rzeczywiście jest bardzo kobieca, elegancka z tymi włosami uczesanymi do góry, porównywali ją do Sophii Loren. Ona dama, wysokie obcasy, ale ja byłam zupełnie inna, raczej typ tomboy. Wołali na mnie Pippi Långstrump, bo piegi i rude włosy, bujna wyobraźnia. Jak koleżanki chciały iść oglądać ciuchy, ja wolałam lecieć na podwórko z kolegami pokopać nawet jakąś znalezioną puszkę, to mnie dużo bardziej interesowało.
Byłyśmy kompletnie różne, ale do tej pory mama jest moją największą przyjaciółką. Rozmawiamy przez telefon codziennie, chociaż po kilka minut, żeby powiedzieć, co u której słychać.

Już na studiach obsadzili panią w serialu „Życie Kamila Kuranta”, zagrała pani u Wajdy w „Kronice wypadków miłosnych”. Dlaczego pani wyjechała?
Przede wszystkim przyjechałam do ojca. Wysłał mi bilet, myślałam, że w końcu odnalazłam rodzinę, że to jest szansa na pojednanie. Rzeczywistość okazała się inna, ojciec znowu zniknął z mojego życia. Musiałam sobie poradzić.

„JFK” i „Dzikie palmy” Olivera Stone’a, „Kroniki młodego Indiany Jonesa” George’a Lucasa, „Melrose Place”. Pani hollywoodzki sen się spełnił? Ma pani poczucie satysfakcji czy niedosytu?
Na pewno lubię iść tam, gdzie ścieżki mam jeszcze niewydeptane. To normalne, że człowiek chce się powtarzać, wracać do tego, co bezpieczne, co się okazało sukcesem, tak jesteśmy zbudowani. Ale dla mnie bardziej ekscytujące jest próbować czegoś, czego zupełnie nie znam, zaryzykować.

A jak pojawiły się w pani życiu audiobooki?
Aktorstwo dźwiękowe to w Stanach cała osobna gałąź. Jedni aktorzy specjalizują się w audiobookach, inni w dubbingu, jeszcze inni w background voices. Ten odłam ma swoje gwiazdy, to są osoby, które mają na koncie po kilkaset tytułów, choć oczywiście wydawnictwa i twórcy gier wideo zapraszają też znanych aktorów z przemysłu filmowego, żeby wystąpili w ich produkcjach.
U mnie to był przypadek. Nie znałam tej branży, nigdy nie starałam się o takie zlecenie. Właściwie to kiedy się do mnie odezwali, myślałam, że koledzy robią mi dowcip.

Dlaczego?
Wiedzą, że jestem znana z ról bojowych i silnych kobiet. I jak producenci wysyłają mi scenariusz i pytają, którą rolę chciałabym zagrać, to mnie interesuje bardziej „John” niż „Mary”, bo „John” ma coś do powiedzenia i do zagrania, a ona zwykle jest tylko ozdobnikiem. Poza tym w Hollywood trzeba iść na casting, potem czekasz na odpowiedź, a tu od razu przyszła mejlem konkretna propozycja: czy chciałabym nagrać audiobooka o jednej z najbardziej wpływowych kobiet świata, Katarzynie Wielkiej. Podpisano: „Wydawnictwo Random House”, gigant na rynku. Do tego tylko numer telefonu. Oddzwaniałam z myślą: „Ciekawe, który to dowcipniś mnie podpuszcza”. Wystukuję numer, mówię rozbawiona do słuchawki: „No halo, halo…”, na co odzywa się kobiecy głos. Tu się już mocno zdziwiłam. Usłyszałam: „Czy ta propozycja pani odpowiada? Pasują pani terminy?”. Dowiedziałam się, że producentka widziała mnie w roli prezydentki świata w „Babylon 5” i jak obalam rząd w serialu George’a Lucasa. Najpierw mnie zatkało, a potem wielka radość! Rzuciłam się na głęboką wodę. To audiobook kolos, trwa 19 godzin. 78 postaci do zinterpretowania!

Mieszka pani w Beverly Hills. To miejsce, które wydaje się kwintesencją pewnego stylu życia: śnieżnobiałe uśmiechy, filozofia sukcesu, walka o siebie, niezrażanie się porażkami, pozytywne myślenie. Dla pani to było zderzenie kulturowe?
Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. A walka o siebie, niezrażanie się porażkami? Myślę, że niezależnie od miejsca ludzie starają się tak żyć.
Ale u nas na pytanie: „Jak tam u ciebie?”, raczej nie odpowiadamy „Świetnie”. Lubimy sobie ponarzekać, kultura polskiego small talku też nie jest szczególnie rozwinięta.
Mnie to sobie trudno wyobrazić, bo ja zawsze zagadam kogoś na ulicy i strasznie lubię, jak mnie zagadują. Nieważne, czy o pogodę, czy że kwiaty takie piękne wokoło. A narzekanie? Szkoda życia, w tym czasie to ja zdążę wiersz napisać.

