Cate Blanchett: Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze

Cate Blanchett na Festiwalu w Cannes (2018), fot. Getty Images

Jej uroda w otoczce chłodnej elegancji bywa myląca. Bo ta mistrzyni ciętej riposty potrafi w mgnieniu oka sprowadzić rozmówcę na ziemię. Odrzuca etykietkę „ładnej aktorki”. I stoi murem za kobietami, które miały mniej szczęścia niż ona. W dniu 50. urodzin Cate Blanchett przypominamy artykuł Doroty Tomaszewicz z sierpnia 2018 roku.

Cannes. Festiwal filmowy. Właśnie ma się odbyć premiera filmu „Girls of the Sun” kurdyjskiej reżyserki Evy Husson, jednej z trzech kobiet, których filmy znalazły się wśród 21 zakwalifikowanych do głównego konkursu festiwalowego. I wtedy na pokrytych czerwonym dywanem schodach canneńskiego pałacu festiwalowego staje tłum kobiet. Trzymają się za ręce. Jest ich 82, bo dokładnie tyle reżyserek miało okazję przejść po czerwonym dywanie w czasie 70 lat istnienia festiwalu. Reżyserów w tym samym czasie było tu aż 1866.

Na czele kobiet stoi Cate Blanchett, przewodnicząca festiwalowego jury i jedna z inicjatorek tego manifestu. Mówi zdecydowanym głosem: „Złotą Palmę wręczono 71 reżyserom i tylko dwóm reżyserkom: Jane Campion, która jest z nami duchem, i Agnès Vardzie, która jest tu z nami dzisiaj. Ta manifestacja to symbol naszej determinacji i zaangażowania w rozwój przemysłu filmowego. Kobiety nie są mniejszością na świecie, ale stan naszej branży sugeruje coś innego”.

„Tama została przerwana. Rysy pojawiały się na niej wcześ­niej, ale jakoś nie dochodziło do ostatecznego pęknięcia. Teraz wreszcie się stało” – dodała później aktorka.
Jeśli chce się robić rewolucję, dobrze mieć na czele charyzmatyczną postać. Taką, która dała się poznać jako mocno niepokorna. Trzeba przyznać, że nowy ruch kobiet w przemyśle filmowym nie mógł sobie wymarzyć lepszej ambasadorki niż Blanchett.

Pytania o sukienki

Zawsze podkreślała swoje feministyczne poglądy. Nieraz dawała do zrozumienia, że nie zamierza akceptować traktowania jej pracy pobłażliwie czy protekcjonalnie. Tam, gdzie inni stali grzecznie w szeregu, tłumacząc sobie w duchu, że branża filmowa rządzi się swoimi prawami, ona nie zamierzała siedzieć cicho.

„Te pytania o sukienki! Niedługo zaczną pytać, jakiej marki tampon dzisiaj włożyłaś!” – skomentowała powtarzające się w kółko pytania o jej festiwalowe kreacje. A kamerzystów na czerwonym dywanie, skupionych na filmowaniu jej sukni, prowokacyjnie pytała, czy tak samo filmują mężczyzn.

Cate Blanchett w filmie „Carol” (2015), fot. BEW PHOTO

Po premierze filmu „Carol”, opowiadającym o miłości dwóch kobiet, rozpoczęła się litania pytań o sceny erotyczne z Rooney Marą, ale także o jej własne życie seksualne. W programie Jimmy’ego Fallona Blanchett ironizowała: „Tak, Jimmy, dziewczyny uprawiają seks z dziewczynami, a chłopcy z chłopcami już od bardzo dawna…”. Straciła cierpliwość, kiedy w końcu poczuła się zmanipulowana przez media. Z wywiadu, którego udzieliła magazynowi „Variety”, wynikało, że przyznaje, iż miała doświadczenia homoseksualne. Informacja obiegła świat. „O ile pamiętam, pytanie brzmiało: »Czy miałaś relacje z kobietami?«. Odpowiedziałam: »Tak, wiele«. Ale jeśli to pytanie miało oznaczać, czy miałam seksualne relacje z kobietami, to odpowiedź brzmi: »nie«”. Środowisko LGBT pogodziło się z tym rozczarowaniem, szczególnie że niedługo potem Blanchett pojawiła się w znanym nowojorskim barze gejowskim. Ale krótko po tym oświadczyła: „Kiedy grasz osobę homoseksualną, nieoczekiwanie stajesz się przedstawicielem i rzecznikiem całego środowiska. Nie jestem przekonana, czy to uzasadnione”.

