Céline Dion: „Mam odwagę iść dalej”

Céline Dion: Mam odwagę iść dalej
Céline Dion, sesja promująca album "Courage". (Fot. materiały prasowe Sony Music)

Nie można jej odmówić rozmachu. I nie chodzi tylko o sceniczne kostiumy, oprawę koncertów czy o jej słabość do ubrań haute couture. Céline Dion z rekordową liczbą sprzedanych płyt na koncie ma w branży muzycznej tylko garstkę konkurentów. Życie nigdy nie szczędziło jej mocnych wrażeń, z tymi najtragiczniejszymi włącznie. Udowodniła, że kiedy trzeba, ma odwagę usunąć się w cień, ale też potrafi wrócić w wielkim stylu.

Piątek 5 lipca 2019 roku. Zapada zmrok, a prawie cały Hyde Park, ze swoimi 150 hektarami powierzchni, dudni od basów. Koncert na letniej scenie dobiega końca. Céline Dion jest w kanarkowo żółtej sukni, czwartej już kreacji tego wieczoru, po wymyślnym szafirowym spodnium z wielkimi bufami, sukni zielonej i ekstrawaganckim czerwono-amarantowym kombinezonie z cekinów. Na pożegnanie śpiewa jeszcze cover przeboju Johna Lennona „Imagine”, kłania się i znika za kulisami. Z widowni słychać okrzyki: „Kochamy cię, Céline”, ktoś płacze ze wzruszenia. Obsługa techniczna zaczyna kierować widzów do wyjścia. Widok jest niesamowity, bo rozchodząca się publiczność – 70 tysięcy osób – w niemal jednej chwili zalewa tę część Londynu. Chodniki nie są w stanie pomieścić takiego tłumu, kolumny ludzi zajmują część jezdni. Autobusy i samochody próbują je omijać, zaczynają tworzyć się korki. Interes wyczuli rikszarze, którzy wabią klientów, puszczając na cały regulator przeboje Dion (oświetlane dyskotekowymi światłami riksze z zainstalowanymi głośnikami to ostatnio w Londynie turystyczny hit). I bez tego cała ulica wykrzykuje słowa jej piosenek. Widać, że ludzie się za nią stęsknili. Jedyny w tym roku koncert w Europie to najwidoczniej za mało. Mówimy w końcu o artystce, która z rekordową liczbą ponad 200 mln sprzedanych albumów na koncie ma pod względem popularności w branży muzycznej tylko garstkę konkurentów w rodzaju Beatlesów, Abby, Queenu, Jacksona czy Madonny. Tamtego lipcowego wieczoru w Hyde Parku nikt jeszcze nie wie, co Dion planuje. Jak długo przyjdzie jej fanom czekać, aż znowu pojawi się po tej stronie oceanu.

Żegnaj, Vegas

Już wiadomość o nowej płycie jest sporym zaskoczeniem. Nie mówiąc o nowych planach dotyczących tournée. Céline Dion zapowiedziała, że przedłuża trasę i będzie w drodze przez cały najbliższy rok, a po koncertach w Ameryce Północnej objedzie także Europę. O skali i intensywności tego przedsięwzięcia niech zaświadczą aż cztery koncerty w Paryżu, trzy w Amsterdamie, po dwa m.in. w Londynie i Glasgow, ale też w maju w Polsce: w Łodzi i Krakowie.

Céline Dion podczas tegorocznego koncertu w londyńskim Hyde Parku w ramach festiwalu British Summer Time. (Fot. Getty Images)

To dla Dion z jednej strony początek czegoś nowego, z drugiej – zamknięcie ważnego rozdziału. Skończyła właśnie tzw. rezydencję w Las Vegas. O jej umowie z Caesars Palace, luksusowym hotelem i kasynem w jednym, mówi się, że to najdroższy kontrakt, jaki został podpisany kiedykolwiek w historii muzyki.