Beata Poźniak - głos w słusznej sprawie
Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)

Wiersze, scenariusze, telewizja, audiobooki, ruch kobiecy, obrazy i własne wystawy; zajęła się pani też produkcją eksperymentalnych filmów. Próbuję zrozumieć, jak pani jest w stanie łączyć wszystkie te rzeczy i skąd ta potrzeba.
No tu odpowiem pani bardzo po amerykańsku: Why not?

A jednak sporo projektów, którymi się pani zajmuje, ma związek z Polską. Voice Arts Awards dostała pani za użyczenie głosu postaci z gry „Mortal Kombat”, ale pozostałe nominacje dotyczą czytanej po angielsku poezji Wisławy Szymborskiej oraz książki o Stefanii Podgórskiej, która w czasie wojny w Przemyślu ukrywała Żydów. Wcześniej dostała pani Earphones Award za „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.
Dlaczego się nie pochwalić naszą kulturą za oceanem? To dla mnie tak samo ważne i oczywiste jak to, że mojego syna (w domu mówimy po angielsku, ponieważ mój mąż jest Amerykaninem) zapisałam do weekendowej polskiej szkoły, do której chodził przez dziesięć lat i zdał egzamin państwowy. Dzięki temu mówi płynnie po polsku, wie, kim są Kościuszko, Brzechwa, Skłodowska-Curie, no i teraz też Tokarczuk [śmiech]. Rylan jest nastolatkiem, stypendystą filharmonii w Los Angeles i byłam z niego bardzo dumna, kiedy skomponował własne wariacje na temat muzyki Chopina, miał premierę w Walt Disney Hall.

Trochę trwało, zanim się umówiłyśmy na rozmowę. Mam wrażenie, że także czas lockdownu jest dla pani bardzo pracowity.
Bez przerwy coś się dzieje. Skończyłam nagrywać nowy audiobook „A Wolf for a Spell”, zaraz wyjdzie antologia poezji poświęconej wolności wydawana w ramach akcji Black Lives Matter, zostałam poproszona o udział i napisałam o kobietach i ich prawie do głosu.
A właśnie teraz kończę bardzo osobisty rodzinny projekt. Mój syn napisał do niego muzykę. I to znowu jest opowieść o niezwykłej kobiecie. Historia sprzed trzech lat: pojechałam do Polski, żeby zagrać u Agnieszki Holland w „Obywatelu Jonesie”. W drodze do Katowic, gdzie kręciliśmy, wpadłam do Warszawy, żeby spotkać się z moją krewną Barbarą. I Basia przekazała mi swoje zapiski, wiersze. Nie miałam pojęcia, że cokolwiek pisze. Powiedziałam jej nawet: „Basia, ty?! Specjalistka od liczb i finansów?!”. „Przekazuję, zobacz, co o tym myślisz”. W pociągu do Katowic zaczęłam czytać i niesamowicie się wzruszyłam. Pojechałam na plan, kręciliśmy, a w tym czasie Basia umarła. Ciarki przechodzą mi po plecach, kiedy o tym myślę, bo to było tak nagłe i niespodziewane. Może coś przeczuwała? Basia się przyznała, że chciała zostać pisarką, ale nie miała odwagi, życie się inaczej ułożyło. Ciągnę tę jej nitkę twórczą, wydaję audiobook i e-book „Chwile zamyślenia”. Do wierszy napisałam wstęp z przesłaniem, żeby niczego nie odkładać. Jeśli jest jakiś czas na to, żeby odrobić zaległości, to teraz. Żeby powiedzieć najbliższej osobie „kocham cię”. Potraktować to życie w pandemii nie jak wymówkę, tylko okazję. 

Beata Poźniak, rocznik 1960. W grudniu 2020 roku przyznano jej Voice Arts Award za rolę Krwawej Królowej w grze „Mortal Kombat”. Do tej pory była do tej nagrody nominowana pięciokrotnie. „Washington Post” wyróżnił ją za nagranie najlepszego audiobooka roku 2015 w USA. W Polsce jako aktorka debiutowała w serialu „Życie Kamila Kuranta”, a w Stanach w filmie „JFK”. Ma na koncie role w teatrze telewizji („Hamlet we wsi Głucha Dolna”) i w serialach („Melrose Place”, „Złotopolscy”, „Ojciec Mateusz”). Za kampanię na rzecz ustanowienia Dnia Kobiet oficjalnym świętem w USA została wyróżniona w amerykańskim Kongresie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze