fbpx

Carlos Ruiz Zafón: Przede wszystkim piszę, reszta to tylko hałas

Carlos Ruiz Zafón - dla tych, których kocham
Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. José Luis Cereijido/Forum)

– Znaczenie ma nie to, gdzie się urodziliśmy, ale kim jesteśmy i co robimy – mówił autor słynnego „Cienia wiatru”. Żegnamy jednego z najwybitniejszych współczesnych powieściopisarzy i przypominamy wywiad, którego nam udzielił. O wspomnieniach z dzieciństwa, byciu molem książkowym i o tym, ile w postaciach i wydarzeniach z jego książek jest autentycznych wspomnień.

Podobno pierwszą książkę napisał pan w wieku 13 lat. Miała jedyne 800 stron, ale z niejasnych powodów świat o niej nie usłyszał. Coś poszło nie tak?
Wręcz przeciwnie, ja byłem nią zachwycony. I choć nigdy nie miała zostać opublikowana, przyznam, że kilku wydawców kusiło mnie, żeby to zrobić. Tak naprawdę to był taki potworek, ćwiczenie literackie, niedorzecznie krwawa gotycka ekstrawagancja. Na szczęście nie ujrzała światła dziennego. W wieku 13 lat ma się już co prawda ambicje i odwagę, brakuje tylko zdrowego rozsądku.

Ale ziarno zostało zasiane, pozostał pan wierny zawodowi.
To prawda. Już wtedy wiedziałem, że chcę pisać. Potem zrozumiałem, że człowiek staje się pisarzem poprzez nieustanne rozwijanie swojego rzemiosła. I chociaż zawsze czułem, że to jest moje powołanie, musiałem przejść przez kolejne stadia nauki – szkice, wprawki, szlifowanie swojego talentu, po prostu codzienną pracę – przez które przechodzą pisarze, żeby znaleźć własną drogę. To była także część mojego dorastania, dojrzewania w ogóle.

Pisanie nie wzięło się znikąd, podobno zawsze był pan molem książkowym, a jedno z drugim często idzie w parze.
Tak, czytałem już jako kilkuletni brzdąc. Zawsze fascynowało mnie bajanie, opowiadanie historii. Zacząłem od zbieranych zewsząd książek dla dzieci. Potem zasmakowałem w powieściach z gatunku noir, jak kryminały Raymonda Chandlera czy Ross Macdonald, science fiction, fantasy… Właściwie to czytałem wszystko, bez umiaru. Ale miłości do książek nie wyniosłem z domu. Nikt mnie w tym nie prowadził, po prostu taki się urodziłem [śmiech].

Byłem trochę nietypowym uczniem, zawsze z książką i różnymi dziwnymi historiami w głowie. Lata szkolne przetrwałem w dużej mierze zamknięty w sobie, w swoim świecie. Nauka dobrze mi szła, ale czułem, że szkoła jest nudnym i niezbyt stymulującym miejscem. Mnóstwo rzeczy mnie w tym okresie interesowało, a ja chciałem wiedzieć więcej, o wiele więcej, niż oferował szkolny program. Wydaje mi się, że nadal mam w sobie tego głodnego wiedzy dzieciaka, chociaż czas zebrał swoje żniwo i dziś czuję się odrobinę zaśniedziały.

A gdyby w dorosłym życiu pisanie nie wypaliło? Miał pan plan B? Podobno pięknie gra pan na pianinie.
Niestety jestem samoukiem. Nie z wyboru, ale w wyniku życiowych okoliczności. Nie miałem dostępu do dobrej edukacji muzycznej, więc próbowałem sam uczyć się kompozycji, kontrapunktu czy instrumentacji. I chociaż gram na pianinie, zdecydowanie lepiej od gry wychodzi mi komponowanie. A kiedy nie gram, słucham Bacha, Mozarta, Haydna, ale także największego, w mojej opinii, żyjącego kompozytora, Johna Williamsa, którego miałem zresztą zaszczyt poznać. I faktycznie, jeśli pyta mnie pani, co by było, gdybym musiał pożegnać się z pisaniem, to dochodzę do wniosku, że chyba moim planem B byłaby muzyka. Choć może byłby to biznes filmowy? Jemu też w końcu poświęciłem kilka lat swojego życia [po przeprowadzce do Los Angeles pisarz przez pewien czas zarabiał pisaniem scenariuszy filmowych – przyp. red.].

Skoro o filmach mowa – podobno nie zobaczymy żadnej adaptacji pana książek na wielkim ekranie. A założę się, że młodzi ludzie chętnie by je obejrzeli.
Gdybym chciał, żeby tetralogia „Cmentarz Zapomnianych Książek” została sfilmowana, napisałbym ją zupełnie inaczej. Czuję, że przynależy ona do świata literatury, i tam powinna pozostać.

Ale przecież powiedział pan kiedyś, że młodzież jest tak bardzo przejęta kulturą obrazkową i nowinkami technicznymi, że pisarze muszą zwiększyć starania, żeby zmusić młodych czytelników do otworzenia książki.
Ta wypowiedź wymaga sprecyzowania: nie uważam, żeby młodych zajmowała tylko kultura obrazkowa. Wielu z nich sięga po książki i kocha literaturę. I nie uważa, że wszystko w życiu musi być filmem albo apką w smartfonie. Młodzi ludzie doskonale wiedzą, że życie jest przecież także gdzie indziej, poza technologicznymi wynalazkami, które tak w ogóle są w porządku. Uważam po prostu, że pisarze muszą myśleć i pracować nad tym, żeby zyskać czytelników, publikę, ich czas i uwagę.

Pamięta pan, co stało się inspiracją do napisania „Cienia wiatru”, historii o chłopcu zakochanym w książkach, tajemniczym autorze i całej plejadzie niezwykłych bohaterów?
Pomysł na „Cień…”, i jednocześnie na całą serię, przyszedł do mnie w momencie, kiedy akurat zmieniałem całe swoje życie. Po latach pisania scenariuszy filmowych i powieści dla młodzieży chciałem napisać coś, co mogło dotyczyć mnie bardziej osobiście, co byłoby też poniekąd nowym początkiem. Pamiętam, że sporo wówczas myślałem o pamięci, tożsamości, także o moich własnych wspomnieniach. Wszystko to razem złożyło się na pewien rodzaj nastroju, który przekułem w historię o labiryncie pełnym książek. Wiedziałem też, że to musi być cykl, że nie zamknę tej opowieści w pojedynczym tomie. Ale oczywiście pisanie tetralogii było procesem, który ewoluował, nie miałem przygotowanych wszystkich odpowiedzi.

Moja ulubiona bohaterka to Alicia Gris, która pojawia się w czwartym tomie pt. „Labirynt duchów”. To taki typ kobiety, który przyciąga uwagę czytelnika: inteligentna, ale bez skrupułów, piękna, choć z defektem, bo utyka.
Ha! Proszę sobie wyobrazić, że to także mój typ. Od dawna miałem ją w głowie, ale uznałem, że pojawi się dopiero w czwartym tomie. Może to zabrzmi dziwnie, ale ona jest częścią mnie, tak jak są nią Julián Carax i Fermín Romero de Torres. W pewnym sensie jestem wypadkową tej trójki.

Pana tetralogia dzieje się w Barcelonie, ale to nie na to miasto patrzył pan, gdy spoglądał przez okno. Czy lepiej się pisze o bliskich miejscach z dystansu?
Faktycznie urodziłem się w Barcelonie, ale przez ostatnie 25 lat mieszkałem poza Hiszpanią, głównie w Kalifornii. Świat jest duży i ma sporo do zaoferowania, czemu z tego nie skorzystać? Wszyscy musimy się gdzieś urodzić, nie mamy na to wpływu i tak naprawdę miejsce urodzin nie ma znaczenia. Moja „Barcelona” jest tworem czysto literackim. Można powiedzieć, że jest bardziej bohaterem powieści niż miejscem.

A realne miasto? Jakie żywi pan do niego uczucia?
Znam je na wylot, bo wszystkie moje dziecięce i młodzieńcze wspomnienia zaczynają się właśnie tu. I powiem pani, że lubię spacerować barcelońskimi ulicami, ale tak naprawdę to, co jest mi najbliższe i wiąże się z Barceloną, to moi przyjaciele i ludzie, których kocham. Bo to z nimi łączy mnie to miasto.

Życie w Kalifornii bardzo różni się od życia w Europie?
Pewnie, ale wydaje mi się, że życie w Kalifornii różni się także znacząco od życia w większości amerykańskich stanów. Uwielbiam różnorodność Los Angeles, energię tego miasta, buzującą w nim kreatywność, to podejście, że wszystko da się zrobić. Mam wrażenie, że to jest takie miejsce, gdzie przecinają się ścieżki różnych wspaniałych osób, które szukały czegoś lepszego, chciały rozwijać swoje pomysły i działać. Ale choć kocham Kalifornię, to jestem Europejczykiem – z urodzenia i wychowania. Europa to jest miejsce, skąd pochodzę, gdzie lubię spędzać czas, no i zawsze będzie istotną częścią mnie, nieważne, gdzie mieszkam.

Jeden z najlepszych pisarzy hiszpańskich, autor, który zmienił oblicze hiszpańskiej literatury, pisarz bestsellerów… Mogłabym tak długo. Jaki ma pan stosunek do takich pochwał, skoro sam pan przyznaje, że nie lubi etykietek?
Właściwie zupełnie o tym nie myślę. Robię to, co czuję, że chcę robić, staram się pisać najlepiej jak potrafię i ciężko pracuję, żeby stworzyć coś, w co wierzę. Szczerze, cała reszta jest dla mnie tylko hałasem. Jestem po prostu pracowitym pisarzem. Nadal interesują mnie rzeczy i tematy, które poruszały mnie jako dziecko. Bliskie są mi bajania, wymyślanie opowieści, muzyka, sztuka, nauka, piękno i wiedza, ale najbliższe jest mi samo życie. Chciałbym mądrze wykorzystać mój czas na Ziemi i spróbować wynagrodzić światu chociaż w części to, co zrobił i robi dla mnie.

Wspomniał pan kiedyś, że pisanie to bardzo samotnicze zajęcie. Lubi pan być przez większość czasu sobie tylko towarzyszem?
Tak, bardzo mi dobrze z taką samotnością. Kiedy tworzę, lubię zamykać się w sobie, nierozpraszany przez nikogo. Wszystko zależy od tego, na jakim etapie pracy właśnie jestem. Jak wspomniałem, staram się zaczynać naprawdę wcześnie i pracuję przez wiele godzin. Pisanie to po prostu rzemiosło i żeby być w tym dobrym, trzeba je cały czas szlifować. Ale samotność nie przeszkadza mi z jeszcze jednego powodu – wiem, że gdy tylko kończę pracę, natychmiast wracam ogrzać się w towarzystwie osób, które kocham.

Zauważyłam, że wiele ważnych scen w pana książkach wydarza się nocą. Panu też lepiej pracuje się wtedy niż za dnia?
Kiedyś, jeszcze jako młodzieniec, faktycznie zamieniałem się w sowę i pisałem do późna. Z wiekiem zmieniło się to o tyle, że nadal korzystam z dobrodziejstw nocy, tyle że wstaję bardzo wcześnie rano. Tak wcześnie, że jest jeszcze ciemno. Widzi pani, ten sam efekt można osiągnąć na dwa sposoby [śmiech].

A czy to prawda, że za każdym razem przepisuje pan swoją książkę do upadłego?
Piszemy dla siebie, ale przepisujemy dla innych. A ja przepisuję tyle razy, ile się da, tylko po to, by na koniec móc przepisać to wszystko jeszcze raz [śmiech].

W momencie kryzysu twórczego trzeba po prostu przyjąć, że to, co ma znaczenie, to efekt końcowy. A reszta to, jak kiedyś mówiono w starych filmach, moja sprawa.

Nadal jest pan molem książkowym? Tamtym chłopcem nieodrywającym się od lektury?
Takie krążą o mnie opowieści, ale to tylko plotki. Robię wiele rzeczy, kiedy nie piszę. Spędzam czas z przyjaciółmi, spaceruję, podróżuję, no i tak, czytam też. Pochłaniam literaturę faktu, historyczną i dobre powieści. Ostatnio naprawdę dobrze czytało mi się nową książkę Johna le Carrégo, który od lat ma u mnie status ulubionego autora wszech czasów.

Ma pan czytnik czy jest pan wierny papierowym książkom?
Kocham papierowe książki, bo to małe dzieła sztuki, i najlepiej mi się je czyta, ale muszę przyznać, że czytnik jest bardzo praktyczny, zwłaszcza w podróży albo gdy brakuje dobrego światła do czytania. Najważniejsza jest dla mnie jednak treść, nie to, w czym jest ona zamknięta.

Na koniec chciałabym zahaczyć o politykę. Trudno od niej uciec w dzisiejszych niespokojnych czasach. Jestem ciekawa, w co pan wierzy. Czy widzi pan jakieś lekarstwo na bolączki współczesnego świata?
Wierzę w jednostki. Ważne jest to, kim jesteśmy jako ludzie, co robimy. Za to na pewno nie wierzę we flagi czy w plemienne służby, które łatwo można zmanipulować, by broniły interesów nieuczciwych oligarchii i samozwańczych polityków. Na nasze nieszczęście żyjemy w epoce silnych nastrojów populistycznych. Czyli epoce dezinformacji i ogromnej manipulacji. Boję się, że za to wszystko przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę. I że im bardziej będziemy się oszukiwać, tym gorszy zbudujemy dla siebie świat.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.