Przygoda z Vegas rozpoczęła się dla Dion 16 lat temu. Specjalnie dla artystki wybudowano wtedy Colosseum, muzyczny teatr w stylu rzymskim (czy raczej bardzo w stylu Vegas) na 4 tys. miejsc, a jej show rozmachem nie ustępowały koncertom plenerowym. Dion dała w Colosseum w sumie grubo ponad tysiąc takich przedstawień dla 4,5 mln osób, zarabiając 0,5 mln dol. za każdy wieczór. Ten niewyobrażalny dla zwykłego śmiertelnika finansowy sukces i frekwencja sprawiły, że w jej ślady poszli m.in.: Elton John, Cher, Mariah Carey, Jennifer Lopez, Bruno Mars czy Britney Spears.

8 czerwca tego roku w czasie koncertu kończącego jej kontrakt zwykle bardzo emocjonalna Dion miała łzy w oczach, a jednak się nie rozpłakała. Na scenę zaprosiła ekipę i swoich trzech synów, a za nimi na ekranie wyświetlono jej czarno-białe wspólne zdjęcie ze zmarłym mężem. Kiedy René Angélil żył, siadywał w sali Colosseum z tyłu, obok dźwiękowców. Na krześle za konsoletą, które po jego śmierci zostawiano, na znak pamięci, puste.

Céline Dion na rozdaniu Billboard Music Awards w 2017 roku. Pokłon składa jej raper Drake. (Fot. Getty Images)

Zostawcie Titanica

Zmarłego męża Dion wspomina się jako doskonałego agenta, mistrza strategii, ale te 16 lat temu, kiedy do mediów dotarła wiadomość o kontrakcie w Vegas, branża uznała, że zwariował. Jaki agent w takim momencie wywozi swoją gwiazdę do, może i oferującego najwyższe stawki, ale jednak miejsca z nie najlepszą reputacją. Kojarzącego się raczej z graniem do kotleta i emeryturą w stylu Sinatry, Liberace czy Elvisa. Z naciskiem na tego ostatniego i na tragiczny rozdział jego kariery, kiedy ociężały, chory i uzależniony Presley na scenie w Vegas był karykaturą samego siebie.

Céline Dion, sesja zdjęciowa promująca jej najnowszy album, „Courage”. (Fot. materiały prasowe)

Śmiesznie dziś brzmią podszyte ironią katastroficzne komentarze ludzi z show-biznesu, że jeśli rzeczywiście Céline „wyniesie się z występami na pustynię”, to „ten Titanic na pewno zatonie”. Dion nie tylko się wyniosła bez szwanku dla własnego wizerunku, ale też to jej miasto kasyn zawdzięcza podreperowanie swojego wizerunku. Nie mówiąc na przykład o 7 tys. miejsc pracy, które powstały, żeby cała koncertowa machina mogła sprawnie działać.

Skoro już mówimy o hazardzie

Żeby zrozumieć wybory i ścieżkę kariery Céline Dion, należałoby wrócić do lat 90. Kiedy to wszystko, czegokolwiek by dotknęła, zamieniało się w złoto. Od piosenki nagranej do disnejowskiej bajki („Beauty and the Beast”, czyli „Piękna i bestia”, zaśpiewana razem z Peabo Brysonem), przez takie hity jak choćby „The Power of Love”, „Because You Loved Me”, „Pour que tu m’aimes encore”, aż do „My Heart Will Go On” ze wspomnianego „Titanica”.

Dion była u szczytu kariery. W wyścigu o popularność w popie tylko centymetry dzieliły ją od starszej o dokładnie dekadę Madonny. I nagle oznajmiła światu, że robi sobie przerwę. A w 1999 roku udzieliła słynnego wywiadu wiekowej już wtedy Barbarze Walters, legendzie amerykańskiej telewizji, znanej z wnikliwości i bezwzględności (to ona przeprowadziła słynny wywiad z Monicą Lewinsky, który ostatecznie pogrążył prezydenta Clintona).

Walters odwiedziła Dion w jej posiadłości na Florydzie, którą w czasie wywiadu (siedząc w fotelu w stylu Ludwika XVI) całkiem trafnie nazwała „marmurowym pałacem”. Céline mówiła jej między innymi właśnie o potrzebie przerwy, marzeniu o dziecku, a także z entuzjazmem i nadzieją o tym, że przekroczyła trzydziestkę: „Jestem na tyle młoda, że mogę zaczynać od nowa, i na tyle dojrzała, żeby nie czuć się [życiowo] głupia. To fantastyczny czas”. Parę tygodni później, jeszcze zanim materiał zmontowano i puszczono na antenie, u jej męża zdiagnozowano raka gardła. O dziecko też musieli walczyć. Céline zaszła w ciążę metodą in vitro.

Desperacko potrzebowała czegoś, co w show-biznesie, paradoksalnie właśnie wtedy, kiedy jesteś na samym szczycie, jest praktycznie nieosiągalne. Stałe miejsce pracy, przewidywalny grafik, czytaj: stabilizacja dla rodziny z małym dzieckiem i z doświadczeniem walki z ciężką chorobą na koncie.

Choć wnikliwy obserwator dopatrzyłby się tu także innej zmiennej. W kolejnym wywiadzie Barbary Walters, przeprowadzonym w 2002 roku (po pierwszej walce i wygranej Renégo z rakiem i tuż przed rozpoczęciem przygody z Vegas), Dion zgodziła się odpowiedzieć na pytanie nawiązujące do plotek o słabości jej męża do pokera i blackjacka.

Sam René się z tym zresztą nie krył. Oprócz zakładów w kasynie brał udział w zawodach pokerowych, a wypracowany system wygranych w blackjacka podreperował ponoć nie raz budżet Dion i Angélila w czasach, kiedy jej kariera dopiero się rozwijała. Krążą legendy o tym, ile, już mieszkając w Las Vegas, potrafił przegrać, a ile wygrać w ciągu jednego wieczoru.

A jednak w tamtej rozmowie z Walters Céline wykazała się w równym stopniu dyplomacją, co niezłym refleksem, tak oto odpowiadając na pytanie dziennikarki o uzależnienie męża od hazardu: „Oczywiście, że René jest hazardzistą. […] Kiedy miałam 12 lat, zastawił własny dom, żebym mogła wydać swój pierwszy album. I skoro już mówimy o hazardzie, to prawdopodobnie najwyższa stawka, o jaką zagraliśmy”

Zero ryzyka

Nieśmiała 12-latka – z kruczoczarnymi włosami i oczami jak węgielki – pojawia się w biurze znanego kanadyjskiego agenta muzycznego Renégo Angélila i doprowadza go wykonaniem piosenki do łez. A ten ryzykuje własną hipotekę, żeby świat usłyszał głos Céline. W rzeczywistości ta historia była bardziej skomplikowana. Do pożyczki na pierwszy album przyznaje się w nieautoryzowanej biografii Angélila jego dawny przyjaciel. A Dion miała już agenta, tyle że nie dość zdeterminowanego. Uważał, że miejsce 12-latki jest raczej w szkole niż na scenie.

Céline Dion, sesja zdjęciowa promująca jej najnowszy album, „Courage”. (Fot. materiały prasowe)

Jeśli chodzi o Renégo, to w momencie, kiedy zdecydował, że zajmie się karierą Céline (był rok 1980), miał 39 lat, za sobą krótką karierę muzyka (był wokalistą popularnego we frankofońskiej Kanadzie w latach 60. boysbandu Les Baronets) i spore doświadczenie jako agent gwiazd. Z sukcesami, ale też z bolesną porażką na koncie. Jedna z piosenkarek rozstała się z nim w dość bezceremonialny sposób. W momencie, kiedy spotkał Céline, czuł się przegrany. Był zadłużony i rozgoryczony do tego stopnia, że rozważał odejście z zawodu. Uznał, że 12-latka z genialnym głosem jest dostatecznym powodem, żeby znowu zaryzykować. Choć ponoć we własnym mniemaniu Angélil redukował ryzyko porażki. Jego poprzednia podopieczna uciekła spod jego kurateli, bo się zakochała. Z kolei jego druga żona była piosenkarką i kiedy zostali małżeństwem, zakończyła karierę. Céline miała w jego oczach te zaletę, że była dzieckiem – łatwym do ukształtowania, chłonnym. Konflikt uczuć, według Renégo, nie wchodził w rachubę.