Każdy, kto uważniej przysłuchuje się jej wypowiedziom, wie, że ostatnią rzeczą, jakiej poddałaby się Cate, jest zaszufladkowanie. Mówimy o aktorce, która z tym samym zaangażowaniem gra u Allena czy Jarmuscha co w disnejowskim „Kopciuszku”. A jednak zawsze musi mieć dostatecznie dobry powód, żeby zacząć z kimś współpracę.

Rola nordyckiej bogini śmierci w kręconej za miliony dolarów adaptacji marvelowskiego komiksu „Thor: Ragnarok” może się wydawać dobrym sposobem na podreperowanie rodzinnego budżetu. Warto jednak pamiętać, że Hela, która jedną ręką miażdży słynny młot Thora, pierwszy samodzielny kobiecy czarny charakter w filmowych adaptacjach komiksów Marvela, to feministyczny symbol. „Jako matka czwórki dzieci widziałam wiele marvelowskich filmów i jestem przekonana, że mamy do czynienia z rewolucyjną zmianą”, twierdzi Blanchett. Jak mogło jej przy tym nie być!

Tak jak nie mogło jej zabraknąć w „Ocean’s 8”. Kolejnej części kasowego hitu, który dopiero co pojawił się w kinach. Męskiego z definicji kina, które teraz nieoczekiwanie zamieniło się w kino kobiece. Przynajmniej pod względem obsady, w której – oprócz Blanchett – znalazły się m.in.: Sandra Bullock, Anne Hathaway, Helena Bonham-Carter, Rihanna.

„Nie ma nic przyjemniejszego niż grać w takim towarzystwie”, mówiła Cate, a usłyszawszy podczas programu Stephena Colberta pytanie, dlaczego w przeciwieństwie do męskiej wersji tu bohaterek jest tylko osiem, nie zastanawiała się długo: „Bo w Hollywood pracuje tylko osiem kobiet”.

W tym samym programie padło pytanie, co jest jej moralnym kompasem, źródłem dobra i człowieczeństwa. Blanchett bez zastanowienia wypaliła: „Moja wagina”.

„Ocean’s 8” jest przyjmowany różnie. Dla jednych stanowi dowód, że kręcenie na nowo tych samych filmów z kobietami zamiast mężczyzn to tylko chwyt, chwilowa moda. Inni zachwycają się świetną grą aktorek i akceptują dowcipną konwencję kręcenia męskich filmów w kobiecej wersji. Jedno jest pewne, „Ocean’s 8” to dobrej jakości rozrywka i kolejny przyczynek do dyskusji o roli kobiet w przemyśle filmowym.

Przyklejane wąsy

To jej przyjaciel, aktor Geoffrey Rush, z którym zagrała swoją pierwszą ważną rolę teatralną w spektaklu „Oleanna” Davida Mameta w 1993 roku, zwrócił uwagę, że jest pełna sprzeczności. Poukładana, pragmatyczna, trzeźwo stąpająca po ziemi, jednocześnie ma w sobie niespokojnego ducha. „Nie wiem, do czego byłabym zdolna, gdyby nie aktorstwo. Ten zawód kanalizuje moją nieustającą potrzebę, a nawet głód, mierzenia się z czymś, co mnie przekracza. Ciągle mam ochotę próbować, eksperymentować, szukać czegoś nowego, prowokować… Nie wiem, może mam to po ojcu”, przyznała aktorka.

Właśnie do ojca, teksaskiego marynarza o francuskich korzeniach, z trójki dzieci państwa Blanchett Cate jest podobna najbardziej. Nim Robert Blanchett osiadł na stałe w Melbourne, opłynął cały świat. W Australii znalazł się przypadkiem, kiedy jego okręt płynący na Antarktydę miał awarię i musiał zawinąć do portu. Tam w klubie poznał matkę Cate: June, nauczycielkę i wielbicielkę jazzu. Zakochany pisał do niej listy przez trzy lata, aż do ukończenia służby wojskowej. Po czym przyjechał do Melbourne, wzięli ślub i Robert nie wrócił już na morze. Został agentem ubezpieczeniowym i pracował w reklamie. Jego nagła śmierć na zawał serca, kiedy Cate miała dziesięć lat, odcisnęła na niej silne piętno. „Zmarł tak jak żył – szybko”, wspominała. Zapamiętała, że tego ranka grała na pianinie, a on wychodził do pracy. Zawsze żałowała, że nie uścisnęła go na pożegnanie. To dlatego sama nigdy nie wychodzi z domu, zanim nie przytuli się do swoich dzieci i męża.

Pierwszy raz myśl o aktorstwie pojawiła się w jej głowie, kiedy jako mała dziewczynka oglądała w teatrze adaptację opery „The Mikado”. Podczas spektaklu jednemu z aktorów spadły doklejone wąsy. „Po sali przeszedł szmer, bo nagle w trakcie zupełnie nierealistycznej historii wydarzyło się coś prawdziwego. Aktor poprawił wąsy i zażartował na temat zaufania do Japończyków. Pamiętam ten moment. Chciałam być razem z nim na scenie”. W sobotnie popołudnia zaczęła chodzić na zajęcia teatralne, podczas których sama lub z koleżanką wymyślały kolejne scenki do odegrania. „Byłam dzieckiem, o którym wszyscy mówili: »Ona na pewno zostanie aktorką«”.

A jednak zaraz po maturze miała inne plany. Najpierw postanowiła wyruszyć w podróż po świecie. „Jadłam, co popadło, nocowałam w klasztorach i schroniskach dla bezdomnych. Kiedy skończyły się pieniądze, zostałam statystką na planie jakiegoś idiotycznego bokserskiego filmu”. Występ, za który miała dostać pięć funtów i coś do jedzenia, nie bardzo się jej podobał. Wróciła do Sydney i zdała na ekonomię oraz historię sztuki. Ale zapisała się też do kółka teatralnego na uniwersytecie i… odkryła, że to jest to. Wtedy postanowiła zostać studentką National Institute of Dramatic Art.

Była tak zdolna, że szybko zaczęła grać w sztukach u boku swoich wykładowców. Pojawiała się w serialach. Choć i tak australijscy widzowie kojarzyli ją raczej z reklamą ciasteczek Tim Tam. Do momentu, kiedy w wieku 25 lat Cate dostała propozycję zagrania głównej roli w filmie Shekhara Kapura „Elizabeth” o słynnej angielskiej królowej. Po premierze wszystko było jasne – oto nieznana aktorka stała się gwiazdą. Za tę kreację otrzymała Złoty Glob, nagrodę BAFTA oraz Critics’ Choice Award. Zabrakło tylko Oscara.

Do widzenia, Hollywood

Przez lata Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej zdążyła jej wynagrodzić tamto niedopatrzenie. Siedem nominacji, dwie statuetki. Po drugoplanowej roli w „Aviatorze” została pierwszą aktorką, którą nagrodzono za zagranie innej zdobywczyni Oscara – Katharine Hepburn. Za to nominacja za „I’m Not There. Gdzie indziej jestem”, w którym wcieliła się w młodego Boba Dylana, sprawiła, że znalazła się wśród trzech aktorek nominowanych za zagranie mężczyzny.

Cate Blanchett w filmie „Blue Jasmine” (2013), fot. BEW PHOTO

Wielokrotnie udowodniła, że jest w stanie przeistoczyć się w każdego. Pomagają jej naturalne warunki: ma trzyoktawowy głos ( jest w stanie mówić falsetem i barytonem), talent do języków i słuch do akcentów: przekonująco grała Irlandkę („Veronica Guerin”), Niemkę („Dobry Niemiec”), Brytyjkę (m.in. „Notatki o skandalu”). Jej niewiarygodne zdolności do metamorfozy ukazywało „Manifesto”, instalacja Juliana Rosefeldta eksponowana najpierw w berlińskim muzeum Hamburger Bahnhof, a potem przekształcona w pełnometrażowy film fabularny pod tym samym tytułem. Blanchett wciela się tu aż w 13 różnych ról, cytując fragmenty ze słynnych artystycznych manifestów. Jako nauczycielka baletu, prezenterka telewizyjna, bezdomny, wdowa, robotnik.

Nieustannie poszukuje okazji do zdobywania nowych doświadczeń i rozwoju. Nawet jeśli miałaby z czegoś zrezygnować. Tak było, kiedy w 2008 roku Blanchett i jej mąż, pisarz i scenarzysta Andrew Upton, dostali propozycję poprowadzenia Sydney Theatre Company, co oznaczało przeprowadzenie się z Anglii (gdzie mieszkali od dłuższego czasu) do Australii. „Podpisaliśmy kontrakt. Powiedziałam Hollywood do widzenia i wyjechałam. Wszyscy mówili, że kiedy wrócę, nikt nie zadzwoni. A ja chciałam być lepszą aktorką. Grać wielkie role w sztukach Czechowa, Williamsa, Dostojewskiego. Byłabym idiotką, gdybym z tego nie skorzystała”, mówiła aktorka.

Z roli dyrektorki Sydney Theatre Company zrezygnowała w 2013 roku, kiedy Woody Allen zaproponował jej rolę w „Blue Jasmine”. Upton kierował STC do końca 2015 roku. Teraz, kiedy Cate znowu mieszka z rodziną w Anglii (kupili posiadłość w East Sussex), zadebiutuje w przyszłym roku w londyńskim National Theatre.

Od pierwszego pocałunku

Mówi: „Cenię sobie prostotę zajęć, które wiele osób uważa za nudne: robienie synom kanapek do szkoły, gotowanie, spacery z psem”. Ma trzech synów: Dashiella (17 lat), Romana (13) i Ignatiusa (10) oraz adoptowaną w 2015 roku córeczkę Edith. Przyznaje, że życie z czwórką dzieci zawsze jest do pewnego stopnia chaosem, a jednak, nawet przy wysokim stopniu dyskrecji ze strony samej Blanchett, łatwo się domyślić, że rodzina daje jej dużo radości.

Z Andrew Uptonem poznali się podczas realizacji filmu „Dzięki Bogu spotkał Lizzie”. Cate: „Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy na kolacji u znajomych, wydał się zarozumiały i arogancki. W dodatku nie jest i nie był tak zwanym ciachem. A jednak kiedy któregoś wieczoru po prostu podszedł i mnie pocałował, to był wstrząs! Zobaczyłam zupełnie innego mężczyznę”. Pobrali się po trzech tygodniach znajomości w 1997 roku.

Zaraz po ślubie wyjechała na trzy miesiące grać w „Elizabeth”, po czym postanowiła, że już nigdy tego nie zrobi. Nie zostawi Andrew. Od tamtej pory na każdy plan filmowy jeździ z mężem i dziećmi. Czasem nawet udaje jej się wynegocjować, żeby plan przyjechał do niej. Tak było z filmem „Niewygodna prawda” Jamesa Vanderbilta. „Bardzo chciałam wystąpić w tym filmie, ale mam dzieci i męża, który wtedy prowadził teatr. Spytałam więc: »Czy jest jakiś sposób, żebyśmy mogli to zrobić tutaj, w Sydney?«. Był. Plan został przeniesiony”.
Mimo to nie uważa, że można mieć wszystko, i pamięta, w jak uprzywilejowanej jest sytuacji. „Życie aktywnej zawodowo matki jest trudne, zwłaszcza gdy godziny pracy w firmie kompletnie nie dają się pogodzić z dowożeniem dzieci do szkoły i ich odbieraniem. Ja mogę pracować albo nie, ale miliony kobiet nie mają takiego wyboru”.

To dlatego tak dobrze nadaje się na rewolucjonistkę. Nie ma złudzeń co do otaczającego ją świata, ale jednocześnie wierzy, że można coś zmienić.

Dziś skończy 50 lat. Zapytana o wiek odpowiada: „Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze”. Może to brzmieć banalnie, większość jej koleżanek z branży mówi w wywiadach podobne rzeczy. A jednak Blanchett brzmi wiarygodnie. Nietrudno jej uwierzyć, kiedy dodaje: „Jestem pewniejsza siebie i bardziej spokojna, niż byłam jako 20- czy 30-latka. Nie chciałabym być znowu tamtą osobą. Mam tylko nadzieję, że z wiekiem nie opuszczą mnie ciekawość i potrzeba przygody”.

Wypowiedzi pochodzą z: „W”, „The New Yorker”, „The Guardian”, „The Independent”, „Harper’s Bazaar”, „Vanity Fair” oraz wywiadów telewizyjnych.