Para prawie królewska

Życie pisze najdziwniejsze scenariusze, choć akurat ten nie był aż tak dziwny. Céline dorastała przy Reném. W międzyczasie rozpadło się jego drugie małżeństwo. W 1986 roku o Dion robi się na chwilę cicho, a kiedy wraca, jasne staje się, że nie jest już dziewczynką. Genialne wizerunkowe posunięcie jej agenta, który wyciszył na chwilę karierę swojej podopiecznej, zatrudnił stylistów i zapłacił za ortodontę (do czego jeszcze wrócimy), a przede wszystkim dopilnował, żeby francuskojęzyczna Céline nauczyła się angielskiego. Z modną fryzurą, w śmielszych sukienkach i za dużych (z dzisiejszej perspektywy) żakietach wróciła już nie jako dziecięca, ale dorosła gwiazda.

Céline Dion w 1988 roku, tuż przed tym jak na dobre rozpoczęła się jej kariera w Stanach. (Fot. Getty Images)

Układ uczennica – mistrz dobiegał końca. Byli dwojgiem ludzi, którzy przebywali ze sobą niemal non stop i mieli wspólne cele. A także podobne usposobienie, oboje dorobili się etykietki pracoholików. Dlatego jeśli dzisiaj Céline, zaproszona do programu popularnego brytyjskiego komika Jamesa Cordena, mówi: „Fajnie, że udało nam się umówić, bo to mój jedyny dzień urlopu w roku”, to siła tego żartu tkwi także w tym, że całkiem mu blisko do prawdy.

W jednym z wywiadów Dion wspomina, że jej mama, która towarzyszyła im w trasach koncertowych do pełnoletności córki, dostrzegła, co się święci, przekonywała Céline, że nie powinna się wiązać z człowiekiem tyle starszym, który już dwa razy był żonaty. „To było tak silne [uczucie] – mówiła gwiazda nie tak dawno w „Access Hollywood” – że w końcu cała moja rodzina też go pokochała”. Ci, którzy ich bliżej znali, potwierdzają, że fascynację Céline Reném widać było na pierwszy rzut oka.

Céline Dion z Reném Angélilem po jednym z pierwszych show na scenie Colosseum w Las Vegas. (fot. Getty Images)

Oboje twierdzili, że ich związek zaczął się w 1988 (kiedy ona miała 20 lat), tuż po wygranej Dion w Eurowizji, na której zbiegiem pewnych okoliczności reprezentowała Szwajcarię. Jakiś czas nie mówili oficjalnie o tym, co ich łączy. Za to ślub w 1994 roku w katedrze Notre Dame w Montrealu transmitowano w kanadyjskiej telewizji. Przepych, kilkumetrowy tren, wszędzie kamery. Można było pomyśleć, że Kanada ma swoją parę królewską.

Ich starszy syn przyszedł na świat w 2001 roku. Bliźniacy urodzili się – także dzięki in vitro – dziewięć lat później, kiedy Dion miała 42 lata.

Aż do śmierci jej męża w styczniu 2016 roku (kiedy to Angélil przegrał drugą walkę z rakiem gardła) uchodzili z Reném za jedno z bardziej udanych i sympatycznych małżeństw w show-biznesie. Na pewno duża w tym zasługa Dion. W wywiadach zawsze mówiła o mężu z imponującą lojalnością i oddaniem, nie wstydziła się publicznie okazywać mu czułości.

Wymowne są też jej wypowiedzi po jego śmierci, które, jeśli je ze sobą zestawić, dobitnie świadczą, z czym musi się dzisiaj mierzyć. W jednym z wywiadów artystka odpowiada na przykład na pytanie, czy zdążyła się z nim pożegnać. Mówi, że w pewnym sensie tak. Że tego wieczoru miała do późna koncert i kiedy wróciła, nie chciała go już budzić. Ale jeszcze przed występem rozmawiali, a potem on wysłał jej SMS: „kocham cię”, a ona mu odpisała. Rano już nie żył. Tymczasem już w innej rozmowie, mimochodem, ale z każdym słowem coraz bardziej poruszona Céline mówi, że usilnie próbuje się nie obwiniać, nie wyrzucać sobie, że jej mąż nie umarł w jej ramionach.

Coś jest ze mną nie tak?

Fenomen jej popularności nie opiera się tylko na muzyce. Dion ma niekwestionowaną zdolność do wzbudzania sympatii. Czy może po prostu: jest sympatyczna. Sieć obiegł kręcony komórką filmik z jednego z jej koncertów, podczas którego pijana fanka wtargnęła na scenę. Kobieta pokłada się na dwa razy lżejszej od niej Dion, ta jednak odwołuje ochroniarzy, przytula fankę i pomaga odprowadzić w stronę kulis, po czym nie zapomina o ochroniarzach i dziękuję im za ich pracę.

Céline Dion w sukni Richarda Quinna podczas tegorocznego Tygodnia Mody w Londynie. (Fot. BEW PHOTO)

Na co dzień unika politycznych wypowiedzi, nie wiadomo do końca, po której stronie lokuje swoje sympatie (nawet znajomość z Clintonami nie daje ponoć pewności w tej sprawie). Poważniejsze kontrowersje o zabarwieniu politycznym wzbudziła tylko raz, w 1990 roku, kiedy odmówiła przyjęcia statuetki kanadyjskiego Felixa dla najlepszej anglojęzycznej wokalistki, po wydaniu pierwszej płyty z piosenkami po angielsku. Powiedziała wtedy: „Moja publiczność rozumie, że nie jestem anglojęzyczną artystką. Jestem dumna z bycia Quebecoise”. Chodzi o drażliwą kwestię tożsamości narodowej, która nadal potrafi dzielić mieszkańców frankofońskiej prowincji Quebec i reszty kraju. Część obywateli z Quebecu zawsze dążyła do autonomii, tymczasem Dion z jednej strony podkreśla, jakie ma korzenie, z drugiej – czuje się obywatelką całego kraju, jednocząc kanadyjskich fanów bez względu na język i wartości, którym hołdują.

Céline Dion w kreacji Ronalda van der Kempa podczas paryskiego Tygodnia Mody. (Fot. BEW PHOTO)

Otwarcie wspiera środowiska LGBT+. Fakt, że ze swoim scenicznym stylem jest inspiracją dla wielu drag queen, jest dla niej powodem do dumy. Jednego z młodszych synów nazwała Nelson na cześć Nelsona Mandeli, u którego gościła z mężem. Poza tym niewiele konkretów. Dion ma swoje medialne strategie i nawyki. W wywiadach często balansuje między patosem a humorem, trudno wyłuskać, jakie naprawdę ma zdanie w wielu kwestiach. Mimo to, a może właśnie dlatego masowo zjednuje sobie ludzi. Na których wrażenie robi też jej własna prywatna historia. Nie koloryzuje, kiedy opowiada, jak to była najmłodsza z 14 rodzeństwa, jak spali po kilka osób w jednym łóżku, a dzieciaki w szkole śmiały się z tego, że jest chudzielcem, i ponoć okrutnie przezywały ją „Canin Dion”, od jej „psich” kłów.

Zęby udało się naprostować, ale jej chudości czepiają się do dzisiaj. Czasami próbuje się tłumaczyć, czasami woli się wygłupiać („Moja figura?! To z nią jest coś nie tak?!”). A już naprawdę trudno jej nie pokochać, oglądając takie wywiady jak choćby ten przeprowadzony po tym, jak została twarzą marki L’Oréal Paris: „Dlaczego nie malujesz ust ciemnymi szminkami?”, chce wiedzieć dziennikarka. „No wiesz – odpowiada z nutką rezygnacji Dion – bo moje wargi są…” – a nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa, zaczyna śpiewać: „One są tylko w moim sercu i na zawsze tam pozostaną”. Po czym dodaje z uśmiechem: „Ale za to mam oczy i fajnie, że mogę je podkreślić”.

Céline Dion w sukience z domu mody Schiaparelli. (Fot. Getty Images)

W czasie, kiedy wiele sławnych osób wypierało się, że używa botoksu, Dion deklarowała, że nie widzi w tym nic złego. Wszystko dla ludzi. Ale teraz mówi, że boi się, że jeden zabieg pociąga za sobą drugi, że to może być niezdrowe, uzależnia. I gołym okiem widać, że 51-letnia dziś artystka obrała inną drogę. Przy okazji obnaża dwulicowość portali i tabloidów, a także piszących na jej temat obraźliwe posty, którzy jednocześnie zaciekle śledzą i wytykają operacje plastyczne sławnym ludziom, a nie potrafią przejść do porządku dziennego nad kimś, kto nie wypełnia ust, nie powiększa piersi i nie naciąga skóry.

Odważnie

Po śmierci Renégo media przyglądały się uważnie jej żałobie. W powietrzu wisi pytanie, w którym kierunku pójdzie jej kariera bez połowy działającego tak sprawnie tandemu. Nową płytę i trasę nazwała „Courage” [Odwaga]. Uważa, że to słowo najbardziej pasuje do momentu, w jakim się znalazła. To pierwszy anglojęzyczny (a więc o największym zasięgu) album nagrywany bez Renégo. I pierwsza tak długa samodzielna trasa bez niego.

Céline Dion, album „Courage”. (Fot. materiały prasowe)

Mogłoby się wydawać, że nagle została rzucona na głęboką wodę, ale to nie do końca prawda. Dopiero teraz z jej wypowiedzi wyłania się, kawałek po kawałku, obraz tego, jak wyglądała jej rzeczywistość przez ostatnich parę lat. Karmienie Renégo przez trzy lata tylko przez rurkę, chemia, radiologia, operacje. Prawdopodobnie więc historia emancypacji Dion trwa dłużej, niż mogłoby się wydawać.

Niektóre jej skutki już zresztą widać. Jak choćby pożegnanie ze sceną w Vegas. To, że od jakiegoś czasu kojarzona jest z modą haute couture i coraz bardziej ekstrawaganckimi projektami, można uznać tylko za nowe hobby, ale kiedy się głębiej nad tym zastanowić, to także doskonałe marketingowe posunięcie gwarantujące zasięgowość. W dobie mediów społecznościowych i przewijania fotek zdjęcia Céline w oryginalnych stylizacjach z tygodnia mody w Paryżu czy otwarcia MET Gali trafiają do użytkowników, dla których to, co działo się w muzyce w latach 90. czy nawet wczesnych dwutysięcznych, jest zamierzchłą przeszłością. Z powodu „Courage” udziela teraz bardzo dużo wywiadów, przy okazji dziennikarze w kółko pytają, czy się z kimś spotyka. Mówi im to samo. Że nie, nie jest jeszcze gotowa.

Kalendarz do września przyszłego roku zapełniła po brzegi koncertami. Co planuje po trasie? Pod LasVegas nadal ma dom, w którym dorastają jej synowie. Ale ostatnio Kanadyjczykowi Tomowi Powerowi opowiadała przed kamerą o dłuższym pobycie w ojczyźnie z synami, zachwycając się: „Cudownie jest zobaczyć, jak świetnie czują się w miejscu, w którym dorastałam ja, a w którym oni bywali zbyt rzadko. Wspaniale patrzeć, jak są blisko wujków i babci. […] To moje dziedzictwo, które mogę im dać”.

I można by już przyjmować zakłady, czy w nowy rozdział w życiu Céline Dion nie jest przypadkiem wpisany powrót do Kanady.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze